AN

Iii już jestem z powrotem jak Kylo w ramionach Huxa na Finallizerze.
A tak serio: Przepraszam, że tyle mnie nie było. Najpierw walczyłam z konkursem, a potem choroba dała o sobie znać i nie byłam w stanie pisać.
Postaram się teraz wyrobić jakieś przyzwoite tempo ^^
Anyway, hope you enjoy 3

- Gabriel?

Kim kurwa jest Gabriel?

Dean odkłada nóż i idzie do przedpokoju, po drodze wycierając ręce w swoje jeansy. Staje obok Castiela ciekawy, kim jest ich gość.

W drzwiach stoi niski facet ubrany w żółty płaszcz, niebieskie, wąskie spodnie, różowe trampki i duże, hipsterskie okulary w białej oprawie. Jaskrawe ciuchy to pierwsze, co rzuca się w oczy i dopiero po chwili Dean skupia się na uśmiechniętej, okrągłej twarzy, złotych oczach i karmelowych włosach.

Ten wredny, biały uśmiech i kretyńskie bryle sprawiają, że gość wydaje się nawet znajomy.

- Cassie! - Gabriel nie wydaje się ani trochę zbity z tropu faktem, że wszyscy zamarli nieco zdezorientowani, a już najbardziej zamarły i zdezorientowany jest Castiel, który wygląda jakby zobaczył trupa. - Kopę lat.

- Hej suczki. - Charie wymija Gabriela i wchodzi do mieszkania. - To Gabriel Surley, znany raczej jako Gabriel Laufeyson, starszy brat Castiela. Akurat wracał ze swojej wystawy w Dallas przez Hamptons.

- Ten Gabriel Laufeyson? - Sam wytrzeszcza oczy i Dean czuje, że powinien się nieco zainteresować sławnymi ludźmi, bo coraz bardziej irytuje go ta niewiedza.

- Jeden jedyny, dzieciaku! Chcesz autograf? - Gabriel nie wydaje się ani trochę skrępowany tym, że jego młodszy brat stoi jak lodowa rzeźba.

Dean w nagłym przypływie współczucia dla chłopaka, łapie go za nadgarstek. To prosty, niemal odruchowy gest, ale Castiel wyraźnie rozluźnia się pod jego wpływem.

- Hej, przejście, przesuń się, dziewczyno, słyszałem, że przetrzymujesz tu mojego ulubionego artystę! - Charlie zostaje brutalnie odepchnięta przez Balthazara, który wpada do mieszkania, jak powiew przesyconego smolistymi substancjami powietrza.

- Zaprosiłaś Balthazara? - pyta z niedowierzaniem Dean

Charlie niewinnie wzrusza ramionami.

- Wiesz, ma dom pełen jego grafik...

- A niech mnie! Balthazar Williams - Gabriel wydaje się równie zachwycony pisarzem, co on sam sobą.- Czytałem wszystkie twoje książki!

- A ja twoje opracowania na temat sztuki współczesnej, są... Benny!

- Balth!

- Rozumiem, że dzisiaj pijemy?

- Pijemy?

- Khm, robi się niezręcznie. - Sam ogarnia z góry nieco już tłoczny przedpokój i patrzy z zakłopotaniem na Deana i sparaliżowanego Casa.

Straszy brat łapie jego spojrzenie.

Zrób coś z tym.

Co ja mogę?

No chyba umiesz coś poza dzwonieniem do Jessici.

Sucz.

- Hej, wiem, że to serio ładny korytarz, ale może przejdziemy do salonu? - proponuje Sam na tyle głośno, żeby ich przekrzyczeć.

- Williams! - Miejse, które jeszcze pozostało wolne, postanowiła wypełnić Pamela wściekła jak trąba powietrzna. - Pequeña, estúpida zorra, znowu zostawiłeś otwartego Bentleya. Wóz za kilkaset tysięcy funtów stoi otwarty na Brooklyn- czy ja czuję papierosy?!

Widocznie dla Castiela to już zbyt wiele.

- Dean, proszę, czy mógłbyś mnie puścić? - pyta cicho.

Wtedy do mężczyzny dociera, że nadal zaciska palce wokół jego nadgarstka.

- Oczywiście, przepraszam - zmieszany natychmiast chowa rękę do kieszeni.

- Nic nie szkodzi. - Castiel patrzy na Gabriela, który już wciągnął się w jakąś rozmowę z Balthazarem, jednocześnie starającym się uspokoić Pamelę, przy okazji stojąc strategicznie blisko Sama: - Gabrielu?

- Tak, Cassie? - reaguje natychmiast i wtedy Dean uświadamia sobie, że wciąż obserwował ich kątem oka zza tych swoich głupich okularów, czekając aż Castiel zbierze się w sobie na tyle, żeby się odezwać

- Bardzo miło cię widzieć. Jednak jestem umówiony i obawiam się, że nasza rozmowa musi poczekać. - Dean jest pewien, że to kłamstwo, do tego niezbyt przekonywujące, ale widać Gabriel nie ma zastrzeżeń.

- Jasna sprawa, do później. - Uśmiecha się

- Iść z tobą? - pyta cicho Dean, zanim zdaje sobie sprawę, że wszyscy umilkli i patrzą na Castiela.

Aleście kurwa subtelni.

- Nie trzeba, Dean. Poradzę sobie sam. - Udaje, że nie widzi utkwionych w nim spojrzeń. Bierze z wieszaka kurtkę, wymija jeszcze stojącą w drzwiach Charlie i wychodzi.

- To może przejdziemy do salonu, a ja zrobię kawy - mówi Sam, tak niezręcznie jak dziecko, któremu granat wybuchł w rękach.

Serio Sammy? Serio..?

Sam bezradnie wzrusza ramionami i ucieka do kuchni.

- Hej. - Dean złapie za ramię Gabriela, który już wybierał się za resztą do salonu.

Mężczyzna błyskawicznie wyrywa się z jego uścisku, jakby dotyk Deana parzył.

- Patrz ale nie dotykaj, Dena-o - mówi z chłodem, który nie pasuje do wcześniej roztaczanych przez niego uśmiechów. - Niedobrze mi w Beżu i Szarości. To paskudne kolory.

Przez chwilę Dean ma wrażenie, że Gabriel wie o szarych plamach, które coraz gęściej pokrywają jego ciało, ale przecież... to niemożliwe. Nie może o tym wiedzieć.

Cholera jasna, czy każdy brat Castiela ma tak bardzo wypisane na twarzy daj mi po mordzie?

- Co ty odstawiasz? - pyta ostro, zaciskając pięści.

Gabriel, bezczelny dupek, którego Dean już nie znosi tak bardzo jak Michaela, doskonale wie, o co chodzi. A mimo to...

- O co ci chodzi?

- Nie obchodzi mnie, kim tam jesteś i co malujesz. Nie możesz tak po prostu pojawiać się, doprowadzać Castiela do takiego stanu, a potem udawać, że nic sie nie stało.

- Nie mogę? - Brew Gabriela powędrowała w górę - A jestem pewien, że właśnie to zrobiłem. A tak serio, to zluzuj. Może to trudne do pojęcia, ale znam Cassiego lepiej niż ty.

Dean klnie w duchu, ale w tej chwili Gabriel ma rację. Właściwie, w porównaniu z tym, jak bardzo się o niego troszczył, Winchester koszmarnie słabo zna Castiela.

Wciąga ze świstem powietrze i odsuwa się od Gabriela, który znów przywołuje na twarzy wyluzowany uśmiech.

- Znam go na tyle dobrze, żeby na przykład powiedzieć ci, że za godzinę pewnie ogarnie się na tyle, że będziesz mógł po niego pojechać, panie opiekuńczy - mówi, gdy Dean ma już zamiar wrócić do kuchni i dokończyć swój posiłek

- Dokąd? - pyta, zatrzymując się gwałtownie.

Najchętniej od razu wsiadłby do Impali i pojechał po Castiela.. Nie chce, żeby chłopak zostawał sam w takim stanie - kiedy wychodził nie wyglądał za dobrze.

- A-a, potem ci powiem. Na razie on potrzebuje czasu, a ty jesteś niecierpliwy. Na razie chodź się napić. Twój uroczy brat wyciągnął kratę piwa.

- Nie mam ochoty. - Irytuje go tak samo Gabriel, jak i jego pewność, że Dean od razu pojechałby po Casa.

Nie żeby nie miał taniego zamiaru.

Gabriel wzrusza ramionami i idzie do salonu, w którym towarzystwo już wyraźnie go zaakceptowało.

Cudownie.

Dean jest otoczony przez zdradzieckie suki.

Dzień powoli się kończy, niebo zmienia barwę na Pomarańczową.

Nawet ono ci współczuje.

To dość żałosne.

Castiel mruży oczy i patrzy prosto w słońce, chociaż to głupie i niezdrowe. A jednak go przyciąga.

Wyciąga z wymiętolonej paczki jedno Marlboro i zapala, wciągając głęboko do płuc ostry dym.

Papierosy to ciekawa sprawa. Wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi ludzie powinni ich nienawidzić - smakują obrzydliwe, na języku i zębach pozostaje lepki osad, dym szczypie w płuca i wżera się we wszystko - ubrania, palce, włosy. A przecież nikotynę można sobie zaaplikować w znacznie przyjemniejsze sposoby.

To dlatego, że zabijają.

Papierosy zabijają - udowodnione, potwierdzone, rozgłoszone. I chyba o to chodzi.

Castiel żyje w świecie pełnym nieszczęśliwych ludzi zaplątanych w szarą sieć, z której nie mogą się wyrwać. Poczucie braku sensu w życiu przy jednoczesnym braku możliwości, by je zakończyć sprawia, że z perwersyjną przyjemnością kilka razy dziennie sięgają po małą śmierć, zabierając kilka minut z zegara odliczającego do końca.

Castiel wie z autopsji, że powolne samobójstwo czyni życie łatwiejszym. Paradoksalnie.

- Wybierasz się w moją stronę? - słyszy obok siebie.

Zaskoczony patrzy w kierunku głosu i widzi czarną Impalę, która zwolniła i sunie wzdłuż krawężnika w tempie kroków Casa, i wyszczerzonego Deana Winchestera patrzącego na niego przez okno.

- Dean? Co ty tu robisz?

Jak mnie znalazłeś?

- Jestem gliną, nie? - Dean wzrusza ramionami. - To co, wsiadasz czy mam czekać aż za mną uformuje się korek i w końcu jakiś wariat wysiądzie żeby mnie zabić?

- Och, oczywiście. - Cas już ma otworzyć tylne drzwi, ale Dean gwałtownie odjeżdża kawałek.

- Na-ah, najpierw to zgaś. Dziecinka ma delikatne płucka.

Cas powstrzymuje się przed zwróceniem uwagi na to, ile substancji smolistych wydziela czarny wóz, ale ostatecznie gasi papierosa i wsiada.

Przeciska się pomiędzy przednimi fotelami na miejsce pasażera.

- Zapnij pasy bo umrzesz - przypomina Dean zanim ruszają.

Przez chwilę milczą i Castielowi naprawdę to nie przeszkadza - ta cisza wcale nie jest niezręczna - ale Deanowi wyraźnie ciąży.

- Czy chciałeś mi coś powiedzieć, Dean? - pyta, nie mogąc patrzeć, jak bardzo Winchester nie może się zebrać, żeby się odezwać.

- Co? Nieee... - Dean wbija wzrok w ulicę nadzwyczajnie skupiony na prowadzeniu. - Chciałem tylko sprawdzić, jak się trzymasz. Byłeś dość zszokowany.

- Martwiłeś się? - pyta wprost Cas.

Zna odpowiedź - po wyjściu z mieszkania spędził dobrą godzinę, patrzeć się na swój nadgarstek w miejscu, w którym złapał go Dean.

Miedziany, Patynowy, Minia, Lapis-lazuli, Cytrynowy i cała reszta. To bardzo dużo uczuć, pomyślał zakłopotany, widząc, jak bardzo martwi się o niego Dean; całą tę życzliwość, troskę. Dawno nie widział czegoś takiego na swoim ciele. A jednak chciał usłyszeć to z jego ust.

Nie wszystkie te skomplikowane kolory tylko proste.

- Tak, Cas. Martwiłem się - odpowiada Dean. - Nie uważam cię za niepoczytalnego czy coś ale... - waha się. - Wiesz, Sam kiedyś wyszedł i nie wrócił.

Bał się, że odejdę. Cas uśmiecha się.

- Nie martw się, Dean. Ja... To było zaskoczenie.

Dean kiwa głową i patrzy na niego kątem oka.

- Czy on... Gabriel... Też jest takim dupkiem jak Michael? Skrzywdził cię? Jeśli tak, to przepraszam, Charlie chciała pomóc...

Uśmiech Castiela momentalnie znika.

- Nie. To... Gabriel może być... Specyficzny, ale mnie nie skrzywdził. Praktycznie mnie wychował - zapewnia natychmiast, czując bolesny ucisk w klatce piersiowej.

- To dlaczego tak zareagowałeś? - Zatrzymują się na światłach i Dean może wreszcie na niego spojrzeć. Castiel czuje, że robi mu się gorąco ze wstydu.

Nie chce mówić Deanowi prawdy, bo wie jakie to rozczarowujące i żałosne, ale wie też, że jest mu to winien.

- Jest mi strasznie głupio, kiedy go widzę - wyznaje z trudem, marząc o tym, by móc zapalić. - Nie widziałem go od pięciu lat, wiesz? I ostatnio to ja zawaliłem.

Cas może przysiąc, że w oczach Deana czai sie cień gorzkiego uśmiechu.

- Chcesz mi o tym opowiedzieć? Wiem co nieco o zjebywaniu z braćmi, więc nie będę oceniać.

- Dobrze. - Cas myśli, że jeśli miałby komuś o tym opowiadać, to właśnie jemu - Więc... To nic długiego. Po prostu, kiedy Gabriel dostał stypendium artystyczne i miał wyjechać do Angli i chciał mnie zabrać ze sobą. A ja... odmówiłem. Chciałem zostać w domu z ojcem. To go zirytowało i wiem, że miał rację, bo nasz ojciec jest... - słowo potwór nie może przejść mu przez gardło, chociaż nie ma w tym wypadku lepszego. - Zachowałem się jak niewdzięczne dziecko.

Dean patrzy na niego dziwnie i Cas nie ma pojęcia co to znaczy. Może to rozczarowanie. Sam byłby sobą rozczarowany. Nie umiał pomóc sobie, nie pozwalał na to innym, a teraz Dean musi go z tego wyciągać. Czy ma mu to za złe?

Ku jego zaskoczeni, Dean zdejmuje z kierownicy jedną ręke i nakrywa swoją dłonią zaciśniętą w pięść dłoń Casa.

Znowu, tyle uczuć, tyle kolorów...

- Słuchaj, Cas. - Castielowi nie przeszkadza to, że patrzy na ulicę nie na niego. Wystarczy mu ten ciepły dotyk. - Wiem, co czujesz, jasne? W sensie... Mój ojciec... Nie był tak zły, jak twój. Ale też był niezłym draniem. A ja i tak nie chciałem od niego odejść. Ba, nienawidziłem Sama za to, że odszedł z domu. Kochałem go. Więc... to, że ty zostałeś przy swoim tak długo dowodzi tylko, jak bardzo go kochałeś i jak dobry jesteś. - Kolejne światła i Cas wreszcie widzi wzrok Deana. Jest poważny i smutny. - Może to niewiele znaczy, ale jak dla mnie nie jesteś żałosną ofiarą.

Cas nie wie, co odpowiedzieć

- Ja... Dziękuję, Dean. To znaczy więcej niż myślisz - udaje mu sie wykrztusić.

Winchester uśmiecha się słabo.

- To co? Jesteś gotowy jechać do domu na spotkanie z twoim koszmarnym braciszkiem? Ostrzegam, że on i Balthazar założyli już Odcinek Wzajemnej Adoracji.

- Ja... - Castiel nie jest pewien czy czuje się gotowy na konfrontację z Gabrielem. Jego brat nie jest zły ale rzadko przebiera w słowach.

- Spoko, przecież nie zostawię cię samego, nie?

Castiel uśmiecha się ciepło.

- W takim razie jedźmy.