Dobra, nawet nie będę udawać, że wyrabiam: oficjalniej zawieszam opowiadanie do końca lutego. Przepraszam wszystkich ale odkąd moje nazwisko pojawiło się na liście zakwalifikowanych do kolejnego etapu olijp, nie mam czasu na pisanie. Także przepraszam Was i... Do następnego :3
oooooooooooooo
W pracy Dean wciąż nerwowo zerka na swój telefon. Jednak ten uparcie leży na biurku w całkowitym milczeniu.
Cholera by to, Charlie miała zrobić tylko research na temat jednego chłopaka, nie włamywać się do Pentagonu. Co zajmuje jej tyle czasu?
Gdy już sięgał po komórkę, by zadzwonić do przyjaciółki, po biurze rozeszły się pierwsze tony „Paint it Black". Odbiera natychmiast.
- Chaz? Masz coś? - pyta, nie zaprzątając sobie głowy czymś tak trywialnym jak powitanie.
Zauważając, że ściągnął na siebie uwagę kolegów, którzy dotychczas siedzieli zajęci własną robotą, wychodzi na korytarz.
- Spokojnie, kowboju - parska dziewczyna - Tak, mam kilka ciekawych rzeczy. Wszystko wyślę ci mailem. Ale generalnie dobre wieści, Castiel ma rodzinę poza ojcem. I do tego wydaje się być całkiem sensowna. Częściowo.
- Brzmi obiecująco. Kogo dokładnie?
Przez chwilę w słuchawce słyszy jedynie ciszę. Jest pewien, że Charlie robi to celowo, dla dodania całej sytuacji dramatyzmu. Na szczęście zanim zdąży się wkurzyć, odpowiada:
- Michael Daves. Nazwisko po matce. Brzmi znajomo? - Dean niemal widzi jej przebiegły uśmiech.
Brzmi, zdecydowanie. Michael Daves... Dean przeszukuje w myślach rejestr relacji służbowych (prywatny jest za mały, żeby czegokolwiek w nim „szukać") i w końcu doznaje olśnienia.
- Michael Daves, prokurator – upewnia się, czując jak na jego usta wypływa lekki uśmiech.
Prokurator brzmi jak porządny gość, ktoś, kto zajmie się swoim młodszym bratem i pomoże mu stanąć na nogi w tych zjebanych okolicznościach. To daje Deanowi jakiś cień nadziei, punkt zaczepienia poza własnymi, dobrymi chęciami.
- Yuuup, jeden jedyny. – Policjant ma wrażenie, że dziewczyna cieszy się tak samo jak on. – Chyba jesteśmy w domu, Winchester.
- Nie mów „hop", Bradburry – upomina ją, chociaż jednocześnie samego siebie. Jeszcze nic nie udało mu się zrobić, więc lepiej uważać z radością. Niewiele rzeczy boli tak jak zgaszona nadzieja.
Charlie wzdycha do słuchawki, ,ale nie rzuca mu w twarz uwagami o pesymizmie i byciu człowiekiem małej wiary. Może wreszcie z tego wyrosła (Dean pamięta chwilę, gdy ją poznał – była wtedy wiecznie uśmiechniętą dziewczynką, słońcem, które na wszystkich pozostawiało jasne smugi; a potem stała się jedną z tych wielu dziewczynek, którym życie zechciało dać lekcje, uprzejmie przypomnieć, że to nie same jasne barwy), a może po prostu nie chciała zaczynać dyskusji, wiedząc jak niereformowalnym typem jest jej przyjaciel.
- Dobra, pogadam z Jody, żeby mnie z nim skontaktowała i dam znać jak mi poszło – zapewnia. – Na razie… wiesz, bez szaleństw i szampana.
- Trochę wiary, Winchester – mówi ciepło Charlie. – Powodzenia
- Dzięki Chaz.
Mam nadzieję, że nie będzie potrzebne.
Jody Mills jest cudowna. Dean wie to odkąd pierwszy raz ją zobaczył – kiedy akurat wykręcała rękę jakiemuś facetowi, może dwa razy większemu od niej, ale i tak pozbawionemu najmniejszych szans. Wtedy Dean wiedział już, że Jody jest kobietą jego życia. W sensie czysto platonicznym oczywiście.
Tak czy inaczej, jest jedną z niewielu osób, którym naprawdę ufa i na których może zawsze polegać. Więc, jeśli kogoś ma prosić o zaaranżowanie spotkania z prokuratorem to właśnie ją.
- Czego chcesz? – pyta Jody, unosząc wzrok znad jakichś papierów, gdy Dean staje w progu jej gabinetu.
Mężczyzna otwiera usta by powiedzieć, że przecież nie zawsze czegoś od niej chce, ale nie dostaje szansy by to zrobić.
- Daj spokój, Winchester, jesteś subtelny jak młot pneumatyczny i jak czegoś chcesz, masz to na twarzy wypisane. Więc się streszczaj, bo naprawdę mam robotę.
Dean jest szczerze wdzięczny za to, że nie musi pieprzyć się z jakąś gadaniną. Po prostu przedstawia sytuacje i prosi o kontakt z tym całym Michaelem.
- To dupek – odpowiada Jody na jego prośbę
- Co? – mężczyzna marszczy lekko brwi
- Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę z tego, że Michael Daves to skończony dupek i służbista – mówi spokojnie, stukając długopisem w kubek pełen kawy. – Ostrzegam cię zanim spróbujesz z nim gadać, do tego próbując wzbudzić w nim ludzkie odruchy.
- Daj spokój Jody, dupek dupkiem ale tu chodzi o jego młodszego brata – stwierdza z pewnością .– Gdyby chodziło o Sama, zrobiłbym wszystko. A też jestem dupkiem.
Uśmiech Jody jest niemal matczyny – Dean widział go już tyle razy, że zaakceptował to, że szefowa traktuje go czasem jak nierozgarniętego syna. Przeważnie było to też nawet miłe, nawet bardziej niż miał ochotę się przyznać, tym bardziej, że nim ją poznał, niemal zapomniał jakie to uczucie – mieć matkę.
- Lubisz to sobie powtarzać, co? – mamrocze, wyraźnie nie oczekując odpowiedzi. – I, skoro chcesz ryzykować, to umówię cię z Davesem. Tylko wiesz- zachowuj się, młody człowieku. Prokurator to szycha.
- Dobrze, ma'am. – Dean uśmiecha się tryumfalnie. – Daj znać dokładnie jak tylko coś załatwisz. I byłoby dobrze, gdyby miał wolne terminy jakoś wcześniej.
- Dla mnie? – Kobieta sięga po telefon i patrzy na Winchestera z politowaniem. – Dla mnie będzie mieć nawet na wczoraj.
Może nie na wczoraj, ale Michael Daves rzeczywiście spotkał się z Deanem najszybciej jak mógł. Cztery godziny po telefonie od Charlie, Dean stoi twarzą w twarz z młodym, przystojnym mężczyzną w nienagannym garniturze. Na pierwszy rzut oka można dostrzec jego podobieństwo do Casa – te same niebieskie oczy i ciemne włosy, podobny kształt ust…
Natomiast na pewno różnią ich Barwy. Przy Szarym Casie, Michael jest wręcz absurdalnie kolorowy. Tak właśnie wygląda człowiek sukcesu – na pewno w szczęśliwym związku, otoczony grupą przyjaciół, popularny jak rozgrywający licealnej drużyny footballowej. Wprawdzie to nieco kłóci się z wizją dupka jaką roztoczyła przed Deanem Jody, ale… Wśród rzeczy, które wiedział o ludziach było to, że mają spaczone gusta i często przejawiają skłonności średnio rozgarniętych lemingów.
Więc w sumie czemu nie.
- Dean Winchester – Michael otaksowuje go chłodnym spojrzeniem. – Mills mówiła, że ma pan do mnie sprawę niecierpiącą zwłoki.
- Tak – odpowiada Dean. – Bardzo cieszę się, że zgodził się pan na spotkanie i to jeszcze tak szybko… - ciągnie, starając sobie przypomnieć jak okazuje się szacunek tym, którzy mają go mieć tylko w zamian za odpowiedni papier. Ostatecznie obiecał Jody, że będzie się zachowywać. – Chodzi o pańskiego brata, Castiela Novaka.
Brwi Michaela wędrują w górę, nadając jego obliczu wyraz uprzejmego zdziwienia.
- Proszę mówić dalej. Chętnie wysłucham wszystkiego, co dotyczy moich drogich braci.
Trudno stwierdzić, czy to sarkazm, czy nie. Brzmi całkowicie szczerze, ale z drugiej strony, czy takich rzeczy nie mówi się zawsze sarkastycznie?
Jednak decyduje się przyjąć to zainteresowanie jako dobrą monetę i szybko opowiada o tym jak znalazł Castiela i o tym w jak żałosnym stanie jest chłopak.
Gdy kończy mówić, pomiędzy nimi przez chwilę wisi ciężka cisza. Wtedy Dean już wie, że chyba trochę zbyt pochopnie brał tę monetę.
- Czy widział pan nazwisko na drzwiach tego gabinetu? – głos Michaela jest bardzo spokojny i policjant ma ochotę przeklinać głośno, bo pewnie teraz zamiast prostego nie opatrzonego równie prostym wyjaśnieniem, dostanie całą dramatyczną przemowę.
Ale obiecał Jody, że nie będzie się rzucać, a jeśli jest kobieta, dla której zrobiłby wszytsko…
- Daves – odpowiada, siląc się na spokój. – Michael Daves
- Właśnie – kącik ust prokuratora unosi się w lekkim uśmiechu – Daves. A jakie nazwisko widnieje w dokumentach Castiela?
- Novak – cedzi przez zęby Winchester.
- Wie pan dlaczego, Winchester? Bo nie chcę mieć nic wspólnego z tą rodziną. Zerwałem wszelkie kontakty z moim szanownym ojcem, który, jak pewnie pan wie z opowieści, jest niemałym przyjemniaczkiem.
Dean zaciska zęby.
Ten dupek doskonale wie jaki jest jego ojciec. Więc dlaczego, dlaczego zostawił z nim młodszego brata? A dokładniej trzech?
- Nie da się ukryć – dupku, dodaje w myślach. – Ale zrywając z nim kontakty zostawił pan na jego pastwę trójkę braci– gdzieś z tyłu głowy słyszy głos rozsądku, podpowiadający, że powinien zachować te opinie dla siebie, ale nie za dobrze idzie mu podążanie za nim. To, co zrobił Michael Novak jest po prosty zbyt, żeby Dean mógł to tak sobie odpuścić.
- Wiesz co, Dean? – Michael patrzy na niego z politowaniem – Może nic nie wiesz o życiu. Może miałeś szczęśliwe dzieciństwo i dobrą kochającą rodzinę – słysząc to, Dean zaciska pięści i ma ochotę wybuchnąć gorzkim śmiechem. - Ja, nie. Musiałem zapracować na to gdzie jestem. – Nonszalanckim gestem dłoni wskazał gabinet, w którym się znajdowali, gabinet, którego umeblowanie kosztowało pewnie tyle, że starczyłoby na mały dom. – Gdyby którykolwiek z moich braci był… nie trzeba być inteligentnym, nie mógłbym tego po nich oczekiwać, ale chociażby pracowity, zdolny radzić sobie w inny sposób niż kradnąc. – Jego niezmącony spokój może być efektem tego, że cały gniew jaki zmieściłby w obrębie tych kremowych ścian, kumuluje się w Deanie.
- Ile miał lat Castiel, kiedy go zostawiłeś…? - warczy, zostawiając smętny chuju dla siebie. – Dziesięć? Jedenaście? Naprawdę oczekiwałeś, że dziecko poradzi sobie z psychopatą?
- Miał Lucyfera i Gabriela! – Michaela nieznacznie podnosi głos, a w jego błękitnych oczach pojawia się cień gniewu, z każdym słowem płonące coraz jaśniej – Naprawdę myślisz, że nie próbowałem nic zrobić? Chciałem zamknąć mojego ojca, ale jakoś żaden z moich braci nie miał zamiaru mi tego ułatwić. Bronili go, udawali, że nic się nie dzieje. Ba, Lucyfer nie był lepszy – skończył w więzieniu wcześniej niż on. Gabriel zwiał, wiem, że chciał zabrać ze sobą Castiela, ale ten durny dzieciak się wzbraniał i upierał, że zostanie w domu. Czy to moja wina, Winchester, że ten kretyn jest po prostu stworzony do bycia ofiarą?
Dean stoi na parkingu przed posterunkiem policji. Po chwili zatrzymuje się przed nim zdezelowana, czerwona Corvetta.
Mamrocząc pod nosem wyrazy wdzięczności z serii nareszcie, ty sukinsynu, przez Tokio jechałeś?, wślizguje się na siedzenie pasażera.
- Nie gap się tak na mnie – warczy w końcu, bo, cholera jasna, od kilku minut stoją w miejscu, ponieważ Benny zamiast wciskać gaz, wlepia w niego oczy. – Jedź, do cholery.
Jego przyjaciel poprawia swoją kretyńską czapkę marynarza i wreszcie samochód rusza.
- Pozostawisz to bez komentarza? – pyta Benny, wyraźnie rozluźniony, może nawet nieco rozbawiony.
Dean zamyka oczy, wciąga powietrze, wypuszcza powoli… i tak jeszcze kilka razy zanim się uspokoi. Dopiero teraz adrenalina zaczęła naprawdę z niego schodzić, a to, co się stało, w pełni docierać do jego świadomości.
- Kurwa – mamrocze w końcu.
- No troszeczkę – tak, Benny zdecydowanie jest rozbawiony i Dean zaraz mu z tej okazji przyjebie. – Jak się domyślasz, Jody jest wściekła.
Owszem, domyślał się.
Pół biedy, że wściekła – radził sobie już z jej złością. Gorzej, że na pewno była rozczarowana, bo jednak jej coś obiecał, a teraz prawdopodobnie starała się wyciągnąć go z gówna, w które sam radośnie wskoczył.
- Co z…
- Prokuratorem, któremu tak serdecznie przypierdoliłeś w śliczną buźkę? – dokończył Benny. – No cóż, z tegob co słyszałem, ma lekko przemodelowany nos. Ale nie jest źle, nie wniesie oskarżenia.
- Dzięki bogu – Dean czuje falę ulgi, która go zalewa.
Nie ma pojęcia, co sobie myślał – to wszystko na co się naraził przez bezmyślność… Ta praca przez lata uczyła go kontrolować gniew, tylko po to, żeby dał się sprowokować jakiemuś kutafonowi. Ale po prostu nie mógł słuchać kogoś kto w ten sposób mówił o swoich braciach, o Castielu.
- Nie zadałeś jeszcze jednego ważnego pytania – przypomina Benny wesoło.
Dean otwiera oczy i patrzy na niego niezbyt przyjaźnie. Delikatnie mówiąc.
- Kto wpłacił kaucję i, o Boże, czemu był to Balthazar…?
Z głośnym jękiem zapada się w fotel.
- Bo dostał kasę na pisanie nowej książki…
- I nie da mi o tym zapomnieć, prawda?
- Nigdy. Przynajmniej tak przypuszczam. Pewnie też zadedykuje ci wiersz w stylu Ten frajer, za którego ja przezajebisty wpłacałem kaucję.
- A tam wiersz. – Dean uśmiecha się słabo. – Cały tom poezji.
- Epos na dziesięć tysięcy zwrotek – podsuwa Benny.
- Będący zaledwie pierwszą częścią trylogii.
- Która zapewne doczeka się spin offu.
Dean śmieje się cicho, bo dobry nastrój Benny'ego chyba naprawdę mu się trochę udzielił.
Na całe szczęście, mieszkanie na Brooklynie nie jest obecnie przepełnione i stanowi Strefę Wolną od Balthazara®. Urzędują w nim tylko Sam, który skończył zajęcia wcześniej niż Jess, i Cas, który jeszcze wyraźnie dochodzi do siebie.
- Cześć dzieciaki – rzuca, w imieniu swoim i Deana, Benny, gdy przekraczają próg.
- Cześć Benny – Sam unosi wzrok znad planszy do Scrabble i szczerzy się do nowoprzybyłych. – Przywiozłeś naszego Wyjętego Spod Prawa? – Wielkie litery na początku tych słów są aż nazbyt dobrze wyczuwalne.
- O tak, całego i zdrowego – Benny zdejmuje swoje ciężkie buty przed wejściem do salonu (tylko raz odważył się nanieść błota na kremowy dywan). – Ty musisz być ten Cas, którego honoru tak dzielnie bronił mój kumpel, nie? – zagaduje, siadając na kanapie, obok Sama, vis a vi okupującego fotel Castiela.
- Litości. – Dean wywraca oczami i wycofuje się do kuchni, żeby zdobyć coś do jedzenia/uniknąć słuchania tego, co Benny będzie o nim gadał, bo obecnie nawet nie był dostatecznie sprawny by skutecznie się bronić. Padalec ma tendencję do kopania leżącego…
Wyjmuje z lodówki naręcze składników niezbędnych do uczynienia Burgera Mistrzów® aka Cholesterolowego Mordercy Nie Jedz Tego Dean Umrzesz Na Zawał® (druga wersja była autorstwa Jessici, ale Dean uznał, że nie przyjmie jej, bo jest zbyt mało chwytliwa).
- Naprawdę złamałeś nos Michaelowi? – słyszy za plecami, gdy akurat kończy kroić pomidora.
- Jezusmaria, Cas! – odwraca się i patrzy oskarżycielsko na chłopaka. – Nie zachodź od tyłu gliny, i to jeszcze uzbrojonego. – Macha znacząco błyszczącym nożem.
Cas spuszcza wzrok, bo widocznie cały luz jakiego nabył w nocy gdzieś przepadł.
- Przepraszam…
- Dobra, już nie przepraszaj. – Mężczyzna wznosi oczy ku sufitowi. – Tak, uderzyłem twojego brata. Ale ze złamanym nosem bym nie szalał… Jest co najwyżej lekko przestawiony.
- Dlaczego? – Dean chyba jednak czuje się bardziej komfortowo, kiedy Castiel przewierca wzrokiem białe kafelki a nie jego. Teraz to do niego dociera.
- Bo to dupek. Nie mów, że nie zauważyłeś.
- No cóż… zdarzało mu się – przyznaje Cas i lekko się uśmiecha.
Dean wraca do krojenia warzyw, bo dopiero, gdy nie patrzy na Castiela, jest w stanie poruszyć kolejną kwestię.
- Hmmm, pogadaliśmy chwilę i on powiedział mi coś o czym w sumie chciałem z tobą poga…
Udowadniając, że Wszechświat zawsze ma swoje alternatywne plany, rozlega się dzwonek. Dean słyszy jak Sam idzie otworzyć, potem krótką, cichą wymianę zdań (Dean nie zna tego drugiego głosu) i wreszcie:
- Castiel, ktoś do ciebie! – krzyczy z przedpokoju młodszy Winchester.
- Co? – Castiel prostuje się gwałtownie, szeroko otwierając oczy i sekundę później Dean jest już w kuchni całkiem sam.
Odkłada nóż i idzie za Casem w samą porę by usłyszeć jego pełen zaskoczenia głos:
