Tak kochani oczy was nie zawodzą, jest nowy rozdział. Podziękowania słać dla cudownej i wspaniałej Elizabeth J. Prince, która poprawiła moje byczki. Tak, wróciłam. Obroniłam się i mam teraz więcej czasu dla siebie. Kiedy pojawi się 10 rozdział Syna Śmierci tego wam nie powiem, to już zależy od naszej kochanej autorki Xandy. Aktualnie zajmuję się Nigdy nie drażnij węża, jak i kilkoma innymi projektami.

Layla, deathlady, Rebecco, blondek46, Gościu, Dianno, Fanie, Crkamierci, dziękuję za pozostawienie śladu po sobie.
Aliss21, cieszę się bardzo, że spodobało ci się opowiadanie i przeczytałaś je już dwa razy! Rozdział już jest jak widzisz. Nie mógł pojawić się wcześniej z powodu pisania mojej pracy inżynierskiej. Na szczęście mam to już za sobą. Będę tłumaczyć choćby tylko jeden rozdział na rok, tak długo jak autorka będzie pisać Syna Śmierci.
mastysko, nie usychaj mi. Dziękuję za zostawienie po sobie śladu!
Mastysko x2, opowiadanie nie zostało przeze mnie porzucone. Ukończenie studiów było na pierwszym miejscu. (odpisuję na każdy zostawiony post, nawet z opóźnieniem).
Maro Nineve, Xanda pisała, że nie porzuci swoich opowiadań. Po prostu pisze kilkanaście na raz, więc na aktualizacje musimy troszkę czekać. Odpowiadając na twoje pytanie, tak zamierzam coś jeszcze przetłumaczyć, ale ukarze się dopiero jak skończę chociaż połowę rozdziałów. Co to za historia nie powiem, tajemnica, ale zdradzę, że zostało opowiadanie zakończone, chociaż autorka pisze kolejne rozdziały. Dumbledore'a nie lubię, stary manipulacyjny drań od początku chciał śmierci Harry'ego, co do Snape'a nie był aniołkiem, ale chronił syna Lily. Co do drugiego zadania i tak było biblijne. Harry nie bawi się w Boga, nie ześle plag. Barty i Luna są cudowni. Barty znów dostanie swoje 5 minut. Draco to syneczek tatusia niestety. Tak Lucjusz ma swój urok. Harry i Tom to para idealna, zwłaszcza Tom przy zdrowych zmysłach. Literówki postaram się poprawić jak najszybciej. Dziękuję!
belzebko, Marley Potter, XSparkX, Xylone, colubrum, misqao, blondek46, jeśli jeszcze wam nie odpisałam na PW (ach ta moja pamięć, dobra, ale krótka), zrobię to jak najszybciej!

Jeśli kogoś pominęłam, bardzo przepraszam i proszę się upomnieć! Dziękuję za wszystkie polubienia i śledzenia oraz każdy zostawiony komentarz!

To chyba wszystkie ogłoszenia parafialne! Cieszcie się rozdziałem!

Zastrzeżenie: Ta historia oparta jest na postaciach i sytuacjach, stworzonych i należących do J.K. Rowling. Nie czerpię korzyści materialnych z tego opowiadania.

Ostrzeżenie: Historia zawiera slash, przemoc i tortury.

Beta: Elizabeth J. Prince

wężomowa

Rozdział 9 – Wyznaczanie granic

Ten dzień zaczął się jak każdy inny. Obudził się i przygotował się na nadchodzący dzień. Przejrzał korespondencję i zrobił wszystko, żeby nie spalić tej od ludzi, których wolał ignorować, niż udawać, że zależało mu w jakikolwiek sposób na tym co mówili. Westchnął, myśląc po raz enty o tym, że jest za stary na taką zabawę i zszedł na śniadanie. Jeśli coś mogło poprawić jego nastrój to widok wszystkich jego dzieci. Byli jego dziećmi od momentu przekroczenia tych majestatycznych drzwi, aż do chwili opuszczenia szkoły. Nawet jeśli któreś z nich zabłądziło, to nigdy nie przestał o nie dbać.

Mimo to, gdy przeszedł przez drzwi tego ranka, poczuł niepokój. Czuł radosną magię wypełniającą powietrze. W innych okolicznościach zignorowałby to, bo to nie pierwszy raz, kiedy uczeń został przytłoczony swoimi emocjami i jego magia odzwierciedlała je. Jednak tym razem radość spowodowana była silną złośliwością, aż dreszcz przebiegł mu po kręgosłupie. Nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatnio czuł się tak, zwłaszcza w Hogwarcie.

To napawało go strachem. Wiedział, że stało się coś złego. Mimo to, nie wiedząc skąd to uczucie pochodziło, nie mógł zrobić z tym zbyt wiele. Usiadł i zaczął jeść swoje śniadanie. Jego magia robiła co tylko mogła, aby znaleźć źródło tego niepokoju.

Do czasu przybycia sowiej poczty niemal zapomniał o tym, że czuł się nieswojo, ponieważ magia większości uczniów tonęła w magii pozostałych. Kiedy do Wielkiej Sali wleciały sowy z pocztą nastąpił gwałtowny skok magii. Ta moc sprawiała, że niemożliwym dla niego było oddzielenie jej od własnych emocji.

Jego strach tylko się wzmógł, bał się spojrzeć co było w gazecie. Po prostu wiedział, że nie było to nic dobrego. Kiedy usłyszał ciche westchnienie Minerwy i zaniepokojony pisk Filiusa, nie mógł się powstrzymać i spojrzał.

- Merlinie – wyszeptał. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że to zrobił. Kiedy tylko zobaczył nagłówek, wszystkie kolory odpłynęły z jego twarzy. Jak mogło się to stać? Jak mógł nie zauważyć, że coś takiego może się wydarzyć? Czy to był pierwszy ruch Toma? Dlaczego nie wezwał Severusa?

Jego wzrok wyostrzyły się i poderwał głowę, kiedy poczuł ten złośliwy cios.

Voldemort wrócił. Voldemort wykonał swój pierwszy krok. A ktoś w Hogwarcie o tym wiedział.

~ o O o ~

Syriusz miał wspaniały poranek. Słoneczko świeciło, spał w wygodnym łóżeczku, a przede wszystkim nie był zamknięty w Azkabanie. Czy można chcieć czegoś więcej? Życie nie mogło być lepsze.

Cóż, jeśli ktoś chciałby być szczegółowy, zawsze może być lepiej. Do cholery, był pewien, że było by lepiej, gdyby jego ukochany chrześniak nie zadawał się z morderczym wariatem. Ale w sumie jego życie było dobre.

Co do szczęścia, te cudowne uczucie trwało do czasu, kiedy zobaczył pierwszą stronę Proroka Codziennego.

Szczęście, cudowne uczucie, co nie? Taaa, właśnie wyleciało przez okno.

~ o O o ~

Wiadomość o ucieczce z Azkabanu rozprzestrzeniała się jak Szatańska Pożoga bez kontroli. Panika rozprzestrzeniała się równie szybko, a ludzie bali się wychodzić z domów.

Ministerstwo nie pragnęło niczego więcej niż udawać, że wszystko było w porządku. Tak więc zignorowali oni jeden fakt. Potrzebowano niesamowicie wielkiej mocy, aby być w stanie zniszczyć bariery Azkabanu, tak jak to zrobiono. Knot obwiniał o ucieczkę Syriusza Blacka i zapewnił czarodziei, że ma wszystko pod kontrolą oraz, że uciekinierzy już są namierzani.

Harry nie mógł nic poradzić, tylko szydzić z Proroka Codziennego dostarczonego tego samego dnia, tyle, że później. Nie wiedział czy powinien być rozczarowany czy też nie tym, że Knot był tak przewidywalny. Z jednej strony to ułatwiało im życie, z drugiej jednak było rozczarowujące, mieć tak niekompetentnego przywódcę. Naprawdę, będzie lepiej dla wszystkich, kiedy w końcu Tom przejmie kontrolę nad Magicznym Światem. Przejadą się na nieudolności. To będzie tylko i wyłącznie dobra rzecz, prawda?

Zesztywniał lekko, kiedy tylko poczuł czyjś wzrok na sobie. Wyglądało na to, że miał racje. Dumbledore coś planował. Nie miał pojęcia tylko co, ale te spojrzenia… Były podobne do tych, które otrzymywał na piątym roku. Czy to możliwe, że Dumbledore rzeczywiście spodziewał się tych wizji? Nie mógł sobie przypomnieć czy wspominał coś o nich Dumbledore'owi. Czy miał jakieś wizje w lecie? Naprawdę nie mógł sobie przypomnieć. Było to związane z Dworem Riddle'ów, nieprawdaż? Ale nie wspominał o tym Dumbledore'owi, czyż nie? Nie sądził. Chociaż powiedział o tym Syriuszowi, teraz kiedy o tym pomyślał. Czy Syriusz powiedział o tym Dumbledore'owi?

Tak czy inaczej, nie cierpiał tych spojrzeń. Cierpła mu od nich skóra. Trudno było zapomnieć, że ten człowiek nadal chciał jego śmierci dla Większego Dobra i tylko czekał, aż horkruks się obudzi.

To było raczej ironiczne. Dusza Toma była bardziej rozbudzona niż kiedykolwiek wcześnie, ale nie było ku temu żadnych oznak. Nie było żadnego bólu, tylko delikatny szum w głębi umysłu. Dowód, że nie był sam. Nigdy się do tego nie przyzna, ale lubił to. Po wojnie, wiedza, że nie było się samotnym, była wygodą. Nie sądził, żeby Tom naprawdę zrozumiał jak wiele to dla niego znaczyło to, że pozwolił mu zachować swoją duszę. Nie tylko zatrzymać, ale również dał mu dwa inne kawałki.

Został sprowadzony do rzeczywistości przez chrząkającą osobę, stojącą tuż za nim. Obejrzał się i zobaczył małego Ślizgona, który wyglądał nieswojo, znajdując się na terytorium Gryfonów.

- Tak ? – Uśmiechnął się ciepło do dziecka.

- Profesor Dumbledore powiedział, żebym przekazał to tobie – wyciągnął kawałek pergaminu i tak prędko jak tylko Harry go wziął, umknął jak najszybciej co spowodowało tylko chichot Harry'ego.

Naprawdę, Dumbledore był podstępny. Wysyłał Ślizgona, żeby dostarczył wiadomość. Pamiętał jak w wieku czternastu lat był widziany przez Ślizgonów. To był kolejny sposób Dumbledore'a, aby sprawdzić i zobaczyć jak pilnował go, zwłaszcza teraz, kiedy wydawało się, że zerwał się ze smyczy. Jak powinien potraktować małego, bezradnego Ślizgona?

Westchnął i pokręcił głową. Jak mógł nie zauważyć, że z Dumbledore'em zawsze chodzi o gry umysłów ? Ten człowiek polegał na wiedzy. Wiedza o kimś, a zwłaszcza o jego lśniącej, złotej broni musi być jedną z najważniejszych rzeczy dla mężczyzny. W przeciwnym razie, jak mógłby nimi manipulować, tak żeby był we właściwym miejscu? Oczywiście wszystko dla Większego Dobra. Proszę, zauważcie sarkazm.

Dobrze, że i on pracuje dla Większego Dobra. Dumbledore powinien być dumny.

Harry prychnął i otworzył dostarczoną wiadomość. Naprawdę nie był zaskoczony, widząc, że dostał wezwanie na herbatkę ze staruszkiem. Spojrzał na stół prezydialny i zauważył, że mężczyzna zdążył już opuścić Salę. Wypuścił długie, cierpiętnicze westchnienie.

Czasem naprawdę zazdrościł Tomowi. Tom nie musiał się z tym wszystkim użerać. Może powinien zorganizować porwanie. Dumbledore przynajmniej musi podejrzewać, że Tom wrócił. Tak więc porwanie nie będzie niczym dziwnym, prawda? Był pewien, że jeśli poprosi, to Barty mu w tym pomoże.

Cóż, można o tym pomyśleć. Teraz jednak musiał zmierzyć się ze starym kozłem.

- Dokąd idziesz? – Zapytała go Hermiona, przyglądając mu się z niepokojem. Martwiła się ucieczką, a zwłaszcza tym, że obwiniali o to Syriusza. Nie wiedziała, że jest on bezpieczny na Grimmauld Place.

- Dumbledore wzywa – odparł, pokazując pergamin.

- W porządku. Będziesz później w Pokoju Wspólnym?

- Tak sądzę, a czemu pytasz?

- Tak po prostu… - westchnęła i odwróciła wzrok, jednak zdążył zauważyć smutek jaki pojawił się w jej oczach. – Ostatnio zdajesz się być zajęty. Wydaje mi się, że nie rozmawialiśmy od wieków.

Harry'ego przeszło ukłucie żalu. Naprawdę zaniedbał ich relacje. Chociaż trzymał się z dala od większości Gryfonów. Patrzenie na nich bardzo bolało. Nie mógł przestać wspominać ich ostatnich chwil. Widział ich połamane ciała, w sposób w jaki nie było to nawet możliwe do pomyślenia.

- Wybacz mi – powiedział na koniec. Naprawdę było mu żal, choć nie z powodu o jakim ona myślała. – Może spędzimy wieczór przed kominkiem nadrabiając zaległości? – zaproponował. Jednak poczuł tylko wyrzuty sumienia i poczucie żalu wzrosło, kiedy zobaczył jaka była szczęśliwa. Merlinie, kiedy ostatnim razem widział ją tak szczęśliwą? Bez ciężaru wojny spoczywającej na jej barkach? Bez rozdzielającego duszy bólu połączonego z jej zadaniami? Merlinie, tęsknił za tym. Tak bardzo za tym tęsknił.

- Dobrze! – Rozpromieniła się. – To zobaczymy się później.

Uśmiechnął się i przytaknął. Starając się ukryć swoje burzliwe emocje, opuścił Wielką Salę. Miał tylko nadzieję, że Dumbledore nie pogorszy ich stanu. Nie był pewien, czy będzie w stanie się kontrolować.

Drogę do gabinetu dyrektora przeszedł na autopilocie. Zauważył, że podwójne życie jest dość uciążliwą sprawą, a robił to dopiero od kilku miesięcy. Nie był pewien czy wytrzyma kolejne trzy lata. Nie sądził, że będzie tak dobrym aktorem.

Podał hasło i zapukał do drzwi. Nie był zaskoczony tym, że Dumbledore wiedział, że to on. W poprzednim życiu nie był w stanie wyczuć bliskości i identyfikacji barier i nie mógł tego przeboleć. Były one dość silne i mógł poczuć się jak Dumbledore. To było dość niepokojące, aż przeszły go ciarki. Magia Dumbledore'a była niewłaściwa. Nie żeby było z nią coś złego, była po prostu inna niż Toma czy nawet Barty'ego. Była za Jasna, z braku lepszego opisu. To pokazywało jak bardzo się zmienił. Coś co kiedyś było dla niego ukojeniem, teraz przyprawiało go o mdłości.

- Ach, dobry wieczór, Harry. Proszę usiądź – Dumbledore miał jak zwykle maskę dobrego dziadka i jego oczy znów spoglądały na niego z ufnością. Harry wiedział jak staruszek dobrze potrafił ukrywać swoje emocje. Posiadał lepszy zestaw masek niż Lucjusz Malfoy, a to o czymś świadczyło.

Nie mając zbyt wielkiego wyboru, usiadł i rozejrzał się po pomieszczeniu. Zauważył Faweks'a spoglądającego na niego ze swojej żerdzi. Nie widział ptaka od czasu pogrzebu Dumbledore'a i poczuł ogarniającą tęsknotę. Nie miał pojęcia co się stało z feniksami, czy też innymi magicznymi stworzeniami. Jednak był pewien, że żadne z nich nie przetrwało piekła jakie stworzyli mugole. Wszystko co było magiczne zostało skazane na śmierć, bez względu czy było to niewinne i czyste zwierzę czy dorosły człowiek.

- Tak więc, mój chłopcze, co porabiałeś? – Zapytał staruszek, a Harry nie poradził nic na to, że otwarcie zaczął się gapić. Co? Naprawdę nie spodziewał się takiego otwarcia.

- Wszystko w porządku, proszę pana – odparł, nie chcąc zdradzać czegokolwiek dla tego mężczyzny. Chciał poznać jego punkt widzenia. Wtedy będzie mógł lepiej zrozumieć jego sposób myślenia, dlatego zachowa zwięzły i prosty sposób wypowiedzi.

- Na pewno? – Migotanie w niebiskich oczach zmalało. – Wiem, że najnowsze wiadomości w Proroku Codziennym mogą być przykre. Zwłaszcza, że wspominają o Syriuszu i przedstawiają go jako sprawcę.

- Wiem, że Syriusz tego nie zrobił i że jest bezpieczny. Więc nie mam powodu żeby się martwić o tym co mówią inni, proszę pana.

- I nie martwisz się ucieczką?

Chciał krzyczeć: Nie, jestem pełen zachwytu. Chciał utrzeć Dumbledore'owi nosa, ale się opanował i postarał, żeby wyglądać na lekko zmartwionego.

- Tak… ale, oni nie będą w stanie dostać się do Hogwartu, prawda?

- Och z pewnością nie, mój chłopcze - zapewnił go Dumbledore. – Nie, nie musisz się o to martwić. Hogwart jest całkowicie bezpieczny. Zastanawiam się jednak, czy może domyślasz się kto był w stanie uwolnić śmierciożerców z Azkabanu?

- Pan… - odchrząknął. – Pan chyba nie ma na myśli Voldemorta, prawda? On nie ma nawet ciała – omal nie krzyknął. – To nie mógł być on! – Może naprawdę był lepszym aktorem niż sądził.

Dumbledore wydawał się postarzeć w jego oczach, ale Harry wiedział, że to tylko iluzja. Widział, że Dumbledore naprawdę czuł się źle ze wszystkim co miało miejsce i ogólnie z całą tą sprawą z Voldemortem. Jednak nie czuł sympatii względem tego mężczyzny.

Jeśli pozwoliłby Dumbledore'owi na wszystko co ten tylko chciał, ich świat byłby skazany. Mogło wydawać się to okrutne, ale wolał eksterminacje mugoli niż oglądać jak niszczą oni magię. Nie mogą oni ze sobą współistnieć, a wiedział, że Dumbledore nie zaakceptuje tego faktu. Nawet jeśli pokazałby starcowi swoje wspomnienia wątpił, że mężczyzna zgodzi się na zabicie wszystkich mugoli. Twierdziłby raczej, że mogą rozwiązać to dyplomatycznie. Byłoby to tylko stratą czasu i szczerze mówiąc, nie byłby skłonny nawet spróbować.

- Pamiętasz ten dziwny sen, który miałeś na początku lata?

- Skąd o tym wiesz… sir? – Zapytał. Brzmiał nieswojo i dość defensywnie. Zwyczajna reakcja nastoletniego chłopca, tak sądził.

- Nie jesteś jedynym, który ma kontakt z pewnym sympatycznym, bezpańskim psem - odpowiedział i na chwilę w jego oczach zatańczyły iskierki.

- Och – mruknął, opuszczając głowę. – Powiedział ci o tym…

- Tak, zrobił to. – Przytaknął. – Chociaż nie jesteś blisko niego, on nadal martwi się o ciebie.

Harry pokiwał głową, przygryzając wargę.

- O … - odchrząknął. – O co chodziło z tym snem, proszę pana?

- Chodziło o Voldemorta i obaj o tym wiemy. W tym śnie trzymał różdżkę, a żeby to zrobić trzeba mieć ciało.

- Ale, profesorze. To był tylko sen – starał się go przekonać.

- Przykro mi, mój chłopcze – westchnął. – Nie sądzę, żeby był to zwykły sen.

- Ale jak to możliwe, proszę pana? – Brzmiał raczej na skołowanego. – Spałem, więc to nie mogło być nic innego jak tylko sen.

- Wierzę, że był to rodzaj wizji.

- W… wizji?- Zmarszczył brwi. – Więc jestem jasnowidzem? – Zabrzmiał sceptycznie.

- Nie, nie. Nie sądzę, że jesteś tym, kim ludzie nazywają jasnowidzem.

- Więc jak mogę mieć wizje, proszę pana?

- Sądzę, że masz wizje odnośnie Voldemorta. Obaj jesteście połączeni w ten sam sposób. Jednak nie sądzę, że ktoś to naprawdę zrozumie.

Harry wziął drżący oddech.

- Ja… Jest pan pewien? – Patrzył błagająco na Dumbledore'a, prosząc go by zaprzeczył.

- Jestem. Bardzo mi przykro, mój chłopcze.

Harry zamknął oczy i odetchnął głęboko.

- Ale, co to ma wspólnego z Azkabanem? – Jego głos nie był niczym więcej niż szeptem, ale Dumbledore i tak go usłyszał.

- Miał różdżkę, Harry. Wierzę, że jest on coraz silniejszy i ucieczka z Azkabanu jest tego dowodem. Muszę cię zapytać, Harry. Miałeś więcej takich snów? Coś, co może nam powiedzieć co się dzieje, co on planuje? Cokolwiek?

- Ja… nie, żadnych snów. Cóż, mam tylko normalne sny. Nic co byłoby związane z Voldemortem – pokręcił głową.

- Rozumiem. – Dumbledore westchnął. – Przynajmniej nie jesteś zmuszony do oglądania jego okrucieństwa.

- Myśli pan, że… Myśli pan, że on naprawdę wrócił, proszę pana?

- Tak sądzę – odpowiedział poważnie Dumbledore, a jego oczy pociemniały. Harry przypomniał sobie, że widział go już takim. Był wtedy na progu śmierci i mówili o horkruksach.

- Co zrobi Ministerstwo w tej sprawie? Czy oni wiedzą?

- Widziałeś Proroka Codziennego, mój chłopcze – odparł Dumbledore. – To jest oficjalne stanowisko Ministerstwa.

- Ale… Ma pan zamiar im powiedzieć? Prawda, proszę pana?

- Nie sądzę, że coś dobrego z tego wyniknie jeśli teraz im powiem. Nic tego nie zmieni. Korneliusz nie uwierzy w to.

- Dlaczego nie? Jest pan Dumbledorem, ufają panu. On musi to wiedzieć!

- Niestety Korneliusz jest za bardzo związany ze swoją pozycją by być w stanie zaakceptować coś takiego. Nie mogę zrobić nic do czasu, aż Voldemort wykona swój ruch.

Harry zmarszczył brwi, ale przytaknął mu.

- Czy potrzebujesz jeszcze czegoś ode mnie, profesorze?

- Tak, rzeczywiście tak. Zastanawiam się. Czy od wakacji czułeś się inaczej? Bardziej emocjonalnie? Może szybciej popadałeś w złość?

- Nie, nie bardzo. Dlaczego pan pyta?

- Nie ma powodu. Tylko przemyślenia. To wszystko. Dziękuję za poświęcony czas, Harry.

Harry zarumienił się odrobinę. Skinął głową, wstając z fotela. Szybko opuścił gabinet i dopiero wtedy, kilka korytarzy dalej pozwolił sobie na zwycięski uśmieszek.

Powinien dostać za to jakąś nagrodę. Zasłużył na nią. Cóż, przynajmniej dowiedział się jakie stanowisko ma w tej sprawie Dumbledore. Chociaż teraz musiał zastanowić się, dlaczego był on taki pewien powrotu Toma. Snape nie był obecny na żadnym spotkaniu. Wiedział też, że Tom blokuje jego Znak, więc na pewno nie był w stanie poczuć wezwania.

Chociaż, Dumbledore dobrze znał Toma i zawsze powtarzał, że on wróci. Tak naprawdę nie powinno go to, aż tak zaskoczyć, że doszedł on do właściwego rozwiązania z tak małą liczbą informacji.

Przynajmniej Dumbledore nie podejrzewał go. Nawet zapomniał o jego doskonałych wynikach zadań. No, może nie zapomniał, ale na pewno teraz nie należało to do jego priorytetów.

Ruszył okrężną drogą w kierunku komnat Barty'ego. Dopiero wtedy przypomniał sobie, że będzie musiał poprosić Barty'ego o krycie go. Dostał od wkurzonego ojca chrzestnego list. Syriusz napisał mu bez ogródek, że ma ruszyć swój tyłek na Grimmauld jak najszybciej. Harry przypuszczał, że nie był on zadowolony z ucieczki z Azkabanu. Albo tego, że jest kozłem ofiarnym. Tak czy inaczej nie był on zadowolony. Więc, będzie musiał tam pójść i zapobiec szturmowi na zamek w wykonaniu Syriusza. Nie zamierzał dać uciąć sobie ręki za jego czyny.

Westchnął i podał hasło do komnat Barty'ego. Wiedział, że mężczyzna będzie czytał książkę albo relaksował się przy kominku. Barty zawsze lubił przesiadywać przed kominkiem. Zwierzył się Harry'emu, że po dekadzie spędzonej pod Imperiusem nie mógł się ogrzać. Wiedział, że nie było w tym logiki, ale klątwa mieszała w ludzkich umysłach. Harry nawet nie chciał wiedzieć jak otumaniony musiał być Barty.

Tak jak przewidział znalazł mężczyznę rozłożonego na kanapie przed kominkiem.

- Cześć, Barty – Harry mruknął, opadając obok niego na kanapę.

- Harry - odparł leniwie Barty i Harry zachichotał. Barty wyglądał niczym zadowolony kot.

- Muszę wyjść dzisiaj na jakiś czas. Będziesz musiał mnie kryć, jeśli ktoś zauważy moje zniknięcie.

- Dobrze, powiem im, że przyłapałem cię na nocnej wędrówce i dałem wykład o stałej czujności. Idziesz do mojego Pana?

- Nie – Harry pokręcił głową. – Musze porozmawiać z Syriuszem. Nie jest ze mnie zadowolony.

- Ucieczka? – Domyślił się Barty.

- Taaa. –Westchnął. – Powinienem domyślić się, że będzie podejrzewał mnie o zaangażowanie w jakiś sposób. A ty? Będziesz widział się z Tomem?

- Kiedy mój Pan mnie wezwie.

- Ale… Nie chcesz zobaczyć przyjaciół?

- Chcę – westchnął Barty. – Martwię się o nich. Jednakże, Czarny Pan dał mi misję i muszę się go słuchać.

- W takim razie wezmę cię ze sobą, kiedy udam się do dworu – stwierdził Harry, wysuwając uparcie podbródek. Było wiele rzeczy, które się zmieniły, jednak przyjaźń wciąż znaczyła dla niego wiele. Barty był przyjacielem. Bliskim przyjacielem, który szybko stał się jedną z najważniejszych osób w jego nowym życiu. Chciał, żeby był szczęśliwy.

- Nie chcę, żebyś miał kłopoty z moim Panem.

- Zajmę się Tomem. Chcę, żebyś był ze mną, kiedy spotkam się z Lestrange'ami. Odmówisz mi?

- Nigdy ci nie odmówię, Harry – odpowiedź nadeszła szeptem i Harry odwrócił wzrok. Nie mógł sobie poradzić z intensywnym spojrzeniem Barty'ego. Czasem naprawdę żałował, że nie nauczył się Legilimencji.

- To postanowione. Pójdziesz ze mną, kiedy będę szedł do dworu.

- W porządku. – Barty uśmiechnął się, a w jego oczach odbiło się ciepło. Harry nie mógł nic zrobić jak i samemu się nie uśmiechnąć. Nie rozumiał za bardzo, dlaczego czuł się przy nim tak komfortowo. Jednak nie będzie z tym walczyć. Nie wstydził się przyznać, że pragnął towarzystwa i Barty dawał mu to. Pobył z nim chwilę, nie rozmawiając, po prostu ciesząc się towarzystwem drugiego mężczyzny, zanim westchnął i podniósł się.

- Już idziesz? – Zapytał Barty leniwym głosem. Jego słowa powiedziały Harry'emu, że jest on o krok od zaśnięcia.

- Tak, obiecałem Hermionie, że wieczorem porozmawiamy.

- Mała wiem-to-wszystko. – Burknął. – Nie rozumiem dlaczego chcesz zadawać sobie tyle trudu. Trzymasz spory dystans względem małych Gryfonów.

- Taaa – westchnął Harry. – Nie sądzę, że chcieliby osobę, którą się stałem. Łatwiej jest trzymać ich na dystans.

- Jesteś ich zbawicielem - oświadczył gwałtownie Barty.

- Wątpię, żeby widzieli to w ten sposób – mruknął. Nie był w stanie całkowicie ukryć bólu jaki pojawił się z tą myślą. Mimo to starał się nie myśleć jak jego rodzina prawdopodobnie będzie go unikać, kiedy tylko dowiedzą się co zrobił. To go głęboko zrani. Wiedział, że nie są to osoby z którymi dorastał, ale nadal sprawiało ból. Nie mógł wymazać dekad wspomnień, uczuć, komfortu, walk, przebieranek, śmiechu, łez. Nie mógł tak po prostu wymazać całego swojego życia. Nie mógł i nie zrobiłby tego gdyby mógł. Te wspomnienia dawały mu siłę do tego, co musiało być zrobione.

- Nawet jeśli cię opuszczą, zawsze będziesz miał nas. Wiesz o tym, prawda?

Harry poczuł ogarniające go ciepło. Wiedział już, że nigdy nie będzie sam, miał Śmierć, ojca. Jednak wiedza, że będzie miał kogoś oprócz ojca była dla niego jak balsam dla duszy. To było coś, co niepokoił go. Obawiał się, że został skazany na całe życie w samotności. Ten strach był czymś z czasu spędzonego u Dursleyów. Wojna nie zmniejszyła tego uczucia w ogóle, wręcz przeciwnie, zwiększyła je.

Wątpił, że kiedykolwiek się przyzwyczai.

No cóż… może nie była to do końca prawda. Teraz, mimo wszystko, miał wieczność.

- Tak, wiem. Dzięki, Barty – uśmiechnął się ciepło, czując się lżej.

- Zawsze, Harry – odparł Barty, opadając z powrotem na kanapę.

Harry wyszedł z małym uśmiechem na ustach. Uśmiechał się nadal, nawet kiedy wszedł do Pokoju Wspólnego Gryffindoru. Zobaczył Hermionę siedzącą przed kominkiem, czekała na niego.

Opadł na fotel obok niej, przez chwilę ciesząc się zwykłym chaosem Pokoju Wspólnego.

- Harry. – Spojrzał na Hermionę. – Długo ci to zajęło – zauważyła, a on wzruszył ramionami. – Co chciał dyrektor?

- Chciał tylko porozmawiać o ucieczce z Akzabanu – wymamrotał. - Chciał wiedzieć jak sobie z tym radzę.

- Jak ty sobie z tym radzisz? – Zapytała Hermiona. Lekko zmarszczyła brwi, co nadało jej wyrazistości. Dostrzegł niepokój w jej oczach.

- W porządku – nie mógł nic poradzić, że brzmiał nieco zirytowanie. Naprawdę, dlaczego nie miałby być w porządku?

Nie było żadnych ataków, więc dlaczego miał się martwić? Nawet jeśli byłby tym samym Harrym, co wcześniej nadal było by w porządku. Może byłby odrobinę zaniepokojony i nie czuł w obecnej chwili radości, ale byłby w porządku. Jak dobrze pamiętał, zawsze było w porządku.

- Zawsze jest w porządku – słowa Hermiony były echem jego myśli, brzmiały tak samo irytująco jak czuł.

- Skoro wiesz, to czemu pytasz? – Posłał jej pogodny uśmiech.

- Ponieważ, miałam nadzieję, że odpowiesz inaczej – odparła, wciąż wyglądając odrobinę uparcie.- Choć po tych wszystkich latach powinnam wiedzieć lepiej.

Przez chwilę bardzo przypominała mu jego Hermionę, poczuł ukucie w sercu.

- Naprawdę jest dobrze. Nie martwię się. To Hogwart, wątpię, żeby próbowali tu coś zrobić. Poza tym Wąchacz jest bezpieczny. Aurorzy nie są w stanie go złapać.

Wyraźnie zrelaksowała się, uśmiechając się.

- Tak więc, jak się ma sprawa z Ronem? – Zapytał. Zerknął na drugi koniec Pokoju Wspólnego, gdzie Ron uczestniczył w turnieju szachowym z kilkoma starszymi Gryfonami.

- To palant – Hermiona prychnęła. – Doprowadza mnie do szału. On wie, że nie wrzuciłeś swojego imienia do Czary. Jednak dalej nie będzie z tobą rozmawiać. Po prostu tego nie rozumiem.

- Jest zazdrosny.

- Tak, mówiłeś to już. Jednak nadal nie rozumiem dlaczego. Nadal jesteś sobą.

- Tak, ale zwróć uwagę na to, że teraz mam o wiele większą uwagę. Poza tym moje uczestnictwo w Turnieju nie jest nawet w połowie tak złe. On teraz zastanawia się, czy nie umniejszałem swoich umiejętności. Zawsze był niepewny, a to nie pomogło. A ja nie zamierzam wymuszać na nim swojej obecności. To duży chłopiec, wie, że jego działania mają swoje konsekwencje. Będzie musiał sobie z tym poradzić, kiedy nadejdzie czas.

Hermiona odwróciła wzrok, jednak zanim to zrobiła, Harry dostrzegł w jej oczach wątpliwości.

- Co jest? – Zapytał, marszcząc lekko brwi.

- Zrobiłeś to? – Zapytała. – Umniejszałeś swoim umiejętnościom?

Nie reagował przez chwilę oszołomiony jej pytaniem. Chociaż nie powinien być zaskoczony. Hermiona zauważyła, że jest inny. Profesorowie mogli przypisywać jego wyczyny w zadaniach nauce, ale Hermiona nie był zadowolona z tego wyjaśnienia.

- To nie tak, że wątpię w ciebie – dodała szybko, kiedy zobaczyła jego spojrzenie. – Ja tylko… Harry co ty robiłeś w tych zadaniach…Powiedzmy, że nie dziwi mnie to, że czarownice i czarodzieje wręcz wielbią cię. Nigdy nie widziałam, że jesteś tak potężny, a jestem twoją przyjaciółką od lat. Nie mogłeś nabyć tych umiejętności w ciągu nocy, Harry.

- Czy to ważne? – Uciął pytaniem. Naprawdę nie chciał kłamać, ale wiedział, że nie może powiedzieć jej prawdy.

- Ja… nie wiem – wyszeptała. Harry widział jaki ból sprawiło jej przyznanie tego. – Jeśli… Jeśli kłamałeś o tym, to o czym jeszcze nie mówiłeś prawdy?

- To nadal ja, ten sam Harry – kłamstwo pozostawiło gorzki smak na języku.

- O to właśnie chodzi, Harry. Jeśli kłamałeś, skąd mam wiedzieć, kim jest Harry?

Harry westchnął i przez ułamek sekundy wyglądał tak staro jak się czuł.

- Nie pomogę ci w tym, Hermiono. Sama musisz zdecydować, czy mi ufasz, czy też nie. Nadal jestem Harrym. Harrym, który wskoczył na plecy trollowi, żeby uratować twoje życie. Zrobiłbym to jeszcze raz, bez namysłu. No, może nie skoczyłbym. Teraz mógłbym go przynajmniej przekląć albo zając czymś innym, wiesz co mam na myśli. W sumie czy to ważne, że nie korzystałem ze wszystkich swoich umiejętności, albo, że zacząłem naprawdę przykładać się do nauki w tym roku? – Wziął głęboki oddech i uśmiechnął się do niej. – Nadal jesteś moją przyjaciółką, Hermiono. Bardzo bliską przyjaciółką. Nie przestaniesz nią być, nawet jeśli potrzebujesz trochę czasu, żeby uporządkować sobie wszystko.

Hermiona wyglądała, jakby miała się za chwilę rozpłakać. Harry nienawidził siebie, że zrobił jej to, ale niestety coś musiało być zrobione. Pogodził się z utratą ich przyjaźni, ale nie znaczyło to, że nie będzie o nią walczyć. Jeśli to sprawi, że zaakceptuje go, zaakceptuje to co musiał zrobić. Nie miał nic do stracenia, a wiele do zyskania.

Uśmiechnął się do niej, pokazując bez słów, że wszystko jest w porządku. Potem wstał i poszedł do swojego dormitorium. Chciał, żeby wyglądało na to, że poszedł do łóżka. Następnie musiał wymknąć się, żeby zobaczyć Syriusza. W tej chwili to ojciec chrzestny był bardzo nagląca sprawą. Chciał zobaczyć o czym myślał animag i opanować wszelkie szkody.

~ o O o ~

Albus westchnął ciężko, kiedy za Harrym zamknęły się drzwi.

Nie był pewien czy postąpił słusznie wspominając o wizji jaką chłopak miał w trakcie wakacji. Zwłaszcza, że nie było żadnych oznak ponownego zdarzenia. Jednak musiał zapytać, tak dla pewności.

Sprawy postępowały szybciej, niż się tego spodziewał. Sądził, że powodem dla którego Harry został zapisany do Turnieju mógł być udział w jakimś planie Toma, chociaż nie miał pojęcia co to mogło być. Nie wiedział czy w efekcie tego był fakt, że Tom był z powrotem, sprawił te plany nieważnymi. Nie wiedział i to sprowadzało niebezpieczeństwo dla Światła. Nie mogli sobie pozwolić podążać w ciemności, cóż za gra słów.

Pukanie do drzwi przerwało jego rozmyślenia.

- Wejdź – był wdzięczny, że jego obecny gość się spóźnił. Było to na rękę jemu i Harry'emu, że ich drogi się nie skrzyżowały. Merlin wiedział, że chciał by się dogadywali, ale bądźmy realistami. Było między nimi zbyt wiele goryczy.

Mimowolny uśmiech zagościł na jego twarzy, kiedy Mistrz Eliksirów wkroczył do jego gabinetu. Severus zawsze miał talent do dramatyzmu.

- Przepraszam za spóźnienie, Albusie – mruknął mężczyzna, siadając w fotelu naprzeciw biurka. – Byłem w ważnej fazie warzenia eliksiru i musiałem ją ukończyć, inaczej wszystko poszło by na marne.

- Rozumiem, mój chłopcze – Albus uśmiechnął się do niego, choć w jego oczach brakowało tych zwykłych iskierek.

- Przypuszczam, że wezwałeś mnie w celu omówienia porannych wiadomości – Severus stwierdził niż zapytał.

- Zgadza się – przytaknął mu, ukazując mu przez chwilę swoje zmartwienie. – Nie czułeś niczego poprzez Znak?

- Nie, Albusie – nie ważne jak to zabrzmiało, Albus wiedział, że był zmartwiony. – Od tamtej nocy, przed przerwą zimową, kiedy zapłonął nic się nie wydarzyło- Severus wyglądał odrobinę niekomfortowo, ale mimo wszystko kontynuował. - Uważam to za niepokojące. Doszło do ucieczki, a ja nie zostałem wezwany.

- Uważasz, że straciłeś jego zaufanie?

- On nie ufa nikomu – uśmiechnął się szyderczo. – Jednak, wiem, że Czarny Pan nie mógł samodzielnie doprowadzić do ucieczki z Azkabanu. Musiał wezwać śmierciożerców. Jedynym powodem, dla którego mnie nie wezwał jest to, że podejrzewa mnie o zdradę. -Severus zbladł po dopuszczeniu do siebie tej myśli. Jakby dopiero teraz dowiedział się w jakim niebezpieczeństwie się znalazł.

- A co z Igorem? – Zapytał Albus. – Powiedział coś?

- To tchórz – jeśli to możliwe, szyderstwo w głosie Severusa wzrosło. – Ucieknie kiedy tylko jego Znak zacznie palić. Jednak skoro pozostał on uśpiony od tamtej nocy, wmówił sobie, że była to tylko jego wyobraźnia. Chociaż, przyszedł do mnie rano, kiedy dotarła do niego wiadomość o ucieczce. Był przerażony, nie miał pojęcia co się stało.

- Sądzisz, że ucieknie?

- Nie ma znaczenia, czy to zrobi – odparł oschle Severus. – Nie możesz zdradzić Czarnego Pana i przeżyć– stwierdził. Albus nie mógł nic poradzić, jak bardzo zastanawiał się nad tymi słowami, ważąc je w swoim umyśle.

To nie było zdrowe, wierzyć w to, że zostało się skazanym na śmierć. To musiał być ogromny ciężar dla Severusa i bolało go to, że nie mógł nic zrobić dla swojego Mistrza Eliksirów. Severus nie uwierzy mu, jeśli powie, że wszystko będzie dobrze, zwłaszcza, że obaj wiedzieli jak bardzo prawdopodobne to było. Poza tym za bardzo szanował tego mężczyznę, żeby dawać mu puste obietnice.

- Chcesz, żebym spróbował porozmawiać z którymś z moich kontaktów? – Zapytał Severus. – Wiem, że powiedziałeś żebym tego nie robił, aby nie wzbudzać niczyich podejrzeń, jednak było to w zeszłym miesiącu. Teraz mam uzasadniany powód, abym mógł się z nimi skontaktować.

- Co jeśli, karze cię zabić kiedy tylko cię zobaczy? – Zapytał z powagą Albus.

- Wtedy będziesz musiał znaleźć sobie innego szpiega.

- Módlmy się, żeby do tego nie doszło.

~ o O o ~

Wciąż nie mógł się nadziwić z jaką łatwością można było się wykraść z Hogwartu. Był zaskoczony, że większość uczniów tego nie robi. Chociaż przypuszczał, że jeśli spora liczba studentów byłaby poza łóżkami, profesorowie zauważyli by to.

Tak szybko jak tylko znalazł się poza barierami, teleportował się na Grimmauld Place. Nie był pewien czy został dodany do barier, ale wolał nie ryzykować utraty kończyn. Bariery Blacków były dość znane ze swojej złośliwości.

Złośliwy uśmieszek pojawił się na jego ustach, gdy zapukał do drzwi i usłyszał krzyki Walpurgi. Odgryzł się Syriuszowi, sprawiając, że stracił on cenne godziny snu.

- Musiałeś pukać? – Słowa zabrzmiały radośnie mimo, że Syriusz był niezadowolony.

Harry tylko uśmiechnął się do niego promiennie i wszedł do środka. Od razu zauważył, że miejsce wydawało się o wiele czystsze.

Został zaprowadzony do kuchni. Był odrobinę zaskoczony widząc tam również Remusa. Niemal westchnął, wiedząc, że bez względu co zrobi, będzie to ogromna konfrontacja. Wiedział, że z obecnym Remusem nie będzie sobie w stanie po prostu porozmawiać o tym. Na jego nieszczęście Remusa nie można było łatwo rozproszyć ,tak jak Syriusza. Chociaż szeroko otwarte oczy wilkołaka wskazywały na to, że nie spodziewał się go.

- Harry? – Zapytał, marszcząc lekko brwi. – Co ty tutaj robisz?

Harry wskazał na Syriusza.

- Jego wina! – Wystarczyło, żeby Remus westchnął.

- Jakoś mnie to nie dziwi – mruknął, obaj zignorowali Syriusza, który wyglądał na zranionego. – Co zrobił?

- Wysłał mi list, mówiąc, że mam ruszyć swój tyłek na Grimmauld najszybciej jak się da – Harry usiadł naprzeciwko Remusa, uśmiechając się do niego. – Tak więc jestem grzecznym chrześniakiem i go posłuchałem – po mistrzowsku zignorował prychnięcie Syriusza.

- Czego chciał?

- Jestem tutaj, wiecie? – Syriusz mruknął, siadając obok Remusa.

- Wiemy –odparli wspólnie.

- Tak naprawdę nic nie powiedział, chociaż podejrzewam o co chodzi – odparł Harry. Wypuścił długie westchnienie, co spowodowało lekkie zmarszczenie brwi u Remusa. – Powiedziałeś mu cokolwiek? – Zapytał ojca chrzestnego i westchnął ponownie, kiedy Syriusz pokręcił głową. – Wspaniale – wymamrotał Harry.

- Czego mi nie powiedział?

- Właśnie Harry, czego mu nie powiedziałem? – Syriusz brzmiał na niezwykle zadowolonego z siebie i przez chwilę Harry miał ogromną ochotę przeklęcia mężczyzny.

- Dołączyłem do Voldemorta. Ucieczka została zorganizowana przez nas.

Remus zamarł. Wyglądał, jakby nie oddychał. Następnie zmrużył oczy i odwrócił się w stronę Syriusza.

- Jeśli to żart, to wcale nie jest śmieszny – nieznaczny warkot przebił się przez jego głos i Harry był nieco zaskoczony taką reakcją. Nie spodziewał się, że Remus będzie tak poruszony wiadomością, że pozwoli wilkowi wyjść na powierzchnię, nawet jeśli tylko trochę.

- To nie żart. Byłem tym, który zwrócił mu ciało – odparł Harry nie spuszczając wilkołaka z oczu.

- Wyjaśnij. Teraz – to był zdecydowanie warkot i Harry niemal się skrzywił. Był pewien, że zdoła powstrzymać Remusa jeśli straci on nad sobą panowanie, ale naprawdę nie chciał tego robić.

- Poglądy Voldemorta i moje są dość podobne. Gardzę mugolami całym sobą i mam pewność, że nas zabiją jeśli tylko zyskają ku temu szansę. Jeśli kiedykolwiek dowiedzą się o nas, a prawdopodobieństwo tego jest dość wysokie, wymordują nas. Będą na nas polować, bez dbania o cokolwiek innego, poza naszym wybiciem.

- Skąd możesz to widzieć? – Zapytał Remus. Harry był zadowolony, że jego ojciec chrzestny milczał. To było i tak trudna rozmowa z Remusem. Nie potrzebował Syriusza, żeby pogorszyć sytuację.

- Taka ludzka natura. Boimy się tego, czego nie rozumiemy. Jesteśmy zazdrośni o tych, którzy mają to co my chcemy mieć. Staramy się być na szczycie łańcucha pokarmowego. Jak myślisz co zrobią kiedy odkryją, że możemy naginać prawa natury dla własnych zachcianek?

- To nie tłumaczy Voldemorta.

- Mylisz się – odparł Harry. – Wierzę, że jeśli ktoś może nas uratować, uratować magię, to tylko on. Jest on najinteligentniejszym czarodziejem jaki się urodził. Prawda, jego polityka względem mugolaków jest troszkę skrajna, ale pracuję nad tym.

- Tak więc, to rozwiązaniem dla ratowania magii będziesz tłumaczyć przyłączenie się do człowieka który zabił twoich rodziców i staniesz się jednym z jego zwolenników?

- Nie jestem jego zwolennikiem. Jestem Lord Fobos, drugi Czarny Pan. A moi rodzice zgadzają się z moją decyzją.

- Twoi rodzice nie żyją – wypluł Remus. – Zostali zabici przez twojego tak zwanego wspólnika.

Niemal bez myśli Kamień Wskrzeszania pojawił się w jego dłoni.

- Możemy być martwi, Lunatyku, ale to nie znaczy, że nie zgadzamy się z nim – za pleców nadszedł głos jego taty i Harry poczuł iskierkę rozbawienia, kiedy Remus podskoczył na swoim krześle, patrząc szeroko otwartymi oczyma na dwa cienie znajdujące się za Harrym.

Syriusz również na nich patrzył, a mały uśmiech na ustach i tęsknota w oczach była przytłaczająca.

-Ja-James? Lily? Jak? – Wydukał Remus. Harry nigdy go takim nie widział, nawet wtedy, kiedy Tonks powiedziała, że jest w ciąży.

- Nasz Harry jest dość utalentowany – odparł James z szerokim uśmiechem na ustach.

Bystre oczy Remusa przesunęły się na niego, był w nich obecny strach i Harry omal się nie skrzywił. Przez chwilę niemal zapomniał jak obawiano się nekromantów. Nie mógł po prostu powiedzieć : 'Nie martw się. Nie jestem naprawdę nekromantą, tylko zostałem adoptowany przez Śmierć.' To też nie brzmiało lepiej.

- Więc.. więc wiecie, że przyłączył się do Voldemorta – zapytał Remus, ponownie patrząc na rodziców Harry'ego.

Jego tata westchnął i wysunął się nieco przed jego mamę.

- Jesteśmy martwi, Remusie, a będąc martwymi cóż… wiemy sporo. Więc, tak, wiemy, że Harry przyłączył się do Voldemorta. Wiemy, dlaczego to zrobił. Zgadzamy się z tym.

- Jak możecie się na to zgadzać? On was zabił! – Remus wyglądał jakby zaraz miał stracić nad sobą panowanie i Harry zacieśnił lekko uścisk na różdżce.

-Tak, zrobił to – Lily uśmiechnęła się smutno. – Ale troszczy się o nasze dziecko.

- To Czarny Pan. On nie troszczy się o nikogo – mruknął Syriusz, wyglądając uparcie.

- Bardziej poprawnie byłoby powiedzieć, że nie troszczy się on o nikogo z wyjątkiem Harry'ego – stwierdziła jego mama. Harry zarumienił się na te słowa.

- Nie powiedziałbym tego – wymamrotał. – Tom ma w sobie wiele troski. Po prostu ma trudność z ukazywaniem tego. Troszczy się o Magiczny Świat. Wszystko co zrobił robił dla niego, dla nas.

- Pokazuje to w zabawny sposób – warknął Remus. – Zabijając wszystkich tych, którzy mu się sprzeciwiali, tak pokazuje jak naprawdę się troszczy. Zabił cię!

- Wiemy Lunatyku – powiedział James. – Przebaczyliśmy mu, poszliśmy dalej.

- Tak po prostu? – Zapytał z niedowierzaniem. – Walczyłeś dla Światła i teraz nagle wspierasz to przeciw czemu walczyłeś?

- Walczyliśmy o to w co wierzyliśmy – stwierdziła Lily. – Ale widać myliliśmy się…

- Myliliśmy się?

- Byliśmy w błędzie – przytaknął James. – Teraz to wiemy, wtedy tego nie wiedzieliśmy. Voldemort podszedł do tego w niewłaściwy sposób, ale walczył o to co słuszne. Z drugiej strony Dumbledore… Przykro mi to mówić, ale myli się. Mugole nigdy nas nie zaakceptują. Zniszczą nas, nasz świat.

- Skąd możesz to wiedzieć?

- Jesteśmy martwi – odpowiedziała mu Lily. – Czas nie ma dla nas znaczenia.

- Możecie być trochę mniej zagadkowi? – Burknął Remus, chociaż czułość była dostrzegalna w jego oczach. Harry zauważył jak się odpręża i był za to wdzięczny.

- Przykro mi, Lunatyku – James wyglądał na zakłopotanego. – Są rzeczy o których nie możemy mówić.

- Rozumiem… Tak myślę – wymamrotał Remus i osunął się ciężko po krześle. – To jednak nie tłumaczy Harry'ego, ani tego dlaczego przyłączył się do Voldemorta. Ani też jak udało mu się przywrócić jego ciało, albo tego skąd wiedział gdzie znajduje się Voldemort.

- Ach… dobrze więc, pozwólmy mu wszystko wyjaśnić– James wyglądał jakby coś kombinował i Remus zmrużył oczy. – Och, dowiesz się w swoim czasie! – Krzyknął James, kiedy zauważył jak na niego patrzy. – Musimy uciekać, nie możemy się spóźnić – i wtedy oba cienie zniknęły. Śmiech Lily wciąż unosił się w pomieszczeniu.

Remus parsknął, kręcąc głową na co Syriusz od razu się roześmiał.

- Nie chciał się spóźnić… - warknął Remus. – On nie żyje, nie ma dokąd się spóźnić. Nie mógł wymyślić niczego lepszego? – W jego głosie można było wyczuć niewielką irytację. Harry poczuł, że jego usta drżą.

- Znasz Rogacza, Lunatyku. On zawsze był beznadziejny jeśli chodzi o kłamanie pod presją – zauważył Syriusz, kiedy już opanował śmiech.

- To prawda – mruknął Remus. Westchnął i spojrzał na Harry'ego, który wyglądał na bardziej rozluźnionego niż kilka minut wcześniej. – Więc wyjaśnisz to?

- Naprawdę nie ma tu wiele do wyjaśniania – westchnął Harry. – Nigdy nie lubiłem mugoli, nie miałem ku temu powodu. Ale jestem Chłopcem, Który Przeżył. Wiesz jak ludzie zareagowali by, gdybym chociaż o tym fakcie wspomniał? – Nie mógł się powstrzymać nad rozmyślaniem ile prawdy było w tych słowach. Czyżby zawsze czuł się tak? Czy, aż tak zatracił się w roli Chłopca, Który Przeżył, że okłamywał sam siebie? Ciężko było sobie przypomnieć, kiedy nie czuł żadnych negatywnych uczuć względem mugoli. Czy nie było żadnego powodu, aby czuć coś więcej niż tylko prawdziwą nienawiść do nich? Zgadując, to już nie miało żadnego znaczenia, tamto życie się skończyło, a teraz musiał skupić się na teraźniejszości. – Tak więc grałem swoją rolę. Jednak kiedy dowiedziałem się, co chciał Dumbledore…Po prostu nie mogłem tego zostawić tak. Oni nas zabiją, Remusie. Każdego mężczyznę, kobietę nawet dziecko. Kocham Magiczny Świat i zrobię wszystko co tylko będę mógł by go chronić, włączając w to sojusz z zabójcą moich rodziców.

- Ale co sprawiło, że tak uważasz? – Zapytał Remus, próbując zrozumieć.

- Spotkałeś moich krewnych? Z chęcią spaliliby nas na stosie.

- I tylko dlatego sądzisz, że każdy mugol jest do tego zdolny?

Harry wpatrywał się w Remusa jakby był głupi i zaczął chichotać.

- Nie jestem idiotą – odparł Harry, a odrobina pogardy wkradła się do jego głosu. – Nie opieram swojej opinii o całym mugolskim społeczeństwie na kilku z nich. Chociaż trudno ci to zrozumieć , mi nie. Na każdych pięciu mugolaków, troje jest nadużywanych i zaniedbywanych przez rodziny. Jeśli ci nie wystarcza to co mówię, jak oni reagują po prostu włącz telewizję i obejrzyj ich wiadomości, albo przeczytaj ich gazety. Sami się zabijają za religie, przez kolor skóry czy tez orientacje seksualną. Jak sądzisz, co z nami zrobią?

- Więc… Boisz się? – Wyszeptał Remus.

- Oczywiście, że się boję! – Wykrzyknął Harry, a jego oczy pociemniały. – Kto by się nie bał? Możesz to sobie wyobrazić, co z nami zrobią? Wolałbym ochronić naszych ludzi działając niż pozwolić na zagładę naszego świata, udając, że mugole nie stanowią zagrożenia.

- A co z tymi wszystkimi niewinnymi ludźmi? – Zapytał Remus niskim głosem.

- Nie ma niewinnych mugoli – odpowiedź Harry'ego była gwałtowna.

- A co z dziećmi?

Wzrok Harry'ego stał się twardy, a jego magia wypełniła pomieszczenie, utrudniając na kilka sekund oddech.

- A co z naszymi dziećmi? – Warknął. – Przynajmniej zapewnimy im bezbolesną śmierć. Sądzisz, że zrobią to samo dla naszych dzieci? Nie zrobią. Zabiorą nasze dzieci i będą na nich eksperymentować. To dla nich nie będzie miłosierna śmierć.

- To tylko spekulacje, Harry! – Krzyknął Remus, zrywając się z krzesła. – Nie możesz wiedzieć, że tak zrobią!

- Wiem to! – Ryknął Harry. Jego krzesło uderzyło z łoskotem o podłogę. Oddychał ciężko, ledwo panując nad swoją magią. Nie chciał skrzywdzić swojej rodziny, więc starał się jak mógł, żeby nie stracić kontroli. Zwłaszcza, kiedy zauważył tworzący się lód wokół jego stóp. Wziął głęboki oddech, starając się odzyskać panowanie nad sobą. Jednak było to bardzo trudne, szczególnie widząc przed oczyma te wszystkie dzieci, których nie mógł uratować, pojawiające się w jego myślach.

Zamknął oczy, starając się wyrzucić z pamięci te wszystkie obrazy. Poczuł obejmujące go ciepłe ramiona i zatracił się w tym uścisku.

- Ojcze – wyszeptał, poznając trzymające go ramiona.

- Cśśś – wyszeptał Śmierć. – Już dobrze, maleńki.

- Nie byłem w stanie ich uratować – brzmiał na załamanego, nawet jak dla siebie.

- Wiem, maleńki. To nie była twoja wina. Nie było możliwości, aby ich ocalić.

Harry przytulił się mocniej do Śmierci. Potrzebował pociechy, a Śmierć był mu skłonny to zapewnić. Przez chwilę mógł udawać, że nie ma nikogo oprócz nich. Przez chwilę mógł zapomnieć o reszcie świata.

Nie miał pojęcia jak długo to trwało, jednak kiedy podniósł głowę zauważył Syriusza i Remusa z różdżkami w dłoniach, celującymi w Śmierć. Niemal prychnął na ten daremny gest. Jakby różdżka mogła w jakikolwiek sposób wyrządzić mu krzywdę. Jednak po chwili jęknął i ukrył twarz w jego piersi. Cóż , wyszło szydło z worka.

- Syriuszu, Remusie usiądźcie – powiedział do nich. Spojrzał na nich w samą porę, żeby dostrzec z jakim niedowierzaniem patrzą na niego. – Wyjaśnię, chociaż nie musicie celować w niego różdżkami. Pomijając fakt, że nie będziecie w stanie mu zaszkodzić, nawet zaklęciem zabijającym. On mnie nie skrzywdzi.

Powoli obaj mężczyźni usiedli, chociaż nadal mieli różdżki w dłoniach. Harry próbował wstać z kolan Śmierci, dopiero wtedy zauważając, że wyczarował on dość wygodny fotel. Jego ojciec trzymał go w ramionach uniemożliwiając mu wstanie. Chociaż nie spróbował wszystkiego, ciężko byłoby mu się podnieść.

- Remusie, Syriuszu pozwólcie, że przedstawię wam mojego ojca, Śmierć – powiedział, starając się brzmieć nonszalancko, jak to tylko możliwe.

- C-co? – Wydukał Syriusz. Przeniósł wzrok na osobę trzymającą jego chrześniaka w ramionach, zauważając po raz pierwszy nieziemsko piękną istotę. Naprawdę nie wiedział jak nie zauważył wcześniej tej istoty niebędącej człowiekiem: Ale Śmierć? Śmierć, że Śmierć?

Harry westchnął, wyglądając przez chwilę na o wiele starszego niż czternastolatka.

- Wiem, co oni zrobią, ponieważ przeżyłem to – wyznał, wpatrując się w Remusa. – To moja druga szansa i nie zmarnuje jej.

- Druga szansa? – Wyszeptał Syriusz, wyglądał na zmartwionego.

- Taaa. Moje pierwsze życie… Cóż, byłem perfekcyjną, małą bronią. Robiłem wszystko co chciał Dumbledore. Do diabła, zabiłem Voldemorta przed skończeniem osiemnastu lat. Można mnie zaliczyć jako bardzo skutecznego Chłopca, Który Przeżył, nie sądzicie? – Niewielki uśmiech pojawił się na jego ustach. – Poszedłem o krok naprzód i ożeniłem się z Ginny, miałem troje dzieci. Moje życie było tym czego oczekiwali ode mnie wszyscy. Później mugole odkryli nas. Nie martwiliśmy się tym na początku. Wierzyliśmy, że będziemy w stanie ich pokonać. Byliśmy w błędzie – Harry wziął drżący oddech. – Byłem ostatnim z naszej rodziny, który pozostał przy życiu. W istocie byłem jednym z ostatnich żyjących magicznych ludzi. Zostałem zastrzelony. Śmiali się, kiedy wykrwawiałem się na śmierć. Ale umarłem ze uśmiechem na ustach. A wiecie dlaczego? – obaj mężczyźni pokręcili głowami. Harry pozwolił sobie na złowrogi uśmieszek, jego rysy i oczy ukazywały szaleństwo z którym się borykał. – Ponieważ wiedziałem, że wkrótce dołącza do mnie w piekle. Ponieważ ludzie nie mogą przetrwać na martwej planecie.

Remus i Syriusz patrzyli na niego z bólem w oczach i Harry musiał odwrócić wzrok.

- Wtedy się obudziłem i spotkałem Śmierć. Podarował mi drugą szansę.

Po jego wyznaniu zapadła cisza. Po części bał się jak zareagują. Nie był pewien czy mu wierzyli. Jedynym powodem dla którego był spokojny, to trzymający go Śmierć. Gdyby nie Śmierć nie byłby w stanie tego zrobić.

- Druga szansa? Tak po prostu? – Wymamrotał Remus. – Drugie szansy nie są tanie.

Mroczny chichot wypełnił pomieszczenie. Syriusz i Remus zbledli, kiedy Śmierć spojrzał na nich.

- Prawda, drugie szanse nie są tanie – Harry zauważył jak obaj mężczyźni zadrżeli, słysząc mroczny, gładki głos. – Chociaż z Harrym jest inaczej. Harry jest moim synem. Nie ma niczego czego bym dla niego nie zrobił.

- T-twoim synem? – Wybełkotał Syriusz.

- Tak. Byłem przy Harrym od tamtej nocy, której zostali zabici jego rodzice. Widziałem jak dorastał, nie mogłem nic na to poradzić, że go pokochałem. Kiedy mugole zniszczyli świat, ogarnęła mnie wściekłość. Odważyli się skrzywdzić mojego syna – Śmierć wzmocnił trochę uścisk na Harrym. -Kiedy do mnie przyszedł, powiedziałem mu o wszystkim. Dałem mu możliwość cofnięcia się w czasie, stworzyłem alternatywną linię czasową, gdzie mógł dokonywać różnych wyborów.

- Przyjąłem tę szansę – szepnął Harry. – Nie chcę widzieć naszego świata takim ponownie. Jeśli będę musiał zabić każdego mugola żeby tego uniknąć, to niech tak będzie.

Ponownie cisza wypełniła pomieszczenie i Harry nie mógł się zmusić, żeby spojrzeć na przyjaciół jego taty.

Śmierć przyglądał się dwójce mężczyzn przed nimi. Wiedział, jak bardzo jemu maleństwu na nich zależało. To był jedyny powód dla którego im się pokazał. Wiedział, że Harry będzie potrzebował ich wsparcia. Nie przeżyje jeśli obaj śmiertelnicy będą przeciw niemu. Jednak nie chciał, żeby jego syn cierpiał, a mając ich przeciwko sobie sprawi mu ból. Wiedział również, że wilkołak nie przyjmie połowicznej odpowiedzi. Był znacznie mniej nieufny ciemności niż Czarnemu Panu i jako wilkołak, który stracił swoją watahę dla mroku, będzie go o wiele trudniej przekonać. Zwłaszcza, że widział Harry'ego jako swoje młode. Młode, które musi być chronione za wszelką cenę.

Na szczęście było coś co mogli uzgodnić. A ponieważ to ich łączyło, raczył zaszczycić ich swoją obecnością.

Spojrzał im w oczy i obiecał im wszystkie okrutne śmierci jeśli tylko skrzywdzą jego syna.

Obaj zbledli, ale błysk w ich oczach powiedział mu, że przyjęli wiadomość i był z tego zadowolony.

~ o O o ~

Na długo po tym jak Harry wrócił do Hogwartu, Syriusz i Remus nadal siedzieli w kuchni na Grimmauld Place. Obaj pogrążeni w swoich myślach.

Prawdę mówiąc nie wiedzieli jak mają zareagować na to co powiedział im Harry. Uwierzenie mu nie stanowiło problemu. Trudność sprawiało zaakceptowanie tego, co im powiedział. To prawda, że zrozumieli dlaczego przyłączył się do Voldemorta, dlaczego nienawidził mugoli. Ale nie czyniło to łatwiejszym powiązanie dorosłego, złamanego Harry'ego z czternastolatkiem, którym powinien być.

Część ich nie mogła przestać obwiniać się, tym, że zostawili Harry'ego samego, żeby radził sobie z tym wszystkim. Harry nie powiedział im, że nie przeżyli. Chociaż łatwo było to wywnioskować. Powiedział im, że był ostatnim z ich rodziny, który przeżył.

To było nielogiczne, ale nie mogli nic na to poradzić.

Obaj przeżyli wojnę, obaj stracili rodziny i to omal ich nie zniszczyło. Więc łatwo było zobaczyć, jak Harry stał się tym kim był. Obaj widzieli szaleństwo, które czai się pod gniewem i determinacją. Czy mogli go obwiniać za to, że poszedł do jedynej osoby, która była w stanie to zmienić? To nie tak, że nie chcieli zaakceptować Voldemorta, ale mogli zauważyć jak wpłynie to na Harry'ego, włącznie z jego morderczymi skłonnościami.

Remus westchnął i spojrzał na Syriusza, obaj czuli się bardzo staro.

- To trochę wyjaśnia, jego wyniki podczas zadań – zauważył Remus, zaskarbiając sobie parsknięcie Syriusza.

- Naprawdę? – Mruknął Syriusz. – Czy kiedykolwiek widziałeś kogoś władającego tak magią?

- Nie, nie za bardzo – przyznał po chwili Remus. – Nawet Dumbledore'a.

- Dokładnie. Wojna, którą przeżył wyjaśnia wiele spraw związanych z nim, chociaż wątpię, żeby wyjaśniała jego moc. Sądzę, że to ma coś wspólnego ze Śmiercią.

Mroczny chichot wypełnił pomieszczenie, sprawiając, że obaj mężczyźni spięli się na swoich krzesłach.

- Jednak masz mózg w tej swojej wielkiej głowie, śmiertelniku – zauważył Śmierć, opierając się niedbale o ścianę.

Dwójka mężczyzn patrzyła na stojącą przed nimi nieśmiertelną istotę, nie wiedząc co zrobić lub powiedzieć. Coś w ich duszach mówiło, żeby być ostrożnym. Ta istota przed nimi była poza czymkolwiek, co kiedykolwiek widzieli. Nie ważne jak lekkomyślni byli, nie byli głupcami. Posłuchają się tego czegoś.

Uśmieszek Śmierci poszerzył się, a oni nie mogli nic poradzić na to, że czuli się onieśmieleni przez niego.

- Teraz, kiedy nie ma już tu mojego maleństwa, pozwólcie że wyjaśnimy coś sobie – oświadczył Śmierć, wyglądał o wiele groźniej niż chwilę temu, chociaż nie ruszył on nawet palcem. - Jeśli skrzywdzicie go w jakikolwiek sposób, to dowiecie się dlaczego starożytni Grecy nazywali jedno z moich uosobień, Keres. Rozumiemy się?

Jeśli to możliwe, Syriusz i Remus zbledli jeszcze bardziej, jednak mieli zacięty błysk w oczach.

- Nigdy nie skrzywdzimy Harry'ego – warknął wściekle Syriusz, nie zważając na to z kim rozmawiał.

- Skoro tak mówisz, śmiertelniku – mruknął Śmierć.

- Harry jest również śmiertelnikiem – zauważył Remus, uważnie obserwując Śmierć, chociaż jego wilk mówił mu, żeby uciekać. Dla jego młodego stawi czoła nawet Śmierci. Zawsze się nad tym zastanawiał, jednak nigdy nie spodziewał się, że stanie się to dosłownie.

Nie spodziewał się jednak, że Śmierć roześmieje się. Będąc zupełnie szczerym było to więcej niż nieco przerażające.

- Śmiertelnikiem? - Zapytał Śmierć. – Myślisz, że pozwolę by mój syn był śmiertelnikiem, jeśli mogę temu łatwo zaradzić? Może być człowiekiem, czarodziejem, jednak nie jest śmiertelny.

- On.. Harry jest nieśmiertelny? – Wyszeptał Remus.

- Jest. – potwierdził Śmierć.- Za kilka lat przestanie się starzeć. Na mojego syna czeka wieczność, więc jeśli chce się z wami bawić śmiertelnicy, to jego wybór. Kiedy się wami znudzi, pójdziemy dalej. Może będzie chciał zniszczyć kilka światów, albo zniewolić jeden. Kto wie? Ma wieczność, żeby robić co tylko zapragnie.

- Nie obchodzi cię to? – Remus brzmiał na przerażonego.

- Jestem Śmiercią. Jedyne o co dbam to mój syn – stwierdził Śmierć. – To powód dla jakiego istoty jak ja nie tworzą więzi. Wszystko, oprócz nas, przemija. Nawet wśród istot takich jak ja jestem jedynym, który jest naprawdę nieśmiertelny. Wszystkie inne w końcu przeminą. Wtedy zakończę to niszcząc wszechświat, tylko po to, aby zobaczyć jak będzie rodził się kolejny. Możecie sobie wyobrazić ból, widząc, że wszystko na czym wam zależało zostanie stracone? Czy możecie wyobrazić ile wszechświatów widziałem? Byłem tam jak wszystko się zaczynało. Byłem tam, kiedy stawał się drugi – widząc jak wyglądali, Śmierć zachichotał. – Oczywiście, po prostu musiałem przywiązać się do Harry'ego. Pozwoliłem mu żyć normalnie. Nie przeszkadzałem. Wtedy pojawili się mugole i wszystko zniszczyli. Więc zrobiłem to, co każdy kochający ojciec by zrobił. Sprawiłem, żeby było mu lepiej.

- Czyniąc go nieśmiertelnym? – Zapytał Syriusz, wyglądał na tak samo zszokowanego, jak Remus.

- Dając mu to, czego potrzebował. Nieśmiertelność jest bardziej dla mnie niż dla niego. Nie mówcie mi, że jesteście na tyle okrutni, żeby prosić ojca o porzucenie syna – uśmiech Śmierci nie był wcale uspokajający. – Tak czy inaczej nie ma to już znaczenia. Nie myślcie nawet przez chwilę, że wasza opinia albo uczucia w jakikolwiek sposób coś zmienią.

- Dlaczego nam to mówisz? – Syriusz praktycznie zażądał.

- Być może dla własnej rozrywki – odparł w zadumie Śmierć.

- Nie wiem co w tym zabawnego – burknął Remus.

- Tak, cóż, kiedy jesteś wieczny znajdujesz rozrywkę w małych rzeczach – uśmiechnął się Śmierć i rozpłyną w powietrzu.

Zdawało się, że obaj mężczyźni odetchnęli, osuwając się na swoich krzesłach.

- Kto by pomyślał, że Śmierć może być tak frustrujący – wymamrotał Syriusz.

- To na tym się skupiłeś? – Zapytał Remus, brzmiąc na lekko zdenerwowanego.

Syriusz przytaknął wolno.

- Przypuszczam, że na czymś innym się skupiłeś.

- Tak, jak na przykład Harry będący Czarnym Panem, albo jak wolisz będący nieśmiertelnym.

- Co zrobimy?

- Naprawdę sądzisz, że jesteśmy w stanie coś zrobić? – Burknął Remus. – Nie możemy walczyć ze Śmiercią.

- Nie sądziłem nawet, że możemy z nim walczyć. Stworzył on zupełnie nową linię czasu, żeby uczynić Harry'ego szczęśliwym.

- To trochę przerażajcie, nie? – Wyszeptał Remus. – Myślisz, że ze Śmiercią u swojego boku, będzie nas w ogóle potrzebował?

- Może nie będzie nas potrzebować – odpowiedział Syriusz po chwili ciszy. – Ale nas wybrał. Chce nas przy sobie.

Remus zachichotał, a prawdziwy uśmiech wkradł się na jego usta.

- To prawda. Chce, żebyśmy byli przy nim.

- To stawia nas w tym miejscu, prawda? – Syriusz uśmiechnął się. – Jeśli nie będziemy za nim podążać w jego dążeniu do opanowania albo zniszczenia, nie jestem pewien na którą opcję się zdecyduje, mugoli to nie skłania nas do bycia niewdzięcznymi, prawda?

- Tak, stawia – Remus skinął poważnie głową. Chociaż jego oczy błyszczały złośliwie. – Musimy być po jego stronie w nadchodzącej wojnie.

W mgnieniu oka w pomieszczeniu zapadła cisza.

- Na Merlina – wyszeptał Syriusz. Uderzyła w niego rzeczywistość całej tej sytuacji.

- Na prawdę to robimy? - Wymamrotał Remus, wyglądał na dotkniętego. – Zdradzamy Zakon i przyłączamy się do Voldemorta.

- Technicznie rzecz biorąc przyłączamy się do Harry'ego – mruknął Syriusz.

- Nie ważne jakie są twoje słowa, to nie zmienia faktu, że zdradzamy Światło – warknął Remus.

- Wiem – westchnął Syriusz, wyglądał na zmęczonego i Remus czuł się źle naskakując na niego. To nie była wina Syriusza. – Chociaż, szczerze mówiąc, nie sądzę, że czuję się tak winny jak powinienem – przyznał Syriusz. – To bardziej Voldemort mnie niepokoi. Ale porzucając Światło… Będąc z tobą szczery, Remusie, co dobrego zrobiło dla nas Światło?

- Wiem, że jesteś zgorzkniały …

- Cholera, oczywiście, że taki jestem! – Wykrzyczał Syriusz, zrywając się z krzesła. – A ty nie? Zostawili mnie, żeby tam zgnił! – Warknął. – To było ponad dziesięć lat, Remusie! Co się dla ciebie zmieniło? Wilkołaki mają teraz zapewnione wygodne miejsca pracy? Do diabła, mają jakiekolwiek prawa? – Kiedy Remus odwrócił wzrok, Syriusz usiadł i wziął głęboki oddech. – Minęły lata Remusie i nic się nie zmieniło.

- I sądzisz, że zmieni to Voldemort?

- Nie sądzę, żeby mogło być jeszcze gorzej – przyznał Syriusz.

~ o O o ~

Harry leżał długo po tym jak opuścił Grimmauld Place. Naprawdę nawet nie myślał o mówieniu prawdy o sobie Syriuszowi i Remusowi. Szczerze mówiąc nie myślał, żeby komukolwiek o tym powie, oprócz Tomowi.

Był odrobinę zirytowany Śmiercią, kiedy ten pokazał się o tak, zmuszając go do przyznania się przed jego chrzestnymi. Jednak teraz miał czas, żeby przemyśleć to wszystko. Mógł zrozumieć dlaczego Śmierć to zrobił. Wiedział, że to go złamie i tylko Merlin wiedział, co stało by się później.

Był pewien, że mógł zranić swoich ojców chrzestnych, gdyby tylko stracił kontrolę. A tego starał się za wszelką cenę uniknąć. Nie tylko o swoją magię musiał się teraz martwić. Jego elementarne moce były niszczycielskie, jeśli tylko straci nad nimi kontrolę. Z tego co odkrył był w stanie zniszczyć cały blok. Jeśli naprawdę był na tyle potężny, a coś mówiło mu, że był.

Chociaż teraz musiał stawić czoła Remusowi i Syriuszowi, kiedy już znają prawdę. Naprawdę nie wiedział jak ma sobie z tym wszystkim poradzić. Widział jak zareagowali obaj mężczyźni. Zrozumieli dlaczego obrał taką ścieżkę. Jednak, nie wydawali się tak naprawdę w stanie tego zaakceptować. Chociaż może byli za bardzo wstrząśnięci, żeby być w stanie prawidłowo pomyśleć o tym co im powiedział.

To był jeden z powodów dlaczego tak szybko stamtąd wyszedł. Drugim, była potrzeba odetchnięcia.

Westchnął i zamknął oczy, próbując zasnąć. Przed nim kolejny długi dzień i nic dobrego nie przyniesie utrata snu, nie zmieni tego.

~ o O o ~

- Gotowy do wyjścia? – Zapytał Barty'ego, kiedy tylko przyszedł.

- Za minutkę – nadeszła odpowiedź z łazienki.

Westchnął, opadając na fotel. Prawdę mówiąc był trochę niecierpliwy. Ostatnie dni były ciężkie i nie sądził, że zniesie to zbyt długo, a Tom przynajmniej pozwoli mu odpocząć. Może mogliby pójść na polowanie. Był pewien, że Tom nie będzie miał nic przeciwko temu.

- Gotowy – Barty spotkał go w swoim pokoju i Harry omal nie podskoczył.

- Nareszcie – burknął, co sprawiło, że Barty zatrzymał się i spojrzał na niego.

- Coś nie tak? – Zapytał Barty, przyglądając mu się i Harry poczuł jak uchodzi z niego powietrze.

- Przepraszam – wyszeptał, pozwalając przyciągnąć się Barty'emu. – Po prostu… cóż, miałem okropny dzień.

- Co się stało? – Niemal rozpływał się w jego ramionach.

- Nic. Naprawdę nie wiem dlaczego jestem na skraju. Może to przez te wszystkie litościwe spojrzenia.

- Ze względu na ucieczkę i obwinianie o nią Blacka?

- Tak… Nie wiem. Może po prostu jestem zmęczony ukrywaniem się za tymi wszystkimi maskami. Kusi mnie, żeby zapytać Toma czy mogę z nim zostać.

- Wątpię, żeby ci odmówił – odpowiedział Barty, mocniej go obejmując.

- Wiem, ale wiem również, że lepiej dla nas, jeśli zostanę tu dłużej.

- Jeśli to sprawia, że jesteś nieszczęśliwy…

- Są ważniejsze sprawy.

- Nie dla mnie – stwierdził gwałtownie Barty, co zaskoczyło Harry'ego.

- Barty… Co?

- Jestem lojalny wobec mojego Pana, jego sprawy – wyszeptał Barty. – Chociaż chciałbym bez namysłu nie narażać ciebie na to wszystko.

- Barty… - wymamrotał Harry, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć.

- Zależy mi na tobie, Harry. Jesteś dla mnie całym światem, nie dlatego, że jesteś moim Panem, ale dlatego, że jesteś sobą. Nie proszę cię o nic, poza twoim towarzystwem. Proszę Harry, nie przestawaj spędzać ze mną czasu tylko ze względu, że ci to powiedziałem.

- Nie mógłbym nawet, gdybym chciał – wyszeptał. Dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że to prawda. – Jesteś dla mnie ważny, Barty. Nie sądzę, że wytrzymam długo z dala od ciebie. Jesteś jednym z niewielu ludzi, którym ufam. Jednym z niewielu przy których mogę być sobą – wziął głęboki oddech i poczuł jak jego ciało relaksuje się w ramionach Barty'ego. – Nie sądzę, żebym mógł z tego zrezygnować.

Barty zamknął oczy, ukrywając twarz w jego włosach. To było znacznie więcej niż się spodziewał po jego nagłym wyznaniu. Chociaż nie sądził, że Harry zobaczy go w takim świetle o jakim on myślał. Mimo to, było to lepsze niż nic, a on był cierpliwy, mógł poczekać . Poczeka, jeśli oznaczało to, że będzie mógł spędzić resztę swojego życia z Harrym w swoich ramionach.

- Dziękuję – odetchnął, będąc wdzięcznym, że nie został odrzucony.

- Nie masz mi za co dziękować – odszepnął Harry. – Nie sądzę, że w pełni uświadomiłeś sobie co to znaczy mieć dla mnie mieć kogoś takiego jak ty. Jedynym, który powinien podziękować, to ja.

To było trudne dla Barty'ego, by objąć umysłem wszystko o czym powiedział mu Harry. Co Harry mógł czuć do niego? Jak mógł zrozumieć, co znaczy być ważnym dla jego zielonookiego Pana? To było coś czego nie rozumiał, ale prawdę mówiąc nie dbał o to jak to się stało, tak długo jak tylko będzie mógł nadal być u jego boku.

Barty nie wiedział jak długo znajdowali się w takiej pozycji, ale kiedy Harry zaczął się od niego odsuwać, nie mógł nic poradzić na to by przytrzymać go jeszcze chwilę, ukazując swoją niechęć na puszczenie go. Nie tyle co pozwolić mu odejść, a pójść do jego Pana.

Wiedział, że nie był jedynym, który chciał być z Harrym. Zaborczość Czarnego Pana była widoczna dla wszystkich. Chociaż było to dość zabawne, że Harry wydawał się być jedynym, który tego nie zauważał.

Jednakże nie miał pojęcia dlaczego Czarny Pan chciał Harry'ego. Może chodziło o jego moc, albo było coś więcej. Nigdy nie widział swojego Pana, żeby okazywał komukolwiek swoje zainteresowanie. Bynajmniej nie w taki sposób, jaki okazywał Harry'emu. Jasne, wiedział, że Mroczny Lord bierze do łóżka śmierciożerców. Ale to było wszystko. Branie ich do łóżka. Nie było żadnego złudzenia ,o tym, ile znaczą dla Czarnego Pana. Wszyscy wiedzieli, że nie byli niczym niż tylko jednonocną zabawką. Czasem nawet nie zostawali na jedną noc, tylko szybkie pieprzenie po szczególnie stymulującym nalocie.

Ale sposób w jaki Czarny Pan patrzył na Harry'ego… Nigdy nie widział, żeby jego Pan parzył tak na kogokolwiek.

Część niego, część wierna Wewnętrznemu Kręgowi śmierciożerców chciała ustąpić. Pozwolić jego Panu mieć Harry'ego. Jednak inna część buntowała się przeciwko temu wszystkiemu. Na samą myśl, że ktoś może być z Harrym… nie sądził, że kiedykolwiek czuł taką chęć mordu. Będzie walczył o Harry'ego, nawet wbrew swojemu Panu.

- Powinniśmy już iść – wymamrotał Harry, a Barty mu przytaknął.

Czuł się źle zostawiając to co było, jakby była rzecz, która nie została wypowiedziana. Jednak obiecał sobie, że nie będzie naciskał na Harry'ego i dotrzyma tej obietnicy.

- Prowadź – powiedział, odsuwając się w końcu od Harry'ego.

Harry na chwilę złapał jego wzrok. Chciał sprawdzić, czy między nimi było wszystko w porządku i Barty zapewnił go o tym. Na pozór zadowolony Harry odwrócił się i opuścił komnaty, a za nim podążył Barty.

Szybko znaleźli się za barierami i Harry aportował ich do gabinetu Toma.

Harry trochę marudził, kiedy wylądowali, a ponieważ Barty obejmował go w pasie to był jedyny powód, dlaczego nie wylądował na tyłku.

- Po prostu nie mogę normalnie wylądować po aportacji z innymi ludźmi. Zawsze się potknę – poskarżył się Harry, ignorując chichoczącego Barty'ego.

- Nikt nie jest idealny – za ich pleców dobiegł rozbawiony głos. – Poza mną, oczywiście.

- Oczywiście – odparł Harry, czule się uśmiechając. – Nikt nie jest doskonały, ale ty nie jesteś nikim, Tom.

Barty puścił go, stojąc obok mógł poczuć jak prostuje się on i kłania.

- Mój Panie.

- Barty – Tom skinął głową. – Jest coś czego potrzebujesz? – Co Harry przetłumaczył sobie jako „ Co do diabła tu robisz?"

- Poprosiłem go, żeby przyszedł – wtrącił się Harry. – Nie chciałem spotykać się z Lestrange'ami sam, a Barty jest ich przyjacielem, więc…

- Rozumiem – Tom wstał z fotela. – Jednak nadal są w szpitalu. Ze wszystkich śmierciożerców stan tej trójki jest najgorszy.

- Rozumiem to – wymamrotał Harry. – Znajdowali się w części zabezpieczonej, pod stałą kontrolą dementorów.

- Tak – Tom wyglądał poważnie. – Gdyby nie ich moc, postradali by już rozumy.

- Co z innymi? – Zapytał.

- Są dalecy od bycia w dobrym stanie – westchnął Tom, wyglądał na wykończonego. – Skrajne przypadki przemęczenia i niedożywienia, zapalenia płuc, połamane kości… To zajmie trochę czasu, zanim wszyscy wrócą do zdrowia. Musimy przejrzeć niektóre plany.

- Zgoda – przytaknął Harry. – Tylko zajrzę do Lestrange'ów. Wolałbym, żeby wiedzieli, że to ja zanim reszta się dowie. Wtedy przyjdę tu i porozmawiamy zanim wrócę do Hogwartu z Bartym.

- Dobrze – Tom zgodził się łatwo. Wiedział dlaczego Harry chciał spotkać się najpierw z Lestrange'ami. Harry opowiedział mu nie tylko o obsesji Bellatriks wobec jego osoby, ale także o jej pogłębiającym się szaleństwie.

Trudno było słuchać o czymś takim. Bella byłą jedną z jego ulubieńców pośród śmierciożerców. Była prawie jak żeńska wersja Barty'ego. Naprawdę mu wierna. To był jeden z powodów, dla których szkolił ich osobiście. Zasłużyli na to. Ale wiedza o tym jak złamany był jeden z nich… cóż, było to trudne. Bez względu na to co mówili o nim ludzie, dbał o swoich śmierciożerców, przynajmniej tych, którzy na to zasługiwali. Wiedza, że nie mógł nic z tym zrobić pozostawiała gorzki posmak w ustach. Nie był przyzwyczajony do poczucia bezsilności.

Wychodząc z gabinetu Harry uśmiechnął się do Toma i pociągnął Barty'ego za sobą.

- Nie sądzę, że zdajesz sobie sprawę jak dziwnie jest widzieć, jak oddziałujesz na mojego Pana – wymamrotał Barty.

- Co masz na myśli? – Zapytał Harry, nadal ciągnąc za sobą Barty'ego.

- Nikt nie mówi do mojego Pana tak jak ty – wyjaśnił Barty.

- Cóż, nie jestem jednym z jego zwolenników. To oczywiste, że mam odrobinę więcej swobody.

- Skoro tak mówisz – mruknął Barty, chociaż jego oczy zdradzały niedowierzanie.

- Czy teraz, jesteś gotowy, żeby mnie chronić przed swoimi nieco bardziej szalonymi przyjaciółmi? – Zapytał go Harry, kiedy zbliżali się do drzwi ambulatorium.

- Oczywiście – odparł poważnie Barty. – Nie pozwolę cię nikomu skrzywdzić, nawet moim przyjaciołom.

Harry uśmiechnął się, wierzył w każde słowo Barty'ego. Przed dzisiejszym dniem może był odrobinę sceptyczny, jednak wcześniejsze wyznanie Barty'ego sprawiło, że trudno było uwierzyć w co innego.

Otworzył drzwi i wsunął się do środka bez przyciągania uwagi poruszających się wszędzie uzdrowicieli.

- Jak sądzisz, gdzie oni są? – Zapytał Barty'ego, rozglądając się po łóżkach.

- Są członkami Wewnętrznego Kręgu, prawdopodobnie mają prywatne pokoje. Albo przynajmniej wspólny prywatny pokój, żeby mogli być razem, lecz nadal oddzieleni od reszty – odpowiedział Barty, rozglądając się. – To nie wszyscy śmierciożercy, którzy uciekli z Azkabanu.

- To nie mamy wyboru – powiedział z powaga Harry.- Musimy stawić czoła bestii.

Barty nie potrafił pohamować parsknięcia, kiedy zobaczył jak Harry zbliża się do jednego z uzdrowicieli, jakby zbliżanie się do niego było jak iście na własną egzekucję.

Krótką rozmowę później i Harry uciekał jakby gonił go sam diabeł. Bawiło to Barty'ego, chociaż nie do końca mógł zrozumieć jak Harry może stanąć twarzą w twarz z jego Panem, a bać się uzdrowicieli.

Harry zmrużył oczy, kiedy dostrzegł jego rozbawienie.

- Nic nie mów – zagroził Harry.

- Moje usta są zamknięte – mruknął Barty z uśmieszkiem na ustach. – Twój lęk przed uzdrowicielami jest przy mnie bezpieczny.

- Są gorsi niż sam diabeł – mruknął Harry, wyglądając posępnie.

- Dobrze, dobrze – Barty uniósł ręce w geście poddania. – Powiedział ci, gdzie oni są?

- Tak – przytaknął. – Są w ostatnim pokoju. Uzdrowiciel powiedział, że powinni już nie spać. Jakiś czas temu cała trójka dostała eliksiry.

- Chodźmy do nich – Barty nie mógł ukryć swojego podekscytowania. – Nie widziałem ich tak długo – tęsknota była trudna do ukrycia. Jednak wiedział, że Harry nie będzie go za to osądzał.

- Jestem pewien, że pragną ciebie zobaczyć – Harry uśmiechnął się do niego. – Chodź – popchnął go i pozwolił Barty'emu poprowadzić ich do pokoju zajmowanego przez jego przyjaciół.

Część niego bała się zobaczyć ich jak bardzo zostali złamani. Rzut oka na nich w Azkabanie nie był wystarczający, żeby zobaczyć jacy są. Jednak słowa Czarnego Pana nie były pocieszające. Naprawdę obawiał się jak Azkaban na nich wpłynął.

- Nie martw się – wyszeptał Harry. – Wszystko będzie dobrze.

- Co jeśli… co jeśli Azkaban ich złamał?

- Z tego co wiem o Lestrange'ach są zbyć silni, żeby złamał ich Azkaban – Harry powiedział do szczerze. – Może wyszli troszkę z formy, ale na pewno nie będą załamani.

Barty skinął głową. Wziął głęboki oddech, kiedy zauważył, że zatrzymali się przed drzwiami.

- Gotowy? – Zapytał Harry, ściskając jego dłoń.

- Tak – potwierdził skinieniem głowy, czerpiąc siłę z obecności Harry'ego.

Harry posłał mu ostatni uśmiech i otworzył drzwi.

Barty czuł jego oddech, kiedy zobaczył trójkę swoich przyjaciół na łóżkach szpitalnych.

Tak naprawdę nie przyjrzał się im w Azkabanie, ale wyglądali na tak kruchych. Wyglądali tak, jakby mógł ich złamać najlżejszy podmuch wiatru.

Rabastan pierwszy ich zauważył. Ledwie zaszczycił wzrokiem Harry'ego, zanim jego wzrok utkwiły w Bartym, rozszerzając się.

- Barty – nadszedł chrapliwy szept Rabastana, co zwróciło uwagę pozostałej dwójki, patrzącej teraz na nich.

Zdawali się całkowicie ignorować obecność Harry'ego, bynajmniej na razie.

- Myślałem, że to tylko sobie wyobraziłem – wyszeptał Rudolfus. – Jednak tam byłeś, zabrałeś nas z Azkabanu.

Barty podszedł do nich jak w transie, tępo przytakując Rudolfusowi.

- Tak – przytaknął. – Byłem tam. Nasi Panowie pozwolili mi tam być, chociaż obecnie jestem na misji.

- Panowie ? – Rabastan zmarszczył brwi. – To również prawda?

Ich oczy ostatecznie zwróciły się na Harry'ego, który wciąż stał przy drzwiach.

- Wyglądasz podobnie do tego zdrajcy krwi – powiedziała Bellatriks. – Jak Potter – dodała.

- Mam nadzieję – odparł Harry, zatrzymując się obok Barty'ego. – Jestem jego synem.

- Potter! – Warknęła Bellatriks. Jej ręka powędrowała do różdżki, której nie było.

- Zważaj na swój ton, Bello – warknął Barty, trzymając swoją różdżkę i celując w nią, co wyraźnie zaskoczyło pozostałą trójkę.

- Barty? – Zapytał niepewnie Rabastan, wyglądał na zranionego.

- To nasz Pan, Lord Fobos – odparł Barty, jego różdżka nawet nie zadrżała. – Sprowadził naszego Pana do pełni sił. Może i jest Chłopcem, Który Przeżył, ale jest po naszej stronie. Czarny Pan mu ufa.

- Nasz Pan nie ufa nikomu – stwierdził Rudolfus głębokim głosem. Chociaż w jego głosie można było usłyszeć ciekawość.

- Jemu ufa – powtórzył Barty z taką pewnością, że nawet Bellatriks przestała być groźna. – Harry, pokaż im medalion.

Ciekawy, co Barty chciał od medalionu Harry wyciągnął go spod koszulki.

Zamarli w chwili, kiedy ich oczu zatrzymały się na nim. Bellatriks nawet trochę zbladła.

- Wiecie co to jest – uświadomił sobie Harry i w sekundzie jego różdżka znalazła się w dłoni, celując w nich. Tom nigdy nikomu nie powiedział o horkruksach. – Skąd wiecie co to jest? – Zażądał, tracąc kontrolę nad jego żywiołami, sprawiając, że pokój stał się ciemniejszy i chłodniejszy. – Odpowiedzcie mi! – Zażądał, kiedy trójka Lestrange'ów nadal była nieruchoma. Zignorował nieruchomą postać Barty'ego, wiedział że mężczyzna musiał domyślić się co to jest. Zapewne wiedział od tamtej nocy, którą przespał w jego komnatach.

- Pochodzę z rodu Blacków - odparła Bellatriks. – Wiedziałam co to jest od chwili, kiedy Czarny Pan dał mi to do ochrony – brzmiała rozsądniej niż kiedykolwiek wcześniej, kiedy ją słyszał gdy coś mówiła. – Powiedziałam Barty'emu, Rudolfusowi i Rabastanowi, więc mogli pomóc mi w chronieniu tego. Musieli wiedzieć jak ważne to było – spojrzała na medalion. – Skąd ty wiesz, co to jest?

- To nie ma znaczenia – odparł Harry, opuszczając różdżkę. – Muszę powiedzieć Tomowi, że wiecie.

- Zabije nas – stwierdził Rabastan.

- Nie zrobi tego - odpowiedział Harry. - Może być niezadowolony z tego, że jego sekret nie jest już tajemnicą, jak sądził, ale nie zabije was. Chociaż prawdopodobnie będzie chciał zwiększyć bezpieczeństwo pozostałych, nie licząc tych co mam.

- Masz więcej niż jednego? – Zapytała Bellatriks, wyglądała na zszokowaną.

- Dał mi trzy – odparł Harry, nie widząc niczego złego w powiedzeniu im tego.

- Trzy? – Bellatriks wypowiedziała to słowo w zaskoczeniu.

Cóż, technicznie Tom podarował mu dwa horkruksy, ale policzył tego wewnątrz siebie.

- Nasz Pan naprawdę musi ci ufać – wymamrotał Rudolfus. – Nie mogę przestać się zastanawiać, co w tobie takiego specjalnego, że sprawiłeś nie tylko, aby jeden z naszych braci obrócił się przeciw nam na samą groźbę wobec ciebie, ale także sprawiłeś, że Czarny Pan ci tak zaufał.

Harry posłał im drapieżny grymas, zaskakując ich tym trochę.

- Zgaduję, że to może zaczekać, żeby się dowiedzieć, prawda?

Bellatriks zarechotała zachwycona.

- Już cię lubię mój mały Panie – uśmiechnęła się do niego, wyglądając na niezrównoważoną.

- Hura – odparł Harry z poważną miną, co wywołało śmiech Barty'ego.

Harry zauważył nawet delikatny uśmieszek Rabastana. Biorąc pod uwagę, kiedy ostatni raz widział mężczyznę rzucał on na niego zaklęcia zabijające. Więc ten postęp można będzie uznać za wielki sukces.