- Viktor! Gdzie ty mnie znowu zabierasz?! - jęknął Yuuri, dając się ciągnąć za rękę podśpiewującemu pod nosem Rosjaninowi.
- Ta-je-mni-ca! - odpowiedział melodyjnie, zadowolony i dumny z siebie jak paw. A kiedy był zadowolony i dumny z siebie, to nigdy nie chodziło o coś tak trywialnego jak spacer czy kino. Że już o pójściu na zakupy spożywcze, o które Katsuki prosił już od jakichś dwóch dni, zupełnie nie wspominając.
Japończyk przewrócił więc oczami i pozwolił prowadzić się podekscytowanemu partnerowi, aż nie dotarli na jeden z licznych mostów, rozsławiających Petersburg jako Wenecję Wschodu.
- Proszę! Oto nasza przystań! - sprezentował Viktor, stając na środku i wskazując rozłożonymi na boki dłońmi żeliwne balustrady z dziesiątkami przypiętych do nich kłódek.
Coś w brzuchu Yuuriego zatrzepotało, kiedy uświadomił sobie, o co w tym wszystkim chodziło. W końcu nawet tak przewlekle aspołeczny człowiek jak on zdawał sobie sprawę, co oznaczało powieszenie przez parę kłódki na moście.
- I popatrz, jaką ładną nam wybrałem! - Viktor przyskoczył do Yuuriego, po czym wyciągnął z kieszeni płaszcza zgrabną, niebieską kłódkę. - Ma kolor twoich okularów, prawda?
- A masz marker? – odpowiedział pytaniem na pytanie, próbując rozmową ukryć rozczulenie, jakie wywołał w nim najnowszy pomysł ukochanego.
- Oczywiście.
- Niezmywalny?
- Niezmy... - Niepewność, z jaką uśmiechający się Rosjanin to powiedział, mogła śmiało stanowić odpowiedź samą w sobie. - A to są jakieś inne?
Japończyk pochylił się i przypatrzył pisakowi. No tak... Powiedzieć czy nie powiedzieć? Oto jest pytanie.
- Viktor - zaczął łagodnie, co już powinno zaalarmować pomysłodawcę. - Wziąłeś zwykły. To flamaster dla dzieci.
- Żartujesz? - zawołał, a potem jęknął z zawodem, stanowczo zbyt mocno biorąc do siebie pomyłkę. - Yuuri, co ja najlepszego zrobiłem! Zabiłem nasz związek!
"Gdyby ludzie naprawdę rozstawali się z powodu pisaków, ten świat powinien wybuchnąć wieki temu" pomyślał Katsuki, ale na głos tego nie powiedział.
- Znaczy, bez dramatu. Na dwa maźnięcia spokojnie wystarczy - stwierdził pogodnie, jednak to nie podziałało. Viktor wciąż wyglądał, jakby to całość jego planów przedmałżeńskich runęła, a nie tylko randka na moście.
- Ale przecież pierwszy lepszy deszcz zmyje napis - zauważył, po czym zwiesił cierpiętniczo głowę. - Przepraszam cię, Yuuri. Zawaliłem sprawę.
- Tak, tak, wszyscy umrzemy - odpowiedział spokojnie, przechwytując z dłoni Rosjanina kłódkę i marker. Zębami zdjął skuwkę i pomrukując pod nosem rosyjski alfabet wymalował na metalowej powierzchni oklepany tekst złożony z imion oraz iksa. Do głowy przyszła mu jeszcze jedna myśl, dlatego obrócił kłódkę i dopisał na jej odwrocie w bardziej zrozumiałym dla siebie angielskim "Viktuuri", tak jak przechrzcił ich łyżwiarski fandom.
- Gdzie przypiąć? - zapytał, zamykając pisak i spoglądając na osowiałego Viktora, jednak ten nie zareagował, załamany rozmiarem pomyłki.
Westchnął. Czyli decyzja należała do niego. Yuuri rozejrzał się szybko po moście, odnajdując przyzwoite miejsce pod solidną, żeliwną kłódą. Robiąc z niej prowizoryczny daszek, przyczepił do kraty małą, niebieską kłódkę i zadowolony z efektu musnął napis po raz ostatni. Potem bez emocji wyrzucił kluczyk do wody - miał tylko nadzieję, że to nie podpadało pod żaden paragraf dotyczący zaśmiecania rzeki.
Podniósł się, a potem podszedł do wciąż lekko zawiedzionego Rosjanina, który właśnie rozpoczynał monolog pospiesznych argumentów na usprawiedliwienie swojej nieuwagi.
- Yuuri, ja cię najmocniej przepraszam. Jutro kupię jeszcze większą i ładniejszą, żebyś nie myślał, że mi nie zależy. I ze dwadzieścia markerów, permanentnych na amen, takich, co ich nawet kwaśny deszcz nie tknie. I...
- Viktor.
Wypowiedziane spokojnym, niemal chłodnym tonem imię wystarczyło, aby uciszyć Rosjanina. Yuuri westchnął tylko i stanął tuż przed nim.
- Jeśli deszcz zmyje napis, to tu wrócimy i poprawimy. Jak zmyje jeszcze raz, to wrócimy tu jeszcze raz. Razem. - W trakcie mówienia chwycił twarz mężczyzny w dłonie, nakazując spojrzeć na siebie. - Będziemy tu przychodzić dzień w dzień, rok w rok, aż topniejące lodowce nie zaleją Petersburga, a mostu nie zeżre rdza. Ale naszej kłódki nic nie ruszy. Zrozumiano?
Viktor pokiwał gorąco głową, tak jakby procesy chemiczne leżały w jego jurysdykcji, a lodowce zamarzały na każde skinienie. Ale dla takiego zdeterminowanego partnera gotów byłby się tego nauczyć.
- Nie sądzisz, że lepszym wyjściem jest to, żeby codziennie dbać o naszą miłość, niż żeby zawiesić raz jakąś kłódkę i nie zawracać sobie nią więcej głowy? - ofukał go Yuuri, przysuwając usta coraz bliżej ust. - O czymś takim też chciałbyś zapomnieć?
Zbliżył się i ostrożnie pocałował ukochanego. Jeszcze nie radził sobie z publicznym okazywaniem uczuć na tym poziomie, ale wiedział, że to akurat był stan wyższej konieczności. Znaczy... po takiej deklaracji... że na zawsze... Yuuriemu zmiękły kolana, ale na szczęście Viktor go przytrzymał, chwytając w pasie.
- Jesteś pewien, że nigdy tu nie byłeś? - zapytał, spoglądając w oczy Katsukiego, uroczo odsłonięte przez zsuwające się na skraj nosa okulary. - Że nigdy wcześniej nie robiłeś takich płomiennych przemów ani nie wiedziałeś, że zapięcie kłódki trzeba potem... skonsumować?
Japończyk pokręcił głową, stanowczo zaprzeczając.
- Przecież nawet nie wiem, jak się nazywa ten most.
- Поцелуев Мост - powiedział, a potem przymknął oczy, zbliżając do warg Yuuriego. - Most Pocałunków.
Przypis-chan
Поцелуев Мост (inaczej Most Pocełujewa albo Most Pocałunków) - naprawdę istnieje w Petersburgu :)
