- Przemyślałam to, ja naprawdę nie mogę z tobą zamieszkać. – powiedziałam zamykając zupełnie pustą lodówkę Albusa. – Jestem osobą wszystkożerną, ale powietrze i lód to dla mnie zdecydowanie za mało.

- Mam wrażenie, że spędzasz dwadzieścia godzin dziennie jedząc.

- W końcu poznałeś tajemnicę mojego życia. – przyłożyłam rękę do serca. – Czy teraz możemy iść coś zjeść? Muszę ci przypomnieć, że mieszkam z Bibianą, najlepszą kucharką świata, więc mam też swoje standardy.

- Jedzeniowe standardy? Ty? Proszę cię, wczoraj zjadłaś owsiankę na wodzie bez żadnych dodatków.

- Wiem, była okropna, ale to jedyne co znalazłam w twoich szafkach! Byłam głodna.

- Vera, ty zawsze jesteś głodna.

- Dlatego wracamy do punktu wyjścia. Nigdy z tobą nie zamieszkam. Nie chcesz dla mnie gotować, a twoja lodówka to obszar nicości.

- Oczywiście, bo to jest najważniejsze w życiu. – Albus usiadł obok mnie na kanapie. – Jedzenie.

- Hej! Są rzeczy ważne i ważniejsze. Każdy ma swoją hierarchię. U mnie na wysokim, pierwszym miejscu jest jedzenie, trochę dalej za nim jest moja rodzina prawie na równi z budownictwem.

- Stawiasz jedzenie ponad rodzinę?

- Jeśli ugotują coś pysznego, to ich szanse się wyrównują. Dlatego tak bardzo kocham Bibianę. Jest urocza, kochana, zawsze mnie słucha i w dodatku dostarcza mi jedzenie. Pyszne jedzenie. Przesunęłam ją dzięki temu na drugie miejsce na liście moich ulubionych osób.

- Lista ulubionych osób? – Potter wciągnął mnie na swoje kolana. – Na którym jestem miejscu?

- Aktualnie? Plasujesz się na przedostatnim. Trzymasz mnie u siebie na głodzie, co klasyfikuje cię jako strasznego Złośliwca. Jesteś tylko o milimetr lepszy od ciotki Penelopy, której nienawidzę całe swoje życie.

- Merlinie. – Albus wstał i pociągnął mnie za sobą do drzwi. – Nie pozostawiasz mi innego wyboru. Muszę cię nakarmić, żeby wrócić na szczyt.

- Dokładnie tak. Przez żołądek do serca – to totalnie mój przypadek.

- Jesteś niemożliwa. – pokręcił głową, a potem nas aportował.

- Gdzie jesteśmy? – spytałam rozglądając się po nieznanym terenie.

- Gdzieś, gdzie dostaniesz coś do jedzenia i przestaniesz mnie dręczyć. – Albus wszedł do eleganckiego domu ciągnąc mnie za sobą. – No chodź, przecież o to ci chodziło.

- Tak, ale nie zamierzałam się wpraszać na kolację do twoich rodziców. – warknęłam gdy zaprowadził mnie do kuchni, gdzie wielki Harry Potter kroił cebulę w piórka.

- Cześć tato. – Albus miał durny uśmiech na twarzy. Walnęłam go w ramię, a potem uśmiechnęłam się do jego zaskoczonego ojca.

- Cześć. – Harry poprawił okulary na nosie. – Nie wiedziałem, że dzisiaj wpadniecie.

- Tak, ja też, dopóki ta furiatka nie zaczęła domagać się jedzenia. – Albus oparł się o blat i ukradł kawałek czerwonej papryki zanim jego ojciec zdążył pacnąć go po dłoni. – Co robisz? I gdzie jest mama?

- Makaron, a twoja kochana mama jest za tobą.

- Vera, Albus, nie wiedziałam, że dzisiaj wpadniecie! – Ginny Potter ubrana w wyciągniętą bluzę rozmiaru XXL wyglądała równie zjawisko jak zawsze. Choćby za to mogłabym ją znienawidzić. Ale ciężko o to, gdy ta kobieta wita cię serdecznie i nalewa ci kieliszek pysznego wina. Cholera, ci Potterowie.

- Jak już wspomniałem, Vera jest głodna, a głodna Vera to bardzo denerwująca istota. Jesteście moją nadzieją na spokój. – Albus rozsiadł się wygodnie z butelką piwa, którą wyciągnął z lodówki.

- Och zamknij się w końcu. – usiadłam obok niego. – Z każdym kolejnym dniem coraz bardziej się dziwię że wciąż daję temu czemuś co nazywasz szumnie „związkiem" szansę.

Ginny zaśmiała się i nalała sobie więcej wina do kieliszka. – Widzisz o czym mówiłam, Harry? – machnęła w moją stronę palcem. – Jest na świecie ktoś, kto tak jak ja potrafi ściągnąć na ziemię Pottera. – stuknęła swoim kieliszkiem w mój. – Strasznie się cieszę, kochanie, że wzięłaś na swoją głowę Albusa, a mi została już tylko dwójka.

- My, Potterowie, jesteśmy wspaniali. Nie wiem o co ci chodzi, mamo. – Albus przewrócił oczami i przybił piątkę wyciągniętej ręce swojego ojca.

- Właśnie z tym zmagam się od prawie trzydziestu lat. – westchnęła rudowłosa.

- Proszę cię, przecież jesteś taka sama, a nawet gorsza.

- Och zamknij się. – Ginny zaśmiała się i rzuciła zgniecioną serwetką w swojego syna. – To kiedy się przeprowadzacie?


- Vera, no daj spokój, przecież to tylko kolacja.

- Kolacja z twoimi rodzicami, Albus! Zabrałeś mnie tam bez żadnego słowa, a potem zostawiłeś z ich pulą pytań, a sam zniknąłeś na dobre pół godziny.

- Nie było mnie góra piętnaście minut. – przewrócił oczami.

- W ciągu których milion razy zdążyłam usłyszeć jak to wspaniale że planujemy wspólne życie i czy wynajmiemy razem jakieś większe mieszkanie.

- To wcale nie głupi pomysł z tym mieszkaniem.

- Ty jesteś głupi! – walnęłam go w ramię, co nie zrobiło na nim żadnego wrażenie. Pochylił się i pocałował mnie mocno w usta.

- Wyobraź sobie sypialnię z wielkim łóżkiem które zajmie prawie cały pokój. Ogromnym.

- Oczywiście, że sypialnia i łóżko to pierwsze co przyszło ci do głowy. – mruknęłam.

- I dwudrzwiowa lodówka, którą będę specjalnie dla ciebie zapełniał co parę dni, jeśli oczywiście wcześniej nie zbankrutuję.

- Ciekawe jak masz zamiar to robić, skoro mieszkasz w zamku?

- Właśnie. – Złośliwiec przejechał dłonią po twarzy. – Gdybym miał większe mieszkanie mógłbym mieć swoje laboratorium.

- Co?

- Laboratorium. Miejsce w którym mógłbym warzyć eliksiry. Chyba wiesz, że tym się zajmuję, prawda?

- Jesteś nauczycielem eliksirów. – powiedziałam.

- Nie, jestem mistrzem eliksirów.

- Co? – spytałam. – To jest jakaś różnica?

Albus zaśmiał się. – Jakaś. – przyznał. – Na co dzień ważę eliksiry na zamówienie i pracuję nad nowymi. W szkole uczyłem tylko chwilowo.

- Chwilowo.

- Tak, chwilowo. I ta chwila właśnie się skończyła. Mogę w końcu odpocząć od nieuważnych idiotów i stosów beznadziejnych esejów.

- Jak to się skończyła? O czym ty do mnie w ogóle mówisz?

- Vera, nie wracam do Hogwartu.

- Co? Ale jak to? To bez sensu!

- Dlaczego bez sensu?

- Bo myślałam, że po wakacjach przestaniesz mnie dręczyć swoją obecnością! A teraz ty mówisz, że tam nie wracasz i O MERLINIE BĘDĘ CIĘ WIDYWAĆ CODZIENNIE.

- Kotku, ludzie którzy się kochają z reguły chcą spędzać z sobą każdą chwilę.

- Ale my się nie kochamy. – przewróciłam oczami.

- No nie, wcale.

- Jesteśmy zakochani, a to jednak trochę różnica od tego wielkiego M. Poza tym, moje mięśnie miednicy nie będą miały czasu na odpoczynek jeśli będą miały z tobą codzienny kontakt.

Albus roześmiał się i wciągnął mnie na swoje kolana. – Jesteśmy taką wspaniałą parą. Świata bez siebie nie widzimy a wokół nas fruwają małe czerwone serduszka.

- Słuchaj, jeśli szukasz cukierkowej dziewczyny to naprawdę źle trafiłeś. Ja nawet do końca nie wiem jak to jest być dziewczyną, bo najdłuższe, hm, coś w rodzaju związku trwało w moim wykonaniu dwa tygodnie.

- Merlinie, a ze mną męczysz się już ponad pół roku.

- Zakochiwanie się jest beznadziejne. – położyłam głowę na jego ramieniu. – Już wiem dlaczego nie robiłam tego wcześniej.

- Nigdy wcześniej nie byłaś zakochana?

- Dlaczego jesteś taki zdziwiony?

- Nigdy, nigdy?

- Nope. Jakoś nigdy nie byłam tym typem osoby, która przejmuje się inną, wiesz? Zakochanie ssie. W jednej chwili jesteś sama i robisz co tylko sobie zechcesz a w następnej jakiś Złośliwiec wkręca cię w związek i zaczynasz myśleć o kimś innym, a nie tylko o sobie.

- Tragedia.

- No wiem! Dlatego nigdy nie dałam się złapać w te okropne sidła, a ty wszystko zepsułeś.

- Zasmucę cię, bo mam zamiar popsuć cię jeszcze trochę.

- Co? No weź.

- Zamieszkaj ze mną.

- Nie.

- Zamieszkaj ze mną.

- Mówiłam ci, że moje mięśnie tego nie wytrzymają.

- Przecież nie uprawiamy cały czas seksu. – tym razem to on przewrócił oczami. – Jesteśmy sami już prawie godzinę a ja jeszcze się na ciebie nie rzuciłem.

- Tylko dlatego że wciąż nie masz siły ruszyć się po kolacji.

- No dobra, masz trochę racji, ale robimy mnóstwo innych rzeczy razem, wiesz?

- Na przykład co?

- Um…

Roześmiałam się. – I co, nic nie przychodzi ci do głowy?

- Nope. Nasz związek opiera się na złośliwościach, jedzeniu i zajebistym seksie.

- Definicja szczęścia, co?

- Ja tam nie narzekam. – pocałował mnie w czoło. – Poza tym, jesteśmy razem pół roku, więc to chyba zdaje test.

- No w sumie. – przyznałam gładząc go po torsie.

- Nie zamieszkam w tym mieszkaniu. Jest dla mnie za małe.

Nie musiałam na niego patrzeć, żeby wiedzieć że się uśmiecha.

- I tak nie chciałem tu zostać. Znajdziemy coś większego.

- Skoro szukamy coś większego, to chcę mieć osobny pokój na mój gabinet i łazienkę w sypialni. I dużą wiecznie zapełnioną lodówkę którą mi obiecałeś.

- Załatwione.

- No to okej.

- No to okej. – roześmiał się. – Mówiłem, że cię przekonam.

- Ta lodówka mnie przekonała.

- Oczywiście. – obrócił mnie twarzą do siebie. – Przeszło mi zmęczenie.

- Merlinie, tak szybko?

Nie odpowiedział bo by zbyt zajęty całowaniem mojej szyi.


- Dlaczego się nie cieszysz? – spytałam Bibi, która razem ze mną pojawiła się u dziadków Albusa na ich zaproszenie.

- Dlaczego mam się cieszyć? – spytała bawiąc się ździebełkiem trawy.

- Dlatego, że twój najlepszy przyjaciel a zarazem miłość twojego życia jest od dzisiaj totalnie wolna i wszyscy świętują z tej okazji. – machnęłam ręką w stronę ogrodu pełnego Potterów i Weasleyów.

- Yaaaaay. – wyrzuciła w górę pięść.

- Tylko tyle radości potrafisz z siebie wykrzesać? Serio? – przestałam przyglądać się Albusowi, który zajmował się Felixem i skupiłam całą swoją uwagę na mojej przyjaciółce.

- Gdy był z Glorią, nawet jeśli było to tylko papierowe małżeństwo, wiedziałam że jest nieosiągalny. To nie jest typ faceta który zdradza. Wziął z nią ślub, chociaż nie musiał. Zrobił to bo tak należy. A teraz jest wolny, Vera. Jest wolny po sześciu latach męczenia się z tą suką.

- Przecież to wspaniale, że jest wolny.

- Totalnie do dupy! Gdy był z nią, to wiedziałam, że to nic ważnego, bo jej nie kocha. – położyła głowę na moim ramieniu. – A teraz jest wolny i mogę się założyć, że zanim minie tydzień będzie już miał na zawołanie milion ślicznotek które tylko czekają na to, żeby „umilić" mu czas.

- Ale wiesz, że jest też inna możliwość?

- Niby jaka?

- Ty będziesz jedyną ślicznotką, która będzie umilać mu czas. – poruszyłam sugestywnie brwiami za co dostałam z pięści w ramię.

- Zapomnij. Jesteśmy przyjaciółmi więcej niż połowę mojego życia. Gdyby chciał żeby to się zmieniło już dawno by coś zrobił.

- Tak jak ty. – wstałam z ziemi i wyciągnęłam do niej rękę.

- Był żonaty.

- Ale już nie jest. – powiedziałam. – A ty zamiast pójść do niego i cieszyć się z tego powodu razem z nim marnujesz mój czas na smęty.

- Hej, chyba po to cię mam, prawda? Żebyś wysłuchiwała moich smętów. Ja twoje zawsze wysłuchuję, więc teraz czas na rewanż.

- Zawsze byłaś lepsza w tej całej przyjaźni i taka ogarnięta, więc nie do końca wiem jak sobie radzić z takim smęceniem. Jak ty ze mną tyle lat wytrzymałaś?

- Nie wiem, to chyba kwestia przyzwyczajenia.

- Masakra, jeśli byłam chociaż w połowie tak beznadziejna jak ty jesteś teraz, to naprawdę ci współczuję. – podeszłyśmy do stolika na którym było mnóstwo jedzenia przyszykowanego przez babcię Albusa.

- Kotku, ty jesteś nawet beznadziejna w byciu beznadziejną. – Bibiana parsknęła śmiechem i nalała sobie soku dyniowego do szklanki.

- Tak, to cała ja. – uśmiechnęłam się do niej szeroko i wrzuciłam do ust mały pasztecik. – Pyszności.

- Wielka niespodzianka. – Albus pojawił się jak zawsze znikąd i pocałował mnie w czoło. – Moja dziewczyna obok jedzenia.

- Myślisz, że jak się rozstaniemy to twoja babcia wciąż będzie mnie zapraszała na obiady?

- Moja babcia kocha mnie nad życie, dlaczego miałaby cię wtedy zapraszać?

- Mnie też kocha. – wrzuciłam do buzi kolejnego pasztecika.

- Racja. – Albus założył mi kosmyk włosów za ucho. – Na szczęście nie musisz się tym przejmować, bo się nie rozstajemy.

- Ale moglibyśmy.

- Ale się nie rozstajemy, prawda? Szukamy razem domu.

- Szukacie domu?! – spytała Bibi.

- Dom?! – zakrztusiłam się.

- Czy ja dobrze słyszałam? – Ginny Potter pojawiła się nagle obok nas. Już wiem po kim to ma jej syn. – Dom? Szukacie domu?!

I nagle nastała cisza i wszyscy zaczęli się nam przyglądać.

- Merlinie. – westchnęłam.

- Och, to wspaniale! – Ginny uściskała mnie mocno i to samo zrobiła ze swoim synem.

- Moje wnuczątko będzie miało swój dom i zakłada swoją rodzinę. – babcia Molly zalała się łzami a ja ucieszyłam się, że w tym momencie nic nie jadłam, bo tym razem chyba bym się udusiła.

- Swoją. Rodzinę. – wydukałam.

- Nie panikuj. – Albus przyciągnął mnie do siebie i mocno mnie objął. – Vera, nie panikuj.

- Nie jestem w ciąży! – palnęłam. – Nie zakładamy rodziny!

- Oczywiście, że nie. – Molly uśmiechnęła się do mnie szeroko. – Najpierw znajdziecie dom, potem weźmiecie ślub, och ŚLUB! Tak dawno w naszej rodzinie nie było ślubu! Już się nie mogę doczekać.

- Okej, możesz zacząć panikować. – Albus spojrzał na mnie.

- Możemy urządzić to wszystko tutaj. Mógłbyś wziąć ślub tam gdzie twoi rodzice, Albus. Czyż to nie wspaniały pomysł? – Molly klasnęła dłońmi. – A potem pojawią się dzieci. Prawnuki.

- Mamo. – ojciec Albusa odsunął ode mnie i Złośliwca swoją teściową. Mogłabym go za to ucałować, ale wciąż mocno zszokowana tkwiłam w objęciach mojego równie przestraszonego jej zachowaniem chłopaka. – Mamo, uspokój się proszę. Najpierw dom. Może potem ślub i jakieś dzieci. Mają czas.

Już wiem dlaczego nazywają go bohaterem.

Harry uśmiechnął się w naszą stronę. Trochę się uspokoiłam i rozejrzałam się wokół. Bibiana razem z Hugo, Rose i Jamesem popłakali się ze śmiechu. Cała reszta również się z nas śmiała. O matko.

- Twoja rodzina naprawdę jest gorsza od mojej. – powiedziałam Złośliwcowi. Albus roześmiał się i pocałował mnie mocno. – Powinnaś już się do tego przyzwyczaić.

- Albus, mieliśmy razem zamieszkać. W mieszkaniu. W mieszkaniu które jest trochę większe, ale jest mieszkaniem a nie domem. Co ci strzeliło do głowy. – syknęłam do niego. Na szczęście Ginny postanowiła zostawić nas samych i zając czymś resztę tej zgrai.

- Wiem, ale zobaczyliśmy już tyle mieszkań i żadne nie jest na tyle odpowiednie żebym mógł mieć w nim swoje laboratorium.

- No proszę cię!

- Poza tym, skoro nie będę uczył w Hogwarcie to potrzebuję pokoju dla Felixa, bo uwielbia u mnie nocować. No i ten twój gabinet. I przydałby się duży ogród z tarasem, bo moja rodzina uwielbia przyjęcia w ogrodzie. No i oczywiście małe boisko do qudditcha.

- Masakra. Totalna masakra. – schowałam głowę w jego ramionach. – Dom. Masakra.

- No, wiem. – przytulił mnie do siebie mocniej. – Ale przyznaj, że dom jest lepszy od mieszkania. Wydaje mi się nawet, że znalazłem już odpowiedni.

- Co? – odsunęłam się od niego na tyle, żeby móc mu się uważniej przyjrzeć.

- Jest duży i okropnie obrzydliwy. Musiałabyś spędzić co najmniej miesiąc żeby zrobić z niego coś w czym moglibyśmy zamieszkać.

- Nie wiem jak ty to robisz. W jednej chwili chcę cię zabić a już w kolejnej robisz coś, za co mogłabym cię zacałować na śmierć.

- Zobaczysz, od razu się w nim zakochasz. Tynki odpadają, dach jest dziurawy, a okna wybite. Mogłabyś zrobić to swoje czary mary i dać mu nowe życie.

- Albus.

- No? – spojrzał na mnie z uśmiechem.

- Przestań, bo chodzi mi po głowie duże M.

- Czyli wszystko zgodnie z planem. Duże M, wspólny dom, a potem…

- Co? Jaki plan?

- Powiem ci za pół roku.

- Co? Dlaczego? – walnęłam go w pierś.

- Bo wtedy dojdę do ostatniego punktu z planu. – pocałował mnie w nos i pociągnął w stronę Jamesa i Rose.


Jest to moje pierwsze i najprawdopodobniej jedyne ukończone opowiadanie. Uwielbiam czytać. Nie ma dnia żebym nie znalazła dla siebie czegoś do przeczytania. Romanse, zagadki, przygody, kryminały. Pochłaniam wszystko i zawsze wyobrażam sobie te historie w mojej głowie. I myślę i dopisuję pomysły. I w końcu mam mój pomysł, Złośliwca. Z pewnością jest on niedoskonały, brakuje mnóstwa przecinków i jakiegoś sensu. Nie przeszkadza mi to, bo jest mój, bo go ukończyłam i doskonale się przy tym bawiłam.

Dziękuję za wszystkie miłe słowa jakie od Was otrzymałam. Za polubienia i obserwowanie historii. To naprawdę motywuje człowieka i powoduje na twarzy WIELKI uśmiech.

Wykorzystałam postacie stworzone przez J.K.R ale to ja nadałam im charaktery, marzenia i plany na życie. Mam narysowane malutkie drzewo genealogiczne z dziećmi, które pojawiły się w mojej głowie gdy pisałam o Albusie, Bibi, Jimmym czy Rose. Mam ich życiorysy i plany na kilka innych historii.

Jeśli macie ochotę ich historie to bardzo się ucieszę, bo ja mam CHOLERNĄ i jeśli będę miała takie miłe przyjęcie i słowa od Was to może uda mi się ukończyć chociaż jeszcze jedno opowiadanie.

Dziękuję Wam jeszcze raz bardzo i mam nadzieję że bawiliście się tak dobrze jak ja ze Złośliwcem.

KONIEC.