Każdemu przeciętnemu człowiekowi Walentynki kojarzyły się z nieustannym festiwalem kiczu, czerwonych serduszek, romantycznych komedii klasy M oraz całym okolicznościowym rozgardiaszem. Natomiast w przypadku Yuuriego data ta regularnie związana była z Mistrzostwami Czterech Kontynentów, które zwykle wypadały około połowy lutego. Kiedyś przez całe pięć dni okupował telewizor, zachwycając się rodzimymi sportowcami (bo rosyjscy łyżwiarze, na nieszczęście spragnionego nastolatka, występowali na europejskich), a potem sam zaczął brać udział w zawodach. Jedno się nie zmieniło - czternasty lutego wydawał się dniem jak każdy inny. Do dziś.

Yuuri wrócił do mieszkania z wizyty u Yakova, któremu na czas ich wyjazdu do Gangneung przekazał pod opiekę Makkachina. Trener oczywiście burczał, że "on nie jest żadnym psim hotelem", ale w końcu w uspokojeniu go pomogła pani Lilia, mówiąc, że skoro dla Yurio i jego kota znalazło się miejsce, to jeden zwierzak wte czy wewte na kilka dni nie zrobi różnicy. W każdym razie na to popołudnie, tak przypadkiem walentynkowe, Viktor i Yuuri zostali sami, bez swojej futrzanej przyzwoitki.

Po zdjęciu kurtki Katsuki, zacierając lekko ścierpnięte dłonie, przeszedł wprost do salonu. W tej chwili chciał już tylko usiąść na kanapie i z kubkiem gorącego naparu w dłoni oraz narzeczonym opartym o ramię spędzić czas na niezobowiązującej rozmowie. Może wizjonerzy romantycznych kolacji w drogich restauracjach by go wyśmiali, ale dla Japończyka zwyczajne nicnierobienie stanowiło najlepszą "randkę", jaką tylko mógł sobie wymarzyć.

I kiedy Yuuri już miał wparadować do pokoju z pytaniem o herbatę, niezwykła scena zatrzymała go w miejscu. Viktor stał przy oknie, tęsknie spoglądając przed siebie. Samo to nie było jakoś szczególnie nadzwyczajne, jednak poza sprawiała wrażenie już dość nietypowej - mężczyzna wyciągał przed siebie rękę i łapał promienie słoneczne w coś, co trzymał między palcami. Wydawało się też, że szeptał coś do siebie, ale oddalony o kilka metrów Katsuki zupełnie nie potrafił zrozumieć słów. Nawet zawahał się, czy powinien przeszkadzać partnerowi w chwili zadumy, ale wreszcie stwierdził, że mają przed wylotemzbyt mało czasu, żeby nie wykorzystać go w przyjemniejszy sposób.

- Viktor? - Zaszedł Rosjanina od tyłu i zerknął na niego pytająco. - Co tam trzymasz?

- O, Yuuri. - Mężczyzna się rozpromienił. Przyciągnął wyprostowaną rękę, po czym obrócił się w stronę Japończyka i pokazał mu na otwartej dłoni swoje znalezisko. - Bursztyn. Pamiątka z Mistrzostw Europy w Sztokholmie.

- Ładny. - Yuuri uśmiechnął się, delikatnie głaskając kamyk palcem wskazującym.

Widok wpatrującego się w bursztyn ukochanego poruszył Viktora tak, że nie mógł się powstrzymać przed powiedzeniem na głos:

- Nie tak ładny jak ty.

- Viktor... - westchnął Katsuki. Cieszył się, że melancholia okazała się tylko przelotna, ale nigdy nie wiedział, jak reagować na ckliwe komplementy. - Frazesujesz.

- Cichaj. To jeszcze nie koniec. - Mężczyzna zamknął znalezisko w pięści, po czym objął Yuuriego w pasie. - Choćbym miał przejść cały Bursztynowy Szlak wzdłuż i wszerz, nigdzie nie znalazłbym kamieni równie wspaniałych co twoje oczy.

- Naprawdę, teraz to już się wygłupiasz. - Japończyk mimowolnie się zaczerwienił. Czuł, że zaczyna mu się udzielać atmosfera święta zakochanych.

- Wcale nie. - Viktor uśmiechnął się, zbliżając dłonie do twarzy ukochanego. - Nie dziś.

Chwycił okulary i ściągnął je z nosa, odsłaniając pełne uroku oczy, okolone wyraźnymi czarnymi rzęsami. Zawstydzony Yuuri spoglądał na Rosjanina, a ten w milczeniu kontemplował drżący, niepewny wzrok, zatapiając się w jego barwie.

- Widziałem - stwierdził w końcu, delikatnie odgarniając znad czoła długie niepokorne kosmyki. - Kiedy w pudełku na spinki od mankietów znalazłem ten kamyk, od razu pomyślałem, że ma podobny kolor, ale... Myliłem się. Twoje są znacznie, znacznie piękniejsze.

Przylgnął czołem do czoła ukochanego i cichym, pełnym miłości głosem zaczął szeptać:

- Tysiącleci przestrzał, morza ogrom i natury tchnienie,

Wszystko to niedoskonałe przez jedno tylko spojrzenie,

Ciemne oczu twych bursztyny, bez skazy...

Deklamację zwieńczył pocałunek, ciepły i naturalny, jakby Viktor przez całe życie tylko recytował wiersze i kradł nimi serca. Ale Yuuriemu to nie przeszkadzało, bo swoje oddał już dawno temu.

- Czyje to? - zapytał, kiedy odsunęli się nieco od siebie. Jak na ogrom literatury, którą wieczorami prezentował mu Rosjanin, chyba nigdy wcześniej nie słyszał czegoś podobnego.

Viktor zaśmiał się krótko.

- Moje. Myślałem nad tym przed chwilą, ale zabrakło mi czasu, żeby ułożyć epopeję - odpowiedział z nieukrywaną dumą. - A co? Podoba ci się taki prezent walentynkowy?

- Może być. - Yuuri skinął głową, a potem spojrzał nieco śmielej na obejmującego go wciąż mężczyznę. - Ale tylko jeśli będziesz dodawał co roku kolejne wersy.

- Stu-zwrotkowy wiersz? - Viktor uśmiechnął się przebiegle, znów zbliżając do warg ukochanego. - Brzmi jak cudowne wyzwanie.