Między kolejnymi kęsami stygnących pierogów Viktor uważnie przyglądał się przysypiającemu Yuuriemu - uroczo zarumieniony towarzysz obiadowej niedoli właśnie opierał głowę o stół i z nosem niemal wetkniętym w talerz ruskich mamrotał coś do siebie w bliżej niezidentyfikowanym narzeczu angielsko-japońskim. Rosjanin westchnął, na wpół z rozbawieniem, a na wpół smętnie, gdy pomyślał, że to on będzie musiał to słodkie, nieporadne nieszczęście zataszczyć z powrotem do domu.
A wszystko zaczęło się zgoła niewinnie... Po popołudniowym treningu razem z Yuurim wybrali się na obiad do niewielkiej, przytulnej knajpki niedaleko ich mieszkania. Najpierw miał w planach zabrać ukochanego do najlepszego (i w sumie jedynego) w Petersburgu baru serwującego katsudony, ale wtedy Yuuri stwierdził, że o wiele chętniej spróbowałby czegoś lokalnego niż to, co już dobrze zna. Viktor od razu przystanął na tę prośbę, ciesząc się z każdej okazji, kiedy jego kochanie wyrażało wprost przychodzące mu do głowy pragnienia. Takim oto sposobem skończyli w zaciszu miłej pierogarni i może wszystko byłoby dobrze, gdyby za chęcią zasmakowania potraw Yuuriego nie naszła pokusa na lokalne napitki... W tym oczywiście na słynną rosyjską wódkę. Japończyk nawet nie musiał pić do upadłego - alkohol tego stężenia każdego niewprawnego degustatora rozłożyłby na łopatki, a co dopiero mówić o rodzie Katsukich, których najmłodszy członek familii zdołał wysiąść po dwóch kieliszkach. Ale za to z jaką ułańską fantazją wychylonych!
- Yuuri, chyba już dosyć na dziś. – Viktor, który jak nikt inny wiedział, jaki tryb załączał się w Katsukim po alkoholu, zapobiegawczo nic nie wypił. Nie chodziło jednak o to, jaki był troskliwy i odpowiedzialny, ale przede wszystkim nie chciał stracić ani sekundy z cennych wygłupów ukochanego prosiaczka. Nachylił się i potrząsnął jego ramieniem. - Zbieramy się.
Yuuri podniósł się jak na komendę, jakby przed chwilą wcale nie złapał go ostry przypadek fizycznej niemocy, i spojrzał radośnie na Viktora.
- Sień dopry! - zawołał na cały głos, unosząc rękę w geście powitania. Rosjanin zaśmiał się, złapał dłoń i spokojnie ją opuścił.
- Raczej dobranoc, Yuuri. Chodź, wracamy do domu - mówił łagodnie.
Zainteresowany rozejrzał się niepewnie po lokalu.
- Yuu... co? Kim ja jessem?
- Katsuki Yuuri. - Viktor nie mógł powstrzymać uśmiechu. Zawsze lepszy wywiad od publicznego striptizu. - Lat dwadzieścia cztery. Najlepszy japoński łyżwiarz. Drugi na świecie.
- Aha, aha... Faktyyycznie. - Mężczyzna dzielnie łączył kropki na mapie swojej tożsamości. Po chwili zmarszczone brwi uniosły się, a mętny wzrok wbił w rozmówcę. - A ty to kto?
- Viktor Nikiforov. Też łyżwiarz.
Z przyswojeniem tej informacji poszło znacznie szybciej. Wręcz błyskawicznie.
- Ooo, to ty jesseś Vikutoru? Ale suuuper. - Yuuri jęknął przeciągle i z takim rozmarzeniem w głosie, jakby właśnie spełniło się jego fanowskie marzenie o spotkaniu idola. No, poniekąd tak było, tylko jakiś rok wstecz, siedem tysięcy kilometrów dalej i dwie złote obrączki mniej.
Ale tego Yuuri zupełnie nie pamiętał, dlatego po chwili zawieszenia systemu drgnął, nachylił się i skinął ręką, nakazując Rosjaninowi się do niego przybliżyć.
- Ej, ej, Vikutoru... - mruknął konspiracyjnym, lekko spirytusowym szeptem. - To suuudownie, sze tu jesseś, bo wiesz... Ktoś ma mnie posałować jak sdobędę słoto w łysz... w łyszfsz... No, jak wygram.
Katsuki umilkł i wyszczerzył się na mgliste wspomnienie obietnicy. Viktor odwzajemnił uśmiech, podtrzymując głowę na opartej o stół ręce. Więc o tym też mu się zapomniało... Ciekawe.
- No? I co w związku z tym? - zapytał cicho, nie zdradzając ani słowem o lekkiej dezaktualizacji ich małej umowy.
- Bo sam nie dam rady... - Na potwierdzenie tych słów Yuuri lekko się zakołysał, jakby tracąc kontakt z grawitacją. - I dlatego mam taki plaaan... Zossaniesz moim trenerem?
Tak trudno było zachować powagę. Och, tak trudno...
- A ty ciągle o tym samym. – Viktor mrugnął okiem, kryjąc za maską opanowania wesołość, jaka targała jego wnętrzem na widok tej powtórki z rozrywki. - Jestem. Od jakiegoś roku.
- Nie mosze byś! - Katsuki zamrugał i wlepił w niego wzrok, jakby ujrzał przed oczami rodzące się nowe galaktyki, a nie spokojnego, lekko rozbawionego sytuacją rosyjskiego łyżwiarza. Przez chwilę liczył coś na palcach, jakby próbował odgadnąć, ile miesięcy życia zgubił w trakcie alkoholowej nieświadomości. Szybko jednak się poddał, gdy po raz trzeci dotarł do końca dłoni, nie mogąc znaleźć ciągu dalszego liczydła.
- Szesz... S-s-cokolwiek... Ale spoko, mam plan z-z-z-zapasowy! – Japończyk przeskoczył na wyższy poziom ogarnięcia w mowie, co pozwalało mieć nadzieję, że alkohol powoli tracił moc. - Co ty na to, żeby zostać moim chłopakiem? - Uśmiechnął się sprytnie.
- Wybacz, spóźniłeś się. Jesteśmy zaręczeni. – Viktor pokazał prawą rękę.
- Łooo... - Yuuri rozdziawił usta w niemym zachwycie. Po chwili przysunął nad obrączkę dłonie i zaczął nimi poruszać hipnotycznie niczym wróżbita nad szklaną kulą.
Ilość informacji przyswajana przez biedną, rozmiękczoną wódką, japońską głowę już od początku wydawała się zbyt duża, ale teraz przekroczyła wszelkie normy emisji i limity bezpieczeństwa. Yuuri poczuł, że tak dalej być nie może. Jego idol wyskakiwał z kolejnymi sensacyjnymi nowinkami, a on nie mógł sprostać jego oczekiwaniom.
- W takim razie... W takim razie... - powtarzał jak mantra, próbując wykombinować coś bardziej zaskakującego.
I chyba wreszcie na coś wpadł, bo niespodziewanie wyprostował się jak struna, jakby sam nie dowierzał swojej pomysłowości. Po kilku sekundach pełnego napięcia bezruchu Yuuri poderwał się z miejsca, wyszedł zza stołu, a potem zrobił tak zamaszysty przyklęk, że Viktora aż zabolało na ten widok w kolanach. Japończyk jednak wyglądał na zupełnie nieporuszonego tym faktem, a nawet lepiej – mimo silnego rumieńca na twarzy jego spojrzenie było pełne determinacji i bliżej nieokreślonego spokoju.
- Viktor... - zaczął podniośle, a potem wyciągnął rękę ku ukochanemu. – Czy zostaniesz moim mężem?
„Przecież na tym polega narzeczeństwo, że mamy wziąć ślubu" pomyślał Viktor, kładąc dłoń na rozpalonym od rozczulenia policzku. Tym razem doskonale zdawał sobie sprawę, że Katsuki w stanie upojenia alkoholowego ma pamięć złotej rybki i następnego dnia zapomni o absolutnie wszystkim, co się tutaj wydarzyło, ale jednak... jednak... Uśmiechnął się, trochę poprzez łzy, wzruszony i rozbawiony absurdalnością sytuacji. Dlaczego ten chłopak zawsze robił wszystko na wpół świadomie? Jak on mógł rozkochiwać go wciąż i wciąż na nowo przez zupełny przypadek? Viktor nie wiedział. Ale nawet gdyby wiedział, miałby to wszystko gdzieś.
- Tak – odpowiedział, a potem wyciągnął ręce, żeby pochwycić w ramiona padającego pod wpływem wyczerpania Katsukiego.
Rosjanin parsknął cichym śmiechem, głaskając pochrapującego tuż przy jego piersi Yuuriego po rozwichrzonej czarnej czuprynie. Ale niech sobie jego Urocza Spontaniczność nie myśli, że zawsze będzie się wykazywał inicjatywą. Następnym razem, tym naprawdę poprawnym i po złotym medalu Grand Prix, to Viktor będzie pierwszym, który poprosi o rękę.
