Dean nie miał pojęcia, że może się do tego stopnia zaangażować w organizację ślubu. Jasne, jako, że żenił się Sammy, to na pewno nie zlekceważyłby tego wydarzenia. Jednak nie przewidział, że będzie przeglądać oferty cateringu w przerwach na lunch, wozić Jess i Pamelę na przymiarki i brać udział w układaniu menu alkoholi z Balthazarem i Bennym. (Chociaż to ostatnie akurat było zabawne, zwłaszcza po godzinie degustacji.). Po miesiącu lekkich rozmów na temat „ślubu, który kiedyś tam się odbędzie" i miesiącu coraz intensywniejszego zapierdolu, żeby ten ślub odbył się przed czterdziestką Sama, Dean miał tej zabawy dość. Jednak życie nauczyło go dwóch rzeczy: jeśli coś ma być zrobione dobrze musi to zrobić sam, a jeśli coś ma być w ogóle zrobione, nie można tego zostawiać Balthazarowi.
Po drugie, zajmowanie się tymi wszystkimi pierdołami skutecznie odciągało go od dziwnego ucisku w brzuchu. Niecierpliwość. Tylko idiota mógł powiedzieć, że najprzyjemniejsze jest oczekiwanie. Dean ma serdecznie dość czekania na ślub. A właściewie na zaproszonego na ślub Castiela.
Nie mógł doczekać się aż go zobaczy. Chciał znów stanąć z nim twarzą w twarz, siedzieć ramię w ramię. Patrzeć w niebieskie oczy, czuć zapach będący mieszaniną białego mydła i papierosów.
I, choć przyznanie tego przychodziło mu z trudnością, tak jak tęsknił Castielem, tak bał się spotkania z nim. Bo Cas się zmienił i to bardzo. Dało się to wyczytać z jego wiadomości. Z pewnością stał się bardziej towarzyski – Dean martwił się, jak poradzi sobie w nowej szkole, a tymczasem on miał już grupkę znajomych (Z jednej strony Winchester naprawdę cieszył się z jego szczęścia. Z drugiej nie mógł powstrzymać cienia irytacji na myśl o tym, że nie brał udziału w tych wszystkich rzeczach o których chłopak mu opowiadał. Szczególną ochotę na zgrzytanie zębami miał, czytając o ślicznej i mądrej Hannah.), a do tego, zaskakująco dobrze radził sobie w pracy z ludźmi. Nie przeżył szoku tylko wydawał się fantastycznie bawić, obserwując klientów. (Dean często miał przyjemność słuchać jego przemyśleń na temat pani, która przypominała swojego psa, pszczół, które musiały pogryźć jednego faceta, czy tego, jaka istnieje zależność między okładką książki a tym, kto ją wybierze.).
Przy okazji pobytu na starym kontynencie, odkrył w sobie zacięcie artystyczne. Może sprzyjała temu ta angielska atmosfera, może Artystyczna Aura Gabriela®, ale z dnia na dzień Castiel zainteresował się fotografią. Dean otrzymywał od niego codziennie jedno nowe zdjęcie – nie jakieś głupim selfie, tylko naprawdę dobrą fotografię, która nawet na kimś całkowicie pozbawionym zmysłu sztuki, robiła wrażenie. Z każdą wiązała się jakaś historia czy ciekawostka, którą razem umieli pociągnąć dalej, w bardzo długą rozmowę. Żaden z nich się na to nie silił (przynajmniej Dean nie miał wrażenia, że Cas pisze na siłę. Właściwie wydawał się coraz bardziej swobodny.), słowa płynęły nadzwyczaj gładko aż w końcu, Dean złapał się na tym, że każdą wolną chwilę spędza z telefonem, nawet jeśli teoretycznie w Londynie jest środek nocy. Koledzy z pracy żartobliwie pytali „kim jest ta szczęściara", której poświęca tyle czasu, ale nie zwracał na to większej uwagi. Bliżsi przyjaciele doskonale rozumieli i powstrzymywali się przed komentarzem (oczywiście z wyjątkiem Benny'ego, ale on przewidywał komentować nawet własny pogrzeb.). A potem Jessica zaprosiła Jody na herbatę.
Siedzą w salonie mieszkania na Brooklynie, Pamela i Balthazar po dwóch stronach stoły, jakby chcieli stoczyć między sobą bitwę pod Verdun, a nie wziąć ślub, Jody spokojnie sącząc herbatę i Jessica, która patrzy w przestrzeń jakby to była kamera w the Office.
- Balthazar, nie możesz zaprosić Uriela – mówi dobitnie Pamela.
Cas: Dean?
Dean: Nie za bardzo mogę teraz rozmawiać, jestem na spotkaniu.
- Dlaczego nie? – Balthazar wydaje się śmiertelnie urażony tym, że ktoś kwestionuje jego męską decyzję
Cas: Jedno krótkie pytanie, słowo.
- Bo go nienawidzisz!
Dean: Dawaj.
- To nie znaczy, że nie mogę zaprosić go na swój ślub! Może zobaczyć, jak wygląda prawdziwy ślub i piękna żona.
Cas: Gabriel chce kupić Samowi i Jess poroże łosia na prezent poślubny. Myślisz, że im się spodoba?
- Nie życzę sobie żadnego pisarskiego porównywania kutasów na moim ślubie!
Dean uśmiecha się lekko na samą myśl.
Dean: Będą zachwyceni.
Nagle czuje na sobie spojrzenie Jody.
- Przepraszam – mówi natychmiast, chowając telefon. – Pilna sprawa.
Kobieta kręci głową.
- Cholera, Winchester, czy ty się zakochałeś?
Dean mruga zaskoczony, ale nie odpowiada. W myślach analizuje to pytanie i sam je sobie zadaje.
Cholera, Winchester, czy ty się zakochałeś?
Dzień, na który Dean od tak dawna czekał, okazuje się jednym z najgorszych dni w jego życiu.
- Dean – Sam zagląda do pokoju, w którym jego starszy brat siedzi, dość tępo wpatrzony w na wpół pustą butelkę whisky. – Słuchaj stary, Gabriel i Castiel zaraz będą na lotnisku i potem kolacja…
- Jedźcie beze mnie, dobra? – mówi pusto Dean. Nie ma siły na towarzystwo. Nie zniósłby ludzi i wie, że tylko zepsułby im zabawę.
Sammy wzdycha i siada na łóżku obok niego.
- Chodź tu – mruczy, obejmując go ramieniem. Dopiero w takich chwilach Dean zdaje sobie sprawę, że jego braciszek spokojnie mógłby mierzyć się na gołe klaty z podrostkiem Grizzly i zastanawia się, kiedy to się stało – Powiesz mi, co jest?
- Szkoda gadać. Rutyna.
- Twoja rutyna jest cięższa niż rutyna innych ludzi – przypomina Sam. „Rutyna cięższa niż innych ludzi" to doskonałe określenie na codzienne stykanie się z przemocą i śmiercią, w terenie czy w raportach, naprawdę. – Wiesz, że możesz mi powiedzieć o wszystkim, nie?
Dean doskonale wie, że Sam zniósłby dla niego wszystko. Pozwoliłby się zabrać do piekła w którym żyje jego starszy brat i trzymał za rękę. Byłoby dużo łatwiej. Jednak Dean nie może odciągać Sama od jego kolorowego życia i zabierać w miejsca, w którym Szarość i Czerń pochłaniają i duszą jak lodowata woda zalewająca płuca. I tak zawdzięcza mu dostatecznie dużo Kolorów w swoim życiu.
- Wiem, Sammy. Ale nie chcę, serio. Dam sobie radę, a tylko zjebałbym atmosferę.
Sam kiwa głową, nieco zrezygnowany.
- Jak coś to jestem, jasne? Gdybyś czegoś potrzebował. Powiem reszcie, że masz zbyt dużego kaca, rzygasz i psioczysz więc cię zostawiłem – zapewnia, krótko łapiąc go za przedramię.
- Dzięki, młody. Na ciebie zawsze można liczyć – Dean uśmiech się krzywo.
Kiedy Sam wychodzi Dean patrzy jak Veronese'a, Liliowy, Cytronowy i Turkusowy ściekają po jego skórze na poranione dłonie. Ukrywa w nich twarz i widzi tylko Czerń.
- Przykro mi, Cas ale Dean serio źle się czuje – mówi Sam i widać, że naprawdę mu przykro i zrobiłby wszystko żeby sprowadzić Deana na lotnisko. – Ale do jutra powinien stanąć na nogi.
- Jasne, rozumiem – mówi Cas spokojnie, chociaż na dno jego żołądka opadła lodowata bryła rozczarowania. – Na pewno nic mu nie będzie?
- Nie, wszystko w porządku – zapewnia Winchester. Całkowicie nie umie kłamać.
Kolacja mimo wszystko jest przyjemna. Chociaż miejsce Deana jest boleśnie puste, Cas nie ma czasu zbyt dużo o tym myśleć - ciągle z kimś rozmawia. Nareszcie umie to robić i jest tak samo łatwo z Charlie, z którą dużo pisał, będąc w Londynie i z Kevinem, którego spotkał tylko raz. Czuje się dziwnie – wie, że w jakiś sposób stał się kimś „nowym", nowym lepszym Casem, który jest mądrzejszy, bardziej zadbany i bardziej towarzyski i inni to widzą. Jednak nikt nie daje mu odczuć, że jest obcy. Czuje się, jak członek rodziny, który ostatni raz wpadł w odwiedziny kilka dni wcześniej.
Nieprzyjemne uczucie, które towarzyszyło mu cały wieczór, ale które uparcie ignorował, przypomina o sobie koło północy. Kolacja właściwie zmieniła się w kameralną imprezę i sporo osób – chyba wszyscy poza Samem i Gabrielem - jest już lekko wstawionych. Cas nie ma ochoty na alkohol. Staje pod ścianą, wyciąga z kieszeni telefon i otwiera komunikator. Nie ma żadnej wiadomości od Deana. Nie wchodził na chat od kilku godzin.
Castiel jest tym absurdalnie zaniepokojony.
Chowa telefon i idzie złapać Gabriela.
- Co jest, Cassie? – pyta Surley, na widok ściągniętej niepokojem twarz młodszego brata. – Albo czekaj, niech zgadnę, twój chłopak nie odpisuje.
- Tak – przyznaje niechętnie Cas. Wypowiedziane przez Gabriela nie brzmi to zbyt dobrze.
- Dean-o jest dorosły, Cassie – zauważa spokojnie Gabe. – I może po prostu nie ma ochoty rozmawiać. Przecież nawet ja czasem nie mam ochoty gadać.
- Ale… to Dean. – Cas nie wie, czy może ryzykować stwierdzenie, że go zna. Ale chyba zna. Tak mu się wydaje. Gdyby nie znał Deana Winchestera, nie czułby tego wszystkiego. (Gabriel miał rację – żeby Cas naprawdę zrozumiał, że nie może żyć bez Deana musiał się z nim rozstać i powoli, spokojnie, z dystansu poznać lepiej i jego i siebie.) – On chce porozmawiać ale boi się poprosić. Obarczać ludzi swoimi problemami – dodaje po chwili wahania.
Starszy brat nie wygląda na przekonanego ale w końcu po prostu wzrusza ramionami.
- Dobra. Możesz wziąć mój wóz i do niego jechać – mówi, wręczając Casowi kluczyki do swojego kanarkowego Porsche.
- Tak po prostu? – pyta z cieniem niedowierzania Castiel.
- Tak, Cassie, bardzo mi przykro, ale twój posag zostawiłem w domu, więc nic więcej nie dostaniesz.
- Dzięki, Gabrielu – uśmiecha się promiennie, co Gabriel zbywa tylko machnięciem ręki.
W Biały szum otaczający Deana wdziera się nowy odgłos: kroki. Potem otwierane drzwi, a potem głos:
- Dean?
Cholera jasna. To Cas. A on jest już podpity i w dość żałosnym stanie.
- Hej Cas – mruczy, otwierając oczy, żeby na niego spojrzeć. Obraz rozmazuje się lekko, a Dean ma wrażenie, że łóżko jest absurdalnie wysokie i zaraz stoczy się z niego, co zapewne przypłaci życiem.
Chłopak kręci głową i, chociaż Dean nie widzi jego twarzy, jest pewien, że wyraża troskę.
p- Co się stało? – pyta Castiel, ściągając z szyi szary szal. Nakrywa nim lampkę nocną i dopiero wtedy zapala światło. Mdły blask rozjaśnia pokój i razi Deana, który mruży oczy i mruczy niezadowolony. – Przepraszam. Musiałem cię obejrzeć i upewnić się, że nic ci nie jest – tłumaczy natychmiast.
- Jak widzisz, jestem cały – oświadcza Dean i patrzy na niego spod zmrużonych powiek. – Dobrze wyglądasz, Cas. Ładna koszula.
To głupie, bo koszula jest ostatnią rzeczą na jaką zwrócił uwagę. Najierw dostrzegł to, że Casiel zmężniał, rysy jego twarzy wyostrzyły się. Zniknęły worki pod oczami i niezdrowa, woskowa skóra – ciepłe kolory widać wyraźniej. Włosy ładnie przystrzyżono i układają się miękko, zdrowe i błyszczące.
I, chociaż to pewnie niemożliwe, jego oczy wydają się jeszcze bardziej niebieskie.
Chociaż koszulę też ma ładną.
- Dziękuję. Gabriel pomógł mi ją wybrać. Wiesz, nie czuję się dobrze w tak eleganckich rzeczach – przyznaje Cas. Kuca przy łóżku i kładzie dłonie na kolanach Deana, patrząc na niego. – Nie zmieniaj tematu. Proszę. Powiedz mi, co się dzieje.
Winchester głośno przełyka ślinę i zastanawia się nad odpowiedzią.
Prawda jest zawsze najlepsza, ale nie wie, czy przejdzie mu przez gardło. To nic, czego miałby się wstydzić, ale wypowiedziane na głos słowa wskrzeszą obrazy, które chciał jak najszybciej utopić w alkoholu.
- Proszę, Dean. Nie masz pojęcia jak długo czekałem na tę kolację, tylko po to, żeby znów się z tobą spotkać. I jak bolało to, że cię nie było. Myślę, że powinieneś mi powiedzieć, dlaczego. – Głos Casa jest spokojny i nie ma w nim cienia wyrzutu, ale Dean nagle czuje się winny.
A winny powinien się wytłumaczyć.
- Po prostu chodzi o pracę. Kolejne złe rzeczy. Nie gorsze niż zwykle ale wiesz… sama myśl o tym, że są „kolejne" jest dobijająca.
- Chcesz mi powiedzieć co to było? – pyta Cas, kciukiem rysując małe kółka na jego kolanie. Dean czuje ten dotyk intensywniej niż jakikolwiek od dawna.
- Po prostu chłopak. Miał może dwadzieścia lat i całkiem naćpany zabił swoją młodszą siostrę – udaje mu się w końcu wyksztusić, skupiając się całkowicie na Błękicie oczu Castiela. – Mam dość Czarnych dzieci, Cas. Serdecznie dość tego, że nic nie możemy z tym, dla nich zrobić – dodaje, garbiąc się pod ciężarem tych myśli.
Cas wzdycha i ujmuje jego twarz w dłonie (Dean ma nadzieję, że nie jest mokra od łez. Nie pamięta kiedy ostatni raz płakał i teraz to byłby wstyd.)
- Nie uratujesz każdego, Dean. Wiem, że brzmię okropnie i chyba naprawdę spędzam za dużo czasu z Gabrielem, skoro to mówię, ale nie dasz rady. To straszne, ale zadręczając się, pijąc, nic nie zmienisz. Ale też uratujesz nikogo od Czerni, zamknięty w pokoju, wściekły na siebie i cały świat.
Dłonie, których dotyk Dean czuje na policzkach są przyjemnie chłodne w porównaniu z jego własną, rozpaloną skórą. Milczy chwilę, skupiając się na słowach Castiela, na Castielu. Na tym, że raniące, trudne słowa, wypowiedziane przez niego są prawdziwe, dużo prawdziwsze niż te, które Dean powtarza sobie za każdym razem, nawet jeśli brzmią dokładnie tak samo. Dlatego, że Castiel jest prawdziwy – ciepły, żywy, tuż obok niego jak potwierdzenie tego, w co Dean powinien wierzyć. Kogoś zawsze można uratować i to naprawdę piękne uczucie.
Powinien teraz coś zrobić.
Coś.
Pocałować go?
Nie, jeszcze nie.
- Rozbierz się – mówi, zaskakując tym nawet samego siebie.
Cas mruga szybko, wyrwany z krótkiego transu tą niezbyt subtelną propozycją.
Dean wymierza sobie mentalny policzek.
- Mam na myśli, zdejmij koszulę. Proszę.
Chłopak waha się, ale wyraźnie ufa mu na tyle, żeby wiedzieć, że nie zostanie zmuszony do seksu przez pijanego napaleńca. Siada na łóżku i zaczyna powoli rozpinać kolejne guziki, wyraźnie skrępowany, patrząc w ścianę. Wydaje się czuć przy tym tak nieswojo, że Dean niemal ma ochotę cofnąć prośbę. Jednak nie robi tego, zbyt zafascynowany stopniowo odsłanianymi fragmentami skóry. Pokrywają ją głównie smętne, ciemne Barwy i nie wygląda to dobrze, ale to wciąż ciało Castiela i dla Deana jest absolutnie piękne.
W końcu chłopak zrzuca koszulę z ramion, odsłaniając plecy i swoje Czarne skrzydła. Ich widok boli, ale w pewien sposób satysfakcjonuje – Dean wie, że nikt nie dotykał Castiela od chwili gdy sam pozostawił na wysokości krzyża dwa jasne ślady.
Ostrożnie wyciąga rękę i muska je palcami. Castiel spina się lekko, ale nie odsuwa od niego.
- Spokojnie – mówi Dean. – Przepraszam. Po prostu nie umiem żyć ze świadomością, że wciąż je masz.
Cas kiwa głową i rozluźnia się pod jego dłońmi.
Barwy są fascynujące. Przykrywają Czerń, wdzierając się w nią i rozszarpując coraz mniejsze kawałki, pojedyncze plamki, które w końcu całkiem znikają. Dean patrzy na Pistacjową opiekuńczość, Zieloną nadzieję, Liliową serdeczność, Złotą czułość. Pomiędzy nimi prześlizgują się pełna obaw Eozyna, trochę zakłopotanego Lapis-Lazuli. Na ich tle wyraźnie odcina się Rubinowe pożądanie i czuje cień wstydu. Nie powinien…
Castiel drży jakby jego ciało przeszył prąd, jakby zobaczył tę Czerwień.
- Przestać? – pyta natychmiast Winchester
- Nie, to… dobre. Dziękuję.
Skinąwszy głową, Dean znów patrzy na swoją dłoń, spoczywającą na lewej łopatce Casa i sam zamiera.
Spod jego palców wypływa Malinowy.
To dlatego Castiel tak zareagował?
Czy jest możliwe, że poczuł, że Dean go kocha?
