Komórka. Trywialna rzecz w dzisiejszych czasach. Coś, dzięki czemu możesz się komunikować, spędzać wolny czas, pisać, czytać, słuchać muzyki i tak dalej, i tak dalej. Zwykłe urządzenie. Nic ciekawego.
Do tej pory dla Yuuriego telefon również stanowił jedynie narzędzie do załatwiania zupełnie nieciekawych z punktu pobocznego obserwatora spraw. Godzinami przeglądał na Instagramie zdjęcia swojego idola, odtwarzał w nieskończoność utwory do występów, kontaktował się z Phichitem lub rodziną. Owszem, był to miły gadżet, szczególnie kiedy sprawił sobie uroczą obudowę w niebieskie pudle, ale w gruncie rzeczy smartfon nie miał dla niego jakiegoś ogromnego znaczenia, choć jednocześnie zastępował mu realnych ludzi bardziej, niż mu się to wydawało.
Zmiana nastąpiła wraz z pojawieniem się Viktora w jego domu. Komórka przestała wtedy stanowić cały świat, a zaczęła służyć bardziej okazjonalnie i głównie do jednego, bardzo precyzyjnego zadania - sprawdzania godziny. Nie mógł doczekać się każdego kolejnego dnia i jakby miało to w czymś pomóc, niemal maltretował przycisk podświetlania, upewniając się raz za razem, czy to już czas na trening, na wyjście na umówiony spacer, na wspólną kolację w Yu-topii czy pobudkę.
A skoro o pobudkach mowa, to funkcja ta przeszła chyba największą metamorfozę. Na początku miał ogromne problemy ze wstawaniem i regularnie zdarzało mu się zaspać, podczas gdy Viktor, jak na porządnego trenera przystało, już od najwcześniejszych godzin śmigał wte i wewte niczym skowronek. Budzik natomiast uparcie odmawiał współpracy, czy to po ustawieniu głośniejszej muzyki, czy kilku alarmów pod rząd. Potem do porannej gry dołączyła dodatkowa para rąk, która czasami omyłkowo wyciągała niebieską komórkę spod poduszki. Właściciel oburzał się wtedy lub obruszał, zależnie od nastroju, i albo przy akompaniamencie śmiechu wyrywał telefon z niepowołanych dłoni, aby ukryć pozapisywane tam zdjęcia, albo zbywał absurdalnie wczesną pobudkę mruknięciem "nawet nie próbuj uciekać", po czym wtulał się ustami w obojczyk obejmującego go Rosjanina. Ostatecznie jednak wraz z przeprowadzką do nowej strefy czasowej budzik odszedł do lamusa, a zamiast niego w rolę alarmu wcielał się pochylający, półnagi mężczyzna, który całował czule niczym te wszystkie postacie z końcówek hollywoodzkich romansów, oznajmiając: "Yuuri, kawa".
Aparat natomiast przeżywał swój osobisty, elektroniczny renesans. Choć Katsuki nigdy nie należał do osób, które uwielbiają uwieczniać każdy moment życia, nie wyłączając nawet śniadania czy wyjścia do toalety, teraz miał ochotę zamówić dodatkową kartę pamięci, aby zachować wszystkie fotki, które bardziej lub mniej potajemnie robił Viktorowi. Ale najcenniejsze i tak wydawały mu się te, na których znajdowali się razem, roześmiani, objęci albo przyłapani w intymnej chwili, kiedy Phichitowi akurat wspaniałomyślnie zachciało się robić za paparazzi. A czasami, kiedy Yuuriemu jakimś cudem udało się ocknąć wcześniej niż partnerowi, sięgał po starego, sprawdzonego przyjaciela do spraw dokumentacji i po cichu robił zdjęcie za zdjęciem, myśląc, że chyba właśnie nieświadomie walczy o tytuł najszczęśliwszego człowieka na ziemi. Szybko jednak dochodził do wniosku, że na co mu wirtualna radość, skoro ma obok siebie całkiem realny skarb. Wtedy odkładał komórkę z powrotem na bok, po czym muskał wargami znajome czoło, policzki, usta, aż ukochany wreszcie nie otworzył oczu i nie porywał go w objęcia, rozpoczynając pobudkę innego, nieco bardziej gwałtownego rodzaju.
I kiedy wydawało się już, że wobec łyżew oraz miłości elektronika nie ma szans, całkowicie zepchnięta na drugi plan życia, przypominał sobie o niej spokojnymi, zimowymi wieczorami. Wpinał w port dobrze znany kabel, po czym razem z Viktorem siadali na kanapie, wkładali po jednej słuchawce do uszu i ramię w ramię, przytuleni, odpoczywali przy akompaniamencie muzyki. Trwali tak dopóty, dopóki we trójkę powoli nie zapadali w letarg - ludzie w sen, a telefon w ogrzewany ciepłem obejmującej ją dłoni stan czuwania.
Zabawne. Niby taka trywialna rzecz, ta komórka, a taka przyjemna...
