Mimo tego, że wyjazd Castiela był zaplanowany i nieunikniony, a Dean w pełni się z nim pogodził, pożegnanie jest ciężkie i nadchodzi zdecydowanie zbyt szybko.
Ku zaskoczeniu zarówno jego jak i Castiela, następnego dnia, wieczorem w salonie małego mieszkania na brooklynie zjawili się nie tylko zmęczeni po dniu nauki z kacem Sam i Jess, ale też Jo z bardzo zadowoloną z siebie Charlie oraz skacowani Benny i Balthazar w towarzystwie równie skacowanej, co milczącej Pameli. Taka ilość ludzi mordowanych kacem, którym mimo wszystko zechciało się ruszyć tyłki znaczyła, że jest poważnie.
Mimo tego, że atmosfera jest nieco stypowa, Dean widzi, że z ust Casa nie znika cień uśmiechu. Niewyraźny i trochę spięty ale wciąż na swój sposób szczęsliwy. Nerwowo je ciastka, które Pamela kupiła, zbyt słaba żeby brać się za pieczenie, i wyjątkowo dużo mówi, jakby chciał szybko wyrobić roczną normę. Dean nie wie, czy to szczere czy z poczucia przyzwoitości ale miło patrzeć na Castiela, który pyta Jo o warsztat, dyskutuje z Charlie i Balthazarem o jakiejś książce i śmieje się z żartów Benny'ego. Ta rozmowa absolutnie nic nie wnosi do ich życia, ale przez nią Dean ma wrazenie, że będzie tęsknić za Castielem dużo bardziej niż po tych wszytskich sam na sam, kiedy mówili poważnie i osobiście. Chyba po prostu będzie brakować mu wszystkich okazji, w których mógłby go zobaczyć właśnie takiego.
Potem do mieszkania wchodzi Gabriel i pragnienie Deana, żeby mu przyłożyć, osiąga całkiem nowy poziom. Zwłaszcza, że mina Castiela rzednie tak, że pewnie nawet by go nie powstrzymywał.
- No – mówi Gabriel na powitanie. – Komu w drogę temu czas. Spakowałeś plecaczek?
- Tak, Gabrielu… - Castiel niechętnie wstaje z kanapy i patrzy niepewnie na swoich nowych przyszłych przyjaciół. Wystarczy dać im trochę czasu.
W końcu Pamela wstaje i przytula go mocno.
- Trzymaj się, dzieciaku. Powodzenia na nowej drodze życia. – Uśmiecha się ciepło i staje na palcach żeby pocałować go w czoło. Jej usta zostawiają Liliowo-Cytrynowy ślad. – Pamiętaj, żeby zdrowo się odżywiać, jasne? Żadnych fast foodów, a jeśli już to Subway, bo dają dużo warzyw.
- Tak, słuchaj mamy Pam. – Charlie sama go przytula – Dam ci mojego Instagrama, tumblra, twittera, snapchata, vimeo, maila i pinteresta. Odezwij się czasem.
- Oczywiście – zapewnia, nagle znów niezręcznie, Cas. Na aż taką bliskość chyba nie był przygotowany.
- Wyślij zdjęcia Londynu, koniecznie. Nigdy nie byłam w Londynie.
Dean cofa się pod ścianę i staje obok Gabriela.
- Opiekuj się nim, dobra? – mówi w ramach czystej formalności, patząc jak Benny klepie Casa po ramieniu, a Balthazar i Jo wymieniają z nim silne, męskie uściski dłoni.
- Wiem, że wydaje ci się, że nikt nie zrobi tego lepiej od ciebie, Dean-o, ale możesz być spokojny. – Gabriel dobitnie strzela balonem z różowej gumy. – Wiem, co robię. Wychowałem go.
Dean mu wierzy, ale nie całkiem ufa.
- Będzie do mnie pisać – ostrzega, na wypadek, gdyby Gabriel miał zamiar okazać się takim chujem, jak Michael.
- Och, mam taką nadzieję. A ty masz pisać do niego. Bo napuszczę na ciebie moich ludzi.
- Ty nie masz ludzi, Gabrielu. Jesteś cholernym grafikiem, nie bossem mafii – zauważa Dean, uśmiechając się krzywo na myśl, o tym, jak wyglądałaby mafia kierowana przez Gabriela. Pewnie napadaliby na cukiernie i sklepy z okropnymi ubraniami.
- A skąd ta pewność? Gdybym był, nie wiedziałbyś o tym. Byłbym w tym zbyt dobry.
- Uważaj, bo ci uwierzę i cię aresztuję – parska Winchester.
- Dean? – to Castiel, który właśnie wyswobodził się z niedźwiedziego uścisku Sama. Patrzy pytająco na Deana, jakby naprawdę nie był pewien, czy ten zechce się z nim pożegnać.
- Oho, widzę moja kolej. Myślałem, że się nie doczekam. Jesteś rozchwytywany jak jakiś gwiazdor. – Dean uśmiecha się szczerze, chociaż trochę smutno i łapie go za ramię. Nikt nie wydaje się być urażony tym, że odsuwają się trochę na ubocze, żeby spokojnie porozmawiać. Tylko Benny szczerzy się, jak skończony kretyn i mruczy coś, na co Jo dźga go palcem pod żebrem.
Dean nie zwraca na to uwagi – przywykł do tego, że jego przyjaciel to skończony idiota.
- Będziesz do mnie pisać? – pyta od razu Castiel.
- Oczywiście, Cas. Przecież już to obiecałem. I nie, nie rozmyśliłem się. Jestem dosyć stanowczy.
- To dobrze. Będę za tobą bardzo tęsknić. – Chociaż brzmi trochę jakby miał się rozpłakać, to nie robi tego. Wydaje się szczęśliwy – szczęśliwy, że wreszcie ma kogoś, za kim będzie mógł tęsknić.
- Ja za tobą też. – Dean żałuje, że Castiel ma na sobie bluzę z długim rękawem, a on mundur. Mogliby po prostu dotknąć swoich ramion i patrzeć jak barwy swobodnie przepływają ze skóry na skórę, wyrażając więcej niż jakiekolwiek słowa.
Po chwili wahania, decydując, że jednak nie umie ubrać kolorów w słowa, unosi dłoń i dotyka policzka Castiela. Może zobaczy to dopiero w lustrze w windzie – Złoty, Fiołkowy, Cytrynowy, Pistacjowy – ale poleci do Londynu, wiedząc. Ale nawet teraz, Cas chyba po prostu je czuje. Mocno przytula Deana, jakby nie miał zamiaru nigdy go puszczać i jest w tym dużo więcej intymności niż we wcześniejszych uściskach. Dean czuje na szyi jego ciepły oddech i po prostu nie może się powstrzymać. Licząc na to, że nikt nie patrzy, wsuwa dłoń pod koszulkę Castiela i dotyka gładkiej skóry na jego plecach, w miejscu, w którym zaczynają się Czarne skrzydła.
Musi go puścić zdecydowanie za wcześnie.
- No już, jedźcie. Odwiózłbym was na lotnisko, ale mam nockę, a ostatnio Jody nie lubi mnie tak bardzo.
- No nareszcie, myślałem, że dostanę cuckrzycy – wzdycha dramatycznie Gabriel. – Miałem pytać Jessice o insulinę ale…
- Spieprzaj, Gabriel – parska Dean.
- Mam taki zamiar. Cześć wszystkim! – Gabriel po królewsku macha towarzystwu i wychodzi z mieszkania, po drodze zagarniając ramieniem młodszego brata.
- Na razie. Do zobaczenia – rzuca przez ramię Castiel, wreszcie wesoły. Na jego policzku wyraźnie odcinają się ciepłe Kolory.
Cas: Hej, Dean. Chciałem tylko dać znać, że dotarłem na miejsce.
Dean: Cas, na boga, tutaj jest środek nocy. Mam jutro pracę.
Cas: Przepraszam.
Dean: Nie masz za co. I tak nie spałem.
Dean: Czekałem aż napiszesz.
Dean: Jak ci się podoba Londyn?
Cas: Jeszcze nie miałem okazji dobrze go zobaczyć, bo padam na twarz. Latanie samolotem było zbyt ekscytujące, żebym mógł zasnąć. Ale, jak na razie, miasto wydaje się piękne. Ma swój klimat. Wiesz, chyba zostało w nim coś z wiktoriańskich powieści. Po prostu unosi się w powietrzu.
Dean: Smród Tamizy? Z tego, co pamiętam, to wtedy unosiło się tam w powietrzu.
Cas: Nie. Nie wiem, jak ci to opisać.
Dean: Spokojnie, żartowałem. Wiem, o co ci chodzi.
Cas: Myślę, że może mi się spodobać. Jeśli już przyzwyczaję się do zmiany stref czasowych. Jutro Gabriel zabiera mnie na zwiedzanie, chociaż nie wiem, czy będę miał siłę. Trochę mnie przytłacza ta nowość.
Cas: Właściwie nie powinienem pisać. Powinieneś spać, Dean.
Dean: Powininem. Ty też.
Cas: Masz rację.
Cas: Dobranoc, Dean.
Dean: Dobranoc, Castiel.
Cas: Byłem dzisiaj w nowej szkole.
Dean: I jak ci się podobało?
Cas: Jest mnóstwo ludzi. Prawie zapomniałem, jak wygląda szkoła. To chyba niemądre.
Dean: Szkoła czasem potrafi ssać. Nigdy jej nie lubiłem.
Cas: Dlaczego?
Dean: Nigdy nie potrafiłem się przystosować.
Cas: Myślisz, że ja też jestem nieprzystosowany?
Dean: Możliwe. Jesteś dość dziwny. Ale wiesz, w dobrym sensie. Po prostu, nie daj się stłamsić. Możne nawet poznasz jakichś fajnych ludzi, który pomogą ci przez to przejść.
Cas: Mam nadzieję. Na razie naprawdę czuję się dziwny. Nowy.
Dean: Nie martw się, zawsze byłem nowy. Wiesz, z ojcem ciągle się przeprowadzaliśmy i nie pamiętam czy do czasu Akademii Policyjnej siedziałem gdzieś dłużej niż trzy miesiące. Ale w razie czego, to olewaj ludzi. Gdyby byli nieprzyjemni. Chodzisz tam, żeby się uczyć, nie?
Cas: Masz rację. Tak czy inaczej, wszystko będzie lepsze niż to, co miałem zanim się spotkaliśmy. Tak myślę.
Dean: Zasługujesz na tę szansę. Jak z Gabrielem?
Cas: Dobrze. Jest dla mnie bardzo miły i kupuje mi mnóstwo rzeczy. Trochę dziwnie się z tym czuję, ale powiedział, że to tylko na razie. Od przyszłego tygodnia mam zacząć pracę w księgarni i się usamodzielniać.
Dean: Gratuluję.
Dean: Hej, czy mieszkanie Gabriela jest całe obwieszone jego pracami?
Cas: Tak. A co?
Dean: A nic, sprawdzam tylko, jak wysoki poziom samozachwytu ma ten dupek. Wygląda na kogoś, kto obwiesza sobie mieszkanie własnymi pracami.
Dean: Miałem dzisiaj podwójne zaręczyny.
Cas: Slucham?
Dean: Sam i Balthazar się zmówili. Dzisiaj oświadczyli się Jess i Pameli.
Cas: Myślałem, że Balthazar i Pamela są małżeństwem.
Dean: Nie ty jeden. Bo właściwie trochę są, ale teraz to będzie oficjalne i zalegalizowane.
Cas: Będę musiał im pogratulować. Ciesze się, że między nimi znowu w porządku.
Dean: Ja też. Kiedy Pamela chodziła wściekła, musiałem gotować. Wiesz ile trzeba stać w kuchni, żeby nakarmić tę bandę? Ale Balthazar wziął się w garść i ją ugłaskał.
Cas: Na ile zdążyłęm ją poznać, to kobieta z silnym charakterem. Przypuszczam, że nie było łatwo.
Dean: O tak. Trochę się biedak męczył. Skończył pisząc haiku o jej włosach. Wybaczyła mu tylko, żeby przestał.
Cas: Kocha ją?
Dean: Tak. Wszyscy to widzieliśmy, wiesz, Malinowy. Miło na niego czasem popatrzeć. Zwłaszcza, że to Balthazar. Dobrze wiedzieć, że nawet taki złamas jest zdolny do uczuć.
Cas: Faktycznie, to dość optymistyczne.
Cas: A co u ciebie?
Dean: Jakoś żyję. Wiesz, praca. Jest trochę lepiej, bo Jody mi wreszcie odpuściła. Chociaż nadal to dość stresujące. Nowy Jork to jednak złe miasto.
Cas: Złe?
Dean: Mam na myśli, dzieje się tu mnóstwo złych rzeczy. Czasem mam ochotę wynieść się na jakąś Angielską wiochę.
Cas: Nudziłbyś się.
Dean: Pewnie tak.
Cas: Chcesz o tym porozmawiać? O tych złych rzeczach. Może będzie ci łatwiej.
Dean: Nie, dzięki. Poradzę sobie.
Cas: Gdybyś miał ochotę, zawsze tu jestem.
Dean: Nie czuję się dobrze, Cas. Chyba jednak skorzystam z propozycji wygadania się.
Cas: Co się stało?
Cas: Dean?
Dean: Przepraszam, dawno nie byłem taki rozstrzęsony. Sam się mnie chyba boi.
Dean: Wiesz dzisiaj zostałem wezwany do kolejnej „przemocy w rodzinie". Ale było już za późno. Czasem mam wrażenie, że zwariuję, Cas. Jeśli zobaczę jeszcze jedno martwe dziecko.
Dean: I to nie dlatego, że jest mi żal. To znaczy, wciąż jest. Ale to ciągle to samo. Tylko moja złość rośnie.
Dean: Dzisiaj znalazłem martwego chłopca. Miał może sześć lat. Naćpana matka nadal próbowała go obudzić.
Dean: Nie masz pojęcia jak bardzo chciałem ją zabić. Za każdym razem, coraz bardziej chcę po prostu wyciągnąć broń i posłać tym pojebom kulkę. W raporcie napisałbym, że to była samoobrona.
Dean: Myślisz, że jestem złym człowiekiem, Castiel?
Cas: Nie, Dean, nie jesteś. Jesteś bardzo dobrym człowiekiem. Po prostu spotkałeś zbyt wielu złych ludzi.
Cas: Nie możez patrzeć na cudze cierpienie i, jako wojownik, masz ochotę wybrać walkę. Krwawą i prymitywną, ostateczne rozwiązanie. Ale myślę, że tego nie zrobisz. Nie przekroczysz granicy, Dean, bo nie jesteś taki jak oni. Jesteś silny i zawsze będziesz umiał oprzeć się prymitywnym instynktom.
Cas: Pamiętaj, że możesz zmienić świat na lepsze, nie łamiąc własnych zasad, dobra?
Dean: Dzięki, Cas. W ogóle, przepraszam, że do ciebie piszę, taki zalany. Muszę dziwnie brzmieć.
Cas: Nigdy nie przepraszaj za to, że do mnie piszesz, Deanie Winchester.
