- Yuuri, pośpiesz się! – Podtrzymujący rynnę Viktor wyglądał jak wcielenie wszystkich nieszczęść hydraulicznego świata. – Dłużej nie wytrzymam!

- Zaraz! Pobiegnę po tatę! - Yuuri starał się zachować zimną krew, ale w trakcie ulewy, kiedy wiatr szarpał za ubrania mocniej niż dziecko w sklepie domagające się słodyczy, każdy musiał prędzej czy później dać za wygraną.

Po Mistrzostwach Czterech Kontynentów zachciało im się wpaść do Yu-topii na kilka dni i akurat w czasie ich małego "urlopu" w Hasetsu dzień w dzień panowała nieszczególnie piękna aura. Apogeum pogoda osiągnęła jednak dziś, kiedy z nieba lunął deszcz tak wielki, że kanalizacja z trudem radziła sobie z nadmiarem opadów, a rury z głośnym jękiem postanowiły dać znać o fakcie, że zabytkowy zajazd ma nie mniej zabytkową infrastrukturę rynnową. I jak na złość jedna z rynien, akurat ta znajdująca się przy pokoju Katsukiego juniora, podczas pobytu z rzadka widzianego domownika postanowiła odmówić dalszej współpracy.

Kiedy za oknem dobył się głośny zgrzyt, a woda zaczęła lać się szerokim strumieniem wzdłuż okna, grożąc zamoknięciem murów. Viktor i Yuuri, oderwani od zagłuszania deszczu własnymi romantycznymi dźwiękami, wypadli w pośpiechu na zewnątrz. W ogrodzie zastali przerwaną w połowie rynnę, której dolna część wyskoczyła z obejmy znajdującej się jakieś dwa metry nad ziemią i teraz sterczała na ukos, uniemożliwiając sprawnej górnej części odprowadzanie deszczu grzecznie obranym torem. Viktor w porywie rycerskości, rosyjskiej pasji i Bóg wie czego tam jeszcze przyskoczył do rury i ramieniem starał się wepchnąć ją na stare miejsce. Kiedy ta sztuka mu się nie udała, musiał prosić ukochanego o wsparcie. A ten znów postanowił w trybie natychmiastowym udać się do nestora rodu po narzędzia.

Wpadł do przedsionka, gdzie urzędowała cała reszta familii. Mari spojrzała z dezaprobatą na rozmokłego, rozglądającego się w lekkiej panice brata, a mama przystanęła w pół kroku, niosąc tacę z pustymi miskami.

- Yuuri! - zawołała pani Hiroko, widząc przemoczonego i potarganego jak nieboskie stworzenie syna. - Co się stało?

- Rynna wypadła - wysapał, podchodząc do wychylającego się zza kontuaru ojca. - Tato, potrzebuję pomocy. Narzędzia czy coś.

- Chodźmy.

Pan Toshiya, doświadczony ratownik rodzinnego ryokanu, sprawnie wyciągnął ze składzika drabinę, młotek oraz nową obejmę, a potem razem z synem naciągnęli płaszcze (ten drugi stanowczo poniewczasie) i wyszli w szarugę. Kiedy dotarli do odpowiedniej części domostwa, ratujący ścianę Viktor, choć wciąż trzymał się dzielnie, zaczynał niebezpiecznie dygotać w kolanach.

- Viktor, już jesteśmy! - zawołał Yuuri, na co ten zareagował instynktowną radością oraz chęcią rzucenia się w objęcia ukochanego. I to był błąd.

Kiedy tylko drgnął, puszczona rynna wyskoczyła z miejsca, a z góry popłynął gwałtowny strumień wody wprost na znajdującego się pod nią Rosjanina. Deszczówka chlusnęła, dokonując dzieła zniszczenia i tak już przemokniętej kreacji Viktora - nawet jeśli gdzieś jeszcze wydawał się suchy, to po takiej prysznicowej masie nie miał absolutnie żadnych szans na zachowanie resztek godności. Pasiasty sweter oraz ciemne spodnie przylgnęły do zziębniętego ciała niczym futro do mokrego kota, a po srebrnych włosach, zawsze pięknych i lśniących, smętnie spływał deszcz.

- Viktor! - Yuuri zaczął się śmiać, zupełnie jakby gwałtowna pogoda czy nieszczęście partnera stanowiły sprawę drugorzędną. - Viktor! O matko! Wyglądasz... wyglądasz... okropnie!

Przypadł do mężczyzny, który niepewnym krokiem ustąpił miejsca panu Katsukiemu, i założył mu na ramiona porwaną z przedsionka kurtkę. Teraz jednak na ratunek było stanowczo zbyt późno, a okrycie, zamiast pomóc, tylko spotęgowało odczucie wilgoci obejmujące ciało.

- Idźcie do środka i się ogrzejcie! Ja się tym zajmę! - zawołał tata, na co syn skinął głową i pociągnął oniemiałego Rosjanina za sobą z powrotem do środka Yu-topii.

- Yuuri... dlaczego się śmiejesz? - mruknął Viktor, kiedy wrócili do domu, do bezpiecznej łazienki. Japończyk nie odpowiedział, tylko zarzucił ręcznik na głowę rozebranego mężczyzny i przysiadając na wprost niego, zaczął raźno wycierać szarą czuprynę.

- No bo wreszcie zacząłeś wyglądać jak człowiek, a nie jak bóstwo - odpowiedział z niestosownie szerokim uśmiechem Yuuri.

A potem złapał za końce materiału i przyciągnął Viktora do siebie, całując go w drżący, mokry nos.