Kolory

Summary:

Kolorowe AU, świat, w którym każdy dotyk pozostawia na ciele ślad. Zależnie od emocji jakie czuła wobec dotykanego dana osoba, ślad ma inne barwy.
Dean Winchester jest funkcjonariuszem policji w Nowym Yorku. Razem z bratem mieszka na na Brooklynie i może nie jest aż tak źle, ale... Dean powoli popada w Szarość - jedną z najczęstszych chorób w społeczeństwie. O byciu Kolorowym może tylko pomarzyć.
Tak samo jak Castiel, któremu grozi coś gorszego od Szarości.

Notes:

Opis chyba mówi wszystko o zasadach AU ^^ Wymyśliła je moja część zafiksowana na punkcie sztuki i malarstwa, sami rozumiecie.
Może ktoś jeszcze doceni kolorowych ludzi.
Hope you enjoy :3

Woda jest ciepła i przyjemna. Jej grube, gorące bicze spadają na wyziębione ciało Deana, ogrzewając je. Zmywa brud, spłukuje stres dnia, oczyszcza Kolory pokrywające skórę. Twarda, szorstka gąbka sprawia, że stają się wyraźniejsze; uwidacznia granicę między poszczególnymi barwami, nieznacznie je rozjaśnia.

Dean zakręca korek i patrzy, jak lekko zabarwiona woda spływa do kanalizacji.

Owija się ręcznikiem i krytycznie patrzy na swoje odbicie w lustrze.

Po raz setny myśli, że praca mu nie służy. A przynajmniej jego wyglądowi. Policjanci nie cieszą się zbytnią sympatią, a Dean nie cieszy się sympatią podwójnie. Może gdyby był milszy dla kolegów, mniej zgorzkniały, mniej Szary...

Może. Ale Szarość to błędne koło, ktoś raz nią zarażony rzadko umie być w pełni Kolorowy. Dlatego, kiedy codziennie po pracy Dean zdejmuje mundur, widzi na sobie nową warstwę Burego, Brązowego, Sinego, Popielatego. Oczywiście jest też sporo - może równie dużo - Zielonego, Czerwonego, Żółtego - nie jest w końcu cholernym wyrzutkiem. Ale proporcje pięćdziesiąt na pięćdziesiąt nadal są lekko przygnębiające.

Wychodzi z łazienki wprost do salonu.

Jego brat, Sam, leży na kanapie z książką - podręcznikiem prawa czy czymś takim. Unosi wzrok znad gęsto zadrukowanych stron i spogląda na Deana.

- Kiepsko wyglądasz - mówi zatroskany, patrząc na odsłoniętą skórę brata.

- Nie wyglądałbyś inaczej po przeprowadzaniu aresztowania. Wtedy ludzie zdecydowanie cię nie lubią - odpowiada z krzywym uśmiechem Dean, przechodząc obok niego w drodze do sypialni. Nie zwraca uwagi na to, że Sam, zamiast mu odpowiedzieć, przelotnie muska palcami jego przedramię.

Nie musi tego widzieć żeby wiedzieć, że w miejscu dotyku po jego skórze rozeszły się Turkusowe, Żółte i Jasnozielone plamy. Sam jak zawsze bardzo go kocha i bardzo się martwi.

Ostatnio może nawet bardziej. Po pierwsze, Dean zaczął coraz rzadziej wychodzić z domu po pracy. Niemal nie widuje się z Bennym, Adamem czy Ashem, a do tego nie miał okazji nikogo poznać, więc Czerwień namiętnego romansu (nawet, jeśli tylko na jedną noc) została w ilościach śladowych.

Poza tym, Sam ma nową dziewczynę, Jessicę. Od tego czasu oboje są tak Kolorowi, że mogliby próbować kariery w show-biznesie (telewizja chętnie pokazuje Kolorowych. W końcu media kreują pragnienia, a wszyscy pragną być tak bardzo otaczani ciepłem i miłością. Po tym najbardziej widać, że takich ludzi jest coraz mniej - stawki za udział w głupiej reklamie jogurtu są wysokie jak mało które). Oczywiście Sam nie byłby sobą, gdyby nie miał wyrzutów sumienia, że jest tak bardzo szczęśliwy, kiedy jego brat wygląda tak, a nie inaczej. Tylko dlatego Dean pozwala mu się dotykać. Każdemu innemu rzuciłby w twarz, że nie chce jego litość i doskonale czuje się w swoim ciele.

- Hej, Dean? - Gdy kończy się ubierać słyszy z salonu podniesiony głos młodego.

- No, co jest, Sammy? - pyta, podwijając rękawy bordowej koszuli.

- Planujemy dzisiaj z Jess oglądać film. Wpadną Charlie z Jo, Kevin i pewnie Pamela z Balthazarem. Piszesz się?

Brzmi nieźle, bo Dean naprawdę lubi znajomych Sama. W sumie, widząc jak ważni dla niego są, czuje się trochę starszym bratem ich wszystkich. No dobra, może poza Balthazarem, ale on jest wyjątkowo upierdliwy i starszy od Deana - wykłada literaturę na uniwerku Sama.

Ale dzisiaj naprawdę nie ma ochoty na towarzystwo roześmianych dzieciaków. Jakoś nadal siedzi mu w głowie obraz aresztowanego dzisiaj chłopaka - miał może siedemnaście lat i prawdopodobnie resztę swojego życia spędzi w więzieniu za zabicie rodziców. Pewnie dobry adwokat byłby w stanie coś dla niego zrobić ale komuś z urzędu nie bardzo będzie chciało się marnować czas na coś takiego.

Nieważne. Dean woli nie myśl o tym, co się z nim stanie. Ale nie może wyprzeć ze świadomości tego, że szczupłe ciało pokrywały niemal w całości Czarne plamy. A Czerń jest zarezerwowana tylko dla uczuć najgorszych i sam Dean miał ją na sobie może dwa razy w życiu.

- Nie, dzięki. Umówiłem się z Bennym. - kłamie gładko. Sam siedzi za daleko, żeby móc to zweryfikować "przypadkowym" dotykiem. - Rozumiesz młody, czasem muszę się zabawić z dorosłymi.

Jego brat prycha, ale uśmiecha się zadowolony.

- Jasne jasne. Tylko wróć o ludzkiej godzinie i nie rób nic głupiego - rzuca żartobliwie.

- Powiedziałbym żebyście bawili się grzecznie i nie roznieśli domu, ale na szczęście jesteście bandą nudnych kujonów - rewanżuje się, narzucając na ramiona skórzaną kurtkę. Stoi tyłem do Sama, ale w jego głosie słychać uśmiech.

Tak samo, jak słychać nadlatujący z furkotem podręcznik prawa.

Nie jest wycelowany bezpośrednio w Deana, ale mężczyzna i tak go łapie i patrzy z wyrzutem na Sama.

- Mogłeś mnie zabić, Łosiu - mówi ze śmiertelną powagą, odrzucając książkę.

- Wybacz. - Sam uśmiecha się jak ostatnia sucza - Zapomniałem, że brak ci obycia z ciężką literaturą.

- Sucz - mamrocze Dean na pożegnanie.

- Palant - odpowiada jego brat.

To ich ulubione wyznanie miłości.

Dochodzi dwunasta w nocy. Dean łazi po mieście od dobrych trzech godzin. Zdążył zahaczyć o pub i księgarnie, ale poza tym kręci się bez celu po stopniowo pustoszejących ulicach.

Niby Nowy York nigdy nie zasypia, ale z pewnością pustoszeje i zmienia barwy. O tej porze można spotkać tu najwięcej bezcelowych, Szarych samotników - biedaków, wyrzutków, ćpunów i dziwki (wyróżniające się na tym tle nadmiarem Czerwieni) albo grupki pijanych imprezowiczów.

Nagle Dean słyszy głośny wrzask. Rozgląda się i dociera do niego, że zamyślony nawet nie zwrócił uwagi na to gdzie zawędrował. Wprost do El Barrino, jak miejscowi nazywali Harlem wschodni

Śmieszne. Nie zauważenie, że znalazło się w takim miejscu czasem można przypłacić życiem.

Stąd pewnie ten wrzask.

Chętnie rzuciłby się na ratunek, zrobił cokolwiek, ale źródło krzyku nie jest możliwe do zlokalizowania w plątaninie nieprzyjaznych uliczek. Prawdopodobnie, w co trzeciej ma właśnie miejsce jakieś przestępstwo i nieważne jak bardzo Dean by chciał, nie może nic z tym zrobić.

Mimo tego przekonania i tak decyduje się skręcić w jedną z alejek. Nawet samotna dziewczyna uratowana przez gwałtem to dużo, nieważne, ile ich jest.

Musi przejść zaledwie kilka metrów, żeby dostrzec postać kogoś, kto siedzi skulony na krawężniku.

- Wszystko w porządku? - pyta spokojnie, zatrzymując się w pewniej odległości od sylwetki, która z bliska jest zdecydowanie męska.

Oczywiście to dość głupie pytanie, bo siedzenie na wilgotnej, zaśmieconej ziemi w oszczanym, cuchnącym rozkładem zaułku nie jest w porządku, ale chodzi mu po prostu o to czy nieznajomy nie potrzebuje pomocy, bardziej niż po nim widać

Nie uzyskawszy odpowiedzi, sięga do kieszeni i wyciąga niewielką latarkę. Oświetla nią chłopaka - nie może mieć więcej niż dwadzieścia lat - by ocenić jego stan. Może być ranny, a może naćpany i potencjalnie niebezpieczny.

Ale na pierwszy rzut oka jest po prostu załamany.

Patrzy na Deana błękitnym jak wiosenne niebo oczyma, zmrużonymi od ostrego światła. Na jego Biało-Szarej twarzy maluje się czyste przerażenie. Drugie, co rzuca się w oczy po tym strachu, to Czarne plamy na odsłoniętych ramionach.

- Przepraszam. Nie myślałem, że mówisz do mnie - mówi cicho, kuląc się w sobie.

Jego akcent jest czysto amerykański, więc na pewno nie jest jednym z latynoskich imigrantów, którzy zdominowali tę dzielnicę.

Nie wydaje się też groźniejszy niż zasmarkany dzieciak, więc Dean podchodzi bliżej i kuca przy nim. Nie ma chusteczek, ale w kieszeni znajduje serwetkę z jakiegoś baru. Podaje ją chłopakowi i pyta:

- Jak się nazywasz?

- Castiel - odpowiada krótko, wycierając nos.

- Świetnie. Castiel. Ładne imię. - Może brzmi jakby mówił do małego dziecka, ale ten tu jest wyraźnie w szoku, a Dean ma doświadczenie z pracą z ludźmi w szoku. - Więc, Cas, co się stało? Ktoś cię skrzywdził? - dopytuje się. Nie dodaje, że jest policjantem, bo tutaj nie warto się tym chwalić.

- Nie - jego głos staje się nieco pewniejszy - Po prostu... Ojciec wywalił mnie z domu. Chyba na amen - wyjaśnia.

Decyzja w sumie może nie być rozsądna, ale Dean czasem nie myśli. Zwłaszcza, kiedy coś wzbudzi w nim silne emocje. A Casowi na pewno nieźle to wyszło patrząc na to, że jedną z najbardziej wyrytych w pamięci Deana scen jest ta, jak ich ojciec wyrzuca Sama z domu.

Wtedy nie pomógł bratu tak jak powinien.

Teraz po części może to naprawić i do tego uratować kolejnego chłopaka przed Czernią.

- Chodź tu, Cas. Pomogę ci. - Wstaje i wyciąga do niego rękę.

Castiel chwyta ją po chwili wahania i podnosi się z chodnika.

Jego oczy rozszerzają się z zaskoczenia, gdy od dłoni Deana pełznie po jego skórze żółto-pomarańczowa smuga, która bezlitośnie przykrywa Szarość.