- No to co postanowiłaś w sprawie Albusa? – spytała Bibi malując ścianę swojej nowej restauracji na kolor nieba.
- A co miałam postanowić? – spytałam malując przeciwległą ścianę.
- Vera, umawiacie się już ponad trzy miesiące a ty wciąż nie pozwoliłaś mu dojść dalej niż za drugą bazę.
- Hej, to naprawdę wspaniała druga baza, jedna z najlepszych jakie mogły mu się przytrafić! – powiedziałam wskazując na swoje piersi. – Poza tym, oczekiwanie wzmaga apetyt. – mrugnęłam do niej.
Bibi zaśmiała się i pokręciła głową. – Daje mu góra kilka dni zanim się na ciebie rzuci. Wystarczy mi parę minut w waszym towarzystwie i sama mam ochotę się na kogoś rzucić.
- Jiz, wy wszyscy naprawdę macie jakąś posuchę seksualną, skoro żerujecie na moim związku.
- Związku, mówisz?
- Hej, spotykam się z facetem od trzech miesięcy, to już chyba związek, co? – spytałam zamykając puszkę z farbą. – Przypomnij mi, dlaczego malujemy to wszystko ręcznie zamiast machnąć kilka razy różdżkami?
- Ponieważ to moje dziecko i chcę to zrobić od początku do końca idealnie. – powiedziała wycierając pędzel. – Vera w związku, no kto by pomyślał.
- Aleś ty zabawna. – przewróciłam oczami.
- W życiu bym nie pomyślała, że wyjście do klubu tak się może skończyć. Chyba sama muszę się tam znowu wybrać i znaleźć dla siebie jakiegoś wysokiego, czarnowłosego przystojniaka.
- Nah, ty jesteś skazana na faceta z rudymi włosami, piegami na nosie i sześciolatkiem w pakiecie.
- Beznadziejna sprawa. – powiedziała i usiadła na zamkniętej puszce. – Ale chociaż będę mieć swoją restaurację.
- Wiesz, mówią że przez żołądek do serca.
- Nienawidzę kiedy jesteś taka szczęśliwa. – mruknęła Bibi.
- Ta, ja też się tym denerwuję czasami. – przyznałam. – Ale potem ta koszulka ląduje w kącie i zamiast niej mam na sobie kogoś i całkowicie zapominam o denerwowaniu się.
- Och zamknij się już! – Bibi rzuciła we mnie szmatką. – Mogłabyś mi go chociaż pożyczyć na jeden wieczór. Ale nie, ty jesteś beznadziejną przyjaciółką i przyjemności zostawiasz tylko dla siebie.
- Cała ja. – przyznałam.
- Myślę, że powinnaś sobie już iść. – machnęła w moją stronę ręką. – Zabierz te szczęśliwe fluidy ze sobą do pana Pottera i zostaw mnie sam na sam z moim dzieckiem.
Posłałam jej całusa w powietrzu.
Siedzieliśmy razem ze Złośliwcem na podłodze w moim pokoju zajadając pyszności przygotowane przez jego babcię. A raczej to ja się zajadałam a on z niedowierzaniem patrzył na to ile mogę w siebie wepchnąć.
- A ty nic nie jesz? – spytałam rozsiewając okruszki wokół siebie.
- Jak patrzę na ciebie, to mi się odechciewa.
- Hej! – walnęłam go w ramię. – To naprawdę dobre ciastka dyniowe!
Chciałam sięgnąć po kolejne, ale odsunął je ode mnie. – Złośliwiec. – mruknęłam, na co on przewrócił oczami i przyciągnął mnie do siebie bliżej.
- Znam lepsze zajęcie dla tych ust.
- Nie ma nic lepszego na świecie oprócz ciasteczek dyniowych. – pokręciłam głową.
- Och naprawdę? – Albus posadził mnie na swoich kolanach.
- Naprawdę.
Ugryzł mnie lekko u podstawy szyi i zawędrował ustami do moich ust.
- Wiesz co było wczoraj? – zapytał rolując moją bluzkę do góry. Skupienie się jest naprawdę ciężkie, gdy jego długie palce majstrują przy zapięciu stanika.
- Hmm? – mruknęłam, gdy wsunął palec za koronkę i musnął mój sutek.
- Wczoraj był ostatni dzień roku szkolnego. Koniec użerania się z małymi idiotami i spotykania się z moją dziewczyną raz na tydzień, kiedy łaskawie ktoś przejmie za mnie szlabany w piątkowe wieczory.
- Twoją dziewczyną? – spytałam mrugając.
Albus przewrócił oczami. – Od trzech miesięcy jestem zmuszony zabierać cię na randki za co w zamian dostaję małą sesję w twoim pokoiku. Nie jest to moja wizja związku, ale chyba od tego możemy zacząć. – Przygryzł skórę pod moim obojczykiem. – Powiedzmy, że jesteś moją dziewczyną. Czy to ułatwi mi zdjęcie twoich spodni?
- Mam wrażenie jakby tylko na tym ci zależało. – powiedziałam lekko się od niego odsuwając. – Dziewczyna musi się szanować, wiesz? Nie wystarczy kolacja na mieście, jakiś kwiatek i mocne wino żeby zaciągnąć mnie do łóżka.
- Wiem. – westchnął. – Próbowałem już wszystkiego i nie wiem ile jeszcze wytrzymam z tymi twoimi złośliwościami.
- Chyba przenosisz te złośliwości przez ślinę. – przesunęłam palcem wzdłuż jego lekko umięśnionego brzucha.
- Ha, ha, ha. Jeszcze trochę i znajdę sobie nową dziewczynę.
Zaśmiałam się. – Nikt ci nie broni. Pamiętaj tylko, że żadna nie będzie tak wspaniała jak ja. Nie wspominając już o tym, że będzie musiała żyć z okruszkami miłości twojej rodziny, bo prawie całość jest w moim posiadaniu.
- Merlinie. – westchnął. – Chyba z tobą utknąłem.
- Jak spodoba mi się dzisiejszy wieczór, to może dostaniesz coś w zamian. – pocałowałam go w skórę na wysokości mostka. – Zjadłabym coś.
- Vera, przed chwilą zjadłaś z milion ciastek. Jak możesz być wciąż głodna? Gdzie to wszystko się mieści. – odsunął mnie na szerokość ramion. – Chyba muszę ci się bliżej przyjrzeć, żeby to odkryć.
- Niezła próba. – przewróciłam oczami. Zapięłam stanik i ubrałam bluzkę. – A teraz zabierz mnie na kolację.
- Czasami zastanawiam się, po jaką cholerę się z tobą spotykam. Jesteś beznadziejna. – ubrał pomiętą zieloną koszulę i podwinął jej rękawy.
- To całe spotykanie się to był twój pomysł, więc nie miej do mnie pretensji. - powiedziałam. – Poza tym, ty jesteś gorszy ode mnie.
- Para idealna, beznadziejna i gorszy.
- Przynajmniej jest zabawnie. – uśmiechnęłam się i wyszłam z pokoju.
- Nigdy bym nie zgadł, że wystarczy ugotować dla ciebie makaron z sosem i dorzucić do tego butelkę kremowego piwa żeby dostać w zamian numerek w mojej paskudnej kuchni. – Albus pocałował moje ramię. – To po co ja cię zabierałem do tych dziwnych drogich restauracji?
- Nie wiem, to nigdy nie był mój pomysł. – powiedziałam. – Wymyśliłeś sobie że klasyki na mnie zadziałają. Jakbyś w ogóle mnie nie znał. – przesunęłam palcem po jego zarośniętym policzku. – Kłujesz.
- Będę musiał się ogolić. – westchnął. – Postanowiłem cię męczyć, aż mi dasz, no i w końcu dałaś.
Walnęłam go w ramię. – Jesteś takim romantykiem, Al. – wysunęłam się z jego ramion i zaczęłam zbierać swoje rzeczy. – A twoja kuchnia wcale nie jest beznadziejna. Mała, ale nie beznadziejna. Przy zmrużonych oczach widzę w niej nawet jakiś potencjał.
- Widzisz w niej siebie?
- Oszalałeś? Ja i kuchnia? To raczej związek z tych nieudanych. Lepiej mi idzie, a wręcz wspaniale, w związku z jadalnią. – mrugnęłam do niego i zapięłam spodnie.
- Czy widzisz tu siebie? – spytał podchodząc do mnie coraz bliżej. Nic sobie nie robił z tego, że był nagi. Bezwstydnik.
- Przecież tu jestem, prawda? – udawałam, że nie rozumiem o co mu chodzi.
- Merlinie, dziewczyno, czy ty jesteś głupia, czy tylko chcesz mnie wkurzyć? – złapał mnie za brodę, przez co chcąc nie chcąc musiałam spojrzeć w jego zielone oczy, które przewiercały mnie na wylot.
- Myślę, że seks szkodzi ci na głowę. – powiedziałam próbując się wyrwać.
- A ja myślę, że wręcz przeciwnie. – przysunął się jeszcze bliżej ucinając mi drogę ucieczki. – Myślę, że mógłbym się przyzwyczaić do seksu z tobą na stole w kuchni. Albo na kanapie, a zdecydowanie w moim łóżku. – pocałował mnie w policzek, a potem w kącik ust. – Myślę, że byłoby fajnie, gdybym mógł po ciebie sięgnąć kiedy tylko zachcę.
- Właśnie dlatego cię hamowałam. Zrobiliśmy to kilka razy a ty już chcesz mnie zamknąć w czterdziestu metrach kwadratowych i zrobić ze mnie zabawkę seksualną. – walnęłam go w brzuch. – Nie dziwię się, że byłeś sam, jesteś beznadziejny w byciu uroczym i miłym.
- Przecież ty nie lubisz miłych i uroczych. – przewrócił oczami.
- Nie lubię też być seks zabawką. – przyznałam dziobiąc go palcem w pierś.
- Seks to taka przyjemna zabawa. No przyznaj, że się dobrze bawiłaś.
- Żeby twoje ego narosło jeszcze bardziej?
- Vera.
- No dobra, było wspaniale. Za każdym razem jest wspaniale.
- Zostań. – powiedział chwytając mnie za policzki. – Najpierw na kilka dni.
- A potem co?
- Później będziesz się tym martwić. – pocałował mnie mocno, zabierając mi na chwilę oddech.
Cholera.
Restauracja Bibiany okazała się sukcesem. Sukcesem tak wielkim, że musiałam zapowiadać swoje przyjście, żeby znaleźć stolik w godzinie lunchu.
- No dobra, dzieciaki, to czego ode mnie chcecie? – spytałam Jamesa i Rose, zajadając ciasto czekoladowe autorstwa mojej przyjaciółki.
- Ja chcę mieszkanie. – powiedział James.
- A ja chcę lokal obok. – dodała Rose.
- Jeszcze nie skończyłam mieszkań, Jamie, ale ewentualnie mogłabym się zastanowić nad wynajęciem ci jednego. – mrugnęłam w jego stronę. – Oczywiście za odpowiednią cenę.
- Hej, chyba należy mi się zniżka, co? Jestem bratem twojego chłopaka.
- Jakbym mogła o tym zapomnieć. Wypominasz mi to przy każdej okazji. – dziobnęłam ciasto widelczykiem. – Chcesz wynająć lokal obok, Rose?
- Tak. – powiedziała dosypując chyba z piątą łyżeczkę cukru do swojej herbaty. – Wiem, że jest kilku chętnych i że na pewno masz już kogoś na oku, ale pomyślałam, że może, no wiesz, skoro już prawie jesteś w tej rodzinie, to weźmiesz mnie pod uwagę.
- Serio? Naprawdę sądzicie, że Albus wam tu w czymś pomoże?
- A nie? – spytali jednocześnie.
- Jesteście beznadziejni. – powiedziałam. – To, że jestem ze Złośliwcem, wciąż sama się sobie dziwiąc, w ogóle nie ma nic wspólnego z waszą dwójką.
- Mówiłem ci, że nas kocha. – James uśmiechnął się szeroko do Rose.
- Tak, wiem, ale chciałam się upewnić. – Rose wzruszyła ramionami. – Chcę otworzyć coś na zasadzie przedszkola i zajęć dla dzieci. Z tyłu jest duży teren, który mogłabym rozbudować i zrobić jakiś plac zabaw, może małe boisko do quditcha. Są trzy duże pomieszczenia, ale ja zrobiłabym cztery, jeden na szatnię i jakiś składzik na papierzyska dla mnie. Co o tym myślisz?
- Dzieci? – spytałam patrząc na nią z niedowierzaniem.
- Maksymalnie trzydziestka i to tylko wtedy, gdy ich rodzice są w pracy.
- Chcesz zamknąć się z trzydziestką dzieci w stu metrach kwadratowych? Czy ty jesteś nienormalna?
- To tylko dzieci, Vera. – Rose ukradła kawałek mojego ciasta.
- Tylko dzieci! – obróciłam się w stronę Jamesa. – Słyszałeś to? Tylko dzieci!
- Dzieci są spoko. – tym razem to on ukradł kawałek mojego ciasta.
- Hej! To moje pyszności. – odsunęłam talerzyk na bezpieczną odległość. – No dobra, dzieci. Okej, niech będzie. Mogłabym trochę pozmieniać pomieszczenia i zagospodarować przestrzeń za budynkiem. Ewentualnie. Chociaż wciąż nie wiem dlaczego dobrowolnie chcesz się zajmować tyloma dziećmi.
- No dobra, skoro mamy sprawy biznesowe za sobą, to skupmy się teraz na tobie.
- Co? Na mnie? Czemu na mnie? – spytałam zajadając ciasto zanim znów wpadną na pomysł, żeby mi je ukraść.
- Mój brat chodzi denerwująco szczęśliwy, a ty niekoniecznie. – James rozsiadł się na krześle. – Moje pytanie brzmi; Dlaczego?
Nie zdążyłam się dobrze zastanowić nad odpowiedzią gdy ktoś pociągnął mnie za włosy i pocałował w rozchylone usta. Tym kimś okazał się Albus, który ma dziwną zdolność do pojawiania się w chwilach, gdy ktoś o nim mówi. Usiadł obok mnie i zaczął bawić się moimi włosami.
- Halo! Może byś się tak przywitał? – Rose zamachała rękoma przed Albusem, który wykrzywił usta w uśmiechu i przesunął rękę na moją szyję.
- Właśnie to muszę znosić od dwóch tygodni. Wolne uderzyło mu do głowy i chodzi za mną jak pies. Moglibyście go ode mnie zabrać zanim zwariuję? – spojrzałam z nadzieją w stronę Jamesa i Rose.
- Nie chodził bym tak za tobą, gdybyś się do mnie po prostu wprowadziła. – Albus wzruszył ramionami i zaczął grzebać widelczykiem w moim cieście.
- Odwalcie się od mojego ciasta. – warknęłam. – Nie mam zamiaru z tobą zamieszkać.
Złośliwiec roześmiał się tylko i rozsiadł wygodniej.
- Chcesz z nią zamieszkać? – James z zaciekawieniem spojrzał w naszą stronę.
- Widzisz, nawet jego to dziwi. – wytknęłam Jamesa palcem.
- Powiedzmy, że przynosi mi rozrywkę, którą mógłbym się cieszyć na co dzień.
- Ugh, Al, nie rzucaj nam w twarz tym, że tylko ty aktualnie masz stały dostęp do seksu.
- No właśnie. – James przyznał rację Rose, powoli przekonując się do dorosłości swojej kuzynki. Nawet się nie skrzywił, gdy powiedziała słowo na s. – poczekajcie tylko aż powiem mamie że chcecie razem zamieszkać. – Jamie uśmiechnął się złośliwie. – Od razu zaczną z babcią planować ślub, wesele i jak będzie się nazywał wasz pierworodny.
Rose i Albus zaśmiali się, ale mi wcale nie było do śmiechu. Prawdopodobieństwo tej sytuacji przeraziło mnie tak bardzo, że straciłam na chwilę oddech.
- Hej, Vera, co się stało. – chyba musiałam zsinieć na twarzy bo całą trójka zwróciła swoją uwagę na mnie.
- Nie zamieszkam z tobą. Nie będzie ślubu, wesela i żadnych dzieci. – powiedziałam zrywając się z miejsca.
Zdążyłam się teleportować zanim Albus złapał mnie za rękę.
- No dobra. – mama podała mi kubek gorącej herbaty z cytryną i miodem. – Podsumujmy to. Od kilku miesięcy spotykasz się z chłopakiem, który poza twoją rodziną i Bibianą jest jedyną osobą potrafiącą cię zrozumieć i wytrzymać z tobą na dłużej.
- Hej!
- I ten chłopak chce z tobą zamieszkać.
- Chce seksu. – wtrąciłam się. – Chce ze mną zamieszkać dla seksu.
- Oczywiście, bo to jest przecież jedyny powód. – powiedziała. – I ty uciekasz, bo zamieszkanie z nim oznacza ślub, wesele i dzieci?
- W skrócie.
- Ślub, wesele i dzieci, Vera?
- Mamo, jego rodzina jest gorsza od naszej.
- Niemożliwe.
- Też tak sądziłam dopóki ich nie poznałam. – upiłam łyk herbaty prawie parząc się przy tym w język. – Ja nienawidzę dzieci.
- Tak, ja też nigdy nie byłam ich fanką. – przyznała mama. – Twój bezczelny ojciec wmanewrował mnie aż w trójkę.
- A więc rozumiesz!
- Vera, jesteś nienormalna. – mama zabrała kubek z moich rąk i mocno mnie za nie złapała. – Uciekasz bo boisz się zaangażować. Po raz pierwszy poznałaś kogoś, chłopaka, który został w twoim życiu na dłużej i zaczynasz panikować. Ty nigdy nie panikujesz. Jesteś jedną z najodważniejszych osób jakie znam.
- Ja nie panikuję.
- Oczywiście. Ty tylko tracisz oddech i uciekasz do rodziców.
- Merlinie, ja panikuję. – przyznałam. – Jakie to okropne uczucie.
- Tak. – mama przewróciła oczami. – Wiedziałam, że ty zakochasz się zabawnie. Nawet założyłam się o to z twoim ojcem.
- Co?
- Będę bogatsza o całe dwieście galeonów.
- Nie to. – machnęłam rękoma. – Co ty powiedziałaś wcześniej?
- Zakochałaś się.
- Nie.
- Tak.
- Nie, ja się nie zakochuję.
- Oczywiście. Ty się nigdy nie zakochiwałaś, aż do teraz.
- Nie chcę się zakochać! I to w Złośliwcu.
- A to pech. – powiedziała mama i zostawiła mnie samą.
Siedziałam w swoim pokoju i wpatrywałam się w kurtkę Albusa wiszącą na oparciu krzesła. Przez cały ten czas próbował ją ode mnie odzyskać, a ja nieźle się bawiłam chowając ją przed nim. Teraz siedziałam i wpatrywałam się w nią i uświadomiłam sobie, że ona wisi tak na moim krześle już dłuższy czas, a on nawet nie pomyślał żeby jej zabrać.
„To tylko kurtka, Vera" – powiedziałam sobie w myślach. Ale to wcale nie była tylko kurtka. To był jego szczęśliwy talizman. Talizman który znajdował się moim pokoju.
- Uspokoiłaś się już? – Albus jak to on, pojawił się nagle i zaczął mi się przyglądać stojąc w drzwiach.
- To twoja kurtka. – powiedziałam wskazując ją palcem.
- Tak, widzę. – usiadł obok mnie. – Słuchaj, James tylko się droczył. Może i babcia zaczęłaby planować ślub i wesele i dzieci, ale my chyba też mamy coś do powiedzenia, tak? – położył się na łóżku. - Mam wrażenie, że oprócz mojej złośliwości przejęłaś też dramatyzowanie.
- Tam jest twoja kurtka. Dlaczego jej nie wziąłeś?
- Całkiem dobrze wygląda na tobie. Mogłabyś ją teraz założyć, a ja chętnie bym ją z ciebie ściągnął. I tak w kółko.
- Merlinie, ja naprawdę nie chcę się w tobie zakochać. – położyłam się na łóżku obok niego. – Jesteś tak okropnym materiałem na faceta, że aż mi szkoda samej siebie.
- Tak, ja też nie szukałem dziewczyny, a ty nagle się pojawiłaś.
- Życie jest beznadziejne.
- Totalnie. – obrócił mnie w swoją stronę. – Ty się nie chcesz zakochiwać, ja też nie, ale stało się. Trudno. Musimy jakoś z tym żyć.
- Czy nie powinniśmy teraz szaleć ze szczęścia, bujać w obłokach i różne tam takie?
- Nie wiem jak ty, ale ja raczej myślałem o szybkim numerku.
- Ty się nigdy nie zmienisz, prawda?
- Nah, raczej nie. – przysunął mnie do siebie tak, że wylądowałam na nim. – Jestem beznadziejnie kiepski w słodkich słówkach, więc pozostaje mi tylko seks żeby cię przekonać jak bardzo mi na tobie zależy.
Roześmiałam się. – No dobra. Możemy spróbować.
Czy ktoś ma ochotę na ciąg dalszy? A może lepiej zakończyć to tak jak jest?
