Pierwszy raz publikuję opowiadanie na tym portalu, więc jeszcze nie do końca wiem o co tu we wszystkim chodzi. Każdą pomoc przyjmę z bardzo, ale to bardzo otwartymi ramionami.
Dziękuję bardzo za komentarze i proszę o więcej ;-)
Uwielbiam moich braci, naprawdę, ale ich gust co do dziewczyn jest na naprawdę bardzo, ale to bardzo niskim poziomie. Zastałam Briana i Conora w uściskach sióstr idiotek-bliźniaczek i był to jeden z gorszych obrazów mojego życia. Zajęci wymianą śliny nawet nie zauważyli że usiadłam obok nich przy stole w kuchni, a Potter obok mnie.
- Albus. – tato nalał olbrzymią ilość ognistej do szklanki i postawił ją przed Złośliwcem. To naprawdę będzie zabawne przedstawienie. Ojciec patrzył na niego tak długo, aż biedak musiał napić się Whiskey razem z nim. To chyba jakieś dziwne typy męskiej rozmowy. – Od jak dawna sypiasz z moją córką?
Albus zakrztusił się i z niedowierzaniem spojrzał na tatę. – Sypiam?
Postanowiłam nie ratować go z tej sytuacji, bo naprawdę mnie dzisiaj zdenerwował, i zobaczyć jak to się dalej potoczy. A zapowiadało się naprawdę zabawnie, bo mama właśnie usiadła obok taty ze złośliwym uśmiechem, a moi durni bracia chyba na chwilę odzyskali szare komórki, które notorycznie wysysają z nich idiotki-bliźniaczki.
- Vera sypia z Potterem?! – wykrzyknął Brian.
Connor obrzucił Albusa spojrzeniem i pokiwał w moją stronę głową. – Mówiłem, że jak zaczniesz trening który dla ciebie opracowałem to złapiesz jakiegoś konkretnego faceta.
Roześmiałam się, ale Albusowi chyba nie było do śmiechu, bo z otwartą buzią spoglądał na wszystkich po kolei. Nawet na nic nie rozumiejące bliźniaczki. Widziałam tętniąca żyłę na jego czole i w końcu się nad nim zlitowałam.
- Dajcie mu spokój, bo zaraz zejdzie na zawał i będziemy mieli na karku wielkiego Pottera. – poklepałam Albusa po ramieniu.
- Nie sypiam z państwa córką. – wykrztusił z siebie.
- Wiem, ale chciałem to od ciebie usłyszeć. – powiedział tato i dalej spokojnie popijał swoją ognistą.
- Tak naprawdę to znalazłem się tutaj przypadkiem. Tak naprawdę to my się nawet dobrze nie znamy.
- No ja cię tu nie zapraszałam. – powiedziałam i nalałam sobie wina do kieliszka. – To ty znalazłeś się pod moim mieszkaniem i nie dawałeś mi spokoju, a potem się tu ze mną aportowałeś.
- Śledzisz moją córkę, Potter? – spytał tato, ale Albus ponownie wpadł w swój dramatyczny stan.
- To ty pojawiłaś się znikąd i zamieniłaś moje życie w piekło!
- Wcale nie pojawiłam się znikąd i nikt cię nie prosił, żebyś mnie zabierał do Hogwartu, panie profesorze.
- Ciekawe gdzie miałem cię zabrać, skoro byłaś kompletnie pijana i nieprzytomna?! – obrócił się w moją stronę. Na jego policzki wypłynęły rumieńce złości. – A może miałem cię tam zostawić samą, tak? Na krawężniku w środku nocy?
- Merlinie, Vera, znowu urwał ci się film? – Brian nagle skupił całą swoją uwagę na mnie.
- Nie pierwszy i nie ostatni raz. A wielki pan Potter robi z tego aferę. – przewróciłam oczami.
- Vera, kochanie, bo twój ojciec też zaraz dostanie zawału.
Spojrzałam na tatę, który aż posiniał na twarzy.
- Upiłeś moją córkę do nieprzytomności i zabrałeś do siebie?! – wykrzyknął. – Co z ciebie za mężczyzna, Potter! Co z ciebie za nauczyciel! I jeszcze patrząc mi prosto w oczy mówisz że z nią nie sypiasz! – Tato zerwał się z krzesła i sięgnął rękoma w stronę Albusa.
- Proszę Pana, ale to nie jest tak… - Albus zaczął się tłumaczyć, a ja mu przerwałam, bo sprawy z zabawnych przybrały wersję niebezpiecznych.
- Tato, on wcale mnie nie upił. Zabrał mnie do siebie, bo nie wiedział gdzie mieszkam. I nie wykorzystał mnie gdy byłam nieprzytomna.
- No to o co tu chodzi? – tato trochę się uspokoił. Usiadł na swoim krześle tak jak i Albus, który pobladł na twarzy i wyglądał jak biała ściana. – Co on tu robi?
- Tego, to akurat już nie wiem.
- Vera. – warknął Potter. – Doskonale wiesz czemu tu jestem. To twoja wina!
- Przepraszam bardzo, ale to ty uczepiłeś się mojej ręki gdy się aportowałam.
- Bo nie skończyliśmy rozmawiać a ty chciałaś tak po prostu uciec!
- My nie rozmawialiśmy, to ty mówiłeś.
- I dokończę to co mówiłem, a ty pójdziesz ze mną.
- Lubię tego chłopaka, Oli.
- Co? – wszyscy, nawet bliźniaczki, obróciliśmy się w stronę mamy, która szeroko się uśmiechała.
- Jest taki trochę dramatyczny, ale bardzo stanowczy. A Vera potrzebuje w swoim życiu stanowczości.
- Co? – tym razem spytałam tylko ja. Machnęłam ręką w stronę Pottera. – Nie potrzebuję jego stanowczości. Jego nie potrzebuję. Nawet go nie znam!
Złośliwiec chyba chciał coś powiedzieć, ale powstrzymał się patrząc na moich rodziców. Przy stole zapanowała długa cisza, którą przerwała jedna z idiotek.
- Chyba powinnam zmienić kolor paznokci na oliwkowy. Podobno to kolor tej jesieni.
Wszyscy spojrzeliśmy w jej kierunku.
- Przecież mamy teraz wiosnę. – powiedział zdezorientowany Brian.
Dolałam sobie wina, bo na trzeźwo, to ja do końca obiadu nie wytrzymam.
Gdzieś między trzecią szklaneczką Ognistej, a drugim kawałkiem tarty cytrynowej tato doszedł do wniosku że lubi Pottera. Co okazało się okropne, bo zaczął z nim gawędzić jak ze swoim najlepszym przyjacielem i umawiać się na mecz quditcha. Obserwowałam to wszystko z niedowierzaniem, które zwiększyło się jeszcze bardziej, gdy moi bracia zaczęli mu opowiadać ile to razy oni musieli mnie ratować gdy byłam pijana. Nagle wszyscy stali się przyjaciółmi, klepali się po plecach, pili Whiskey i opowiadali jaka to jestem beznadziejnie niepoważna i okropna.
Mama siedziała obok mnie na kanapie i śmiała się z tej sytuacji tak bardzo, aż pociekły jej łzy. – Tego się nie spodziewałaś, co?
- Niczego się nie spodziewałam, bo nawet do głowy mi nie przyszło, że on kiedykolwiek się tu pojawi. Przecież ja go tak naprawdę nie znam.
- Kotku, wiesz co pomyślałam o twoim ojcu gdy go poznałam?
- Że jest niezaprzeczalnie przystojny?
- Tak. – przyznała. - Ale wiesz co o nim pomyślałam gdy już się odezwał?
- Nie mam zielonego pojęcia.
- Że to największy idiota na świecie. – przyznała mama
- Nie rozumiem czemu mi to teraz opowiadasz. – pokręciłam głową.
- Żeby ci uświadomić, że czasem jak za bardzo się upijesz, to możesz skończyć z największym idiotą świata i trójką jego dzieci.
Zaśmiałam się i pocałowałam ją w policzek. – Kocham cię mamo.
Niedziela spędzona w towarzystwie mojej rodziny wytrąciła Albusa z morderczych myśli i jego durnego pomysłu, abym wytłumaczyła jego rodzinie, że się nie spotykamy. Jakby to, że my naprawdę się nie spotykamy nie mogło zadziałać.
Bycie swoja szefową jest świetne, bo mogę dysponować swoim czasem jak tylko zapragnę. A w tej chwili zapragnęłam podwójną kawę i dużą ilość ciasteczek dyniowych. Przeczesałam wciąż mokre po prysznicu włosy i ubrałam adidasy. Gdy pakowałam rzeczy do torby w oczy rzuciły mi się złote litery, które układały się w nazwisko „Potter". Jako że Złośliwiec wie gdzie mieszkam upchnęłam jego kurtkę do torby żeby schować ją w bezpieczniejszym miejscu.
Bezpiecznym miejscu zwanym moim studiem o którym on jeszcze nie ma pojęcia. Tak sądzę.
Teleportowałam się na Pokątną, gdzie przeszłam się do Dziurawego Kotła i zajęłam miejsce przy stoliku na tarasie. Postanowiłam nie przeszkadzać Bibi i popracować trochę nad budynkiem, który właśnie kupiłam. Byłam przy trzecim kubku kawy i w trakcie jedzenia chyba tysięcznego ciasteczka, gdy usłyszałam swoje imię.
- Vera?
Podniosłam głowę znad pergaminu na którym pisałam i zakrztusiłam się ciastkiem, gdy zobaczyłam Ginny Potter, która rozsiadła się na krześle naprzeciwko mnie.
- Jestem Ginny Potter, matka Albusa. – wyciągnęła do mnie rękę, którą uścisnęłam wciąż krztusząc się okruszkami. – Bibiana powiedziała, że nazywasz się Vera Wood.
Wzięłam duży łyk kawy, aby przestać się pogrążać krztuszeniem i z niedowierzaniem spojrzałam w stronę Bibi, która oparła łokcie na blacie baru i patrzyła na mnie z ogromnym uśmiechem na ustach. A to małpa.
- Dokładnie tak. – Uśmiechnęłam się do matki Albusa i uścisnęłam jej dłoń.
- Długo spotykasz się z moim synem? – spytała.
- Właściwie to my… - zaczęłam, ale nie dane mi było skończyć.
- Strasznie się cieszę, że Albus w końcu kogoś poznał. Wszyscy mieliśmy już dosyć jego ukrywania się w zamku i zasłaniania się pracą. – Ginny odrzuciła na plecy swoje długie rude włosy i uśmiechnęła się do mnie szeroko. – Słyszałam, że Albus jak to Albus wszystkiego się wypiera, ale nie dał nabrać mojej matki swoim dramatyzmem.
- Tak, twój syn ma tendencję do zbytniego dramatyzowania. – przyznałam przechodząc na ty. Nigdy nie byłam zbytnią formalistką, za co można winić moją matkę, ale i matka Albusa nie wyglądała na taką, która by się tym przejmowała. Wydawała się całkiem fajna jak na rodzicielkę twojego domniemanego chłopaka, dlatego podsunęłam w jej stronę talerz z ciasteczkami z czego ochoczo skorzystała.
- Mmm, moje ulubione.
Ha, ja to naprawdę potrafię wygrywać ludzi.
- Moja mama podobno wbiła do głowy Ala, że koniecznie musi cię poznać i zaprosiła was na wczorajszy obiad. Tylko, że chyba tam nie dotarliście, bo wysłała już do mnie kilka listów, w których to narzeka jaki okropny jest mój syn. – Ginny wywróciła oczami.
Roześmiałam się i ugryzłam kolejne ciastko. – Tak właściwie, to już wcześniej byłam umówiona na obiad z rodzicami.
- Albus poznał twoich rodziców? – spytała z niedowierzaniem.
W sumie nie dziwię jej się. Sama jeszcze nigdy nie przyprowadziłam chłopaka na rodzinny niedzielny obiad. Nie, żebym zaprosiła do siebie Złośliwca, znalazł się tam przez przypadek. No ale z tego co widzę, jego rodzina ma wszczepioną wizję naszego domniemanego związku i nic nie jest w stanie wyprowadzić ich z tego małego nieporozumienia. Zaczynałam trochę rozumieć skąd bierze się ten dramatyzm Albusa. W życiu bym nie pomyślała, że jeden wypad do klubu może zamienić się w taką szopkę.
I może i udałoby mi się trochę załagodzić tą sytuację i wytłumaczyć o co w tym wszystkim chodzi, gdyby nie piękna, czarna sowa, która wylądowała na moim ramieniu i wyciągnęła przed siebie nóżkę z listem przewiązanym zieloną wstążką.
- Och, to Orion!
Odwiązując list kątem oka zauważyłam uśmieszek na ustach matki mojego domniemanego chłopaka. Oczywiście ten idiota musiał wysłać do mnie list gdy siedziałam razem z nią nad ciasteczkami.
Wood,
czy już ci mówiłem jak bardzo cię nienawidzę i pragnę cię zabić?
Naprawdę nie wiem skąd w takiej wspaniałej rodzinie pojawiłaś się Ty. To dla mnie wielka zagadka nad którą zastanawiam się od wczoraj. Wczoraj, które powinienem spędzić na wyjaśnianiu całej tej sytuacji mojej rodzinie. Przez ciebie dostałem pięć listów od dziadka, który wini mnie za to, że jego ukochana żona jest wściekła i nie daje mu spokoju.
Wszystko najgorsze co zdarza się w moim życiu to całkowicie TWOJA wina.
Jeśli myślisz o tym, żeby wykręcić się z wytłumaczenia im tej sytuacji to bardzo, ale to bardzo się mylisz. Będziesz się tłumaczyć jutro i przeprosisz moją babcię za wczoraj.
I nawet nie myśl, że zapomniałem o mojej kurtce.
A.S.P
P.S Nie dawaj nic do jedzenia mojej sowie.
Prychnęłam i wcisnęłam w dziób sowy ostatnie ciasteczko dyniowe. Cholerny Złośliwiec nie będzie mi mówił co mam robić, a czego nie.
- To co słychać u Albusa? – spytała niewinnie Ginny, ale widziałam złośliwe błyski w jej oczach. Postanowiłam dalej bawić się tą sytuacją i przy okazji pogrążyć Pottera.
- Och, nic takiego. – schowałam list do torebki. – Zaprosił mnie do swojej babci na jutro.
- Na jutro? – upewniła się Ginny.
- Tak napisał. – potwierdziłam co spowodowało szeroki uśmiech na twarzy rudowłosej.
- Nie spodziewałam się po moim dziecku takiej odwagi. To chyba geny jego ojca.
- Odwagi?
- Do zobaczenia jutro, Vera. – Ginny zniknęła tak niespodziewanie jak się pojawiła.
O co jej do cholery chodziło?
Złośliwcu,
naprawdę nie wiem skąd TY się wziąłeś w twojej rodzinie. Gdyby nie ten okropnie podobny do ojca wygląd pomyślałabym, że twoja urocza matka cię adoptowała.
Miło, że pytasz czy mam jutro wolny wieczór i mogę się z tobą spotkać. Jesteś największym dżentelmen jakiego w życiu miałam okazję poznać.
Dziewczyna od której nie chcesz się odczepić.
P.S Nie mam pojęcia o jakiej kurtce mówisz.
P.S.2 Twoja sowa ukradła mi ciastko.
Przywiązałam list do nóżki sowy i odesłałam ją do właściciela. Postanowiłam ewakuować się do mieszkania zanim reszta klanu Potterów postanowi zamienić ze mną kilka słów nad talerzem ciastek. Gdy wychodziłam słyszałam wcale nie taki cichy chichot Bibiany.
Dziewczyna czy nie, starannie przygotowałam się do wizyty u dziadków Złośliwca. Tak starannie, aż Bibiana upuściła talerz na podłogę gdy mnie zobaczyła.
- Vera, czy ja mam jakieś omamy, czy ty naprawdę masz na sobie sukienkę? – moja przyjaciółka patrzyła na mnie z niedowierzaniem.
Wygładziłam nieistniejące zagniecenia na spódnicy i uśmiechnęłam się do niej szeroko. – No halo, idę na obiad do dziadków. Dziadkowie lubią dziewczyny w sukienkach. – przewróciłam oczami.
- O Merlinie. – Bibiana wyciągnęła dla siebie piwo kremowe z lodówki. – Zaczynam żałować, że mnie tam nie będzie. Znając ciebie i Albusa, to się może skończyć totalnie inaczej niż powinno być.
- Wiem! – otworzyłam dla niej butelkę o kant blatu i pociągnęłam łyk zanim oddałam piwo w jej ręce. – Zanim poznałam Złośliwca moje życie nie było nudne, ale teraz to naprawdę prawdziwy odjazd. Wyobraź sobie, że jego rodzina naprawdę uwierzyła w to, że jesteśmy parą! Ja i Złośliwiec! – zaśmiałam się.
Bibi bawiła się przez chwilę kapslem od piwa, a potem odrzuciła go na stół. – To wcale nie jest takie absurdalne jak ci się wydaje, wiesz?
- Co?
- Ty i Albus. Razem.
- Bardzo zabawne, Bib.
- Wiesz, że znam Hugo nie od dziś. Zostaliśmy przyjaciółmi na długo przed tym zanim cię w ogóle spotkałam. Przyjaźń z Hugo to tak naprawdę przyjaźń wiązana z całą jego rodziną. – Bibi odstawiła piwo i spojrzała na mnie uważnie. – Albus nie zawsze był taki poważny i stonowany. Kiedyś był bardzo podobny do Jamesa. Lubił się bawić. Lubił imprezy, dziewczyny i beztroskie życie. Był trochę szalony jak ty. Oczywiście w tym pozytywnym sensie!
- Serio? – spojrzałam z niedowierzaniem na moją przyjaciółkę. Szalony Albus Potter to coś, co zdecydowanie nigdy nie przyszłoby mi na myśl. – To co go zepsuło?
- Nie wiem dokładnie, bo nie chciałam wypytywać o to Hugo, ale miało to coś wspólnego z jakąś dziewczyną. Nie mam pojęcia co zrobiła, albo czego nie zrobiła, ale Albus przestał imprezować i umawiać się z dziewczynami. Skupił się na skończeniu nauki i uciekł do Hogwartu. I tak sobie żył w spokoju i beznadziejności aż spotkał ciebie.
- Merlinie, naprawiłam Pottera?
- Jeszcze nie. – przyznała Bibi. – Ale jesteś na dobrej drodze i pewnie dlatego jego rodzina tak kurczowo się tego uczepiła. Ciebie i jego. Razem.
Nie zdążyłam jej odpowiedź, bo drzwi do naszego mieszkania zamknęły się z hukiem, a w kuchni pojawił się nie kto inny, jak sam Albus Złośliwiec Potter.
Spojrzał to na mnie, to na Bibianę i stwierdził: - Rozmawiałyście o mnie.
- No oczywiście, że o tobie, a o czym rozmawia dziewczyna ze swoją najlepszą przyjaciółką zanim jej chłopak zabierze ją na randkę?
- Nie jestem twoim chłopakiem i nie zabieram cię na randkę, Wood. Idziemy do moich dziadków odkręcić całą tą sytuację, a wtedy wszyscy się ode mnie odczepią i nastanie coś pięknego. – Złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę wyjścia. – Nastanie pieprzony spokój.
Zaśmiałam się tylko i krzyknęłam „cześć" do Bibi zanim zniknęliśmy.
Nie zdążyłam nawet złapać oddechu po teleportacji gdy Złośliwiec złapał moją dłoń i pociągnął mnie w stronę drzwi wejściowych. Prawie na niego wpadłam gdy gwałtownie się zatrzymał. Spojrzałam ponad jego ramieniem co go tak zatrzymało i słabe „Och" wypłynęło z moich ust.
Cały pokój wypełniony był ludźmi. Wnioskując po zawieszonych balonach i serpentynach oraz czapeczkach na głowach Freda, Jamesa, Rose i kilku innych, były dziś czyjeś urodziny.
- Gdzieś ty mnie przyprowadził! Mieliśmy pójść do dziadków! – syknęłam do jego ucha jednocześnie do wszystkich się uśmiechając.
- Vera, Albus, jesteście! – Ginny Potter jako pierwsza przełamała ciszę, która wypełniła salon po naszym wejściu. Ucałowała policzki Albusa a potem moje. – Miło znów cię zobaczyć, Vera. – mrugnęła do mnie.
- Znów? – Albus spojrzał na mnie z przerażeniem. – Spotkałaś się z moją matką i nic mi o tym nie powiedziałaś?
- Oj tam od razu spotkałaś. Po prostu na siebie wpadłyśmy i zamieniłyśmy kilka słów. – uśmiechnęłam się do niego szeroko. – Przy kawie i ciastkach.
Albus był na granicy wybuchu, która zbliżyła się jeszcze bliżej, gdy podszedł do nas James i spojrzał na moją rękę, którą Złośliwiec wciąż miażdżył w uścisku i najwyraźniej aż do tej pory nie zdawał sobie z tego sprawy.
- Cześć, dzieciaki. – James uśmiechnął się do nas.
- Hej. – odwzajemniłam jego uśmiech.
- Wujek Al! – coś małego przebiegło obok mnie i uczepiło się nóg Albusa. – Przyszedłeś!
Albus spojrzał na małego chłopca, na mnie, na ozdobiony pokój, a potem znów na mnie. – Przez ciebie zapomniałem o urodzinach mojego chrześniaka! – odwdzięczył się syknięciem do ucha. Był przestraszony i zażenowany jednocześnie, co pogłębiło się jeszcze bardziej, gdy chłopiec zapytał: Przyniosłeś dla mnie prezent?
- Felix! – napłynęło z kilku stron, ale chłopiec nic sobie nie robił z upomnienia, wciąż wpatrując się w Albusa, który postanowił wziąć go na ręce.
„Quiditch?" bezgłośnie spytałam Złośliwca, na co ten pokiwał głową.
- Hej, Felix. Jestem Vera, koleżanka twojego wujka. – powiedziałam do dziecka odciągając jego uwagę od Albusa.
- Cześć, Vera, jestem Felix Lupin. – uśmiechnął się do mnie szeroko, pokazując szparę między jedynkami a ja, chociaż nie jestem fanką dzieci, natychmiastowo poczułam do niego sympatię.
- Widzisz, twój wujek długo myślał nad tym co może dać ci w prezencie i wiesz co?
- Co? – Felix dziwnym trafem przedostał się z ramion Albusa do moich.
- Stwierdził, że tak duży facet na pewno ma swoją miotłę i chciałby na niej polatać z prawdziwymi gwiazdami quiditcha!
- Naprawdę?! – pisnął z radości.
- Naprawdę. – powiedziałam uśmiechając się do niego. – A tak się składa, że twój wujek zna najlepszego w historii gracza Puddlemore i zarazem ich obecnego trenera!
- Żartujesz! – wykrzyknął chłopiec.
Ha, Puddlemore, dobry strzał, Vera.
- Nigdy nie żartuję z quditcha ani z mojego taty, Felix. – udałam poważną.
- Twój tato to Oliwer Wood?!
- Tak. Fajnie co nie? – mrugnęłam do niego.
Felix nie przestawał patrzeć na mnie z niedowierzaniem.
Jamie zachichotał - Alie, twój chrześniak chyba właśnie zakochał się w twojej dziewczynie. Uważaj, bo może ci ją odbić.
Albus walnął Jamesa w brzuch. Złapał chłopca i posadził go sobie na ramionach. Zanim zniknął z mojego pola widzenia odwrócił się i powiedział prawie niedosłyszalnie „dziękuję".
Świat się chyba kończy. Albus Potter mi podziękował.
- To co, może małe piwko na odwagę zanim każdy będzie cię wypytywał jak bardzo kochasz mojego brata i kiedy weźmiecie ślub? – James mrugnął do mnie i wsadził w moją dłoń chłodną butelkę z płynem.
- Ależ ty jesteś zabawny, Jamie.
- Vera, kotku, ja wcale nie żartowałem. – powiedział i machnął w stronę zbliżającej się do nas starszej kobiety, która prawie połamała mi kości swoim niedźwiedzim uściskiem.
- Kochanie, cieszę się, że mogę w końcu spotkać dziewczynę, która zdobyła serce mojego ukochanego wnuka!
- Oi, babciu, chyba się zapomniałaś, przecież to ja jestem twoim ukochanym wnukiem!
- James, wszyscy jesteście moimi ukochanymi wnukami, a teraz znikaj stąd i daj mi porozmawiać z tą młodą damą.
Chyba zaczęłam się bać.
Po poznaniu całej rodziny Albusa i odpowiadaniu na ich coraz to dziwniejsze pytania padłam na kanapę i postanowiłam nie wstawać z niej, dopóki Złośliwiec nie ogłosi odwrotu.
Podziękowałam uśmiechem Rose, która przyniosła mi kawałek tortu. Czekolada powinna pomóc. Czekolada jest dobra na wszystko.
- Totalna porażka. – Albus usiadł obok mnie i wypił chyba pół butelki piwa za jednym łykiem. – To miało się dzisiaj skończyć. Ta cała sytuacja pomiędzy tobą a mną i tym nieistniejącym związkiem. Mieliśmy im to wszystko wytłumaczyć i wrócić do normalności.
- Twój plan zdecydowanie nie wypalił. – przyznałam.
- Wiem. – przejechał ręką po twarzy i obrócił się w moją stronę. – Oni są w tobie zakochani. Wszyscy. Począwszy na mojej mamie a skończywszy na małym szatanie.
- Nic na to nie poradzę, że jestem łatwa do kochania. Zawsze mogło być gorzej.
- Mogło? – spytał z niedowierzaniem.
- No pewnie! Dzisiaj w ogóle się nie starałam im przypodobać ani nic w tym stylu. – oblizałam łyżeczkę i podałam mu pusty talerzyk. – Pomyśl sobie jaka byłaby ich reakcja gdybym się postarała.
- O matko. – westchnął Albus i posadził między nami na kanapie Felixa, który trzymał kolorowy talerzyk z ogromnym kawałkiem czekoladowego tortu.
- Będę jadł torta. – powiedział chłopiec ostrożnie kładąc talerzyk na swoich małych nóżkach. – Lubisz czekoladę, ciociu?
- Merlinie, on mówi do ciebie ciociu. – Albus odłożył pustą butelkę na stole i sięgnął po kolejną.
- A jest na świecie ktoś, kto nie lubi czekolady? – spytałam Felixa udając niedowierzanie.
- Ja kocham czekoladę. Czekolada jest najlepsza. – uśmiechnął się do mnie szeroko czekoladowym uśmiechem. – Wujek Al też jest najlepszy.
- Naprawdę? – spytałam.
- No pewnie! Zawsze przynosi mi mnóstwo czekoladowych żab i bawi się ze mną i latamy razem na miotle i opowiada mi naaaaaaaaaaajlepsze bajki na dobranoc.
Spojrzałam nad Felixem na Złośliwca, ale ten uciekł spojrzeniem i przeczesał brązowe włosy chłopca. No, no, kto by pomyślał.
- Ty też jesteś najlepsza!
- Ja?
- Tak! – Felix prawie zrzucił talerzyk na podłogę gdy zaczął podskakiwać z ekscytacją na kanapie. – Jesteś dziewczyną wujka Ala i jesteś ładna i ładnie pachniesz i lubię cię przytulać i twój tata to Oliwer Wood!
- No tak, temu nie da się zaprzeczyć. – przyznał Potter.
- Czemu? – spytałam. – Temu że jestem twoją dziewczyną? Czy temu że jestem ładna i ładnie pachnę? I że lubisz mnie przytulać?
Albus chciał coś powiedzieć, ale słowa zamarły mu na ustach. Wpatrywał się we mnie przez dłuższą chwilę, którą przerwał głos Freda.
- Serio? No wiecie, tak przy dziecku?
Potter pokazał Fredowi środkowy palec wciąż nie przestając na mnie patrzeć.
- Chodź, Felix. – Fred odstawił prawie pusty talerzyk na stole i wziął na ręce chłopca. – Tu jest zbyt dużo jak na obecność dziecka napięcia seksualnego.
- Ale ja nie chcę. – powiedział uparcie chłopiec. – Chcę zostać tutaj z ciocią Verą i wujem Alem.
Fred zachichotał. – Jak mała szczęśliwa rodzinka.
Palec Pottera ponownie został wycelowany w stronę Weasleya, który przerzucił chłopca przez ramię i postanowił zostawić mnie sam na sam ze Złośliwcem.
- Co to jest napięcie seksualne, wujku? – spytał chłopiec.
- Fred! – Victoire krzyknęła wzburzona.
Jako nowa miłość Felixa zostałam zmuszona przebrać go w piżamę i położyć w łóżku. Gdy chciałam zniknąć mały złapał mnie za rękę i nie puszczał jej, aż Albus skończył opowiadać mu bajkę na dobranoc. I muszę przyznać małemu, że jego wujek był w tym niezły.
- Wiesz, nie wierzę że to mówię, ale byłbyś naprawdę dobrym ojcem.
Albus zatrzymał się na schodach i spojrzał na mnie z przestrachem.
- Proszę cię, tylko nie mów tego przy innych, bo pomyślą, że jakimś magicznym cudem jesteś w ciąży i już nigdy się od ciebie nie uwolnię.
- Nah, ja zdecydowanie nie nadaję się na matkę. – powiedziałam klepiąc go uspokajająco po ramieniu. – Jestem zbyt podobna do mojej i zobacz co ze mnie wyrosło. – roześmiałam się.
Zeszłam na sam dół i skierowałam się do kuchni gdzie, rzucona na któreś z krzeseł, leżała moja kurtka. Po położeniu do spania Felixa mieliśmy się ze Złośliwcem ewakuować.
- Posłuchaj, Vera. – Albus przyszedł za mną do kuchni i z rękoma w kieszeni spodni oparł się o blat. – Jak bardzo zabawnie między nami było, to naprawdę musi się skończyć. – pokazał palcem na mnie a potem na siebie. – Ty i ja, to musi się skończyć.
- Albus…
- To zaszło już naprawdę za daleko i wymknęło się całkowicie spod kontroli. – wyciągnął ręce z kieszeni i znów je tam schował. – Nie chodzi już o ciebie, ani o to, że jestem na ciebie wściekły że wkręciłaś mnie w całą tą sytuację. Ja po prostu… ja po prostu muszę to skończyć. Dlatego teraz wyjdziesz tymi drzwiami, a ja wrócę do nich i powiem, że między nami koniec.
Nie zdążyłam nawet mrugnąć, a jego już nie było.
