Odkąd Cas pamięta, Gabriel nosił rękawiczki. Kiedyś zwykłe, najtańsze znalezione na bazarze, teraz drogie, z delikatnej, białej skóry. Zawsze było w tym coś niepokojącego - w świecie, w którym wszyscy znają swoje uczucia, ktoś, kto chce je ukryć, jest podejrzany.
A jednak, Gabriel wolał znosić krzywe, nieufne spojrzenia niż dzielić się nimi z kimkolwiek.
Kiedy usiadł obok Casa na brzegu łóżka Sama i Jess powoli i z wyraźną niechęcią zdjął rękawiczki, jasno dając do zrozumienia, że nie ma nic do ukrycia.
- Kopę lat, Cassie, nie? - nie wydawał się ani trochę skrępowany. W przeciwieństwie do swojego młodszego brata, który sprawiał wrażenie, jakby chciał być gdziekolwiek indziej.
- Gabrielu - wydusił z trudem Cas, uznając, że lepiej mieć już to za sobą. - Strasznie, strasznie przepraszam. Zachowałem się jak skończony, niewdzięczny dupek i naprawdę mi przykro...
- Och, zamknij się, szczylu. - Gabe wywrócił oczami. - Wiem, że ci przykro. Ty życie spędzasz na byciu przykrym.
Zaskoczony Cas zamyka usta i patrzy na niego pytająco.
- Cieszę się. - Cas zmusił się do pełnego napięcia uśmiechu. - Więc o czym chciałeś porozmawiać?
- Wiesz, nie widzieliśmy się kilka lat, miło, że uznajesz, że muszę mieć konkretny cel, żeby zaprosić cię na rozmowę... - Gabriel wywrócił oczami
- Przecież widzę, że masz konkretny cel - uświadomił go Cas. Znał go trochę zbyt dobrze, właściwie byli dla siebie nawzajem bardzo przejrzyści, chociaż inni ludzie uważali ich za dziwnych i skomplikowanych.
- To też prawda.
Milczał przez chwię w bardzo nie Gabrielowy sposób, jak człowiek, który myśli zanim coś powie.
- Dobra, chcę żebyś jechał ze mną do Anglii. Załatwię ci szkołę i zamieszkasz ze mną, póki nie postawimy cię na nogi - oznajmił w końcu.
Cas mógł się wcześniej domyślić, że o to chodzi (gdyby nie był tak skupiony, na wyobrażaniu sobie tego, jak starszy brat go zjedzie za bycie kretynem) ale nagle poczuł się osaczony. I winny.
Nie chciał nigdzie jechać.
Właściwie chciał zostać dokładnie tam gdzie był, w miłym, ciepłym i kolorowym mieszkaniu Deana.
A mimo to czuł, że za bardzo nie ma wyboru, co budziło w nim jeszcze większy wewnętrzny opór.
- Gabrielu, nie mogę... - powiedział cicho, mając uczucie okropnego deja vu.
Gabriel popatrzył na niego z powątpiewaniem.
- Dawaj, powiedz mi, że masz tu życie, którego nie możesz zostawić. Szkoła, rodzina, przyjaciele... - parsknął. - Serio, jeśli jest człowiek z niczym to jesteś nim ty, Cas - to stwierdzenie było tak samo okrutne jak przawdziwe więc Castiel nawet nie umiał poczuć się zraniony. - A ja chcę dać ci wszystko czego potrzebujesz.
Nie było dobrych słów, które mogłyby wyjaśnić Gabrielowi, co czuł tak żeby nie zabrzmiało to dziecinnie i naiwnie. Sam w jakiejś mierze zdawał sobie sprawę z tego, że nie powinien z miejsca przywiązywać się do ludzi, których znał od dwóch dni.
Zawsze był zbyt ufny, jakby brutalne życie niczego go nie nauczyło. Ale nie umiał inaczej.
- Mam przyjaciół... - zaczął niepewnie
- Nie Cas - przerwał mu stanowczo Gabriel. - To nie są twoi przyjaciele. To dobrzy ludzie, których miałeś szczęście spotkać. Poza tym, nic o nich nie wiesz.
Miał rację. Miał rację, jak cholera, ale Cas nie umiał przyswoić żadnej logiki. Nie na myśl o tym, że miałby nigdy więcej nie zobaczyć Deana.
- To przyjaciele Deana, a on... - podjął kolejną, skazaną na porażkę próbę.
- Dean-o - westchnienie Gabriela było, jak modlitwa o litość skierowana do sufitu. - Widzę jak na niego patrzysz, okej?
- Więc rozumiesz, że...
Dojście do słowa zasadniczo mijało się z celem, bo Gabriel wydawał się pewien tego, że nie usłyszy niczego odkrywczego. Możliwe, że dość słusznie.
- Oglądałeś Frozen, młody? - zapytał po prostu
- Tak. - Cas skinął głową. Właściwie nie pamiętał filmu za dobrze, tak samo jak okoliczności w których go widział.
- Więc wiesz, czuję się jak Elsa, której Anna po godzinie znajomości z Hansem oznajmia, że planują ślub.
- Ale Hans był zbyt idaalny. - Cas nie miał pojęcia, co właściwie ma na celu ta bezszenswona obrona, bo rozumiał, co Gabriel miał na myśli. Chyba po prostu w głębi serca bardzo chciał usłyszeć: "Masz moje błogosławieństwo młody, szczęścia na nowej drodze życia." I nosił rękawiczki, więc Anna nie miała pojęcia, co czuje naprawdę.
Gabriel zbył to machnięciem ręki.
- Przestań, wiesz o co mi chodzi. Nie mówię, że Winchester na koniec filmu spróuje cię zabić tylko, że chyba działasz za szybko. Świat kopał cię całe życie i jak wreszcie spotkałeś kogoś, kto okazał ci serce, to od razu poczułeś, że możesz oddać mu swoje. To tak nie działa. - Złapał go pod brodę i zmusił do spojrzenia sobie w oczy. Cas nawet nie zauważył, kiedy odwrócił wzrok. Pożałował też, że nie ma lustra, bo bardzo chciałby zobaczyć uczucia Gabriela. - Słuchaj Cas, bardzo cię kocham. I serio, nawet jeśli jestem złamasem, to zrobiłbym dla ciebie wszystko. Ale teraz oczekuję od ciebie dojrzałej decyzji. Nie odpierdalania Wertera.
- Chciałbym to po prostu przemyśleć - odpowiedział po chwili wahania. Chciał o tym porozmawiać z kimś jeszcze i to dopero uświadomiło mu, jak bardzo samotny jest. Nie miał swoich przyjaciół, miał przyjaciół Deana, którym przecież nie mógł powiedzieć, że zdążył się w nim zadużyć.
- Litości. - Mimo wszystko, Gabriel uśmiechnął się i objął go. Cas nie musiał widzieć Barw żeby być pewnym wsparcia i miłości. Pierwszy raz od dawna. - Z resztą, słuchaj, ja nie mówię, że ty i Dean to sprawa stracona. Po prostu daj temu czas, okej? Kiedy wyjedziemy utrzymujcie kontakt. Jeśli coś miałoby z tego być, to wytrzyma próbę czasu. A może wy, nie wiem, poznacie się zanim się na niego rzucisz.
- Gabrielu, wiesz, że nie jestem z tych...
- Wiem, Cassie. Tak się droczę. - Gabriel poczochrał go i wstał. - Zostawię cię samego, okej? Żebyś wszystko sobie poukładał.
Castiel z wdzięcznością skinął głową.
- Dziękuję Gabrielu. Za propozycję i za wszystko. I ja ciebie też kocham - powiedział niezręcznie, czując, że powinien to zrobić.
- Wiem - starszy brat posłał mu swój firmowy uśiech i wyszedł.

Dean nie wie ile czasu mija, kiedy tak siedzą obok siebie, on obejmując Casa, Cas opierając głowę na jego ramieniu.
- Gabriel chce mnie ze sobą zabrać do Anglii - mówi nagle Castiel.
"Och" samo ciścnie się na usta, ale przecież Dean Winchester nie mówi "och". Tak reagują baby.
- Pojedziesz? - pyta, bo to prawdopodobnie najodpowiedniejsza reakcja.
Nie żeby jakoś bardzo zależało mu na odpowiedzi. Zwłaszcza gdyby miała być twierdząca. Mimo wszystko liczył na to, że Cas zostanie z nimi dłużej. Zdążył go polubić. I w jakiś dziwny sposób związać, trochę tak jak dziecko, które uratowało kota z ulicy.
Przyniosłem go do domu, mamo, nie możemy teraz tak po prostu go oddać.
Kiedy raz się o coś zatroszczysz zaczyna cię interesować jego los. Jest związany z twoim losem i nie możesz ich tak po prostu rozerwać.
- Nie wiem - przyznaje Cas z wyraźnym trudem - Myślisz, że powinienem?
Nie.
Nie jak cholera.
- Zależy, co dokładnie proponował.
- Chce mi załatwić szkołę. Mieszkanie. Może pracę - waha się - No wiesz, zająć się mną.
Dean nie mówi, że sam chciał to zrobić. Wie, że Gabriel ma większe prawo do zajmowania się Casem. I zrobi to najlepiej, tak jak nikt lepiej od Deana nie zająłby się Samem.
- Myślę, że powinieneś jechać, Cas - odpowiada, chociaż te słowa z trudem przechodzą mu przez gardło - To wielka szansa.
Byłby pierdolonym egoistą, gdyby powiedział cokolwiek innego. A to ostatnie na co ma ochotę.
- Naprawdę tak myślisz?
Chłopak odwraca lekko głowę, by spojrzeć na niego. Niemal stykają się nosami i Dean musi wstrzymać oddech, żeby nie zrobić niczego, czego potem mógłby żałować.
- Tak, Castiel. Myślę, że pierwszy raz od dawna ktoś naprawdę może ci pomóc i nie powinieneś tego zmarnować. Ostatniego razu żałowałeś.
- Ty mi pomogłeś, Dean. Naprawdę.
To niczego nie ułatwia i Dean odwraca głowę, żeby wbić wzrok w nocne niebo i uspokoić dziko walące serce.
- Nie ma sprawy, Cas. Wiesz, pewnie tak i cholernie cieszę się, że to zrobiłem. Ale nie dam ci tego, co Gabriel. Poza tym, czuję się za ciebie trochę odpowiedzialny, więc muszę cię z nim wypchnąć. Wiesz, mam silnych kumpli, zapakujemy cię do samolotu.
Cas prycha i niemal przypomina to śmiech.
- Dobra, to brzmi jak powiażna groźba.
Po kolejnej dłuższej chwili milczenia, Dean przełamuje się i pyta:
- Coś się stało?
- Nie - Cas kręci głową - Trochę. Po prostu dziwnie mi.
- W sensie?
- Wiesz, myślałem, że mamy jeszcze mnóstwo czasu - zaczyna niezręcznie. - To znaczy nie mam wobec ciebie jakichś planów po prostu, no, polubiłem cię. I myślałem, że może bedę mieć to szczęście i poznam cię lepiej. A tu dwa dni i... koniec.
Dean czuje dokładnie to samo i to przynosi ulgę. Nie tylko on miał nadzieje. Więc nie jest aż takim frajerem.
- Jaki koniec? - parska, uśmiechając się. O dziwo nie całkiem wymuszenie. - Daj spokój, Cas, mamy dwudziesty pierwszy wiek. Nie będę musiał inwestować w gońca, który przepłynie atlantyk. Po prostu do mnie napisz, jak będziesz miał ochotę.
- Naprawdę chcesz, żebym do ciebie napisał? - to pytanie jest idiotyczne ale, jako, że Dean ma ochotę odpowiedzieć tym samym, nie wytyka tego.
- Jasne - zapewnia - Z resztą, rzucony na pastwę brytoli będziesz potrzebował towarzystwa kogoś normalnego.
O ile to możliwe, Cas przysuwa się jeszcze bliżej niego.
- Dzięki, Dean.
- Dla ciebie zawsze, Castiel.