- Vera, co ty robisz? – głos Bibiany wyrwał mnie z bezcelowego patrzenia w ścianę.

- Co?

- Pytam się co ty robisz. – Bibi usiadła obok mnie na kanapie i zabrała z moich rąk pudełko prawie już roztopionych czekoladowych lodów.

– Myślę, że powinnyśmy zmienić kolor ścian na czarny. Nie wiem dlaczego ludzie boją się używać ciemnych kolorów, wszystkie dodatki wyglądają przy nich bajecznie. Może zmienimy kanapę i kupimy nowy żyrandol. Będzie tak bardziej klimatycznie.

- Będzie jak w grobie, a poza tym ty uwielbiasz naszą kanapę.

Zabrałam jej lody i zaczęłam grzebać w nich łyżeczką.

- Czuję się dziwnie. – przyznałam.

- No co ty nie powiesz. – nawet nie musiałam na nią patrzeć, żeby wiedzieć, że przewróciła oczami.

- Albus mnie rzucił.

- Co zrobił?

- No rzucił mnie.

- Och.

- Wiem, że tak naprawdę ze sobą nie byliśmy, ale wcale się tak nie czuję. To było zabawne i takie, takie inne i ja naprawdę dobrze się bawiłam doprowadzając go do złości. To była moja ulubiona rozrywka ostatnich dni, a on mi to zabrał. I teraz nie wiem co mam ze sobą zrobić.

- Posłuchaj, kotku, czy pomyślałaś chociaż przez chwilę, że ty i Al…

- Nawet tego nie wypowiadaj! – machnęłam w jej stronę łyżeczką, ochlapując przy tym jej kremową bluzkę. – Wychodzę! – powiedziałam i zniknęłam zanim przyszłoby jej do głowy powiedzieć, że ja i Potter to coś.

Ponieważ Albus wziął na siebie winę za nasze „zerwanie" od kilku dni otrzymywałam listy od członków jego zbyt dużej rodziny, którzy zapewniali mnie że ich wnuk/syn/siostrzeniec/kuzyn jest idiotą i że jestem wspaniałą dziewczyną i zdecydowanie nie powinnam znikać z ich życia pomimo tego, że między mną a Albusem wszystko się skończyło.

Roześmiałam się tylko i postanowiłam na chwilę przeprowadzić się do mojego studia, gdzie nie powinni mnie znaleźć. Oczywiście jeśli Bibi albo moi rodzice nie wspomną o tym miejscu.

Byłam wściekła na siebie, że tak mnie to wszystko przejęło. Stwierdziłam, że muszę tą wściekłość jakoś ukierunkować, więc zajęłam się odnawianiem mojego dziecka. Pracowałam bez przerwy przez dwa tygodnie, aż mogłam usiąść na krześle które wyczarowałam i patrzeć na białe ściany, które niedługo moja przyjaciółka zamieni w swoją restaurację. Dwa mniejsze lokale również lśniły czystością, a ja znów na chwilę poczułam się szczęśliwa.

Wyszłam na zewnątrz i trzymając się za ramiona z uśmiechem mogłam podziwiać budynek, który ze stanu beznadziejności zmieniłam w naprawdę coś wartościowego.

Taki sukces zdecydowanie należy uświęcić, więc będąc sobą postanowiłam iść potańczyć i się upić.

I tym razem nie stracić głowy na tyle, żeby wylądować u jakiegoś Złośliwca.

Bibi miała dzisiaj gorącą randkę, która nazywa się zmiana-nocna-na-barze, więc sama znalazłam się w klubie Freda od którego wszystko się zaczęło. Stwierdziłam, że muszę się dobrze napić zanim pójdę tańczyć, więc zamówiłam pięć shotów tequili i rozsiadłam się na stołku barowym.

Wypiłam dwa, jeden za drugim i lekko się skrzywiłam.

- Można się przyłączyć? – usłyszałam.

Obok mnie usiadł facet z długimi – dłuższymi od moich – włosami, które związane miał w kucyk na karku. Jego srebrzyste oczy obrzuciły mnie krótkim spojrzeniem, po czym odwróciły się w stronę baru, gdzie zamówił to samo co ja.

- Wcale nie powiedziałam, że można się przyłączyć.

- Byłaś zajęta wpatrywaniem się we mnie, więc postanowiłem, że zadecyduję za ciebie. – mrugnął do mnie, a ja mimowolnie się roześmiałam.

- Nie upiję się, a ty nie zabierzesz mnie ze sobą do domu.

Spojrzał na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

- I nie będziemy uprawiać seksu. – dodałam.

- Dopiero się poznaliśmy, a już tyle nie. – uśmiechnął się do mnie.

Pokręciłam głową i wypiłam kolejny kieliszek.


Lekko chwiejnym krokiem wspinałam się po schodach jednocześnie szukając kluczy od mieszkania. W moim stanie postanowiłam nie używać nawet najprostszych zaklęć, żeby nie zrobić sobie, ani komuś szkody. Również dlatego postanowiłam się przejść prawie dwa kilometry na moich obcasach w dodatku w strugach deszczu.

- Wyglądasz okropnie.

Prawie się wywróciłam gdy usłyszałam głos Albusa. Albusa który wstawał właśnie z podłogi obok drzwi do mojego mieszkania.

- Co ty tu robisz? – wyciągnęłam klucze i za trzecim razem udało mi się je włożyć do zamka

Albus wszedł za mną do mieszkania i zamknął drzwi. Ściągnęłam buty rzuciłam je w kąt i poszłam do mojego pokoju w poszukiwaniu czegoś, w co mogłabym się przebrać. Złośliwiec najwidoczniej czegoś chciał, bo stanął za mną i obrócił mnie w swoją stronę.

- Słuchaj, Albus, wydaje mi się że trzecia nad ranem to naprawdę kiepska godzina na jakieś niezapowiedziane odwiedziny chłopaka, który nie był moim chłopakiem. – wyminęłam go i ściągnęłam z siebie mokrą bluzkę. Przewiesiłam ją przez krzesło i wyciągnęłam dla siebie coś suchego z szafy. – Jestem zmęczona, mokra, lekko pijana i tak chcę zakończyć ten wieczór. Naprawdę nie mam ochoty na ciebie i twój dramatyzm, więc może już byś sobie poszedł. – machnęłam ręką w stronę drzwi, jednocześnie wciągając na siebie bluzkę.

- O co ci chodzi?

- Ty mnie pytasz o co mi chodzi? – spytałam patrząc na niego z niedowierzaniem. Może jestem naprawdę pijana skoro nie rozumiem tej całej sytuacji.

- Dlaczego jesteś taka wkurzona?

- Serio, Albus, pytasz się dlaczego jestem wkurzona? Powiedziałam ci to dosadnie przed chwilą. A teraz może mnie posłuchasz i grzecznie sobie pójdziesz, żebym mogła się położyć? – zrzuciłam z siebie dżinsy i założyłam szorty. Zrobiło mi się zimno, więc postanowiłam schować się pod kołdrą i tam przeczekać jego dziwne odwiedziny.

Potter podniósł moje spodnie z podłogi i przewiesił je przez krzesło tak jak ja przewiesiłam wcześniej bluzkę.

- No wyrzuć z siebie to co masz do powiedzenia i idź stąd. – warknęłam, bo zaczynał mnie coraz bardziej denerwować.

- Gdzie byłaś? – spytał w końcu i położył się obok mnie.

- Gdzieś. – odpowiedziałam. – Dlaczego leżysz obok mnie? Miałeś sobie iść!

- Nie chcę nigdzie iść.

- Merlinie, Potter!

- Mam wolny weekend pierwszy raz od dawien dawna. Mógłbym go spędzić robiąc różne rzeczy, a tak naprawdę nie przyszło mi do głowy nic oprócz ciebie.

Obróciłam głowę w jego stronę.

- Nie mam teraz na tyle siły, żeby to zrozumieć. – powiedziałam patrząc w jego zielone oczy.

- Ja próbuję to zrozumieć od trzech godzin.

Postanowiłam nie kontynuować tej rozmowy i iść w końcu spać.


Obudził mnie zapach kawy i czegoś słodkiego. Zamrugałam kilka razy zanim udało mi się całkowicie otworzyć oczy i uważnie rozejrzałam się po pokoju w poszukiwaniu Pottera. Po chwili uznałam, że po prostu przyśniło mi się że tu wczoraj był. Postanowiłam wziąć szybki prysznic i opowiedzieć o tym Bibianie przy śniadaniu.

Ubrana w krótkie szorty i starą koszulkę treningową ojca z naszym nazwiskiem na plecach skierowałam się w stronę kuchni.

- Jiz, Bib, ależ miałam dziwaczny wieczór! – powiedziałam rozczesując moje mokre włosy. – Spędziłam go nad shotami tequili z facetem, który był tak przystojny, że aż mnie zabolało, gdy okazał się całkowicie i beznadziejnie zakochany w jakiejś Veronice. Postanowiłam się przejść do domu, ale strasznie lało i wyobraź sobie że miałam dziwny sen w którym przed naszymi drzwiami czekał na mnie…

Urwałam gdy w końcu doszłam do kuchni i zobaczyłam w niej smażącego naleśniki Albusa i pijącą kawę Bibianę.

- Potter. – dokończyłam patrząc na niego z niedowierzaniem.

- To ja będę się zbierać. Miło się rozmawiało, Al. – powiedziała Bibi i zostawiła mnie samą z Albusem, który nalał mi kawy i podał kubek. Usiadłam na krześle które zwolniła Bib.

- Chyba wciąż jestem pijana, albo w mojej kuchni rządzi się Albus Potter. – upiłam łyk gorącej kawy, która okazała się idealnie mocna.

Złośliwiec postawił przede mną talerz z naleśnikami i miseczkę malin.

- Co ty tu robisz? – spytałam otrząsając się w końcu ze zdziwienia.

- Śniadanie? – Albus usiadł obok mnie ze swoim kubkiem kawy. – Jedz. – machnął w stronę talerza, a ja złapałam się na tym, że kroję placki na mniejsze kawałki.

- Pytam się serio. – oblizałam widelec z miodu. Czy mi się wydaje, czy naprawdę wszyscy na świecie gotują lepiej niż ja? Wrzuciłam do ust kilka malin.

Albus odstawił kubek na stół i założył kosmyk wilgotnych włosów za moje ucho. – Myślę, że powinniśmy dać temu szansę. – powiedział.

- Czemu? – spytałam krztusząc się.

- Nam.

- Posłuchaj, Złośliwcu, nas nigdy nie było. – machnęłam w jego stronę widelcem.

- Miałem spokojne życie a potem pojawiłaś się ty i teraz jest inaczej. – kontynuował nie zwracając uwagi na moje słowa.

- Tak, wiem, zamieniłam twoje życiu w piekło, jest źle, bla, bla, bla.

- Nie powiedziałem źle, powiedziałam inaczej.

- To naprawdę beznadziejny pomysł. – odsunęłam od siebie pusty talerz. – Ty mnie nawet nie lubisz!

Potter przewrócił oczami. – Daj spokój, Vera, mamy za sobą najgorsze, czyli poznawanie rodziny. Ja poznałem twoją, ty poznałaś moją, więc teraz powinno być tylko łatwiej.

- Jesteś szalony. – powiedziałam.

- Tak samo jak i ty. – Albus odstawił naczynia do zlewu. – Pomyślałem, że skoro mam wolny weekend to może zabralibyśmy Felixa na jego urodzinowy prezent.

- Och. – powiedziałam. Zbyt polubiłam dzieciaka żeby zepsuć jego nadzieje na poznanie gwiazd quditcha.

- To może ty się przygotuj, a ja po niego pójdę i spotkamy się przed stadionem, co?

I zostawił mnie samą zanim zdążyłam odpowiedzieć. Zauważyłam że ma do tego talent.

Dwadzieścia minut później znalazłam się w uścisku małej małpki, która zaczęła się po mnie wspinać.

- Ciocia Vera! Mama z tatą powiedzieli mi, że ty i wujek nie jesteście już razem i że nie wiadomo kiedy poznam Oliwera Wooda! Ale wujek po mnie przyszedł i jesteśmy tutaj i ty tu jesteś i…

- Spokojnie chłopaku, daj Verze trochę pooddychać. – Albus oderwał Felixa ode mnie i postawił go na ziemi.

Uśmiechnęłam się do chłopca i zmierzwiłam jego włosy. – Też się cieszę, że cię widzę Felix.

- To co, możemy już poznać Oliwera? – spytał podskakując z podniecenia.

- No jasne, przecież po to tu jesteśmy. – złapałam go za rękę, którą do mnie wyciągnął i ruszyłam w stronę wejścia na stadion.

Potter zjawił się po mojej drugiej stronie i wziął moją dłoń w swoją, splatając nasze palce. Spojrzałam na niego z zaskoczeniem, ale odwrócił głowę i uśmiechnął się do strażnika, który mnie rozpoznał i wpuścił nas na murawę.

- Posłuchaj, tam jest mój ojciec. – spróbowałam wyrwać dłoń z jego uścisku, ale Złośliwiec nic sobie z tego nie robił.

- No i? – spytał ciągnąc mnie i Felixa za sobą. – Twój ojciec już mnie poznał. I wydaje mi się, że mnie nawet polubił, więc nie wiem o co ci chodzi.

- O co mi chodzi? – syknęłam do niego na tyle cicho, żeby Felix mnie nie słyszał. – Zrywasz ze mną kontakt, a potem pojawiasz się po tygodniu o trzeciej nad ranem i robisz mi śniadanie i mówisz, że chcesz czegoś, czego między nami nie ma. W dodatku łapiesz mnie za rękę w miejscu gdzie wszyscy mnie znają i pomyślą, że jesteśmy razem.

- Vera, my od jakiejś chwili właśnie jesteśmy razem.

- Wcale nie jesteśmy, nie wiem o co ci chodzi i czy w ogóle zauważyłeś, że ja się na nic nie zgadzałam. Przyszłam tu z tobą tylko dlatego, że obiecałam to Felixowi i naprawdę nie chcę mu złamać serca i…

Nie dał mi dokończyć mojej tyrady. Obrócił się w moją stronę i pocałował mnie w rozchylone usta. Byłam tym tak zaskoczona, że stałam sparaliżowana, aż usłyszałam chichot dzieciaka.

- Czy mogłabyś się zamknąć na chwilę? – Albus odsunął się ode mnie na tyle, aby to powiedzieć patrząc w moje oczy i znów nakrył moje usta swoimi. Tym razem przerwał mu mój ojciec.

- Vera, Albus, ten chłopak zdecydowanie nie ma ochoty patrzeć na to jak się obściskujecie.

Albus pocałował mnie ostatni raz lekko w usta i objął moją talię swoim ramieniem. Uśmiechnął się do mojego ojca i wyciągnął w jego stronę drugą rękę, którą tato uścisnął.

- Tato, chciałam ci przedstawić twojego największego fana. – powiedziałam mierzwiąc i tak rozburzone brązowe włosy chłopca. – Poznaj Felixa Lupina.


Bardzo chciałam udawać ostrą, niedostępną i obrażoną, ale było to w moim przypadku absolutnie nie do wykonania gdy Złośliwiec zachowywał się tak, jak Złośliwce się nie zachowują.

Tato zabrał ze sobą Felixa, żeby przedstawić go swoim zawodnikom, a ja usiadłam na ławce na której zaraz obok mnie pojawił się Albus. Starałam się nie zwracać na niego uwagi, ale było to trudne, gdy zaczął bawić się moimi włosami, a potem zostawiać małe pocałunki od ramienia do podstawy szyi. Próbowałam odepchnąć go od siebie i skupić się na Felixie, który radośnie podskakiwał wśród rozbawionych jego zachowaniem zawodników, ale naprawdę nie było to możliwe, gdy siedzący obok ciebie facet wpija usta w twoją szyję, prawda?

- Albus.

- Hmm? – mruknął przesuwając moje włosy na plecy.

- Albus. – odsunęłam się od niego i złapałam jego policzki w swoje ręce. – Nie wiem co cię dopadło, ale naprawdę uważasz, że obścikiwanie się na stadionie w obecności mojego ojca, dzieciaków i reszty ludzi to naprawdę dobry pomysł?

- A nie?

- Nie wiem co cię tak odmieniło. Ze Złośliwca w Napaleńca. Nie, żeby ta zamiana była jakaś nieprzyjemna, ale to naprawdę nie jest dobre miejsce. – uszczypnęłam go w policzek i poprawiłam włosy. – Dlatego teraz się odsuniesz na jakieś pięć centymetrów i będziesz obserwował swojego chrześniaka.

- Ale potem zacznę tam gdzie skończyłem. – powiedział.

Zaśmiałam się. – Jaki pewny siebie.


Po godzinie spędzonej na stadionie i kolejnej na lodach, Felix prawie wyczerpał zapasy swojej energii. Uparcie powtarzał, że ma siłę na to, żeby pójść do mojego mieszkania i tam się ze mną pobawić – na co Albus znacząco się do mnie uśmiechnął – jednak jego ciało myślało inaczej. Prawie zasnął w ramionach Pottera, który stwierdził, że odstawi go na drzemkę do rodziców.

Weszłam do mieszkania, które ziało pustką i położyłam się na kanapie. Nie zdążyłam zamknąć oczu, gdy usłyszałam pukanie do drzwi. Postanowiłam je zignorować, ale ten, kto stał za drzwiami był bardzo uparty, więc zwlokłam swoje ciało z miękkich poduszek i otworzyłam te cholerne drzwi.

Drzwi za którymi stał James z Rose.

- Tego się nie spodziewałam. – powiedziałam.

Nie musiałam ich zapraszać, bo sami się wprosili. Zamknęłam drzwi i poszłam za nimi do salonu gdzie zajęli miejsce na mojej kanapie i spojrzałam na nich pytająco.

- Fajne masz to mieszkanie. – James postawił stopy na niebieskim stoliku. – Słyszałem że spotykasz się z moim bratem.

Oho, oto i są.

- Wasza rodzina nie przestaje mnie zadziwiać. – mruknęłam i poszłam po piwo do lodówki. Wręczyłam im po jednym i usiadłam w kolorowym fotelu.

- To jesteś z nim, czy nie? – Rose rzuciła w moją stronę kapslem. – Bo zaczynam się w tym wszystkim gubić. Nawet moja matka, najmądrzejsza kobieta na świecie nie ma pojęcia o co między wami chodzi.

- Widzicie, tak właściwie to całkiem zabawna sytuacja. My…

- My co? – spytał Albus, który pojawił się dosłownie znikąd. Spojrzał na zegarek na swojej lewej ręce i pokręcił głową. – Serio, minęły może dwie godziny odkąd pocałowałem dziewczynę a wy już tu jesteście?

- Hej! Musieliśmy się przekonać na własne oczy, że to prawda. – Rose spojrzała na mnie, a potem na Albusa, który zrzucił mnie z fotela. Nie zdążyłam na niego fuknąć zanim wygodnie się w nim usadowił i wciągnął mnie na swoje kolana.

- Wiesz, zaczynasz mnie naprawdę przerażać. – powiedziałam do niego, na co James i Rose tylko się zaśmiali. – Zdecydowanie wolałam cię w wersji Zlośliwca. – nie zdążyłam napić się piwa zanim zepchnął mnie ze swoich kolan na podłogę.

- Nie ma sprawy. – puścił mi oczko i zabrał butelkę z rąk.

- Ty tak na serio? – warknęłam wstając i kopiąc go w kostkę. Usiadłam na kolanach Jamesa. – Twój brat jest okropny.

- Kotku, powiedz mi coś, czego jeszcze nie wiem. – James przewrócił oczami.

- Dobra, to może dowiemy się w końcu o co chodzi z waszą dwójką. Naprawdę miło spędza się z wami czas, ale umieram z ciekawości, a mam tylko dwadzieścia minut wolnego. – powiedziała Rose.

- No cóż, jestem po prostu tak wspaniała, że nawet Złośliwiec nie może mi się oprzeć. – zarzuciłam rękę na szyję Jamesa.

Albus parsknął. – Postanowiłem ją zatrzymać. Dostarcza mi rozrywki.

- Och, dopiero ci jej mogę dostarczyć.

- Na to liczę. – odpowiedział patrząc w moje oczy.

- Merlinie, Merlinie, przestańcie! – James posadził mnie na kanapie a sam wstał ciągnąc za sobą do wyjścia Rose. – Ja naprawdę nie chcę wyobrażać sobie życia seksualnego mojego MŁODSZEGO brata, zwłaszcza nie wtedy, gdy ja aktualnie nie mam żadnego.

- Wiem o czym mówisz. – powiedziała Rose. – Już nawet nie pamiętam już co to orgazm.

Roześmiałam się widząc przerażoną minę Jamesa. – Rosie, kochanie, o czym ty mówisz? Jaki orgazm? Przecież, przecież ty jesteś za młoda, żeby myśleć o… żeby myśleć o…

- O seksie? – podpowiedziała. – Jestem całkiem atrakcyjną kobietą, która ma swoje potrzeby, Jamie. Każdy uprawia seks, przecież to normalne.

- Ale ty jesteś za młoda na seks! – krzyknął James.

- Mam 23 lata. Tyle samo co twój brat, który ma życie seksualne i jedyne co ci w nim przeszkadza, to to, że ty aktualnie nie masz żadnego.

- Halo! – machnęłam w powietrzu rękoma. – Jakkolwiek zabawna ta rozmowa jest, to może moglibyście ją kontynuować w środku albo na zewnątrz, bo moja sąsiadka właśnie dostaje zawału ze zgorszenia.

Nie zdążyłam usłyszeć ich odpowiedzi, bo Albus zamknął im drzwi przed nosami. Ruszył w moim kierunku, ale zatrzymałam go zanim zbliżył się za bardzo.

- Zapomnij o seksie. Nie zaprosiłeś mnie nawet na ani jedną randkę.

Otworzyłam drzwi, wypchnęłam go za nie i ponownie je zamknęłam.

Ci Potterowie naprawdę mieszają człowiekowi w życiu.