Zastrzeżenie: Ta historia oparta jest na postaciach i sytuacjach, stworzonych i należących do J.K. Rowling. Nie czerpię korzyści materialnych z tego opowiadania.

Ostrzeżenie: Historia zawiera slash, przemoc i tortury.

Betaowała wspaniała i cudowna Disharmonie.

Tak więc przepraszam za tak długi okres oczekiwania. Dzięki Disharmonie został on tak szybko sprawdzony i dzięki niej właśnie dzisiaj go czytacie. Odpowiem wszystkim tutaj bo szczerze nie chce mi się pisać na PW. Tak więc wybaczcie, że dopadł mnie leń. Cieszę się ostatnimi dniami wolności zanim znów zacznie się rok akademicki.

Tak więc dziękuję za komentarze:

Belzebko, przepraszam, ale mam nadzieję, ze tym razem znów będzie banan na twarzy! Ciesz się nowym rozdziałem!
CorvusEvansLloyd, dziękuję za zrozumienie. Ciesz się rozdziałem!
colubrum, dziękuję za tak długi komentarz! Tak doskonale możemy zrozumieć Harry'ego i jego gorycz.
Zgadzam się, że Miss wspaniale opisała dlaczego Harry rozumie Toma, brakuje tego u JKR. Co do Śmierci tak, ale na większe okazanie uczuć musisz poczekać do kolejnego rozdziału. To chyba najgorszy z możliwych scenariuszy. Czasem strach pomyśleć co stanie się w przyszłości, a człowiek nie uczy się na błędach.
Obiecuję nie porzucić tego tłumaczenia choćby miało trwać latami! :D
Marley Potter, dziękuję za wyrozumiałość jak i komentarz. Ciesz się rozdziałem!
Lilyatte, dziękuje za komentarz!
partofforever, dziękuję za komentarz, chociaż ja tylko tłumaczę. Tak niestety tu akurat można zrozumieć dlaczego zmienił strony. Chyba każdy na jego miejscu zrobiłby to samo.
casjelka, tutaj!
Philie, znajdziesz w tym rozdziale odpowiedź co Harry zrobił w drugim zadaniu. Również dostaniesz Barty'ego i Toma do tulenia. Mam nadzieję, że wycieczka była udana.
Gościu, dziękuje za komentarz. Cieszę się, że podobał ci się rozdział.
Maro Nineve, nawet nie wiesz jak bardzo. Widzę, że podobne upodobania mamy u mnie pierwszeństwo ma Harry z Tomem. Tak Tom nie był potworem miał przyjaciół, do tego jest zazdrosny i zaborczy. Czyli taki jaki powinien być Czarny Pan. Tak, niestety biedny Barty. Harry widzi go jako przyjaciela i tak będzie. W końcu jest nieśmiertelny, a Barty umrze. Zostanie z nim tylko Tom. Miejmy nadzieję, że Riddle nie wyrządzi mu wielkiej krzywdy, nie okaleczy trwale ani nie zabije… Jak widać autorka stworzyła coś innego od reszty.
Co do Dumbledore'a znienawidziłam go po Insygniach Śmierci! Jak można było posłać Harry'ego na śmierć! Dziękuję za wyłapanie błędu, postaram się go szybko poprawić :D
Dziękuję za komentarz i wyrozumiałość. Przekażę pozdrowienia!
Ufff a bałam się, że jednak coś zrobiłaś (znaczy się monitorowi).
Xylone, cieszę się, że spodobało ci się to opowiadanie. Harry wreszcie nie jest sam, Tom wrócił do „normalności" i sama go takim wolę. Tak Tom nie lubi się dzielić. Co do przeciągania na swoją stronę Luniaczka, musisz poczekać do kolejnego rozdziału. To na pewno ci się spodoba. Dumbledore będzie miał inne sprawy na głowie niż zadania Harry'ego i ich wykonanie. Dziękuję za komentarz!
XSparkX, skoro uwielbiasz Toma i Barty'ego to ten rozdział jest dla ciebie! Bądźmy dobrej myśli, że Barty wyjdzie z tego cało. W tym rozdziale zobaczysz drugie zadanie, oby i ono przypadło ci do gustu. Co do rozmowy z Dumbledre'em nie jest to ostatnia taka. Dziękuję jeszcze raz!
misqo! Przepraszać nie musisz, dobrze o tym wiesz! Też czekam na ta krew i nie tylko. Slash będzie, ale nie Harry z Bartym w rolach głównych. Dostaniesz trochę swojego ulubionego Toma w tym wydaniu. Co do Harry'ego i jego zadań, pewnie już żałuje swojego występu, a w tym rozdziale dowiesz się czemu.
Senri97, dziękuje bardzo za komentarz!
Zaczytana, wspominałam kilkakrotnie już, że to Syn Śmierci był dla mnie pierwszy nim wpadłam na Xerosisa. Poza początkiem i odrodzeniem nie ma zbyt wielu podobieństw o czym na pewno się przekonałaś. Bardzo się cieszę, że jednak zostałaś z nami na dłużej. Co do Lucjusza i Belli dowiesz się o nich w tym rozdziale. Bądź dobrej myśli. Co do treści niestety nie ma na nią wpływu. Dzięki za komentarz jeszcze raz!

Jeśli kogoś pominęłam przepraszam! Nie zrobiłam tego specjalnie. Proszę się upomnieć!
Dziękuję również za dodanie Syna Śmierci do ulubionych i śledzonych!

Z ogłoszeń parafialnych jeszcze jedno. Kolejny rozdział będzie aktualnie ostatnim. Pojawi się kiedy będzie.

Zapraszam na rozdział!

wężomowa

Rozdział 8 – Przebudzenie

- Jesteś pewien, że chcesz to zrobić dzisiejszej nocy? – dopytywał Tom, upewniwszy się wcześniej, że dobrze się czuje. Harry musiał oprzeć się pokusie przewrócenia oczyma. Kto by pomyślał, że mężczyzna będzie zachowywał się jak nadopiekuńcza matka.

- Tak, Tom. Jestem pewien. - Nie mógł powstrzymać irytacji w swoim głosie.

- Naprawdę? Nic się nie stanie, jeśli to przesuniemy. Miałeś dość męczący dzień – upierał się i Harry w końcu nie wytrzymał, przewracając oczami.
- Tom, to tylko drugie zadanie. Nic poza tym.

- Tylko?! Tylko drugie zadanie? Harry, zapomniałeś, że tam byłem? Co zrobiłeś … - Tom pokręcił głową, a zdumienie było widoczne w jego oczach. Prawdę mówiąc, Harry wcale go za to nie winił. Sam był zaskoczony tym, że jego plan zadziałał tak dobrze, biorąc pod uwagę, iż nie miał pomysłu, jak poradzić sobie z postawionym przed nim zadaniem, dopóki nie stanął obok pozostałych reprezentantów, gotowych do ratowania swoich zakładników.

~ o O o ~

Harry był trochę zmęczony. Dobra, więcej niż trochę, był gotowy paść i nie wstawać przez kolejny tydzień. Cóż, może to była przesada, ale naprawdę był zmęczony. Sprawy odrobinę się skomplikowały, a wszystko przez drugie zadanie.

Nie to, żeby się bał samego zadania. Bardziej martwił się, kogo wezmą na jego zakładnika. Ron odpadał, przynajmniej tak sądził. Nadal z nim nie rozmawiał ze względu na to, że Czara wyrzuciła jego imię. Okazją na podsunięcie własnego kandydata okazał się Bal Bożonarodzeniowy, na który zabrał Lunę. Uznał, że skoro była jedyną osobą, którą znał, organizatorzy założą, iż zaprosił ją na uroczystość ze względu na to, iż był w niej szaleńczo zakochany. Tak szybko, jak tylko McGonagall powiedziała im o balu, śledził Lunę i poprosił, żeby z nim poszła. Uśmiechnęła się do niego z rozmarzeniem i zgodziła się. Potem odeszła, jak gdyby nigdy nic, chociaż przedtem pogratulowała mu pozbycia się nargli.

Nadal uśmiechał się na wspomnienie wyrazu twarzy tych, którzy widzieli go z Luną na Balu.

Kupił jej piękną suknię i zaangażował do pomocy z włosami starszego Krukona, który nigdy jej nie gnębił. Kiedy wszystko zostało skończone, przypominała eterycznego elfa. Uczniowie nie wierzyli własnym oczom i niejeden chłopak rzucał mu zazdrosne spojrzenia.

Luna przez całą noc była bardzo szczęśliwa. Wciąż pozostawała sobą, ale w jej oczach widniało światło, którego nie widział, kiedy spotkał ją na piątym roku. Czuł się dobrze, sprawiając jej radość, a nie było to trudne. Wystarczyło trochę uwagi i opieki. Był w stanie zrobić o wiele więcej, żeby tylko jeszcze raz zobaczyć błysk w jej oczach. Tak więc Luna była jedną z możliwości; poza nią byli również: Hermiona, Wayne, Zack, a nawet Ginny. Nie miał pojęcia, jak wybierano zakładników, przez co nie potrafił stwierdzić, kim będzie jego.

Tak więc, chcąc się tego dowiedzieć, przez ostatnie dni trzymał każdego, kto miał z nim jakiś związek, pod zaklęciem śledzącym. Wiedział, że przesadza, ale naprawdę nie chciał ryzykować. Poza tym nie mógł sobie przypomnieć, gdzie w jeziorze znajdowało się miasto trytonów i bez względu na to, jak bardzo myśl o tym go niepokoiła, chciał jak najszybciej się do niego dostać. Minusem uroku było to, że zaklęcie miało limit czterdziestu ośmiu godzin. Zdecydował się rzucić słabsze zaklęcie, żeby nie wyczuł go Dumbledore lub jakaś osoba wrażliwa na magię. Dlatego też musiał zrobić to na dzień przed zadaniem; w przeciwnym razie musiałby radzić sobie sam. Zmęczyło go to, a zważając, że było już po trzeciej w nocy, niczego nie pragnął bardziej niż snu. Żałował, iż wcześniej nie pomyślał, by poprosić Zgredka, aby ten dowiedział się, kto będzie jego zakładnikiem. Kiedy jego głowa opadła na poduszkę, nie pamiętał już nawet, że nie wymyślił, jak uwolnić swojego zakładnika. W zadaniu nie pomagał fakt, iż tym razem Zgredek nie przyszedł mu z pomocą, wręczając skrzeloziele.

Następnego ranka powlókł się na brzeg Czarnego Jeziora. Kiedy dotarł do platformy, przez chwilę sądził, że wrócił na Mistrzostwa Świata w Quidditchu.

Nie pamiętał, żeby podczas drugiego zadania było obecnych aż tak wiele osób. Widząc jego spojrzenie, Cedrik rzucił mu pokrzepiający uśmiech.

- Są tu z twojego powodu – powiedział chłopak. Harry spojrzał na niego zmieszany i Cedrik pokręcił głową. – Podczas pierwszego zadania stworzyłeś smoka z ognia. Zszokowałeś ludzi, więc teraz każdy chce zobaczyć, co dalej zrobisz. Szczerze mówiąc, nawet my nie możemy się doczekać, aby zobaczyć co wymyśliłeś. Nie wstydzę się nawet przyznać, że w pierwszym zadaniu, w przeciwieństwie do nas, pokazałeś klasę. - Fleur i Krum przytaknęli, a Harry nawet dostrzegł szacunek w ich oczach.

Ponownie zerknął na tłum i niemal westchnął. Pragnęli rozrywki. Cóż, nietaktownie z jego strony byłoby poinformować ich, że nie miał pojęcia, co robić, prawda?

Zanim zdążył cokolwiek zrobić, Bagman powiedział im, żeby przygotowali się i wyjaśnił tłumowi zadanie. Harry spojrzał na innych reprezentantów i dostrzegł, że obserwują go kątem oka. Następnie ruszyli, pozostawiając go w tyle.

Czuł , że oczy wszystkich zebranych były na niego zwrócone i mało brakowało, by westchnął. Dobrze, że przynajmniej wiedział, gdzie byli zakładnicy. Teraz musiał tylko wymyślić sposób, aby się tam dostać.

Wtedy otworzył szerzej oczy i zaczął się śmiać. Obserwujący go tłum zamilkł, kiedy usłyszał jego śmiech i kpiący uśmiech pojawił się na jego ustach. Chcieli rozrywki, prawda? Czegoś wielkiego i zapierającego dech w piersi. Cóż, mógł pokazać im coś prosto z kart biblii.

Różdżka pojawiła się w jego dłoni i z leniwym wdziękiem, do którego nie wiedział, że jest zdolny, wskazał na Czarne Jezioro.

Może to nie morze, ale był pewien, że efekt będzie porażający.

Zmusił część wody do rozstąpienia się przed nim. Napotkał opór, gdyż ta nie miała gdzie się ulokować, dlatego też w przypływie natchnienia, skierował ją w górę. Kazał jej dotknąć nieba. I to zrobiła. Dwie gigantyczne ściany wody wystrzeliły w powietrze. Stworzona pośrodku przestrzeń dała prostą drogę do zakładników. Widział pośród nich Lunę, jedyną, która nie była pod wodą. Obudziła się i spojrzała na niego, machając mu sennie.

Tłum nadal milczał. Patrzyli na coś, co zdawało się niemożliwe do zrobienia, a czego byli świadkami. Zmusił falę do odłączenia się od reszty, żeby utworzyć małą wodną kulę dookoła nóg Luny. Dodał do niej trochę grawitacji, tworząc wygodne poduszki. Luna usiadła na nich, a on rozkazał im kierować się w jego kierunku, powoli i ostrożnie, żeby Luna z nich nie spadła.

Zerknął kątem oka na ściany wody, żeby upewnić się, że wytrzymają. Ujrzał Cedrika oraz Fleur, wpatrujących się w niego zza wodnej ściany. Mieli szeroko pootwierane oczy z niedowierzania. Mrugnął do nich bezczelnie i zauważył ,jak Cedrik kręci głową.

Chwilę później Luna dotarła do niego i pomógł jej wstać z wodnej poduszki.

- Cześć, mała Śmiercio – szepnęła z uśmiechem na ustach.

- Witaj, mały Księżycu. Miałaś udaną drzemkę? – Uśmiechnął się, nie zwracając uwagi na milczący tłum.

- Tak, była odświeżająca, choć odrobinę mokra.

Uśmiechnął się i rozkazał wodzie wrócić na miejsce. Niczym wodospad, ściana wody runęła w dół, zostawiając po sobie tęczę. Widok był naprawdę piękny.

Spojrzał w stronę sędziów i uśmiechnął się do nich.

- Mam swojego zakładnika – powiedział, przerywając ciszę.

Uderzenie serca później wybuchły gromkie oklaski.

~ o O o ~

Niedopowiedzeniem było, że tłum cieszył się z pokazu.

Prawie rzucili się na niego, kiedy wrócili pozostali reprezentanci. Na szczęście udało mu się uciec, chodź było naprawdę blisko. Jednak jego zwycięstwo było krótkotrwałe. Gryfoni uznali, że skromne przyjęcie w ich Pokoju Wspólnym to za mało. Tak więc bliźniacy Weasley zarekwirowali Wielką Salę i wysłali zaproszenia do wszystkich uczniów, którzy chcieli przyłączyć się do imprezy. Domyślił się, że nawet profesorowie byli pod wrażeniem użycia przez niego magii, ponieważ żaden z nich nie powiedział nic, kiedy dowiedzieli się o imprezie. Pomijając Snape'a, którego nienawistne spojrzenia dosięgły go raz czy dwa.

Był raczej zaskoczony, kiedy zjawił się prawie każdy uczeń. Łącznie ze Ślizgonami oraz pozostałymi reprezentantami.

Mimo wszystko to Ślizgoni zaskoczyli go najbardziej. Pogratulowali mu. Widział w ich oczach prawdziwy szacunek. Malfoy nadal był trochę zniewieściały, nawet kiedy trzymał się na dystans, ale sposób, w jaki prowadził rozmowę, był całkiem przyjemny. Podejrzewał, że nie powinno go to zaskakiwać. Jeśli już miał wskazać co, co szanowali Ślizgoni, była to moc, którą Harry ujawnił, że posiada.

- Wiesz przecież, kim jestem – powiedział, kiedy zobaczył podziw w oczach Toma. – Naprawdę cię zaskoczyło, to co zrobiłem?

- Zaskoczyło? Nie, nie bardzo. Jednak to nie zmienia faktu, że był to wspaniały pokaz i nie pomyślałbym o tobie źle, gdybyś był zmęczony.

Harry uśmiechnął się do niego i wstał z fotela stojącego przed kominkiem.

- To nie było tak męczące jak smok. Ogień… był jak żywa istota, kiedy nadałem mu kształt. Musiałem tchnąć w niego trochę Życia, więc trudniej było mi go kontrolować. W porównaniu z tym, woda była łatwiejsza. Zmieniłem tylko jej drogę. Tak więc, tak, jestem pewien – wyjaśnił; oczy Toma błyszczały zainteresowaniem.

Wiedza, że Tom przede wszystkim był żądny wiedzy, niezmiennie go bawiła, nawet jeśli posiadał lekkie skłonności do sadyzmu.

- W porządku. – Tom pokiwał głową i wstał zza biurka. Nie był on w stanie ukryć podekscytowania w swoich oczach i Harry wyszczerzył się do niego. Czuł się tak szczęśliwy jak Tom. To był pierwszy krok.

Kiedy opuścili gabinet mężczyzny, Harry omal nie skakał po ścianach, a Tom uśmiechał się do niego.

- Teraz – powiedział Tom, zatrzymując się przed zamkniętymi drzwiami. – Czy możesz uspokoić się na kilka minut?

Harry spiorunował go wzrokiem i wmaszerował do pokoju, zostawiając zirytowanego Riddle'a za sobą. Usiadł i uśmiechnął się do niego szyderczo, kiedy ten wszedł.

Tom westchnął, kręcąc głową. Przyzwyczaił się do humorków Harry'ego i wiedział, że nie ma sensu się z nim kłócić. Wyczarował identyczny tron i zasiadł obok Harry'ego. Rzucił okiem na pochlipującego szczura, który podszedł do nich, powłuczając nogami. Szydząc z żałosnych usprawiedliwień czarodzieja, przycisnął różdżkę do Mrocznego Znaku. Jego wzrok spoczął na Harrym, kiedy usłyszał chichot, który wywołały skomlenia szczura. Jego uśmiech poszerzył się, gdy tylko ujrzał sadystyczną radość w oczach chłopaka. Zazwyczaj dobrze to ukrywał, ale bywały chwile, kiedy maska spadała i ukazywała targające nim, lekkie szaleństwo.

Tak szybko jak oddalił różdżkę od Znaku, szczur wycofał się, przyciskając rękę do piersi.

Czekali w milczeniu, a chwilę później śmierciożercy zaczęli się aportować. Uśmieszek na jego ustach poszerzył się, kiedy zobaczył jak zaskoczeni byli. Strach niektórych z nich był niemal namacalny i mógł poczuć rosnące podekscytowanie Harry'ego.

Kiedy minęło dziesięć minut i nie pojawił się już żaden śmierciożerca, wstał ze swojego miejsca.

- Moi śmierciożercy.– Jego oczy przesunęły się po wszystkich i kilku z nich wzdrygnęło się. - Widzę, że nadal przybywacie na wezwania – mówił groźnym szeptem i był zadowolony z ich reakcji. Nie czerpał satysfakcji z ich strachu, dobrze … rzeczywiście to robił, ale wiedział, że nie może utrzymać ich lojalności tylko za jego pomocą. Tym razem jednak miał powód; opuścili go. Może nadal wierzyli w jego idee, ale porzucili swojego Pana. To nie było coś, co może ujść płazem. – Jakie to dziwne, że wszyscy stawiacie się przede mną, podczas gdy przez ostatnie czternaście lat, żaden z was mnie nie szukał. Zastanawiam się, dlaczego tak się stało.

- Mogę ci powiedzieć, dlaczego … - przerwał mu Harry, zyskując tym uwagę wszystkich obecnych śmierciożerców. Mógł poczuć ich zakłopotanie. Nie winił ich za to. Wątpił, żeby ktokolwiek mógł sobie wyobrazić tego szczególnego nastolatka, siedzącego obok niego, ich Pana, jakby było to jego należyte miejsce.

Naprawdę musiał przestać myśleć o Harrym jak o nastolatku. Logicznie rzecz ujmując, mimo swojego młodego wyglądu, Harry był niemal tak stary, co on. Czasem trudno było o tym pamiętać.

- Możesz? – zapytał z ciekawością, posyłając mu uśmiech.

- Tak – stwierdził Harry, odpowiadając mu tym samym. Wstał ze swojego tronu i zaczął krążyć wokół śmierciożerców. Czasem patrzył na jednego z nich dłużej, cienie pogłębiły się i Tom uśmiechał się szyderczo, widząc jak większość z nich czuła się nieswojo. Ostatecznie wydawało się, że osiągnął swój cel.

Ręka Harry'ego podniosła się wolno i ostrożnie zsunęła kaptur śmierciożercy. Kiedy tylko opadł, maska rozmyła się i dłoń Harry'ego przeczesała długie blond kosmyki. Zmusił Lucjusza, żeby schylił się do jego poziomu. Przysunął wargi do jego lewego ucha.

- Drogi Lucjusz myślał tylko o swoim małym chłopcu. Gdyby tylko został uwięziony w Azkabanie, kto by rozpieszczał małego potworka? Z całą pewnością nie mógłby tego robić ze swojej celi. – Przenikliwe, zielone oczy Harry'ego pochwyciły jego spojrzenie i złośliwy uśmiech rozciągnął się na jego ustach. – Prawdę mówiąc, bachor mógłby być lepszy, gdyby Lucjusz wylądował w Azkabanie. Może nie okazałby się taką marudną suką.

Stało się to w mgnieniu oka.

Lucjusz warknął i wyciągnął różdżkę, jednak zanim zdążył otworzyć usta, ktoś przycisnął mu jej koniec do szyi.

Tom nie ruszył się z miejsca, obserwując wszystko. Pozostali śmierciożercy pozostali milczący.

- Tylko spróbuj, Malfoy. – Głos Barty'ego był pełen śmiertelnej groźby i dostrzegł obietnicę cierpienia w jego oczach.

- Barty – zawołał go Harry, a delikatny uśmiech pojawił się na jego ustach.

Barty opuścił różdżkę i pochylił głowę.

- Mój Panie. – Tom był pewien, że nie był jedynym, który uchwycił oddanie w głosie Barty'ego. Zmrużył oczy. Nie potrafił stwierdzić, na kogo był bardziej wściekły. Na Barty'ego czy Lucjusza.

- Twój Pan? – Lucjusz uśmiechnął się szyderczo, patrząc między Harrym a Bartym, ignorując na razie Toma. Ten uniósł brew. Harry naprawdę musiał uderzyć w czuły punkt Lucjusza. Dotychczas nie zdarzyło się mu stracić panowania aż do tego stopnia. – Stałeś się zdrajcą, Crouch? Jak śmiesz nazywać tego bachora swoim Panem?

- Ja, zdrajcą? – głos Barty'ego nadal nie był głośniejszy od szeptu. – Śmiesz nazywać mnie zdrajcą? Ty, który porzuciłeś naszego Pana, kiedy tylko aurorzy zapukali do twoich drzwi? Zawsze byłem wierny, zawsze! – Teraz Harry stał obok Barty'ego, a jego ręka spoczywała na jego przedramieniu. – I tak, z dumą nazywam Harry'ego moim Panem. Zasługuje na to tak samo, co Lord.

Nawet Tom był odrobinę zaskoczony zapałem, z jakim zostało powiedziane to oświadczenie. Widział, jak Harry posyła Barty'emu pełen uczucia uśmiech i nie mógł się powstrzymać.

Zanim ktokolwiek zdążył podnieść różdżkę, skierował czubek swojej na wysoką postać, po czym odpowiednia inkantacja opuściła jego usta.

Chociaż Lucjusz krzyczał, nie czuł się w pełni usatysfakcjonowany. Część niego chciała, by to Barty wił się na podłodze, krzycząc z bólu.

- Teraz, kiedy mam twoją uwagę – powiedział sucho, przerywając klątwę. – Wierzę, że byłem świadkiem twojego niepowodzenia w pomaganiu mi w ciągu ostatniej dekady. –Śmierciożerca zesztywniał, a on ponownie uśmiechnął się złośliwie. – Tak, mogę zrozumieć, dlaczego niektórzy z was nie przyszli mi z pomocą. Jak uwięzieni w Azkabanie Lestrange'owie, albo spętany przez całą dekadę Imperiusem Barty. Jednakże, nie wszyscy z was mają taką wymówkę. – Rozkoszował się ich strachem i gniew na Barty'ego przygasł, kiedy dojrzał w jego oczach prawdziwe oddanie.

Tacy poplecznicy byli trudni do zdobycia. Barty dołączył do niego nie z chciwości czy strachu, ale dlatego, że naprawdę w niego wierzył. Znał prawdę o nim i nawet to nie umniejszyło jego wiary. Niemal westchnął; nawet jeśli był jednym z najlepszych śmierciożerców, to miał wątpliwości, czy będzie w stanie go kontrolować jeśli chodziło o Harry'ego. Nigdy nie był znany ze swojej samokontroli nie poprawiło się to przez ostatnie lata. Miał tylko nadzieję, że Barty zna granice, których nie powinien przekraczać.

Lucjusz wstał na nogi, a oczy Toma utkwione były w nim.

- Powiedz mi, Lucjuszu, czy Harry ma rację? – Harry podszedł do tronu i oparł się o niego, również wbijając wzrok w mężczyznę. Tom uśmiechnął się złośliwie, kiedy zobaczył mały, niewinny uśmiech na ustach chłopaka. Naprawdę, patrząc na niego, nikt nie byłby w stanie zgadnąć, że Harry jest równie mroczny co on.

- Mój Panie, ja nigdy bym … - zaczął Lucjusz z wahaniem w głosie.

- Nie kłam! – krzyknął Tom, uwalniając swoją magię. Zgromadzeni śmierciożercy zadrżeli, a Harry zachichotał mrocznie. Uczucie magii mężczyzny było niesamowite.- Zrobiłeś to i zrobiłbyś ponownie! Zrozumiałbym, gdybyś posunął się do czegoś takiego, aby móc mnie szukać, ale nie! Nawet nie próbowałeś. Żaden z was! – warknął, a oni kulili się przed nim, tak jak powinni. – Ale nie martwcie się. Jestem miłosierny, wybaczyłem wam. Chociaż tego błędu nie zapomnę.

- Już teraz mogą zacząć odkupować swoje winy – wymruczał Harry ze swojego tronu i niegodziwy uśmiech zagościł na ustach Toma.

- Tak, sądzę, że jest taka możliwość – wyszeptał, zajmując miejsce obok niego. – Jednak niektórzy z was zastanawiają się, dlaczego Harry jest moim sprzymierzeńcem. Miejcie świadomość, że od teraz musicie traktować go jak swojego Pana i być mu równie posłuszni co mi. - Szok był niemal namacalny i Tom widział, że kilkoro z nich nie może się doczekać, żeby coś powiedzieć. Zastanawiał się, który z nich będzie miał odwagę spróbować. Spojrzał na Lucjusza i musiał powstrzymać się od śmiechu. Wyglądało na to, że nie będzie się zastanawiał zbyt długo.

- Mój Panie, proszę wybacz mi, ale Potter? – Lucjusz nie potrafił zamaskować pogardy w swoim głosie i Tom uniósł brew. – Z całą pewnością nie jest on nikim więcej niż małym bachorem. Co więc może zaoferować naszej sprawie?

Barty prychnął, a jego oczy były pełne pogardy, kiedy patrzył na blondyna. Tom widział jak nerwowo obraca różdżkę w dłoni.

- Masz coś do dodania, Barty? – zapytał nonszalancko, rozsiadając się na swoim tronie.

- Nie, mój Panie – odparł Barty, kłaniając się. – Jestem po prostu zaskoczony głupotą i wywyższaniem się Malfoya.

- Więc to tak? – wycedził. Chociaż musiał zgodzić się z Bartym. Lucjusz i, z tego co słyszał również jego syn, nie byli jak Abraxas. Zdawali się zaślepieni swoją pozycją w czarodziejskim świecie i czasami okazywali niewyobrażalną ignorancję na wszystko inne. Najwyraźniej również na niewątpliwą moc Harry'ego.

- Tak, mój Panie – odpowiedział Barty. – Wszyscy zdają sobie sprawę, że mój Lord Harry jest niezwykle potężnym czarodziejem. Nie musieli nawet specjalnie się nad tym zastanawiać, ani go poznać, odkąd można przeczytać o nim w każdej gazecie.

- Och, proszę cię, chyba nie wierzysz w te bzdury o zadaniach. Musiały zostać sfałszowane, bo w przeciwnym razie, wynikałoby, że chłopak jest kolejnym Merlinem. Nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że to sprawka Dumbledore'a.– zadrwił Lucjusz.

Tym razem Tom nie powstrzymywał chichotu. Mroczna uciecha błysnęła w jego oczach i uśmiechnął się do Harry'ego.

- Powinieneś wiedzieć, Lucjuszu, że zadania nie zostały sfałszowane – powiedział blondynowi Tom. – Byłem obecny przy obu – poinformował śmierciożerców. – Magia Harry'ego była niesamowita. Każda z obecnych tam osób mogła niemal poczuć smak jego mocy. To było oszołamiające. – Nie mógł powstrzymać się, żeby tego nie dodać. Sam wciąż był zdumiony tym, jak chłopak poradził sobie z oboma zadaniami. Żywiołaki naprawdę były przerażającymi istotami.

- T-ty… ty byłeś tam, mój Panie? – wyjąkał Lucjusz, a jego dotychczas niezachwiany wyraz twarzy się załamał.

- Byłem – potwierdził. – Wróciłem już jakiś czas temu – kontynuował, a w oczach zebranych pojawiło się zaciekawienie. – Właściwie na początku listopada.– Widząc ich dezorientację, poszerzył się mu uśmiech.- Harry przyszedł do mnie po Samhain, przywrócił mi ciało, prosząc w zamian, żebym tylko go wysłuchał. Zrobiłem to. Doszliśmy do wniosku, że mamy kilka wspólnych celów i zgodziliśmy się na partnerstwo – wytłumaczył. Wiedział, że nie ma obowiązku ich o tym informować, jednakże nie chciał, żeby jego śmierciożercy bezustannie walczyli z Harrym. Wiedział, że ten bez problemu sam by sobie poradził. Jednak cierpliwość Harry'ego też miała granice, a on nie chciał stracić zbyt wielu zwolenników z powodu ich głupoty. Poza tym był pewien, że chłopak zdobędzie ich szacunek już wkrótce. – Czy jest to odpowiedź na twoje pytania, Lucjuszu? – Ostrość w jego głosie była wyczuwalna. Ostrzegała Malfoya, żeby nie nadużywał swojego szczęścia.

- Tak, mój Panie – odpowiedział, kłaniając się nisko.

Zadowolony Tom przytaknął i przesunął wzrokiem po pozostałych śmierciożercach. Wszyscy patrzyli na Harry'ego z zainteresowaniem. Z całą pewnością zastanawiali się, jak udało mu się przywrócić ciało ich Pana, jakie miał moce. Oczywistym było, że teraz czuli się trochę bardziej niespokojni w obecności Harry'ego niż wcześniej. Prawdopodobnie uważali go za większe zagrożenie. Gdyby nie wiedział, kim był Harry, mógłby się martwić co jego śmierciożercy mogą mu zrobić. Jako że jednak miał tego świadomość, zwyczajnie go to bawiło. Z rozkoszą zobaczyłby, jak Harry zajmuje się głupcami, którzy próbowaliby działać przeciwko niemu.

- Teraz, jak powiedział Harry, możecie zacząć naprawiać swoje błędy. – Widział jak nerwowo się zachowują i zachichotał mrocznie. – Czas by uwolnić wiernych mi z Azkabanu! – wykrzyknął i śmierciożercy zbledli.

Ich reakcja naprawdę go nie zaskoczyła. Azkaban nie był dla ludzi o słabych nerwach, sam nie chciałby tam iść. Jednak nie mieli dużego wyboru. Przedyskutowali z Harrym wiele możliwości uwolnienia jego zwolenników i najwygodniejszym rozwiązaniem był nalot na Azkaban. Pomijając, że było to najwygodniejsze rozwiązanie, jego wpływ zostanie zauważony w nadchodzącej wojnie. Jak to ujął Harry, przebudzi Czarodziejski Świat.

W każdej innej sytuacji, oponowałby przed narobieniem tak dużego zamieszania. Stopniowe działanie mogłoby być lepszym pomysłem, jednak potrafił zrozumieć, jak podchodził do tego Harry. Im szybciej przejmą kontrolę nad Czarodziejskim Światem, tym prędzej będą mogli zająć się mugolami. Nie dając czasu swoim przeciwnikom na wzmocnienie obrony, ani Dumbledore'owi na zebranie Zakonu, pójdzie im dużo łatwiej. Liczyli na zwykłą niekompetencję Ministra i przypisanie masowej ucieczki Blackowi, tak jak to miało miejsce w poprzednim życiu Harry'ego. Należało wziąć pod uwagę, że tym razem nie było Harry'ego Pottera, który starał się rozgłosić powrót Czarnego Pana, więc głupie owieczki uwierzą we wszystko, co wydrukuje Prorok Codzienny.

Zdawali sobie jednak sprawę, że coś może pójść nie tak. Prawdę mówiąc, żaden z nich nie martwił się tym zbytnio. Jeśli się nie uda, to trudno. Po prostu będą zmuszeni nieco zmienić swoje plany. Tak czy siak, muszą mieć Czarodziejski Świat w garści i dopiero wtedy zniszczą tych cholernych mugoli. Zanim staną się dla nich zbyt dużym zagrożeniem, na co nie mogli pozwolić.

- Dzisiejszej nocy weźmiemy szturmem Azkaban i uwolnimy moje wierne sługi! – zawołał. – Będziemy kontynuować, to co zaczęliśmy i zdobędziemy Czarodziejski Świat. Zwrócimy naszemu światu dawną świetność i wytępimy tych brudnych mugoli! Będziemy świadkami narodzin nowej epoki! Ery magii i wolności nas wszystkich! – Śmierciożercy wiwatowali, odzyskując werwę. Widział ogień w ich oczach. Podobało mu się to, widok tej iskry, ognia w nich. Nie stali się słabymi urzędnikami podczas jego nieobecności. Byli nadal jego śmierciożercami, pełnymi pasji i ognia, ale przede wszystkim tęsknoty za światem, którym rządziła magia. – Kiedy nasi towarzysze wrócą, po raz kolejny wspólnie chwycimy za broń! Zawalczymy o świat, w którym nie będziemy musieli się chować w domach, żeby praktykować nasz dar! Świat, w którym nie będziemy musieli obawiać się o bezpieczeństwo naszych dzieci, świat w którym nie będziemy musieli żyć w strachu przed odkryciem! Wróciłem, gotowy do walki o nasze marzenia i po dzisiejszej nocy świat się o tym dowie! – Śmierciożercy przytakiwali mu i klaskali. Na rzecz pragnienia walki o swoją sprawę, zapomnieli o strachu. Tom usiadł i spojrzał na Harry'ego. Widział delikatny uśmiech igrający na jego ustach. Wyglądał na bardzo zadowolonego i Tom nie mógł się oprzeć pokusie i zapytał: – Co?

- Naprawdę jesteś inny – odparł Harry, a w jego głosie pobrzmiewało zdziwienie, którego nie ukrywał. – Oczywiście, zawsze miałem tego świadomość, ale czym innym jest wiedzieć, a czym innym zobaczyć na własne oczy. Cieszę się, mając cię po swojej stronie. Sprawiasz, że wierzę, że możemy to zrobić.

Tom wyczuł szczerość w jego słowach i wydął pierś niczym dumny paw. To było absurdalne, jak jedna pochwała Harry'ego sprawiła, że poczuł, jakby mógł zrobić wszystko, a co więcej, utwierdziła go w przekonaniu, że robi coś dobrze. Oczywiście to było śmieszne, ale nie mógł nic na to poradzić, że tak się czuł.

Mógł sprawić, by Harry uwierzył, iż są w stanie tego dokonać, ale to dzięki chłopakowi naprawdę tego chciał.

Uśmiechnął się do Harry'ego, nie bardzo wiedząc, jak okazać mu swoją wdzięczność. Jednak był pewien, że ten tak czy inaczej go zrozumie.

Nadszedł czas.

~ o O o ~

Harry nie potrafił powstrzymać dreszczu, który przebiegł mu po plecach, kiedy wylądowali na obrzeżach Azkabanu.

- Wszystko w porządku? – wyszeptał Tom, upewniając się, że żaden ze śmierciożerców go nie usłyszy.

- W porządku – odparł Harry w wężomowie i Tom niemal jęknął. Nigdy nie sądził, że wężomowa może brzmieć tak podniecająco. – Azkaban był moim domem przez pewien czas.

- Domem? – Nie mógł całkowicie ukryć szoku.

- Tak – Harry potwierdził skinieniem głowy, a jego oczy pociemniały z niezliczonych potworności. – Azkaban był jedną z ostatnich magicznych budowli, które zostały zniszczone przez mugoli. Byli przerażeni, nie mogąc zobaczyć dementorów. Za każdym razem, kiedy zbliżali się do brzegu, zapadali w śpiączkę, czy w co tam wierzą mugole. Dementorzy przyłączą się do nas, zobaczysz - Mściwy uśmieszek pojawił się na jego ustach.

Tom chłonął każde słowo z dużą uwagą. Słuchanie o życiu Harry'ego było fascynujące, nawet jeśli większość z tych opowieści była naprawdę makabryczna. Mimo wszystko, lubił słuchać wszystkiego o czym opowiadał Harry, a to sprawiało, że był bardziej zdeterminowany do eksterminacji mugoli.

- Nie dopuścimy do tego, by ponownie miało to miejsce – powiedział Tom. – Rozprawiłeś się z charłakiem, już zmieniłeś przyszłość. Teraz po prostu musimy zająć się mugolami.

- Co, jeśli nas odkryją, zanim będziemy mogli się nimi zająć? – Naprawdę się tego obawiał. Co jeśli mugole wcześniej dowiedzą się o ich istnieniu? Harry wiedział, że to mało prawdopodobne. W jego poprzednim życiu odkryli ich tak szybko przez White'a. Nie chciał się oszukiwać myśleniem, że ostatecznie nie zrobią tego ponownie.

- To się nie stanie! – Z wściekłością oświadczył Tom. – Wkrótce będziemy mieli Magiczny Świat w naszych rękach, a wtedy zajmiemy się mugolami. Jednak, jeśli sobie tego życzysz, możemy zacząć rozglądać się za sposobem, jak sobie z nimi poradzić.

Harry uśmiechnął się, przytakując mu. Im szybciej zaczną tym lepiej, nawet jeśli zyskali trochę czasu zabijając White'a.

Widząc że z Harrym wszystko w porządku Tom odwrócił się w kierunku swoich śmierciożerców. Uśmiechnął się, widząc ich szeroko otwarte oczy. Wprawdzie on i Harry nie rozmawiali za głośno, jednak słyszeli wężomowę, nawet jeśli nie była niczym więcej niż szeptem. Niesiona przez wiatr, dotarła do wszystkich, którzy byli w pobliżu. Domyślił się, że nie każdy z nich wiedział, że Harry jest wężousty. Nawet po fiasku z Komnatą Tajemnic. Może nie zawierzali plotkom, które zostały rozniesione tamtego czasu, tak czy inaczej byli zaskoczeni.

- Podzielimy się na dwa zespoły – powiedział, a śmierciożercy wyprostowali się. – Zdejmę bariery, a mój zespół, wraz ze mną, uwolni więźniów z dolnych poziomów. Lord Fobos...

- Fobos? Naprawdę? – Harry patrzył na niego z niedowierzaniem, chociaż delikatny uśmiech błąkał się na jego ustach.

- Nie możesz nazywać się Lord Harry, po prostu nie możesz. –stwierdził stanowczo. – Mój partner nie będzie nazywał się tak banalnie. Czarny Pan Harry brzmi po prostu koszmarnie.– Zignorował gapiących się śmierciożerców i uśmiechającego się Barty'ego.

- Dobrze, rozumiem twój punkt widzenia. Mimo to, dlaczego Fobos?

- Ponieważ, mój drogi Fobosie, niedługo będziesz ich największym strachem. – Tom uśmiechnął się do niego. – Kiedy zdadzą sobie sprawę, że ich Zbawiciel opowiedział się po mojej stronie… Możesz to sobie wyobrazić? Strach… tym będziesz dla nich.

Harry pokręcił głową i zachichotał. Nie był pewien, o kim mówił Tom, mugolach czy czarodziejach, którzy przeciwstawią się im, ale na dłuższą metę nie miało to znaczenia. Musiał się z tym pogodzić i przypuszczał, że Tom miał rację. Bez względu na to, co się wydarzy, będą się go bać. Przytaknął i Tom posłał mu drapieżny uśmiech.

- Jak mówiłem, zespół Lorda Fobosa zajmie się wyższymi poziomami. Każdy z was ma świstoklik, który aktywuje się po dziesięciu sekundach w kontakcie z kimkolwiek, tak więc macie od tego momentu czas na uwolnienie ich z łańcuchów – poinformował ich Tom. - Lucjusz, Barty, Mulciber, Avery i Nott pójdziecie z Lordem Fobosem. Reszta za mną.

- Dlaczego dałeś mi troje członków Wewnętrznego Kręgu?

- Bo wiem, że są posłuszni i utrzymają pozostałych w ryzach – odparł Tom. – Nie dlatego, że nie mam zaufania do twoich zdolności radzenia sobie z nimi, ale chcę mieć pewność, że kiedyś uda ci się to zrobić, zyskasz ich przychylność. Barty zrobi wszystko, co mu powiesz i nie pozwoli reszcie cię lekceważyć. Lucjusz będzie za tobą podążał, ponieważ wie co się stanie, jeśli tego nie zrobi. Nott będzie posłuszny, będzie cię testować, zmierzy twoją wartość. Izar zawsze działał w ten sposób. Nawet ze mną. Najpierw sprawdził moją siłę, a kiedy upewnił się, że dobrze nimi poprowadzę, był całym sercem za mną. To samo będzie z tobą. Obecność trzech członków Wewnętrznego Kręgu sprawi, że Mulciber i Avery podążą za nimi.

- W porządku. Nie podoba mi się to, ale rozumiem.

Tom skinął głową i ponownie odwrócił się do śmierciożerców.

- Dementorzy są po naszej stronie, jednakże najlepiej byłoby rzucić zaklęcie Patronusa. To pomoże więźniom. Ci z was, którzy nie są w stanie przywołać Patronusa, powinni trzymać się blisko tych, którzy są. – Przez chwilę się im przyglądał, po czym skinął i odwrócił się w stronę Azkabanu. Jego zespół podążył za nim.

Harry został ze swoją grupą. Śmierciożercy patrzyli na niego, nie próbowali nawet kryć ciekawości.

- Dobrze – zwrócił się do nich. - Lord Voldemort. – Prawie parsknął, widząc jak większość z nich się wzdryga. Spojrzał na Notta, zauważając, że ten tego nie zrobił. Spodziewał się tego po Bartym, więc musiał zastanowić się jakie relacje łączyły Notta i Voldemorta. To musiało być coś więcej niż relacja Pan - sługa, ponieważ Nott nie zareagował jak reszta. – Potrzebuje kilku minut, zanim bariery upadną, po tym szybko aportujemy się na wyższe poziomy. Im szybciej to zrobimy tym lepiej. Kto z was, oprócz Barty'ego, zna Azkaban?

- Ja odwiedzam mojego syna, mój Panie – odpowiedział Nott.

- Odwiedzałem moją szwagierkę na prośbę żony, ale nie byłem w pobliżu ich cel – powiedział Lucjusz. W jego głosie było znacznie więcej szacunku niż wcześniej, jednakże pozostawał niewielki ślad pogardy w jego oczach.

Harry zastanawiał się, czy dumny Lord Malfoy kiedykolwiek nazwie go swoim Panem. Wątpił, żeby ten mężczyzna uznał go godnym swojego szacunku, jeśli nie z innych powodów, to z powodu jego krwi. Za jego czasów, nawet w późniejszych latach rodzina Malfoyów pozostała niezwykle dumna i mugolom nigdy nie udało się ich złamać. Przypomniał sobie, jak ich znalazł. Nawet wtedy, nadzy i krwawiący, przykuci do stołu, nie zostali złamani. Nadal szyderczy. Zachowywali się tak, jakby wszyscy inni byli od nich gorsi. Tylko raz widział ich lekko podłamanych, kiedy znaleźli zwłoki Narcyzy i Scorpiusa. Nie ważne, co ludzie o niej mówili, ta kobieta naprawdę kochała swoją rodzinę. Nie mógł sobie nawet wyobrazić, jakie tortury przechodziła, chroniąc wnuka.

Będąc szczerym, nie przyjął ich śmierci zbyt dobrze. Utrzymywał z Narcyzą kontakt po wojnie z Voldemortem, początkowo był to tylko list z podziękowaniem za jej ryzyko. Nigdy nie spodziewał się odpowiedzi, ale takową otrzymał. W późniejszym czasie ich zażyłość się pogłębiła, aż w końcu sam zaczął traktować ją jak członka rodziny. Zdawał sobie sprawę z tego, że kobieta również patrzyła na niego przychylniej. Scorpius, był najlepszym przyjacielem jego młodszego syna i chłopakiem Jamesa. Trzymali się razem przez kilka lat wojny, ale Harry nigdy nie widział swojego syna tak załamanego, jak wtedy, gdy znaleźli martwego Scorpiusa.

I chociaż nie przepadał za Draco i miał zamiar zrobić wszystko, byle tylko trochę podręczyć Lucjusza, to ze względu na pamięć o Narcyzie i Scorpiusie, nigdy naprawdę im nie zaszkodzi.

- Twoja cela była blisko Lestrange'ów, prawda? – zapytał, patrząc na Barty'ego.

- Tak, wrzucono nas na ten sam poziom, ponieważ zostaliśmy uznani za jednych z najgroźniejszych więźniów jakich mieli. Byli kilka cel dalej od mojej. Black również tam był.

- Kiedy tylko bariery upadną, aportujemy się do środka. Ci z was, którzy nie znają Azkabanu będą współpracować ze znającymi. Istnieją cztery górne poziomy. Barty, ty weźmiesz swoje piętro. Nott, twój syn znajduje się na tym samy poziomie?

- Nie, mój Panie. Jest on na drugim z górnych poziomów.

- Więc weźmiesz to piętro. Malfoy, dokąd cię zabierali?

- Pokoje odwiedzin, znajdują się na pierwszym z górnych poziomów.

- W takim razie zajmij się nim. Mulciber pójdzie z Nottem , Avery z Malfoyem. Najpierw uwolnijcie śmierciożerców, jeśli zostanie wam czasu, także pozostałych. O ile zdecydują się dołączyć do Czarnego Pana Voldemorta, dostąpią możliwości wcielenia ich w nasze szeregi, jeśli odmówioną, stracą życie. Barty, ty idziesz ze mną. Weźmiemy dwa ostatnie piętra. Jakieś pytania?

- Ile czasu mamy? – zapytał Malfoy, utrzymując szacunek w swoim głosie.

- Puki alarmy nie zostaną włączone. Voldemort chce uniknąć spotkania z aurorami, więc jak tylko te się włączą, wycofujemy się. Wierzymy, że Knot obwini Syriusza o ucieczkę, więc jeśli ktoś was zapyta o to w Ministerstwie, przytakniecie mu.

Malfoy skinął głową, wyglądał na odrobinę bardziej zamyślonego niż zwykle.

Chwilę później poczuli magiczny szum i bariery upadły.

- No to wchodzimy – rozkazał Harry, podchodząc do Barty'ego.

Aportowali się z cichym pyknięciem i posłał mężczyźnie uśmiech.

- Jesteś pewien, że chcesz iść? – zapytał go. – Zrozumiem, jeśli odmówisz.

- Jakbym pozwolił ci iść samemu – zakpił Barty. – Nawet nie zapytam, skąd wiesz, gdzie iść.

- Znam Azkaban. – Było wszystkim, co odpowiedział, ignorując przewracającego oczyma Barty'ego. – Idziemy – chwycił go za ramię, aportując ich.

Wylądowali przed starą celą Syriusza. Harry wyczuł, że w pobliżu nie ma dementorów. Podejrzewał, że Tom właśnie z nimi rozmawia, dochodząc do pewnego rodzaju porozumienia. Musi z nim o tym porozmawiać. Było by zabawnie pozwolić im wędrować wśród mugoli. Był pewien, że to zapewni im wiele godzin rozrywki. Mogliby uczynić z tego sport.

Poczuł, jak stojący obok niego Barty zadrżał, więc spojrzał na niego. Wyglądał na bledszego niż zwykle i Harry skrzywił się, kiedy chwyt Barty'ego stał się niewygodny.

- Jesteś pewien, że chcesz iść? – zapytał ponownie. Mógł zrobić to sam. Bez mężczyzny mógłby mieć trochę problemów z Bellatriks, ale poza nią, wszystko powinno pójść gładko.

- Nie zostawię cię – odparł gorliwie. – Nie martwię się dementorami, a Bellą - dodał. - Już wcześniej była nieco szalona, nie chcę nawet myśleć, jak wpłynęły na nią lata w Azkabanie. Aż strach pomyśleć, jak zareaguje na twój widok.

- Barty, wątpię, żeby domyśliła się, kim jestem. - Starał się przemówić mu do rozsądku, chociaż sam miał podobne myśli.

- Nienawidzę mieć racji, ale wydajesz się wątpić we własne słowa. Wiedziałem kim jesteś, kiedy zobaczyłem cię po raz pierwszy – poinformował go Barty. – Te oczy… cóż, nie wiele osób ma oczy tego koloru.

- Oczy mojej matki – zauważył Harry.

- Nie, nie do końca – zaprzeczył. – Jej były ciemniejsze. Twoje może i mają ten sam kształt, ale są barwy morderczego zaklęcia.

Harry musiał odwrócić wzrok, gdy spostrzegł, jak uważnie jest obserwowany. Mężczyzna był pierwszym, który wskazał różnicę między jego a oczami Lily. A mimo że sam uważał, iż były jednakowe, to jednak podświadomie oczy matki wydawały się mu piękniejsze. Właśnie dlatego upierał się, iż Al odziedziczył je po babce, nawet jeśli Ginny upierała się, że było inaczej.

- Zaczynamy - powiedział, zmieniając temat. – Nie mamy za wiele czasu. Tom chce uniknąć konfliktu z aurorami.

Barty przytaknął i zaczął przeszukiwać cele więźniów. Te znajdujące się najbliżej, poza dwoma, były puste. Mimo iż Harry do nich zajrzał, szybko upewnił się, że nie ma powodu do użycia świstoklika; więźniowie otrzymali pocałunek. Odwrócił wzrok. Szybko przyzwyczaił się do mugoli pozbawionych duszy, ale oni umierali po kilku dniach. Czarodzieje natomiast egzystowali jeszcze przez długi czas. Prawie zapomniał, jaki widok prezentował czarodziej po Pocałunku. Mugole wyglądali, jakby zapadli w śpiączkę, natomiast czarodzieje przypominali lalkę. Mieli otwarte, niewidzące, zeszklone i puste oczy. To było dość przerażające, ponieważ byli w stanie samodzielnie się poruszać. Tylko nie mieli kierowcy.

Zaczęli otwierać cele, dając zdezorientowanym więźniom świstokliki. Nie mógł sobie przypomnieć, kogo Tom wyznaczył do opieki nad więźniami, ale miał nadzieję , że było ich wystarczająco dużo, aby utrzymać nad nimi porządek. Był prawie pewien, że większość śmierciożerców będzie przynajmniej próbować wywołać zamieszanie. Chociażby ci z niższych poziomów. Wątpił, żeby ci z wyższych, mieli na to siłę.

Zatrzymał się, kiedy dotarli do celi Lestrange'ów. Bellatriks patrzyła prosto na niego i nawet po tak długim czasie, nadal odczuwał pokusę przeklęcia jej tak dotkliwie, by skutki zaklęcia odczuwała jeszcze przez następny tydzień. Tym razem był pewien, że utrzymałby ją przez dłuższy czas pod Cruciatusem.

- Mój Panie? – wyszeptała, uważnie na niego patrząc. Jej szept zwrócił uwagę więźniów, będących po obu jej stronach. Rudolfus i Rabastan patrzyli na niego tak samo, jednak ich oczy zauważyły ruch po jego stronie i wzrok obojga spoczął na Bartym.

Niedowierzanie było widoczne na ich twarzach. I chyba po raz pierwszy widział u nich tak silne emocje.

- Barty – wyszeptał Rabastan.

Mężczyzna uśmiechnął się do nich i Harry nie mógł powstrzymać czułego uśmiechu rozciągającego jego usta. Nie często widział Barty'ego tak szczęśliwym. Opowiadał mu kiedyś, że za czasów Hogwartu, nie miał zbyt wielu przyjaciół. Wspominał o tym, że trzymał się wyłącznie z Bellatriks i braćmi Lestrange. Z tego co mu mówił, wywnioskował, że łącząca ich relacja była dość podobna do tej, którą Harry miał z Ronem i Hermioną.

- Taaa – odparł Barty. – Przyszliśmy was stąd wyciągnąć.

- Widzieliśmy, jak wynosili twoje ciało – powiedział Rudolfus; miał szeroko otwarte oczy.

- To była moja matka. – Głos mężczyzny był o pół tonu niższy i Harry ujął jego dłoń. Wiedział, że bardzo kochał matkę. Była jego jedynym wsparciem, kiedy dorastał. – Wybłagała u ojca zamianę, kiedy umierała.

Rudolfus skinął z powagą. Harry przypuszczał, że wiedział, jak bliscy sobie byli.

- Musimy się pospieszyć – przypomniał mu Harry, powodując, że wzrok czwórki śmierciożerców ponownie skupił się na nim.

- Kim jesteś? – zapytał Rabastan. Harry spojrzał na nich i zauważył, że Bellatriks nadal się w niego wpatruje. Czy naprawdę wyglądał jak Tom?

- To Lord Fobos – odparł Barty. – To nasz nowy Pan. Czarny Pan wprowadził go jakiś czas temu.

- Nasz Pan powrócił? - zapytała Bellatriks, wyglądając na obłąkaną, tak jak pamiętał.

- Tak – przytaknął Barty, miał ten sam maniakalny uśmiech co oni. – Lord Fobos sprowadził go z powrotem. To dzięki niemu odzyskaliśmy naszego Pana.

Ponownie skupili się na nim, a oczy Rabastana lekko się zwęziły.

- Wygląda znajomo – mruknął. – Chociaż jest zbyt młody, żeby chodził z nami do szkoły.

- Jego rodzice chodzili z nami do szkoły. Jest do nich trochę podobny. – Barty nie dodał nic więcej. Wciąż nie miał pewności, jak zareagują, wiedząc, że był Chłopcem, Który Przeżył.

- Naprawdę powinniśmy się spieszyć – naciskał Harry. – Mamy jeszcze jeden poziom do sprawdzenia i tylko kilka minut zanim pojawią się aurorzy. Daj im świstokliki – polecił, idąc w kierunku pozostałych cel. Zignorował śledzące go oczy. Spotkanie z nimi poszło o wiele lepiej, niż się spodziewał. Cale szczęście nie musiał uciekać się do rzucenia żadnej, nawet najmniejszej klątwy, a chociaż się niepokoił, odnieśli sukces. Był pewien, że problemy pojawią się, jak tylko śmierciożercy dowiedzą się, kim naprawdę jest, ale to Tom będzie musiał sobie z nimi poradzić. Uznał, że lepiej będzie, jeśli pozostawi mężczyźnie możliwość zapanowania nad szalonymi śmierciożercami... cóż… najbardziej szalonymi śmierciożercami.

~ o O o ~

- Zbierasz się już? – zapytał Tom, widząc że Harry ociąga się w korytarzu z Bartym. Właśnie wrócili z nalotu na Azbakan, z czego Tom był bardzo zadowolony. Udało im się dostać do wszystkich śmierciożerców i, z tego co widział, w szpitalu znajdowało się kilku innych więźniów, którzy wkrótce wstąpią w jego szeregi. Nie doszło do starcia z aurorami, a do tego mieli dementorów po swojej stronie. Musiał porozmawiać o nich z Harrym. Był pewien, że będzie on miał kilka pomysłów na ich wykorzystanie. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, Knot zrzuci winę ucieczki na Blacka, a społeczeństwo pozostanie w błogiej nieświadomości jego powrotu. Obaj wiedzieli, że Dumbledore prawdopodobnie wie, że to on jest za to odpowiedzialny. Jednak wątpił, żeby powiedział cokolwiek o swoich podejrzeniach Knotowi. Zwłaszcza że wiedział o tym, iż Lucjusz ma Knota w kieszeni. Był pewien, że Dumbledore nie powie niczego Ministrowi, dopóki nie będzie miał na to dowodów. Był przekonany, że Dumbledore czekał na wielki finał Turnieju Trójmagicznego, po którym mógłby zacząć działać.

Harry odwrócił się, przerywając mu w pół zdania, a Barty lekko się ukłonił.

- Taaa – odparł Harry. – Chcę tam być, kiedy ogłoszą najświeższe wiadomości. Poza tym zostałem i tak zbyt długo, a Barty nie może mnie kryć. Chociaż zawsze możemy powiedzieć, że mnie trenował.

- Bardziej służę jako cel do ćwiczeń - mruknął Barty, patrząc na Harry'ego z czułością w oczach, na wskutek czego Tom musiał zacisnąć zęby. Absolutnie gardził tym, jak jego śmierciożerca był blisko Harry'ego. Jednak wiedział, że nie mógł nic na to poradzić. Przynajmniej na razie.

Barty podniósł wzrok i ich oczy się spotkały.

Tom zobaczył w nich wszystko, czego potrzebował.

Jego śmierciożerca się nie wycofa.

A on nie zmusi go do poddania.

Złośliwy uśmiech wypłynął na jego usta i ponownie spojrzał na Harry'ego. Chłopak będzie jego. Poza nim, nikt nie był wystarczająco dobry dla Harry'ego. To było takie proste.

~ o O o ~

Harry obudził się i nie był w stanie powstrzymać uśmiechu wypływającego na jego usta. Nie mógł się doczekać, żeby zobaczyć, jak wszyscy zareagują na ucieczkę. Wybuchnie panika, przynajmniej taką miał nadzieję. Nie było nic lepszego niż dawka dobrej paniki na początek dnia.

Parsknął i pokręcił głową. Spędzał zdecydowanie za dużo czasu z Tomem, skoro zaczynał mieć takie myśli.

Ubrał się i zszedł na śniadanie. Wiedział, że jest trochę za wcześnie, ale chciał mieć pewność, że będzie obecny kiedy przyleci poczta. Nie mógł się doczekać, żeby zobaczyć reakcję Dumbledore'a. Był ciekaw, co zrobi starzec. Tom sądził, że nie zareaguje, jednak Harry był pewien, że Dumbledore coś zrobi. Nawet po pogawędce z mężczyzną, miał wrażenie, że ten zrobi coś, by go z tym powiązać.

Usiadł przy stole Gryffindoru, nawet nie spoglądając na stół prezydialny. Starał się wyglądać na zaspanego. To był najlepszy sposób, aby upewnić się, że ludzie zostawią go w spokoju. Wiadomo było, że nie należało do niego podchodzić, kiedy był niewyspany. Na swoim drugim roku przeklnął kilku piątorocznych. Ucząc się na błędach, teraz wszyscy czekali, aż się dobudzi, nim zaczynali z nim rozmawiać. Chciał mieć pewność, że będzie mógł cieszyć się nadchodzącą chwilą w spokoju.

Wielka Sala powoli wypełniała się hałasującymi uczniami. Rozejrzał się, udając zaspanego. Musiał powstrzymać uśmieszek, na chwilę przed dostarczeniem poczty.

Kiedy pierwsza sowa wleciała do Wielkiej Sali, opuścił wzrok. To było to.

Hałas w Sali drastycznie zmalał. Zaryzykował i rozejrzał się wokoło. Musiał powstrzymać cisnący się na usta uśmiech. Teraz na pewno się obudzili.

Zerknął na nagłówek Proroka Codziennego.

Ucieczka z Azkabanu!

To było cholerne przebudzenie.