Zerknął w komórkę, jakby upewniając się, czy tajemnicza koniunkcja gwiazd nie spowodowała nagłego przyspieszenia czasu, a linia zmiany daty nie przeskoczyła o kilkanaście południków. Nie, ten sam napis wciąż tam był. Pierwszy marca.

Jurij odłożył smartfon i zdjął łyżwy, muskając palcami płozy z węglowego nanokompozytu. Miał nadzieję, że z tych szybko nie wyrośnie, co przy postępującym dojrzewaniu stanowiło kwestię ryzyka porównywalnego do grania w rzut monetą. Nie to, że nie chciał wyglądać bardziej męsko, ale jednocześnie obawiał się, że zmiany w jego ciele będą miały zbyt wielki wpływ na zdolności łyżwiarskie. Moment, w którym przestanie być zdolny do wykonywania piruetu Biellmann, zbliżał się nieuchronnie.

Spakował łyżwy do plecaka, naciągnął trampki i ruszył do szatni po resztę rzeczy. Przyszedł na trening wcześnie, żeby wieczorem móc bez problemów zasiąść przed kompem i z Miszką na kolanach spędzić kilka niezobowiązujących godzin, gadając z Beką przez Skype'a. To wszystko o czym marzył - żadnych piszczących fanek, żadnych ckliwych, lukrowanych tortów ani żadnych chóralnych życzeń...

- Yurio! - rozbrzmiał głos Viktora. Najwyraźniej usłyszał dobiegający z korytarza, charakterystyczny, pełen energii krok nastolatka i postanowił uprzedzić powitanie.

...żadnych, do kuźwy nędzy, a już szczególnie od tych dwóch. Chyba wyraził się dostatecznie jasno?

- Czego? - rzucił, przestępując próg szatni. Że też musieli mu przeszkadzać akurat dziś...

Jurij zamarł, kiedy zobaczył, jak dwóch znajomych mężczyzn stoi z nieprzyzwoicie szerokimi uśmiechami. To jeszcze nie wydawało się takie niespodziewane, bo w gruncie rzeczy zawsze szczerzyli się jak głupi do sera albo nawet gorzej, kiedy wlepiali w siebie te rozmaślone spojrzenia, śledząc nawzajem na ćwiczeniach.

Absolutnie nieoczekiwane było to, jak wyglądali - Katsudon i Łysol mieli na sobie bluzy, które naciągnęli na głowy, ukazując kaptury z doszytymi do nich kocimi uszkami.

- Wszystkiego najlepszego, Yurio! - odpowiedział Yuuri, wyciągając przed siebie prostokątną, płaską paczkę. Pakunek owinięto papierem w koci rzucik, a całość ozdobiono tradycyjną, soczystą, czerwoną kokardą.

- Mam nadzieję, że jesteśmy pierwsi, co? - dorzucił Viktor, biorąc się pod boki. - Znaczy, dziadka wybaczę, ale jako że jesteśmy rodziną...

- Odwal się! - warknął chłopak, a Katsuki westchnął cierpiętniczo.

- ...mentalną, oczywiście, mentalną, ale czymże są geny czy wnioski adopcyjne wobec prawdziwego porywu serca? Więc jako że jesteśmy jak rodzina, musieliśmy cię zobaczyć w tak ważnym dla ciebie dniu. - Rosjanin skończył wzniosłą przemowę, kładąc palec na ustach i mrugając żartobliwie. - W końcu szesnaście lat kończy się tylko raz.

- Nie uwierzysz, ale każde urodziny ma się raz - odparł Jurij, łypiąc spod grzywki na spoglądającą na siebie dwójkę.

- Viktor chciał po prostu powiedzieć, że jesteś dla nas bardzo ważny - poprawił Yuuri, kręcąc głową na żarty partnera. Potem zrobił niewielki krok do przodu i zachęcająco poruszył pakunkiem. - Nie daj się prosić. To od nas.

Jurij zacisnął usta, wciąż zerkając z napięciem to na Katsudona, to na kokardę, ale nawet on nie był takim niewdzięcznikiem, żeby nie docenić faktu, że pamiętali o jego urodzinach. Po chwili wahania przeszedł przez szatnię i przystanął przed swoimi przyszywanymi (bardzo grubymi nićmi) ojcami.

- Jeśli to bomba, to zaraz wykopię ją z powrotem... - powiedział zapobiegawczo, chwytając prezent.

Na ponaglające skinienia Yuuriego i Viktora nastolatek z prawdziwą urodzinową pasją rozerwał pakunkowy papier, odsłaniając żółte, miękkie zawiniątko. Po rozłożeniu okazało się, że jest to bliźniacza bluza do tych, które nosili starsi łyżwiarze.

- Podoba ci się? - zapytał niepewnie Katsuki, drapiąc się po policzku. - Nie byliśmy pewni koloru, więc wybraliśmy żółty, bo przypomina odcieniem lwa, ale jeśli jednak wolałbyś którąś z naszych, to nie ma najmniejszego...

- Nie. Jest spoko - odpowiedział szybko. Yuuri uniósł brwi, a Viktor wydał z siebie ciche "wow", kiedy ujrzeli niewielki uśmiech na twarzy młodszego kolegi. - Dzięki.

Jurij szybko zmienił treningowe ciuchy na dżinsy i czystą, czarną koszulkę, a potem narzucił na siebie urodzinową bluzę. Z zadowoleniem wepchnął ręce do kieszeni, podziwiając nadrukowane na nich jasnożółte odciski zwierzęcych łapek.

- W takim razie czy dasz się jeszcze porwać na wspólny lunch? - zaproponował Viktor, a potem drgnął, jakby coś przyszło mu do głowy. Pochylił się nieco do przodu i zwijając dłonie w pięści, wygiął je na podobieństwo kocich łap. - Jeśli miau-byś ochotę.

Dotychczasowy łagodny uśmiech szybko zmienił się w grymas boleści.

- Ciebie zapraszam. - Chłopak skinął głową na Katsukiego, narzucając na siebie kurtkę oraz plecak z treningowymi rzeczami. - Łysol zostaje.

- Yurio, jak to? - zdziwił się starszy Rosjanin, kiedy śmiejący Yuuri ściągnął z głowy kaptur i ruszył za wychodzącym nastolatkiem. Nawet się za siebie nie obejrzeli; wiedzieli, że Viktor i tak zaraz do nich dołączy. - A ja was chciałem zabrać do takiej dobrej pierogarni!

- Bo tylko wstyd przynosisz! - odgryzł się Jurij, ale zaraz złagodniał, kiedy poprawiając kołnierz kurtki wyciągnął na wierzch koci kaptur. Pogładził go delikatnie. - Zakładaj płaszcz i przestań jęczeć! Jak wyciągniesz swoją platynową kartę, to się zastanowię.

Jeśli myślał, że zdoła w ten sposób odstraszyć Viktora od wyprawy, to się grubo pomylił - mężczyzna od razu zrównał się z pozostałą dwójką i podał Yuuriemu jego kurtkę, jakby był już święcie przekonany co do rezultatu negocjacji. Idący w środku pochodu Jurij wzruszył tylko ramionami, w milczeniu słuchając rozpoczynającej się dyskusji co do położenia i znamienitości lokalu. Głupki. Jeśli chcą się szarpać na koszty, to ich sprawa. Przecież nikomu nic nie kazał. Mogli siedzieć na tyłkach i zająć się swoimi sprawami. I ten...

Chłopak wsunął do kieszeni bluzy komórkę, zapominając o urządzeniu na najbliższe kilka godzin.

...może jednak te urodziny nie zapowiadały się wcale tak źle.