Dobre wino to jedna z małych przyjemności Jess. Normalnie stara się żyć oszczędnie - szczegółowo planuje budżet domowy, pilnuje rachunków, robi listy zakupów, ale zawsze pozostawia dla siebie pieniądze na coś porządnego. Nie czuje się z tym źle - jedna butelka na wieczory kosztuje mniej niż całe piwo jakie wlewają w siebie chłopcy.
- Wolałam to włoskie - mruczy Pamela, obracając w ręku pusty kieliszek.
Ona i Jess stoją pod ścianą w salonie, z dystansu obserwując czterech mężczyzn na kanapie.
Pamela jest niezadowolona. Przez swoje pełne wargi zwykle wygląda jakby wydymała usta, niczym nadąsana książniczka, zwłaszcza kiedy mruży mocno umalowane oczy i marszczy brwi. Na początku Jess uważała ją za bardzo nieprzyjemną kobietę - dopiero po jakimś czasie zorientowała się, że Pamela wygląda tak, kiedy nad czymś się zastanawia. Naprawdę zirytowana Pamela ma idealnie gładką twarz, zimny, twardy wzrok i usta zaciśnięte w wąską, bladą kreskę.
Patrzy na Balthazara, który siedzi rozwalony na kanapie i wpatruje się w Gabriela, jak w jeden z jego obrazów, w taki sposób, że Jess może wróżyć mu jeszcze wiele godzin spędzonych na kanapie.
- Pam. - Jess delikatnie dotyka jej ramienia, zostawiając ślady troski. - Chyba nie jesteś zazdrosna, co?
Pamela patrzy na nią. Potem na Balthazara. Potem znów na nią.
Nie musi nic mówić.
- Kiedy ty się ostatnio widziałaś w lustrze? - pyta Jess - Myślisz, że ten kurdupel ma przy tobie szanse? Jesteś latynoską modelką. Poza tym... - Patrzy na Gabriela, który siedzi bardzo blisko Sama i opiera się o niego, choć na pewno nie wypił jeszcze dostatecznie dużo, by móc to bezkarnie robić. - Chyba ja powinnam być zazdrosna. Pan malarz artysta chce sobie zrekompensować brakujące centymetry moim chłopakiem.
Po minie przyjaciółki widzi nagle, że nie chodzi po prostu o Gabriela. To głębsza sprawa, większe wątpliwości niż to, czy jej facet poleci na bogatego i sławnego grafika.
Jess postanawia dać jej czas żeby ubrała to w odpowiednie słowa. Po prostu sięga po butelkę i dolewa wina.
- Balthazar szybko się nudzi - mówi w końcu Pam, acz z wyraźnym trudem.
- Myślisz, że mu się znudzisz? Jesteście razem rok. Nie wiem, czy z kimś tyle wytrzymał.
- I w tym jest problem. - Pamela wychyla kieliszek za jednym razem. Jess jest prawie pewna, że w jej oczach pojawiają się łzy, ale w nikłym świetle pojedynczej lampki nie jest w stanie tego stwierdzić. Poza tym twarz dziewczyny jest spokojna i żaden z mężczyzn nie wypadłby na to, że szeptana rozmowa dotyczy właśnie ich. Gdyby oczywiście, uraczyli je spojrzeniami. - Wiesz, że nigdy nie powiedział, że mnie kocha? Nigdy mnie nie dotknął na Malinowo.
- Och. - Jess nie wie, co odpowiedzieć. Wszyscy przywykli do tego, że Balthazar i Pamela są jak małżeństwo z kilkuletnim stażem. Nagła świadomość tego, że to nic pewnego (że to coś aż tak niepewnego), jest dziwna. Niezręczna.
- Właśnie. Na początku to było normalne. Nie oczekuję deklaracji aż po grób na drugiej randce. Ale teraz mnie to już martwi - przyznaje gorzko.
- Może on po prostu nie jest gotowy na takie zobowiązujące słowa. Faceci dorastają wolniej.
- Dios, Jessica, on jest dwa razy starszy ode mnie - parska - Ja się boję, że on kiedyś dorośnie, nie rozumiesz? Dorośnie i postanowi znaleźć sobie poważną, dorosłą kobietę. A ja naprawdę okażę się tylko... - waha się przez ułamek sekundy - drogą zabawką.
Niewypowiedziane dziwką wisi między nimi, ciężkie, jak ciemny, toksyczny opar.
Pamela zwierzyła się kiedyś Jessice, że żyje na utrzymaniu Balthazara. Kiedy to mówiła, była pijana, a po jej twarzy spływały czarne smugi rozmytego łzami makijażu.
To takie upokarzające.
Jessica rozumiała, czemu Pam tak uważa. Młodsza kobieta nie powinna brać pieniędzy od starszego, bogatego mężczyzny, zwłaszcza jeśli z nim sypia.
Ktoś tak dumny, jak Pamela, normalnie nigdy w życiu by się na to nie zgodził. Ale musiała zostawić dumę w domu, z którego uciekła, gdzieś na pogrzebie młodszego brata, gdzieś ze swoją matką prostytutką.
Uciekła i w Nowym Jorku poznała Balthazara. Całkiem przypadkiem, w klubie, kiedy był tak pijany, że ledwo stał, właśnie przegrał w karty swój samochód i potrzebował kogoś, kto odwiezie go do domu zanim przegra willę w Hamptons. Dopiero rano, kiedy zszedł do kuchni, w której sie rozgościła, okazało się, że to ten Balthaza, sławny pisarz .
Tylko fakt, że mógł palić pieniędzmi w kominku sprawił, że po miesiącu związku zgodziła się do niego przeprowadzić i wręczyć sobie kartę kredytową bez limitu.
Pam, to nic złego. On się po prostu troszczy. Najwyżej kupi sobie dwie butelki whisky mniej.
Po tym wybuchu Pamela wydawała się pogodzona z sytuacją, jednak widocznie ten ból nadal gdzieś w niej siedział. Ból i strach, że mimo wszystkich starań, skończyła jak swoja matka.
- Pam, kochanie. - Jess przygryza wargę, zastanawiając się chwilę. - Chcesz go zostawić pierwsza?
- Nie. Ja go kocham - jej głos jest bardzo cichy.
- Zakład Pascala.
- Słucham?
- Bardziej opłaca ci się z nim zostać, mieć nadzieję, że się uda i potem ewentualnie cierpieć, niż cierpieć teraz i potem myśleć, o zmarnowanej szansie - wyjaśnia.
Pamela patrzy na nią kątem oka.
- Lubię twoją matematyczną logikę. Ale wiesz, że to nie takie proste, prawda?
- Ale to zawsze jakaś podstawa, nie? - Jessica bierze Pamelę za rękę. - Chodź, pójdziemy do klubu.
- Nawalić się? - pyta z nadzieją
- Nie. Potańczyć. Endorfiny dobrze ci zrobią.
Po chwili wahania dziewczyna wzrusza ramionami i daje się wyciągnąć z salonu. Jess ma nadzieję, że nie zauważyła jak bardzo Balthazar nie zwrócił uwagi na ich wyjście.
Przed wejściem do kamienicy Dean i Cas wpadają na Jess i Pamelę.
- Jess? - Dean patrzy na nią zaskoczony. Dziewczyna Sama rzadko wychodzi wieczorem, jeśli następnego dnia ma zajęcia od rana. - Gdzie się wybieracie?
- Do BBT, panie władzo - odpowiada za nią Pamela.
Obie patrzą na Casa, który zachowuje się trochę, jakby chciał się schować za Deanem. W ciągu drogi był niemal odprężony, ale, gdy wysiadł z samochodu, znów spiął się, jak ktoś, kto czeka aż spadnie na niego cios.
- Twój brat nadal siedzi na górze - uprzedza lojalnie Jess.
- Wiem - mamrocze Cas.
- Ale spokojnie, lekko wstawiony jest sympatyczniejszy.
Chłopak wygląda, jakby chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymywał.
- Nie będziemy was dłużej zatrzymywać - mówi natychmiast Dean. Łapie Casa za nadgarstek i ciągnie go do środka. Nie ma sensu bardziej komplikować sytuacji. - Na razie, dziewczyny.
Kiedy wchodzą po schodach, Castiel odzywa sie nieoczekiwanie:
- Gabriel nie pije.
- Co? - Dean patrzy na niego, marszcząc brwi, skonfudowany tym stwierdzeniem.
Cas kręci głową.
- To, co powiedziała Jessica... Odkąd pamiętam, Gabriel nie wypił nic więcej niż słabe piwo. Po prostu udaje, że to robi. Bo tak mu łatwiej. Nie lubi być traktowany poważnie.
Dean nie ma pojecia, co zrobić z tą informacją. Widocznie do Casa dociera, że to dla niego trochę zbyt wiele, jeśli chodzi o rodzinne sprawy. - Przepraszam. Nie powinienem ci tego mówić. Po prostu nie chcę, żebyś źle go oceniał.
- Nie robi zbyt dobrego pierwszego wrażenia. Ani dwóch następnych.
- Jest trochę nieprzystosowany - wzdycha. - Ale to dobry człowiek. Po prostu czasem potrzebuje kogoś, kto przetłumaczy to na język reszty świata.
Mentalna notatka: Castiel ma skłonności do dramatyzmu.
Mentalna notka #2: Castielowi bardzo zależy na Gabrielu. Czuje, że ma u niego dług i jest opiekuńczy.
Uwaga: Trzeba być miłym dla Gabriela. Albo chociaż go tolerować.
- Spoko, Cas. Nie mam zamiaru go pochopnie oceniać. Będę się zachowywać, nawet bez potępiającego wzroku Jess na karku.
- Dziękuję, Dean. Bardzo mi na tym zależy, bo...
Urywa i nie kończy.
Bo?
Dean nie drąży, chociaż zżera go ciekawość. Ale nadal trochę obchodzi się z Casem, jak z ofiarą przestępstwa, znalezioną w ciężkim szoku.
Wchodzą do mieszkania i od razu uderza ich zapach przypalonego jedzenia.
- Och, no dajcie spokój, Jess i Pam wyszły pięć minut temu! - krzyczy zirytowany Dean.
Jest głodny, a jeśli dziewczyny coś ugotowały, to nadawało się to już do palenia w piecu. I niczego innego.
Z kuchni wypada przeklinający głośno Balthazara, a za nim zanoszący się rechotem Benny.
- Co wy, kurwa, robicie?! - Tak, głodny Dean, to zły Dean. Zły Dean stykający się z głupotą otoczenia...
- To nie nasza wina - broni się Balthazar. - Pamela zostawiła chilli samo sobie i gdzieś poszła.
Dean wzdycha, jak męczennik za grzechy świata. Przypalili chill, bo żaden kretyn nie wpadł na to, że samo się nie pomiesza.
- Czyli nie mamy kolacji, tak?
- Mamy chleb - mówi Sam tryumfalnie, wyłaniając się z kuchni z paczką syfnego tostowego.
Powstrzymując się przed kąśliwym: wow, Sam, chleb, ale super, sam upolowałeś?, patrzy na nich z mieszaniną politowania i irytacji. Dzieci, cholerne dzieci, które nie umieją sobie zrobić kolacji.
- Gdzie jest Gabriel? - pyta
- W kuchni. Zaoferował, że coś ugotuje - mówi Balthazar tonem, świadczącym dobitnie o tym, że Gabrielowi należy się za to medal kongresu i złota gwiazdka.
- Cas, wywleczesz braciszka z kuchni, żebym nie musiał oglądać jego buźki? - pyta Dean, odwracając się do chłopaka, który milczy niezręcznie.
Idź z nim, do diabła, pogadaj, a ja zrobię coś bez gabrielowych patogenów.
Castiel nie wygląda na przekonanego, ale idzie powoli w stronę kuchni.
- Jeżeli chcecie, możecie skorzystać z naszej sypialni - oferuje Sam. - To znaczy, żebyście mieli gdzie pogadać spokojnie - zaznacza natychmiast. Dorastał z Deanem i szybko nauczył się, że żadnego potencjalnie dwuznacznego tekstu nie można pozostawiać z niedomówieniami.
Dean chciałby powiedzieć: głowa do góry, będzie dobrze, młody. ale przy niezręcznej ciszy, jaka zapadła, byłoby to irytująco głośne.
- No już, moczymordy, do salonu. - warczy zamiast tego do reszty.
Benny i Balthazar patrzą po sobie i natychmiast wycofują się do salonu. Sam zostaje. Patrzy na Deana, lekko mrużąc oczy w sposób właściwy dla podejrzliwych suczy.
- Dean, ale ty wiesz, że zachowujesz się jak Jess, nie?
Dean wie, ale uparcie to ignoruje.
Po tym, jak ich matka zginęła w pożarze, a ojcu odbiło, przez lata był dla Sama nie tylko starszym bratem, ale też obojgiem rodziców. Chcąc zapewnić mu jak najnormalniejsze dzieciństwo musiał nauczyć się niektórych rzeczy - prania, gotowania, płacenia rachunków i bycia odpowiedzialnym. To prawda - kiedy Sam poznał Jess - kobietę, która przejęła obowiązki w kwestii ogarniania faceta, który może był dojrzały, ale tak naprawdę nigdy nie dorósł - Dean odbił sobie straconą młodość, zachowując się „niepoprawnie i niedojrzale", ale to poczucie odpowiedzialności nadal w nim siedziało. Tak jakoś się stało, że Castiel, pierwsza osoba od dawna, którą naprawdę chciał się zaopiekować, wywlekła je na wierzch.
- Wiesz, upatrywanie we mnie swojej dziewczyny nie jest zdrowe, Sammy - parska.
Doskonale wiesz co mam na myśli, Dean
- Nie pochlebiaj sobie. Nie jesteś w moim typie - zapewnia. - Dobra, myślę, że już skorzystali z drugiego wyjścia i sobie poszli. Możemy coś ugotować.
- To urocze kiedy udajesz, że wiesz do czego służą garnki i patelnie - mówi Dean, ale nie protestuje. Ostatecznie przyda mu się murzyn kuchenny do siekania cebuli.
Siedzą przy stole i jedzą kolację. Rozmowa Castiela i Gabriela się przedłuża i Dean powoli zaczyna się martwić. Jednak dzielnie uczestniczy w rozmowie o niczym i nie daje po sobie poznać, jak bardzo chciałby iść do sypialni Jess i Sama, skopać tyłek Gabriela (ot dla zasady) i sprawdzić jak czuje się Cas.
Wtedy Gabriel wraca - jego twarz wykrzywia uśmiech sztuczny, ale dobrze wykonany - jak u drogiej lalki.
Dean powstrzymuje się przed zerwaniem się z miejsca. Jednak Gabriel widzi jego nerwowe drgnięcie.
- Spokojnie, kowboju, daj mu chwilę - mówi bezczelnie, mając gdzieś fakt, że tym razem nie są sami.
Dean tak bardzo, bardzo go nienawidzi, ale zostaje na miejscu. Chce czy nie, musi zaufać Gabrielowi w kwestiach Castiela tak, jak każdy zaufałby mu gdyby chodziło o Sama.
Zastanawiając się, jak długa jest chwila, wraca do jedzenia.
Po tym, jak sprzątnęli ze stołu, Gabriel wziął Bentleya Balthazara (Dean pozwolił mu na to tylko dlatego, że wierzył Castielowi, co do abstynencji jego brata), zapakował tam całą radosną ekipę i oznajmił, że rozwiezie ich do domów. Sam pojechał z nim - musiał ciągle wydzwaniać do Jessici, która radośnie pijana oznajmiła, że nie ma zamiaru wracać do domu, bo jest silną i niezależną kobietą. A Pamela zostaje z nią.
Tak czy inaczej Sam i Gabriel musieli je złapać i seksitowsko rozwiać ich fantazje, o niezależnym szlajaniu się całą noc po mieście.
Dopiero wtedy, Dean idzie do swojego pokoju, który tymczasowo jest pokojem Castiela.
Wcale nie jest zaskoczony tym, że chłopak siedzi na balkonie, skulonu, z kolanami pod brodą, a obok niego piętrzy się stos petów.
- Hej Cas. - Dean siada obok. Wtedy zauważa, że policzki chłopaka są wilgotne od łez, a oczy spuchnięte. - Co się stało? Chcesz o tym pogadać?
Cas bez słowa kręci głową, po czym opiera ją na ramieniu Deana i zamyka oczy.
Dan obejmuje go i nie odzywa się. Skoro Cas nie ma ochoty rozmawiać, to Dean chce po prostu przy nim być.
