Viktor mruknął, zamykając drzwi szafy. Coś było nie tak, stanowczo nie tak... Rozejrzał się - Makkachin podniósł łeb i zamerdał radośnie ogonem, ale po Yuurim nie było najmniejszego śladu. Zakładając na siebie marynarkę, poszedł do łazienki. Mimo zgaszonego światła zajrzał do jej wnętrza, upewniając się, że mężczyzny również tam nie ma. Z rosnącym niepokojem przeszedł przez salon do kuchni i już miał całkiem poważnie rozważyć sprawdzenie piekarnika oraz przerzucenie mrożonek w lodówce, kiedy coś mu się przypomniało. Zaraz, czy ich kanapa zawsze wydawała się taka... pełna? Cofnął się o kilka kroków i spojrzał jeszcze raz, uważniej. Góra kraciastego, czerwonego koca lekko zachybotała.

- Yuuri? - Viktor nachylił się na wypukłością, odkrywając zakopanego pod nią Japończyka. Siedzący w kucki i opatulony szczelniej niż Beduin w czasie burzy piaskowej mężczyzna spojrzał smętnie na swojego partnera. Całe szczęście, że wciąż jeszcze miał odkrytą twarz, inaczej musiałby zlecić ekspertyzę składu i nastroju człowieka-koca.

- Zimno - odparł zwięźle Yuuri.

- Nie jesteś chory? – Przyłożył dłoń do czoła, ale nie wyczuł żadnych anomalii. Czyżby syndrom lenia? - Przecież mieliśmy iść na zakupy.

- Nigdzie się nie ruszam. Zimno. - Katsuki jeszcze bardziej wpełznął pomiędzy zwoje pledu, tak że widział już tylko małe okienko z okularami.

Westchnął. Rozumiał, że klimat Petersburga nie każdemu odpowiadał, ale stan ukochanego wydawał mu się już lekką przesadą... znaczy - ciężką. Dla Rosjanina tyle kilo koca przypadająca na jednego człowieka stanowiła dawkę śmiertelną.

- Chyba przesadzasz - stwierdził, ostatecznie zdejmując marynarkę. Rzucił ją na oparcie kanapy i zaszedł mebel od przodu.

- To nie ty byłeś właśnie z Makkachinem na spacerze - mruknął niewyraźnie Yuuri, a potem odsłonił usta. - Jestem łyżwiarzem, więc zimno to dla mnie nie pierwszyzna, ale tak przenikliwego wiatru jeszcze nigdy nie czułem!

- Więc postanowiłeś na złość pogodzie zaryglować się w domu i umrzeć z głodu? – zapytał wesoło Viktor, pochylając nad Yuurim. Spojrzał na niego troskliwie, ale nie bez rozbawienia.

- Mamy całkiem pokaźne zapasy kefiru, makaronu i szampana. Chociaż to ostatnie to naprawdę nie wiem jak się u nas znalazło - zauważył rzeczowo Katsuki. - A, i jeszcze karmę Makkachina. Coś się skleci.

- No dobrze już, dobrze. Jeden dzień nas nie zbawi - poddał się, całując Yuuriego w czubek nosa. Dla świętego spokoju wolał nie poruszać tematu, że szampan to jego sprawka, a karma pupila jest średnio smaczna. - A teraz przesuń się, chcę dołączyć do twojego uroczego wigwamu.

- Ale ten koc jest za mały dla nas dwóch - odpowiedział z wahaniem.

- "Ten koc" w pierwszej kolejności jest mój, a więc do mnie należy też cała jego zawartość - zaśmiał się Viktor, łapiąc za poły materiału i unosząc go w górę.

Przy akompaniamencie japońskiego jęku oraz rosyjskiego chichotu dwójka mężczyzn przez dobrą minutę dzielnie walczyła o dominację nad pledem, aż wreszcie doszli do rozwiązania, w którym Viktor z narzuconym na plecy kocem wygodnie rozparł się na kanapie, a między jego nogami usiadł Yuuri, objęty przez otoczone materiałem ręce.

- I co? Nie cieplej? - zauważył z zadowoleniem Rosjanin, przysuwając nos do szyi ukochanego. Czuł na własnej skórze, że ruch oraz bliskość rozgrzała Katsukiego skuteczniej niż najbardziej włochaty pled świata.

- Cieplej - przyznał, wzdychając lekko. - Właściwie... przepraszam, Viktor. Trochę cię oszukałem.

- Niby jak? - nie zrozumiał mężczyzna. Pochylił głowę i spojrzał na uśmiechającego się nieśmiało Yuuriego.

- Bo właśnie o to od samego początku mi chodziło - szepnął, wtulając się policzkiem w jego pierś. - Żebyś mnie objął.

Viktor zaśmiał się raz jeszcze. Jego świnka stawała się coraz sprytniejsza.