Zastrzeżenie: Ta historia oparta jest na postaciach i sytuacjach, stworzonych i posiadanych przez J.K. Rowling. Nie czerpię korzyści materialnych z tego opowiadania.

Ostrzeżenie: Historia zawiera slash, przemoc i tortury.

Betowały misqa i Zoja : ) Obu paniom serdecznie dziękuję! :3

Zoja prosiła o przekazanie podziękowań Marze Nineve i Lilyatte za miłe słowa :) Oraz przeprasza za opóźnienia.

Teraz kilka słów ode mnie.

Wybaczcie mi bardzo, bardzo się staraliśmy, żeby ten rozdział był na niedzielę, ale wyszło jak wyszło. Do tego miałam problemy techniczne z Internetem i dopiero dziś łącze wróciło do życia. Nawet nie wiecie jak się cieszę...

Mam nadzieję, że za bardzo się nie gniewacie na nas.

Jak również, że tym rozdziałem odkupimy nasze winy z lekkim poślizgiem w aktualizacji.

Niestety nie mogę obiecać ani podać daty kolejnego rozdziału.

Bardzo gorąco chciałam podziękować za każdy komentarz, polubienie i śledzenie tej historii.

Marley Potter, belzebko, Philie, Lilu.f, xSparkX, misqo, Gumosiu, Lilyatte, partofforever oraz casjelko dziękuję za pozostawione komentarze, jak najszybciej postaram się na nie odpowiedzieć.

CorvusEvansLloyd, dziękuję za wyrozumiałość i miły komentarz :) colubrum, tak aż za dobrze można zrozumieć jego motywy. Walczył o nich, ich życie, a oni odpłacili mu się śmiercią i zniszczeniem. Harry nadal pozostaje dobry. Nadal zamierza bronić magiczny świat, choćby kosztem mugolskiego. Mi również podoba się podejście Pottera do Toma, jego życia i zrozumienie jego działań. Tak, wspominałam wcześniej, że Little. Miss. Xanda wspaniale równoważy humor i powagę sytuacji. Dzięki temu tekst nie jest przygnębiający, ale i nie jest komedią… Tak masz rację co do ludzkich postępowań, widać to na każdym kroku… Dziękuję jeszcze raz za ten wspaniały komentarz :) Maro Nineve, nawet nie wiesz ile radości mi sprawia twój komentarz. Cieszę się, że rozdział podobał ci się i nie dziwię się trudności w wyborze ulubieńca. Jednak to Śmierć, jak mówią rozwalił system swoim postępowaniem. Biedny Harry… :) Cóż za wyznanie, zastanawiam się czy po tym rozdziale nie zakochasz się w Bartym. Niedługo poznasz kilka odpowiedzi. Kochana Maro nie wyżywaj się na monitorze! Dziękujemy jeszcze raz! Tak my, Zoja i ja :)

Jeszcze raz was bardzo przepraszam. Mam również nadzieję, że nikogo nie pominęłam, jeśli tak przepraszam, proszę się upomnieć o odpowiedź. Tak więc zapraszam na 7 już rozdział Syna Śmierci! Miłego czytania!

Rozdział 7 – Zbawiciel

– Hej – przywitał się Harry, siadając na jednej z kanap w Pokoju Wspólnym Puchonów. Nawet nie próbował zrozumieć co tam robił. Przyjście do pokoju wspólnego Puchonów było nieświadomie dokonanym wyborem – nim się zorientował, stał przed wejściem, podając hasło.

Przychodził tu tak często, że Puchoni nie zwracali już na niego uwagi. Czy to nie dziwne, że lepiej czuł się z nimi niż Gryfonami? Może to dlatego, że nie znał tak naprawdę żadnego Puchona? Oczywiście niektórzy z nich zostali jego przyjaciółmi, ale nie bliskimi. Nie miał pojęcia, co się z nimi stało podczas wojny.

– Hej – przywitał się Zachariasz. – Sądziłem, że poszedłeś do Hogsmeade. Planowaliśmy, że dołączymy do ciebie, kiedy to skończymy – machnął dłonią na swój, w połowie gotowy, esej z transmutacji.

– Poszedłem z samego rana. Ale wszyscy się gapili, więc wróciłem.

– Bardziej niż zwykle? – spytał Wayne, spoglądając na nich znad swojego eseju.

– Tak – burknął Harry. – Nawet nie masz pojęcia jak bardzo.

Zachariasz prychnął, kręcąc głową.

– Jesteś Chłopcem, Który Przeżył. Nigdy nie przestaną się gapić.

Harry westchnął, zatapiając się z powrotem w kanapie. Nie mieli nawet pojęcia, jak prawdziwe to było.

– Nie musimy iść – zaproponował Wayne. – Możemy tu zostać.

– Nie masz nic przeciwko?

– Nieee. Nie potrzebujemy niczego z Hogsmeade. Choć, w zamian za nasze bezinteresowne poświęcenie, mógłbyś pomóc nam z esejem – droczył się Zachariasz. Harry roześmiał się. Puchon był całkiem zabawny, szkoda, że poprzednim razem tego nie wiedział. – Jasne, a o czym to jest? – Przesunął się, by być bliżej. Skoncentrowany na tym, co do niego mówili, relaksował się przyjemną atmosferą.

~ o O o ~

Harry spodziewał się wielu rzeczy, kiedy następnego ranka wkraczał do Dworu Riddle'ów. Chaosu, zniszczenia, śmierci… Cóż, może nie do końca śmierci, za to rozlewu krwi już tak.

Nie wiedział, czy cisza, która go powitała, była czymś dobrym. Było przerażająco cicho. Za cicho jak na dwór, w którym ukrywali się Czarny Pan i Syriusz Black.

Powolnym krokiem ruszył w stronę gabinetu Toma. Na pewno nie przyznałby się do tego na głos, ale był odrobinę zaniepokojony. Uchylił drzwi gabinetu i zajrzał do środka. A potem otworzył je na oścież, gapiąc się na to, co zobaczył. Zamrugał. Raz. Drugi.

– Ach, jesteś wcześniej niż się spodziewałem – zauważył Tom, kiedy tylko zobaczył go w drzwiach. Brzmiał, jakby mu ulżyło.

– Co… – zamarł, kiedy tylko usłyszał żałosne skomlenie. Spiorunował wzrokiem Toma.

– To nie moja wina! – bronił się Tom. – Nie chciał się zamknąć.

– Więc zmieniłeś go w psa? – Starał się ukryć rozbawienie, ale pełne zdrady spojrzenie, które otrzymał, było wskazówką, że mu się nie udało. Nie miał pojęcia, jakim cudem pies mógł wyglądać na zdradzonego, ale temu to się udawało.

Syriusz był w swojej animagicznej postaci; Harry był pewien, że to Tom uniemożliwił mu zmianę. No i miał kaganiec na pysku. Wyglądał naprawdę żałośnie. Harry'emu zadrgały usta . Spojrzenie pełne zdrady przybrało na intensywności.

Pokręcił głową, starając się przywołać srogi wyraz twarzy.

– Zmień go z powrotem, mamy dziś dużo do zrobienia.

– Dobrze! – Tom wyglądał na zdenerwowanego i Harry nie potrafił pohamować śmiechu. Przynajmniej obaj byli w jednym kawałku; aż do teraz martwił się, czy noc minęła im bez zakłóceń.

Gdy tylko Syriusz wrócił do swojej postaci, kaganiec zniknął. Mężczyzna, choć z pewnością teraz by się tego wyparł, schował się za Harrym i stamtąd piorunował Toma wzrokiem.

– On jest zły – stwierdził, z przekonaniem przytakując głową. Zupełnie, jakby informował Harry'ego o niezaprzeczalnym fakcie.

– Ależ dziękuję – odparł Tom, uśmiechając się z zadowoleniem. Harry westchnął. Obaj zachowywali się jak dzieci.

– Powinienem się domyślić, że przyjmiesz to jako komplement – warknął Syriusz.

– Możecie przestać? – zapytał z irytacją Harry. – Zachowujecie się jak para niesfornych, pierwszorocznych Puchonów – dość trudno było wpaść na porównanie, które uraziłoby zarówno Syriusza, jak i Toma, ale patrząc na wyraz ich twarzy, udało mu się to. – Teraz zabierz nas na Grimmauld, Syriuszu. Barty może kryć mnie jedynie przez kilka godzin, tak więc nie mogę się zbytnio ociągać.

– Dość dobrze dogadujesz się z Bartym – zauważył Tom, wstając z fotela.

– Lubię go – odpowiedział z delikatnym uśmiechem, chwytając dłoń Toma, gdy ten odmówił teleportacji z Syriuszem. Syriusz burknął i zniknął, zostawiając ich samych. – Jest w nim tyle życia. Tyle pasji. Uwielbiam go.– Chwilę później również i oni zniknęli. Harry nie zauważył lekko zwężających się oczu Tomu.

– Uroczo – zauważył Tom. Gdy tylko przybyli na miejsce, zaczął rozglądać się wokoło.– Ostatnim razem kiedy tu byłem, ulica nie była tak zaniedbana.

– Kiedy to było? – zapytał z ciekawością, ciągle obserwując Syriusza, który stał już przed drzwiami do Grimmauld, szepcząc zaklęcie pod nosem.

– Późne lata sześćdziesiąte. Orion, ojciec twojego kundla, i ja byliśmy przyjaciółmi.

– Nigdy nie słyszałem, żebyś nazywał kogoś przyjacielem – zauważył cicho Harry, obserwując wyraz twarzy Toma.

– Nie. Nie sądzę, byś miał okazję – jego szept był ledwo słyszalny i Harry omal go nie przeoczył. – W czasach, w których ludzie zaczęli znać mnie jako Lorda Voldemorta, zerwałem wszystkie więzi. Postrzegałem je jako słabość i zrobiłem wszystko co mogłem, żeby się ich pozbyć. Oczywiście Orion i Abraxas zawsze byli dość uparci i nigdy nie pozwolili bym odstawił ich na bok.

– Dobrzy przyjaciele.

– Też tak sądzę – lekki uśmiech zagościł na ustach Toma i Harry nie mógł nic poradzić na to, że sam również się uśmiechnął.

– Gotowe – powiedział Syriusz, przyciągając ich uwagę. – Musiałem trochę popracować nad barierami. Od śmierci mojej matki dom był nimi otoczony – wyjaśnił, otwierając im drzwi.

Harry wszedł pierwszy, Tom kroczył tuż za nim. Rozejrzał się i prawie zachichotał. Dom wyglądał tak okropnie jak zapamiętał ze swojego piątego roku.

– Wezwij skrzata – polecił Syriuszowi, gdy tylko drzwi zamknęły się za nimi. Chciał opuścić to miejsce tak szybko, jak to możliwe.

– Stworek – Syriusz groźnie patrzył na skrzata, kiedy ten się pojawił przed nim.

Zanim jednak mógł on otworzyć usta, żeby powiedzieć cokolwiek, odezwał się Harry.

– Stworku, jestem tutaj, żeby pomóc ci z ostatnim rozkazem Mistrza Regulusa.

Skrzat spojrzał na niego, ignorując pozostałych. Harry starał nie zwracać uwagi na spojrzenia rzucane przez Syriusza. Wiedział, że będzie musiał mu wyjaśnić kilka rzeczy, jednak nie była to odpowiednia chwila. Poza tym nie chciał zdradzać mu prawdy. Czym innym było powiedzenie jej Tomowi, a czym innym Syriuszowi. Wątpił, żeby ten drugi kiedykolwiek zrozumiał jego żądzę krwi, jego potrzebę, by patrzeć jak cierpią, by słyszeć ich krzyki i błagania.

– Rozkaz Mistrza Regulusa? – zaskrzeczał stary skrzat.

– Tak. Zamierzam zniszczyć medalion. Jeśli mi go dasz, zajmę się nim, a ty spełnisz ostatni rozkaz swojego Mistrza – oczywiście nie miał zamiaru niszczyć medalionu. Czuł się źle, okłamując Stworka, stary skrzat był ulubieńcem jego dzieci. Ze swojej strony skrzat rozpuszczał je i często powtarzał, że są tak wspaniałe jak jego ukochany Mistrz. Ale nawet to by nie pomogło, gdyby Stworek znał jego prawdziwe intencje; skrzat był wierny Regulusowi, aż do przesady. Nie dałby mu medaliony jeśli powiedziałby, że nie zniszczy go. Dlatego nie mogli go tak po prostu wziąć; Harry był pewien, że wtedy przebiegły skrzat ukradłby go.

Stworek deportował się z cichym trzaskiem, by wrócić po chwili z medalionem, mocno ściskanym w dłoni.

Harry ukląkł i wyciągnął rękę, czekając, aż skrzat położy na niej medalion. Uśmiechnął się uspokajająco, gdy drżąca dłoń zbliżyła się do jego.– Dziękuję ci, Stworku – Harry trzymał medalion przy swojej piersi. – Nie musisz się już o to więcej martwić.

– Dziękuję, Mistrzu – Stworek ukłonił się i zniknął z cichym trzaskiem.

Harry, wciąż przyciskając medalion do serca, wstał i odwrócił się w stronę Syriusza i Toma.

– Dzięki, Syriuszu. Nawet nie masz pojęcia jakie to ważne – uśmiechnął się do ojca chrzestnego. – Mógłbyś być dla niego miły? Wiem, że go nie lubisz, ale bardzo nam pomógł.

Syriusz skrzywił się, choć przytaknął. Jego oczy wpatrywały się w medalion ściskany przez Harry'ego.

– Chcesz wrócić do Dworu Riddle'ów ze mną i Tomem? – zapytał, ignorując rozszerzające się oczy Toma.

Syriusz prychnął i posłał Tomowi piorunujące spojrzenie.

– Nie, dzięki. Myślę, że zostanę tu przez jakiś czas. Może skontaktuję się z Lunatykiem, po wszystkim musimy z nim porozmawiać. Nasza trójka. Nie myśl, że nie wiem, że coś przede mną ukrywasz. Nie będę naciskał – dodał szybko, widząc, że Harry otwiera usta, żeby zaprotestować – ale musimy pogadać. Ja… ty… Lunatyk. Twoi rodzice… To wszystko jest pogmatwane, Harry – westchnął. – Zostanę tutaj, porozmawiam z Lunatykiem, a później skontaktuję się z tobą i ustalimy, kiedy się spotkamy, w porządku?

– W porządku – odpowiedział Harry, wiedząc, że nie uda mu się z tego wybrnąć. Prawdę powiedziawszy, zasługiwali na wyjaśnienia, ale nie był gotów dać im ich więcej, niż już dał.

Uściskał Syriusza na do widzenia i pozwolił, by Tom aportował go do domu.

Harry opadł z wdziękiem na swoim fotelu, kiedy tylko pojawili się w gabinecie Toma.

– Byłem odrobinę zaskoczony tym, że Syriusz mógł się stąd teleportować – zauważył, zerkając na Toma, gdy ten zajął miejsce przed nim.

– Dostosowałem bariery, jak tylko poczułem, że przybywasz. Teraz znowu są zamknięte. Nikt poza nami nie może aportować się ani w obrębie dworu, ani deportować się stąd na zewnątrz. Jednakże śmierciożercy mogą aportować się do Sali Tronowej, bo to akurat zawarłem w Mrocznych Znakach – wyjaśnił Tom, relaksując się w fotelu. Jego wzrok powędrował do horkruksa, a na ustach zaigrał uśmiech. – Wydajesz się przywiązany do naszyjnika.

Niewielki rumieniec pojawił się na policzkach Harry'ego. Nachylił się, by oddać Tomowi medalion.

– Wybacz – wymamrotał. – Oprócz tego, którego noszę w sobie, z tym spędziłem najwięcej czasu. Nie zdawałem sobie sprawy jak bardzo mi go brakowało – wyznał.

Tom zamruczał i zabrał medalion, po czym obejrzał go uważnie. Wodził długimi, smukłymi palcami po szmaragdowym S. Wstał płynnie ze swojego fotela i stanął za Harrym.

Harry nie poruszył się. Nie miał pojęcia, co zamierza Tom, ale nie widział powodu, żeby się obejrzeć. Ufał Tomowi, wiedział, że go nie skrzywdzi. Był zaskoczony, kiedy poczuł ciężar wokół szyi. Palce Toma musnęły jego kark.

Zerknął w dół i ujrzał medalion. Spojrzał na Toma, znów stojącego przed nim, i uniósł brew.

– Dobrze na tobie wygląda. – Tylko tyle powiedział Tom, nim z powrotem usiadł.

Harry popatrzył na niego z niedowierzaniem. Chwilę później zaczął chichotać.

– Wkrótce będę miał więcej kawałków twojej duszy, niż ty sam – zażartował.

– Nie mogły trafić w lepsze ręce.

Takiej odpowiedzi się nie spodziewał.

~ o O o ~

Harry ignorował zainteresowane spojrzenia swoich przyjaciół. Zbliżało się pierwsze zadanie i byli rozdrażnieni, zwłaszcza jego przyjaciele. Nawet Hermiona, choć, odkąd Czara wyrzuciła jego imię, spędzał z nią trochę mniej czasu. Ron nadal się boczył, i Harry nalegał, by to jemu poświęcała czas.

Owszem, wciąż z Hermioną rozmawiał, ale gdy pewnego dnia Ron opuścił pokój tuż po tym, jak zobaczył ich razem, Harry starał się robić to jak najrzadziej. Z jednej strony był za to wdzięczny; dzięki temu łatwiej było mu przyzwyczaić się do tego, że jego przyjaciele znowu żyją. Dzięki temu mógł patrzeć na Herminę przez pryzmat jej własnej osobowości, a nie jak na tę Herminę, którą stracił.

Uśmiechnął się do przyjaciół uspokajająco, chcąc im tym przekazać, że wszystko jest w porządku. Wątpił, by podziałało, bo nadal wyglądali dość blado.

Harry westchnął i opuścił Wielką Salę, by zaczerpnąć świeżego powietrza. W środku panowała duszna atmosfera. Zupełnie nie rozumiał, dlaczego wszyscy byli tak poddenerwowani; przecież nawet nie wiedzieli, że ma zmierzyć się ze smokiem.

Omal nie wrzasnął, gdy poczuł, jak ktoś ciągnie go do klasy. W ostatniej chwili powstrzymał się przed przeklnięciem tej osoby.

– Potter – tuż koło jego ucha rozległ się szorstki głos Moody'ego. Harry natychmiast odwrócił się ku niemu.

– Profesorze – Nie mógł powstrzymać czułego uśmiechu, który zaigrał na jego ustach. Nienawidził Barty'ego udającego Moody'ego. Prawdziwy Barty był bystry, zabawny, lojalny i miał jeszcze z milion innych cech, które Harry w nim lubił. Nie osądzał go, przez co czuł się komfortowo w towarzystwie starszego, a w zasadzie, młodszego, czarodzieja. Mimo to, Harry bardzo często nie czuł się na swój wiek. Podejrzewał, że była to sprawka Śmierci. Dusza Śmierci sprawiła, że czuł się młodziej, a to z kolei wpływało na jego zachowanie. Od czasu, gdy w Śmierć pocieszył go w Dworze Riddle'ów, znacznie lepiej rozumiał swoje własne emocje. Nie był już wrakiem człowieka. Jego rany zaczynały się goić. Przed nim nadal była długa droga, ale wiedział, że jest na właściwej ścieżce. A wszystko to zawdzięczał Śmierci.

Wyczuł jak ktoś rzucił kilka zaklęć i domyślił się, że to Barty zadbał o to, aby mieli choć odrobinę prywatności.

– Harry – wyszeptał Barty, nawet pomimo wzniesionych zabezpieczeń. – Jesteś na to gotowy? Wiesz, co będziesz musiał zrobić?

– Nie martw się, Barty – odpowiedział mu Harry, również szeptem, a jego uśmiech lekko się rozszerzył. – Wszystko będzie dobrze.

– Dobrze? – głos Barty'ego miał w sobie nutkę histerii. – To cholerny smok! – wykrzyknął. Harry spojrzał na niego spode łba, a Barty się uśmiechnął. Uśmiech ten znacznie bardziej spodobałby się Harry'emu, gdyby jego towarzysz miał swój własny wygląd, lecz nawet pomimo to, oczyma wyobraźni widział wpatrzone w niego lśniące oczy Barty'ego. - Wiem, że posiadasz niewiarygodną moc. Jestem tego świadomy. A jednak nie jestem w stanie przestać martwić się o ciebie.

Harry uśmiechnął się do niego. Trudno mu było zapanować nad chęcią pogłaskania go po policzku. Nieważne jednak, jak bardzo chciał to uczynić. Czułby się nieswojo, dotykając Barty'ego, kiedy ten ukryty był pod postacią Moody'ego.

– Dziękuję – odparł. Świadomość, że ktoś się o niego martwił, była bardzo przyjemna. Brakowało mu tego. – Choć naprawdę nie ma powodu do obaw. Nie jestem bezbronny. To będzie świetne przedstawienie – zapewnił.

Barty przyglądał mu się przez chwilę, po czym skinął głową.

– W porządku – powiedział. – Powodzenia.

Harry uśmiechnął się, zdjął zaklęcia i opuścił klasę.

Nie okłamał Barty'ego. Naprawdę wierzył w to, że będzie to wspaniałe przedstawienie. Miał tylko nadzieję, że jego plan się powiedzie, bo w przeciwnym razie smok mógł sobie z niego zrobić chrupiącą przekąskę.

Mimo to zdecydowany był spróbować. Gdzie znajdzie lepszą okazję do wypróbowania swoich umiejętności niż starcie ze smokiem?

Udał się do namiotu, stojącego w pobliżu boiska. Wiedział, że przyszedł bardzo wcześnie, ale nie miał ochoty czekać na innych. Jego przyjaciele powoli doprowadzali go do szaleństwa i był pewien, że jeśli przyszłoby mu spędzić z nimi choć odrobinę więcej czasu, zacząłby rzucać w nich klątwami.

Opadł z wdziękiem na krzesło i czekał, aż do namiotu dotrą pozostali reprezentanci.

Wykorzystał ten czas na rozmyślania. Myślał przede wszystkim o Tomie i jego planach na przyszłość. Nadal nie mógł uwierzyć, że tak dobrze im się razem pracowało. Czasami zastanawiał się, co by było gdyby przyłączył się do niego już za pierwszym razem. Jakaś część niego była pewna, że to by się nie udało. Był dzieckiem, które nie posiadało mocy ani wiedzy, jaką miał teraz. Nieważne jak się czasem czuł i zachowywał, był teraz dorosłym człowiekiem. Był równy Tomowi. W przeszłości mógł być tylko jednym z jego popleczników lub swego rodzaju przydatnym sojusznikiem. Wątpliwym było, że Tom traktowałby go z choć odrobiną tego szacunku, jaki miał do niego teraz. Ponadto, Tom powoli tracił zmysły. To, bardziej niż cokolwiek innego, sprawiło, że nie sądził, że miał wątpliwości. Mimo że to wciąż był ten sam człowiek, Voldemort i Tom nie mieli ze sobą zbyt wiele wspólnego.

Jego rozmyślania przerwał odgłos zbliżających się do namiotu ludzi. Jako pierwszy do środka wszedł Cedrik, za nim Fleur, a następnie Krum. Diggory rozejrzał się i gdy spostrzegł Harry'ego, uśmiechnął się i podszedł do niego.

– Cześć Harry – przywitał się, siadając obok. – Gotowy na zadanie?

– Tak bardzo, jak to tylko możliwe – odparł. – A ty?

Harry omal nie zachichotał, gdy dostrzegł jak przebłysk strachu w oczach Cedrika ustąpił miejsca determinacji. Cedrik bywał czasem tak śmiesznie gryfoński. Dokładnie tak samo zareagował, kiedy Harry powiedział mu o smokach, choć wtedy był odrobinę bledszy. Nie, żeby Harry miał mu to za złe. On sam zareagował tak samo za pierwszym razem.

– Ja… Tak, tak, przygotowałem się – stwierdził, choć uśmiech na jego twarzy nie był tak promienny, jak zazwyczaj. Liczyło się jednak to, że się starał.

– Wszystko będzie dobrze – zapewnił go Harry. Czuł potrzebę uspokojenia drugiego reprezentanta. Cedrik był jedyną osobą, która zginęła w wojnie, a której śmierć uważał za całkowicie bezsensowną. Nie istniał powód, dla którego Cedrik musiał zginąć. Fakt, w ciągu tego roku, który spędził uciekając przed mugolami, był świadkiem jak wielu ludzi straciło życie zupełnie bezcelowo, ale to była inna sytuacja. Byli w stanie otwartej wojny, należało się tego spodziewać. Cedrik jednak… Śmierć Cedrika była bezsensowna. Chciał jej uniknąć za wszelką cenę, przynajmniej na razie. Kiedy wojna ponownie się zacznie… cóż, wtedy każdy będzie zdany na siebie. Wtedy będzie to już wybór Cedrika. Zdaniem Harry'ego było to znacznie lepsze rozwiązanie, niż utrata życia tylko i wyłącznie dlatego, że znalazł się w niewłaściwym miejscu.

– Wyglądasz na bardzo pewnego siebie – zauważył Cedrik.

– Nie za bardzo – przyznał Harry. – Po prostu wiem, że nawet jeśli coś pójdzie nie tak, to będą tam ludzie, którzy będą w stanie opanować sytuację. Wątpię, żeby dyrektorzy i Ministerstwo byli gotowi zaryzykować nasze życia dla zwykłej rozrywki.

Cedrik nie musiał wiedzieć, że kłamał w żywe oczy. Ani odrobinę nie ufał urzędnikom Ministerstwa i profesorom. Fakt, nic mu jak na razie nie zrobili, ale dość dobrze pamiętał ich brak kompetencji.

– Tak – wymamrotał Cedrik. – Chyba masz rację. Chociaż, gdybym wiedział, że mam zmierzyć się ze smokiem, to raczej nie umieścił bym swojego imienia w Czarze, nawet ze świadomością, że w pobliżu będą treserzy.

Harry prychnął i zauważył, że Krumowi drżą usta.

– Nie sądzę, żeby ktokolwiek z nas to zrobić – zauważył Krum, siadając w pobliżu.

– Hej! – Harry udał oburzenie. – Mnie w to wszystko nie mieszaj. Miałem na tyle rozumu, aby nie zgłaszać się do Turnieju.

Rozbawienie błysnęło w oczach Kruma.

– Wybacz. Nie popełnię już tego błędu.

– Tak, lepiej się o to postaraj – Harry chciał, aby ton jego głosu był tak snobistyczny, jak to tylko było możliwe. Spróbował naśladować Malfoya i widząc reakcję Cedrika domyślił się, że rozpoznał on ten ton głosu.

Przez chwilę udało im się utrzymać powagę, a potem wybuchli gromkim śmiechem. Harry widział, że potrzebował tego zarówno Cedrik, jak i Krum. Nawet ten Krum, który zazwyczaj był bardzo poważny, zdawał się rozkoszować tą chwilą beztroski. Harry to rozumiał. Musieli zmierzyć się ze smokami i mimo że w pobliżu mieli znajdować się treserzy, nie było to łatwe zadanie.

Wejście Bagmana do namiotu przerwało ich krótką chwilę. Harry miał ochotę westchnąć, gdy zobaczył znajomą torbę.

Od tej chwili wszystko potoczyło się w taki sam sposób, jak to zapamiętał, choć tym razem nie odczuwał już takiego strachu jak poprzednio. Nadal obawiał się lekko o swój plan. Wiedział, że wydarzenia mogą nie pójść po jego myśli, ale przecież nie mógł zaprzepaścić tak wspaniałej okazji, czyż nie?

Nadal mógł wykorzystać sposób, którego użył w tej drugiej linii czasowej. Sztuczka z miotłą sprawdziła się dobrze, a ludzie byli pod wrażeniem.

Nie. Potrząsnął stanowczo głową. To mogłoby się udać, ale wyczyniając wariacje na miotle nie zaprezentował żadnego magicznego talentu. Jasne, pochwalił się swoimi umiejętnościami jeśli chodzi o latanie, ale nic więcej. Chciał zachwycić ludzi swoją magiczną mocą. Musieli zobaczyć do czego jest zdolny. Musieli wiedzieć, że przeciwstawiając się mu, skazują się na porażkę. To był najlepszy sposób, aby zniechęcić ludzi do walki z nim i Tomem. Bez względu na wszystko, chciał oszczędzić życia tak wielu czarodziejów, ilu tylko mógł. Nawet kosztem zwrócenia na siebie uwagi Dumbledore'a znacznie szybciej niż chciał.

Nadeszła jego kolej. Wszedł na ogrodzony teren i pozwolił, aby na moment pochłonął go hałas. Tym razem dopingowało go o wiele więcej osób i rzeczywiście byli oni po jego stronie.

Spojrzał na smoka i na moment wstrzymał oddech. Był znacznie większy niż pamiętał i gdyby nie był pewien, że nie mógł umrzeć, zapewne ponownie przemyślałby swój plan. Ale skoro nie mógł zginąć, nie miał zamiaru tego robić.

Wystarczyło, że zrobił krok do przodu. Smok wziął głęboki oddech i zaraz potem w jego kierunku pomknął strumień ognia.

To uczucie zaparło mu dech w piersiach.

To było zabójcze.

To był ogień.

Był to żywioł.

On był żywiołakiem i panował nad każdym żywiołem.

Skierował różdżkę w stronę ognia, bardziej na pokaz niż, aby coś zrobić i rozkazał ogniowi, aby mu uległ. Strumień zatrzymał się kilkanaście centymetrów przed nim. Wyczuwał bijące z niego ciepło, ale nie parzyło go. Nie raniło go. Nie mogło tego zrobić.

Dał ogniowi życie, sprawił, że przyjął określony kształt. A ten był mu posłuszny. Jego siła rosła tym bardziej, im dłużej smok nie przestawał zionąć ogniem.

Chwilę później obok niego stanęła kopia smoka, który znajdował się naprzeciwko. Otworzyła swoją ognistą paszczę i wydała z siebie ogłuszający ryk, uciszając tłum. Rogogon spojrzał na swoją kopię, uznając ją za większe zagrożenie niż Harry.

Harry nakazał ogniowi ruch, aby rozproszyć uwagę smoka.

Ognisty smok posłuchał go bez wahania. Rozłożył swoje płonące skrzydła i wzbił się w powietrze. Harry nigdy wcześniej nie widział czegoś tak przejmującego i był pewien, że inni mogli powiedzieć to samo.

Cały tłum spoglądał oczarowany na jego ogień. Rogogon skupiał się na nim równie mocno co widzowie, choć Harry był pewien, że w jego przypadku nie miało to nic wspólnego z fascynacją.

To jednak była jego szansa. Musiał zdobyć jajo. Rzucił czar uciszający na swoje stopy i zamaskował swój zapach. Następnie pobiegł do gniazda, nie spuszczając wzroku ze smoka na wypadek gdyby ten stwierdził, że stanowił większe zagrożenie niż jego ognisty twór. Na szczęście, Rogogon nawet go nie zauważył, choć tak naprawdę nikt nie zwracał na niego uwagi. Mniej niż minutę zajęło mu dotarcie do gniazda, a potem wziął jajo i wybiegł za ogrodzenie. Nikt, nawet Bagman, nie zauważył, że ukończył zadanie. Roześmiał się. Cóż, w końcu chciał ich oczarować.

Rozkazał swojemu smokowi wylądować i gdy tylko się to stało, ugasił ogień, rozkazując mu zniknąć. Tak też się stało, choć Harry czuł niewielki opór w stosunku do jego kontroli. Będzie musiał to sprawdzić. Nie mógł sobie pozwolić na to, aby w krytycznym momencie utracić panowanie nad żywiołem.

Przez krótką chwilę panowała głucha cisza, a potem publiczność oszalała.

– Och, drogi Merlinie! Widzieliście to?! – rozległ się głos Bagmana, przekrzykującego wiwatujący tłum. – Widzieliście to?! – zawołał, a w jego głosie można było dostrzec nutkę niedowierzania pomieszanego z podziwem i Harry znowu się roześmiał. Wyglądało na to, że wszystko poszło o wiele lepiej niż się spodziewał.

– To było wspaniałe – powiedział ktoś tuż przy jego uchu i Harry omal nie dostał zawału. Odwrócił się i napotkał wzrok ciemnoniebieskich oczu, które na chwilę zabłysnęły czerwienią.

– Tom? – zapytał z niedowierzaniem. – Co ty tutaj robisz?

– Byłem ciekaw, co zrobisz – odpowiedział, odrobinę się od niego odsuwając.

Harry przyjrzał się jego zmieniającemu wygląd czarowi i trochę się rozluźnił. W ogóle nie przypominał Toma Riddle'a. Miał blond włosy, ciemnoniebieskie oczy i bardzo chudą sylwetkę. Był całkowitym przeciwieństwem Toma. Mając pewność, że nikt go nie rozpozna, Harry uśmiechnął się do niego.

– Cieszę się, że podobało ci się moje przedstawienie – stwierdził.

Tom roześmiał się mrocznie i uwodzicielsko.

– Nie masz pojęcia jak bardzo mi się to podobało – Harry zignorował to, jaki wpływ na niego miał ten głos. – Wpadniesz dzisiaj do Dworu? Mamy trochę planów do omówienia.

– Nie dziś – odparł Harry, kręcąc głową. – Nie sądzę, że uda mi się tak łatwo wymknąć z zamku. Jutro.

– Dobrze – Tom nie stawiał większego oporu. Uniósł głowę, gdy dobiegł do nich odgłos kroków i z cichym westchnięciem ukrył się z powrotem w cieniu, zostawiając Harry'ego samego ze złotym jajkiem.

Chwilę później czarownica z gęstymi, brązowymi włosami omal nie powaliła go na ziemię.

– Harry! – Hermiona dygotała i Harry objął ją ramionami. Czuł się trochę winny, że przez niego musiała przejść przez coś takiego.

– Cześć Hermiono – szepnął. – Podobał ci się mój smok? – to było silniejsze od niego i musiał zadać to pytanie. W odpowiedzi usłyszał jej lekko histeryczny śmiech.

– Och, Harry – wypuściła go z objęć, choć tylko na tyle, aby mogła spojrzeć mu w oczy. – Był piękny. Jak to zrobiłeś? Nigdy nie widziałam czegoś podobnego.

– Później ci powiem – odparł wymijająco. – Pani Pomfrey idzie w naszą stronę i sądzę, że spróbuje mnie zmusić do leżenia w łóżku – wymamrotał, a Hermiona zachichotała.

Tak też się stało i Harry wymienił z Hermioną bolesne spojrzenie. Na szczęście pielęgniarka pozwoliła mu odejść i sprawdzić swój wynik gdy tylko upewniła się, że był cały i zdrowy.

Dziesiątka od Dumbledore'a. Dziesiątka od Maxime. Dziesiątka od Crouch'a. Dziesiątka od Bagmana. Dziewiątka od Karkarowa.

Prawie prychnął, gdy dostrzegł jawną drwinę Karkarowa. Harry był pewien, że mężczyzna dałby mu znacznie mniej punktów, gdyby nie okazywało to wyraźnego faworyzowania Kruma. Nie, żeby był tym zaskoczony, bo w końcu Karkarow był takim właśnie człowiekiem.

– Jesteś na pierwszym miejscu! – wykrzyknęła podniecona Hermiona. Wyszczerzył się i uścisnął ją ponownie, ciesząc się tymi nielicznymi chwilami, kiedy mógł zapomnieć o troskach.

~ o O o ~

Nie zdążył nawet zamknąć drzwi, a już miał różdżkę przystawioną do szyi.

– Naprawdę rzuciłbyś na mnie klątwę, Barty?

– Harry – usłyszał w odpowiedzi i uśmiechnął się, odwracając się w kierunku mężczyzny.

– Hej – Harry spojrzał na niego i zauważył, że miał na sobie tylko spodnie dresowe. – Obudziłem cię?

– Nie – odparł Barty, odsuwając się od niego. Harry natychmiast odczuł brak ciepła jego ciała, ale nie przyciągnął go z powrotem.– Czytałem. Co ty tutaj robisz? Nie powinieneś świętować z Gryfonami?

Harry westchnął i opadł na jeden z foteli przy kominku.

– Mam już dość słuchania jaki to jestem wspaniały – mruknął.

Barty prychnął, zajmując drugi fotel.

– Przykro mi, że muszę to powiedzieć, ale w pewnym sensie ich rozumiem.

Harry posłał mu piorunujące spojrzenie i Barty uniósł ręce w geście poddania.

– Sam jesteś sobie winien, Harry – powiedział Barty, nie przejmując się tym, że jego słowa mogą nie spodobać się Harry'emu.

– Wiem – burknął. – Chciałem ich zachwycić, ale tego się nie spodziewałem.

– Jeśli chciałeś wzbudzić w nich zachwyt, to ci się udało – stwierdził Barty i Harry spojrzał na niego. Jego oczy błyszczały i Harry dostrzegł w nich ciekawość, mimo że była ona lekko przyćmiona przez szacunek i coś jeszcze, choć niezbyt wiedział, co to było.

– Taaak. Tomowi też się podobało – zauważył, uśmiechając się lekko

– Mój Pan tu był? – Barty wyprostował się.

– Tak. Powiedział, że chciał zobaczyć co zrobię. Stwierdził, że było to wspaniałe.

– Rozumiem – wymamrotał Barty, z powrotem się opierając, a blask w jego oczach odrobinę przygasł.

– Coś się stało?

– Nie. Nic się nie stało – zapewnił go Barty, uśmiechając się.

Harry mu nie uwierzył, ale nie naciskał. Czasem naprawdę nie rozumiał zachowania Barty'ego. Gdyby to nie było niemożliwe to uznałby, że Barty był zazdrosny o jego relacje z Tomem. Ale wiedział, że o to chodziło. Barty powiedział mu, że już dawno temu pogodził się z tym, że Tom nie postrzegał go jako syna, jako kogoś więcej niż tylko cennego śmierciożercę.

- Mogę tu zostać na noc? – zapytał, przechodząc do prawdziwego powodu, dla którego wkradł się do jego pokoju.

– Co? – Barty spojrzał na niego z niedowierzaniem, a Harry lekko się zarumienił, przeklinając swoją bladą cerę.

- Chcę tu przenocować – oznajmił. Naprawdę tego chciał. Brakowało mu ciepła osoby, która spałaby obok niego. Podczas wojny było to ogromne pocieszenie. Dzięki temu pamiętali, że nie byli sami. Brakowało mu tego. Od ponad roku nie zaznał takiego pocieszenia. A Barty… Zaczynało mu zależeć na Bartym. Był kimś, komu mógł zaufać. Był ciepły i żywy, a on chciał to poczuć.

– Dobrze – zgodził się Barty i Harry westchnął z ulgą.

Obaj podnieśli się z foteli i Harry szybko transmutował swoje ubrania w spodnie dresowe. Podążył za Bartym w stronę łóżka i zaczekał, aż ten położył się na swoim miejscu. Sam położył się obok, wsuwając pod kołdrę i przysunął się bliżej do leżącego obok niego ciepłego ciała.

Po chwili poczuł ramię, które z lekkim wahaniem owinęło się wokół jego talii i przyciągnęło go bliżej, przyciskając go do Barty'ego. Westchnął zadowolony, delektując się przyjemnym ciepłem jego ciała.

– Branoc, Barty – wymamrotał, niemal natychmiast zasypiając.

Barty zacisnął swój uścisk na mniejszym ciele chłopaka. Jego wzrok spoczął na naszyjniku, który Harry miał na szyi. Rozpoznał go. Lekko nieświadomie przyciągnął Harry'ego bliżej. Zamknął oczy, chowając twarz w jego kruczoczarnych włosach.

Wiedział, że igrał ze śmiercią, ale w tej chwili nie miało to dla niego znaczenia.

~ o O o ~

Harry budził się powoli. Czuł ogarniające go ciepło i poczucie bezpieczeństwa. Nie pamiętał, kiedy ostatnim razem zdarzyło mu się doznać tego uczucia. Chcąc zatrzymać resztki snu, przysunął się bliżej źródła ciepła. Jęknął cicho, kiedy poczuł jak jego niezwykle wygodna poduszka się rusza.

– Dzień dobry – wyszeptał Barty ochrypłym głosem tuż przy jego uchu. Harry znieruchomiał na ułamek sekundy, a potem przypomniał sobie poprzednią noc. Rozluźnił się, kiedy poczuł oplatające go ramiona i położył głowę na piersi Barty'ego, na swojej wygodnej poduszce. Uśmiechnął się sennie do leżącego obok mężczyzny.

– Dzień dobry – odszepnął.

– Dobrze spałeś?

– Owszem. Nawet nie pamiętam, kiedy ostatnim razem tak dobrze spałem – odparł zgodnie z prawdą.

– To dobrze – wymamrotał Barty, przyciągając go bliżej. Harry uśmiechnął się, nie stawiając żadnego oporu.

Leżeli tak przez kilka minut, czerpiąc przyjemność z czasu spędzonego razem, nie chcąc aby ta chwila dobiegła końca. Harry nie chciał tego, ponieważ naprawdę nie chciał spotkać się z ludźmi spoza jego małego kręgu, a Barty ponieważ nie chciał wypuszczać Harry'ego z objęć.

– Musimy wstawać – mruknął Harry, nie ruszając się z miejsca.

– Wiem – odpowiedział Barty, zaciskając ramiona wokół niego.

Przez chwilę Harry mamrotał o wszystkim, co wpadło mu do głowy, rozbawiając Barty'ego, aż w końcu się od niego odsunął. Zerknął w stronę słońca, które przebijało się przez zasłony, mając do niego pretensje o to, że musiał opuścić swoje nowe schronienie.

Poczuł, jak materac się rusza i spojrzał w górę dostrzegając, że Barty również wyszedł z łóżka.

- Powinieneś iść zanim zaczną cię szukać – poradził mu Barty.

– Wiem – przeciągnął się i z powrotem zmienił swoje dresy w ubranie, jakie miał na sobie poprzedniej nocy. – Będę potrzebować, abyś mnie krył dzisiaj wieczorem. Muszę spotkać się z Tomem i nie wiem jak długo mnie nie będzie.

Barty odwrócił się i spojrzał na niego. Wyraz jego oczu był nieczytelny i Harry zmarszczył lekko brwi.

– Oczywiście, jeśli ktoś się tym zainteresuje, to będę cię krył.

Harry uśmiechnął się do niego, nie naciskając na niego tak samo, jak uczynił to poprzedniej nocy. Wiedział, że Barty powiedziałby mu wszystko, gdyby go do tego zmusił, ale nie chciał tego robić. Chciał, aby Barty sam się w stosunku do niego otworzył. Chciał, aby mu zaufał, a żeby tak się stało, nie mógł na niego naciskać.

– Dzięki – ruszył w stronę drzwi, ale zaraz zatrzymał się i odwrócił. – Będziesz miał coś przeciwko, jeśli będę chciał znów tutaj przenocować?

Oczy Barty'ego z powrotem zabłysły, a na jego twarzy pojawił się czuły uśmiech.

– Oczywiście, że nie. Możesz do mnie przychodzisz kiedy tylko chcesz.

Harry uśmiechnął się do niego i wyszedł z pokoju. Uśmiech malował się na jego twarzy przez całą drogę do wieży Gryffindoru i nawet gdyby chciał, nie był w stanie nic na to poradzić.

Wkradł się do dormitorium, starając się nie obudzić innych uczniów. Wiedział, że nie dadzą mu spokoju gdy tylko zorientują się, że spędził noc poza dormitorium. Jeśli go nie zobaczą, to będzie mógł im powiedzieć, że poszedł do łóżka kiedy oni już spali i wstał, zanim się obudzili. Pogratulował sobie swoim umiejętności, kiedy niezauważony przez nikogo dotarł do łazienki. Wziął szybki prysznic, powoli przygotowując się na nadchodzący dzień.

Cieszył się, że w tym dniu nie było żadnych zajęć. Był dość mocno zmęczony. Panowanie nad żywiołami było trudne. Nie próbował tego przez zadaniem. Fakt, bawił się trochę powietrzem, wodą, ziemią, ogniem i cieniem, ale za wyjątkiem przywrócenia Tomowi ciała, tak naprawdę jeszcze z nich nie korzystał. Zakładał, że był wtedy tak zmęczony dlatego, że użył żywiołu Życia, tego, który według jego ojca, było najtrudniej użyć i kontrolować. Tak naprawdę, to nie korzystał do tej pory z żadnego innego. Kilka razy ugodził Barty'ego strumieniem wody, a także budował miniaturowe twierdze i zamki z ziemi. Spędził też dość dużo czasu rozpalając ogień w kominku i eksperymentując z jego intensywnością, ale w porównaniu ze smokiem była to błahostka.

Prawdę mówiąc, posiadanie całkowitej kontroli nad ogniem było trochę oszałamiające. Teraz już rozumiał, dlaczego obawiano się prawdziwych żywiołaków.

Jakaś część niego zastanawiała się czy jego również będą się obawiali z tego powodu. Z drugiej strony, jeśli nie jego moc wywoła u nich strach, to zapewne jego sojusz z Tomem. Sojusz, który, jego skromnym zdaniem, był o wiele istotniejszym powodem do strachu. Tym bardziej, że Tomowi bardzo łatwo przychodziło wyzwolenie w nim jego sadystycznych tendencji.

W pewnym sensie pogodził się z myślą, że ludzie będą się go obawiali. To dlatego pokazał im swoją moc. Będą się go bali bez względu na wszystko, więc danie im ku temu konkretnego powodu nie robiło żadnej różnicy.

Dumbledore był jedynym powodem, dla którego mógłby zmienić zdanie. Nie chciał tak szybko zwracać uwagi staruszka, ale miało to więcej zalet niż wad. Uczniowie byli z pewnością zachwyceni jego występem. Starsi traktowali go z dystansem, widział to w ich oczach, ale ogólnie przyjęli to dość dobrze, nawet jeśli postrzegali to inaczej niż ich młodsi koledzy. Zmusił ich do myślenia. Sprawił, że zdali sobie sprawę, że nie wyjdą na tym zbyt dobrze, jeśli będą jego wrogami. Miał nadzieję, że zapadnie im to w pamięć i pomoże mu przeciągnąć ich na swoją stronę. Albo przynajmniej, że nie opowiedzą się przeciwko niemu. Nie będzie miał do nich pretensji, jeśli zdecydują się pozostać neutralni.

Ubrał się szybko i zszedł na śniadanie. Bez problemu zignorował wszystkie spojrzenia, które inni rzucali w jego stronę, a podszedł do Zachariasza i Wayne'a, gdy ci przywołali go do stołu Puchonów. Trochę go to zaskoczyło. Spodziewał się, że będą się czuli nieswojo ze względu na fakt, iż wykonał zadanie o wiele lepiej niż Cedrik.

– Cześć – przywitał się, siadając pomiędzy nimi. – Jak było na wczorajszej imprezie?

– Z tego co słyszeliśmy, to nie była tak wspaniała jak twoja – mruknął Zachariasz. – Serio, smok wykonany z ognia, w dodatku z ognia smoka. Nie mogłeś wybrać czegoś bardziej błyskotliwego?

Harry roześmiał się, a potem posłał mu złośliwy uśmieszek.

– Przecież oni chcieli przedstawienia.

– Z pewnością im je dałeś– zauważył Wayne. – Widziałeś jak patrzą na ciebie Ślizgoni? Szczególnie Malfoy i jego banda?

– Nie, nie widziałem. Czemu pytasz?

– Cóż… nigdy nie widziałem, żeby było im tak łyso.

Harry zerknął na stół Ślizgonów i prychnął, kiedy ich zobaczył. Rzeczywiście mieli nieciekawe miny, ale bardziej zwrócił uwagę na zachowanie starszych uczniów. Wyglądali tak, jakby patrząc na niego ponownie analizowali wszystko, co o nim wiedzieli. Uśmiechnął się do nich, zadowolony z siebie i wrócił do śniadania.

- Do Malfoya chyba właśnie dociera, że do tej pory tylko się z nim bawiłeś, bo w rzeczywistości mógłbyś bez problemu rozłożyć go na łopatki – zauważył Zachariasz. – Jest Ślizgonem, jego instynkt samozachowawczy musi dawać o sobie znać– dodał, prychając, a Harry i Wayne parsknęli śmiechem.

– Jak myślisz, zostawi mnie w spokoju?

– Powiedziałem, że odzywa się jego instynkt samozachowawczy, a nie, że jest mądry – stwierdził Zachariasz, śmiertelnie poważnym tonem i Harry ponownie wybuchnął śmiechem. Jego oczy błyszczały z rozbawienia, a na twarzy miał niemal dziki uśmiech.

– Myślisz, że potrzebuje demonstracji?

– Drogi Merlinie, mam taką nadzieję – powiedział Wayne, a jego oczy błyszczały wesoło.

Harry roześmiał się, kręcąc głową. Zastanawiał się jak to się stało, że nigdy nie zauważył jak złośliwi potrafili być Puchoni.

– Przepraszam – rozbrzmiał głos za nim. Odwrócił się i spojrzał prosto na małą Puchonkę z pierwszego roku. – Dyrektor powiedział, żeby ci to dać – powiedziała dziewczynka, podając mu zwinięty pergamin.

– Dzięki – Harry uśmiechnął się do niej i zachichotał, kiedy ta zarumieniła się i uciekła.

Rozwinął pergamin i westchnął, czytając wiadomość.

Naprawdę nie zdziwił się, że został wezwany. Miał po prostu nadzieję, że uda mu się tego uniknąć jeszcze przez kilka godzin. Nie był pewien jak poradzić sobie z Dumbledorem. Nie był całkowicie pewien jak poradzić sobie z Dumbledore. Wiedział, że musi coś zrobić, coś powiedzieć, ale naprawdę nie miał pojęcia co.

Jego życie w Hogwarcie miało się w zależności od tego, jak to rozegra.

Mimo wszystko wątpił, że fakt, że przyłączył się do Toma mógł w ogóle przejść przez myśl Dumbledore'owi, nawet jeśli działałby przeciwko niemu. Był pewien, że według Dumbledore'a było pomiędzy nimi zbyt wiele animozji, aby mogli ze sobą współpracować. Poza tym Dumbledore był przekonany, że Tom zabiłby go, gdy tylko by go zobaczył.

Wiedział jednak, że jeśli zacznie przeciwstawiać się Dumbledore'owi, to uczyni swoje życie o wiele bardziej skomplikowanym.

Czy chciał ryzykować? Czy było warto?

Teraz, rozmyślając od tym, zastanawiał się czy Snape powiedział Dumbledore'owi, że jego Znak stał się widoczny. Widział jaki nerwowy stał się Karkarow. Powodem był bez wątpienia ciemniejący Znak i pieczenie. To samo stało się ze Znakiem Snape'a. Czy powiedział Dumbledore'owi prawdę? Czy wiedzieli, że Tom powrócił, czy może sądzili, że tylko rósł w siłę?

Przez to wszystko nie miał pojęcia jak powinien się zachować.

Co robić… co robić…

– Co to jest? – spytał Wayne, lekko zaniepokojony.

– Och, to tylko wezwanie do jego gabinetu – stwierdził od niechcenia, nie zdradzając swoich myśli. – Lepiej już pójdę. Im szybciej to załatwię, tym lepiej.

Zgodzili się, zapraszając go do swojego pokoju wspólnego i wrócili do śniadania.

Harry pożegnał się i opuścił Wielką Salę. Nie spieszył się, chcąc odwlec to spotkanie tak długo jak tylko mógł. Nie bał się staruszka, nie bał się. Nie miał ku temu powodu. Mimo wszystko nie chciał się z nim spotykać. Nie był pewien, że zdoła ukryć gorycz i niechęć, jaką czuł w stosunku do niego. Nie chciał komplikować życia sobie i Tomowi, ale wiedział, że nie będzie w stanie udawać, że jest małym Zbawicielem Dumbledore'a.

Dotarł do gabinetu dyrektora szybciej, niż tego chciał. Wziął głęboki oddech i powiedział hasło.

– Twix – z trudem powstrzymał parsknięcie, na myśl o tym wyborze.

Zapukał do drzwi gabinetu i chwilę później usłyszał: „Proszę".

Gabinet wyglądał dokładnie tak jak zapamiętał.

– Harry, chłopcze, dziękuję, że przyszedłeś. Mam nadzieję, że nie odciągnąłem cię od śniadania?

– Nie, dyrektorze. Zdążyłem już zjeść – odparł, siadając przed biurkiem Dumbledore'a, kiedy ten wskazał mu jeden z foteli.

Siedział cierpliwie, czekając aż dyrektor zacznie rozmowę. Jeśli czegoś się nauczył, to cierpliwości.

– Teraz, mój drogi chłopcze, powiedz mi - wiesz dlaczego cię wezwałem? – charakterystyczny błysk w oczach Dumbledore'a nie był tak jasny jak zwykle i widok ten sprawił, że Harry miał ochotę się uśmiechnąć.

– Nie, niezbyt, proszę pana – doskonale wiedział dlaczego się tu znalazł. Jednak nie było potrzeby, aby ułatwiać staruszkowi życie, czyż nie? On na pewno nie ułatwiał życia Harry'emu.

– Cóż, mój drogi chłopcze, zapewne zdajesz sobie sprawę, że wczorajsze zadanie odjęło mowę wielu osobom.

– Nic dziwnego. Co oni sobie wyobrażali, wystawiać nas przeciwko smokom? – postarał się, aby wyglądać na jak najbardziej oburzonego.

– No cóż… To nie jest powód ich reakcji. Gdzie nauczyłeś się tego zaklęcia, którego użyłeś? - Dumbledore pochylił się w jego stronę, posyłając mu przeszywające spojrzenie.

– Czy ma to jakieś znaczenie? Nie powinien być pan szczęśliwy, że nie zmieniłem się w kupkę popiołu? – nie udało mu się ukryć nuty uszczypliwości w jego głosie.

– Mój drogi chłopcze, oczywiście, że cieszę się, że wyszedłeś z tego bez szwanku – Dumbledore starał się udobruchać go z uśmiechem dobrego dziadka na brodatej twarzy. – Niepokoję się jednak o ciebie. Zaklęcia, które są w stanie kontrolować żywioły, są jednymi z najmroczniejszych znanych człowiekowi i nie chcę patrzeć jak zmierzasz w tamtą drogą.

– Nawet jeśli, to co? Przeżyłem tylko i wyłącznie dzięki temu zaklęciu.

– Jestem pewien, że tak nie myślisz, Harry – wesołe ogniki zniknęły z jego oczu, a Harry chciał poklepać się po plecach za to, że zdołał tego dokonać. – Pomyśl o tym, co powiedzieliby twoi rodzice.

– Skoro zginęli, żebym ja mógł żyć, to sądzę, że ucieszyliby się, że przeżyłem. Nieważne w jaki sposób - wiedział na pewno, dzięki ojcu, że jego rodzice stali za nim murem. Musiał jednak przyznać, że w poprzednim życiu te słowa odniosłyby zamierzony przez Dumbledore'a skutek.

– Ktoś inny również wierzy w przetrwanie bez względu na koszty, Harry – powiedział mu Dumbledore grobowym głosem. Harry czuł niewielkie wahania w magii staruszka.

– Tak? – uniósł brew. Wiedział, że chodziło o Toma, a ponieważ wiedział nie mógł powstrzymać się od odpowiedzi. – W takim razie jest to mądry człowiek. Dobrze wiedzieć, że gdzieś tam są jacyś inteligentni ludzie.

– Mówię o Lordzie Voldemorcie, Harry – powiedział Dumbledore po kilku sekundach martwej ciszy. Jakby wiedza o kim mowa miała cokolwiek zmienić. Jakby miało to sprawić, że Harry stwierdzi, że jego poglądy są niewłaściwe.

– Wie pan – powiedział wolno Harry, jakby zastanawiał się nad każdym słowem, które wypowiadał. – Zawsze mówił, że jesteśmy do siebie podobni. Może miał rację? – rozkoszował się szokiem, jaki przemknął przez twarz Dumbledore'a. – Może nasza wola życia przerasta wszystko inne. Nie żeby naprawdę mnie to dziwiło, biorąc pod uwagę, gdzie dorastał – wymamrotał ostatnie słowo, rozkoszując się tym, jak Dumbledore wzdrygnął się na te słowa. – Nie jestem jakimś Zbawicielem – splunął ostatnie słowo. – To nie jest jakaś bajka, w której Voldemort jest zły, a ja jestem dobry i powinienem zrobić wszystko, aby nie stać się takim jak on. Jestem jedynie nastolatkiem, który został wciągnięty w ten cały bałagan i jedyne czego chcę, to przeżyć. Za wszelką cenę.

– Gdzie nauczyłeś się tego zaklęcia, Harry? – zażądał Dumbledore, całkowicie pozbywając się swojej maski dziadka.

Nie mogąc się powstrzymać, Harry uśmiechnął się szyderczo.

– To nie było zaklęcie – oświadczył radośnie. – To była tylko magia. Magia i moja wola – kiedy Dumbledore pobladł, uśmiechnął się, zadowolony z siebie. – Czy to wszystko, dyrektorze ? – gdy tylko Dumbledore skinął głową, wstał ze swojego miejsca i opuścił gabinet.

Roześmiał się, gdy tylko zszedł po schodach. Miał nadzieję, że to zajmie Dumbledore'a na jakiś czas. Szansa, że Dumbledore dowie się, że był żywiołakiem, była raczej niewielka, ale na pewno spędzi wiele godzin, dni, a może nawet tygodni, szukając odpowiedzi. Biorąc pod uwagę jego obsesję na punkcie tej przeklętej przepowiedni, to może nawet dojść do wniosku, że to była ta tajemnicza moc, której nie znał Tom.

Roześmiał się ponownie, idąc do komnat Barty'ego. Przynajmniej nie musiał już martwić się o to, że staruszek będzie wchodził mu w drogę.

~ o O o ~

– Co robisz? – zapytał Tom, spoglądając na Harry'ego, który leżał na dywanie przed kominkiem w jego gabinecie.

– Leniuchuję – wymamrotał Harry w odpowiedzi i Tom z trudem powstrzymał uśmiech.

– Widzę – jego głos zdradzał jego rozbawienie bardziej, niż sobie tego życzył. – Sądziłem, że będziemy zajmować się naszymi planami ?

– Będziemy – potwierdził Harry. – Tylko w Hogwarcie jest tak cholernie wygodnie, że musiałem tu przyjść. Chciałem sobie troszkę dogodzić.

– Co takiego robiłeś w Hogwarcie? – zapytał z ciekawością, zajmując miejsce przy kominku.

– Dokładnie to samo, co tu. Chociaż miałem towarzystwo na dywanie, bo był tam Barty – odpowiedział Harry, leniwie się przeciągając.

– Ach tak? – w jego głosie było więcej jadu, niż chciał.– Spędzasz z nim dużo czasu, prawda? – tak, to zabrzmiało znacznie lepiej, zdradzając tylko odrobinę zainteresowania.

– Taaa – odparł Harry, a jego głos brzmiał jakby był na granicy snu. – Jest ciepły, milutki i lubi się tulić.

– Moi śmierciożercy nie są milutcy – musiał to powiedzieć. Nie był do końca powinien kogo bronił, siebie czy może swoich śmierciożerców. A może i siebie, i ich? Był pewien, że nie było w tej grupie nikogo, kto chciałby żyć ze świadomością, że ktoś określił ich tak bzdurnym słowem jak milutki.

– W porządku, twoi śmierciożercy nie są milutcy – zgodził się Harry, kiwając głową. – Jednak mój Barty jest.

Jego oczy zwęziły się i nie zauważył nawet, kiedy sięgnął po różdżkę. Nienawidził zaimka, którego Harry użył przed imieniem Barty'ego. Lepiej, żeby Harry nie postrzegał jego śmierciożercy jako cokolwiek swojego.

Wolałby też nie wiedzieć, w jaki sposób Harry odkrył, że Barty lubił się tulić.

– Hmm – starał się brzmieć obojętnie. – Czy możemy przejść do naszych planów?

Harry westchnął cierpiętniczo, a potem ponownie się przeciągnął i wstał.

– Tak, myślę, że to dobry pomysł. Twoi śmierciożercy wiedzą, że wróciłeś. Najwyższy czas, żeby ich wykorzystać.

Tom skinął głową i przywołał z biurka kilka pergaminów. Nadszedł czas, aby wprowadzić kilka spraw w życie. Całą resztą mógł zająć się później.

Kolejny rozdział powinien pojawić się przed końcem miesiąca.