Klucz

Beta: Emerald

Rozdział 3

Prawda

Część druga

— Czy to jakiś żart?

— Nie, Severusie. Nigdy bym z ciebie nie zakpił. Wiem, jak bardzo tego nie znosisz. Nie po tych wszystkich psotach Huncwotów.

— Dlaczego mówisz mi to teraz? Uwierzyłem ci już parę dni temu, nie musiałeś... — zdziwił się tamten.

— Nie chcę dalej cię okłamywać. Każde twoje pytanie zmusza mnie do kolejnego kłamstwa i coraz trudniej jest mi nad tym zapanować. Tak się nie da na dłuższą metę. I tak odkryłbyś prawdę, a im dłużej kłamię, tym bardziej cię ranię. To ostatnie czego chcę.

Snape wstał i zaczął krążyć po sypialni.

— To jakiś obłęd! Chcesz powiedzieć, że jesteś z przyszłości? Jak się tu znalazłeś?

— Nie wiem. Miejsce się nie zmieniło, tylko rok. W jednej chwili był czerwiec u bram Hogwartu, a w następnej styczeń. Tak po prostu.

— To nie mogło się stać tak po prostu.

— Nie wiem, jak się tu znalazłem. Gdybym wiedział, to bym to jakoś odwrócił.

— A twój znak? Ma coś z tym wspólnego?

— Nie wiem. Może. Jeszcze tego nie sprawdzałem.

Harry'ego zaczynała boleć głowa, gdy obserwował chodzącego nerwowo Severusa. Myślał, że trochę inaczej zareaguje na prawdę. Chyba że...?

— Wierzysz mi? — zapytał zdziwiony.

Snape zatrzymał się tuż przed nim.

— Prawdę mówiąc, to nie bardzo. Wszystkim wmawiasz, że jesteś przejazdem. Mnie, że Niewymownym, a teraz jeszcze to. Nie wiem, co mam myśleć. Najgorsze, że wszystkie trzy wersje do ciebie pasują. Za dużo wiesz i potrafisz. Mógłbyś być Niewymownym, a teraz z jakiegoś powodu próbujesz mnie omamić, bym przestał w to wierzyć. Nie wiem, po co, ale to także pasuje idealnie do ciebie.

— Żaden Niewymowny nigdy nie miał znaku. Nie może mieć. To jedno z najostrzej przestrzeganych kryteriów od lat.

— Wyjątek potwierdzający regułę — rzucił sarkastycznie Snape. — Dla misji mogliby zrobić wyjątek. Co pozostawia nadal temat twojego znaku — drążył temat. Harry mimowolnie go dotknął. — Miałeś go już w swoich czasach? Czyli Czarny Pan nadal rządzi? Długo trwają jego rządy?

Pytanie Severusa zawisło w powietrzu. Harry zastanawiał się, jak dużo może powiedzieć. Z drugiej strony Albus obiecał mu, że później usunie te wspomnienia.

— Nie. Od kilku lat dopiero.

— Czyli nie zrobiłeś dużego skoku w czasie?

Doe wiedział, że ta rewelacja wstrząśnie Snape'em, ale odpowiedział:

— Dwadzieścia lat.

Oczy przyszłego mistrza eliksirów stały się okrągłe, prawie jak u skrzata. Przysiadł na skraju łóżka, przytrzymując się słupa baldachimu.

— Ale jak to...? Za dwadzieścia lat Czarny Pan nadal będzie...?

— Tak i to z jeszcze większym okrucieństwem. To, co robi teraz, to dopiero przedsmak jego prawdziwych dążeń.

— Musi być już bardzo stary.

Harry potarł nasadę nosa, zwyczajowy odruch Severusa, gdy coś go zdenerwowało, a który Potter przejął, gdy jego coś gnębiło.

— Voldemort zginął po raz pierwszy w osiemdziesiątym pierwszym roku. Odrodził się czternaście lat później. Gdy widziałem go po raz ostatni w dziewięćdziesiątym siódmym, wyglądał na nie więcej niż czterdzieści lat. Wielokrotnie próbowałem go unicestwić, lecz zawsze udawało mu się uciec.

Severus zbladł tak bardzo, że wystraszył tą reakcją Doe. Harry zerwał się ze swojego łóżka i zbliżył do drugiego chłopaka, kładąc mu dłoń na ramieniu.

— Oddychaj, Severusie. — Przywołał skrzata, prosząc go o wodę.

Zawartość kielicha zniknęła prawie natychmiast, ale jednocześnie lekka barwa powróciła na twarz zszokowanego chłopaka.

— Dziękuję za pomoc. — Harry oddał naczynie skrzatowi i uśmiechnął się do niego.

Stworzenie zniknęło, tarmosząc z zażenowania skraj hogwarckiej serwetki, którą było owinięte.

Chłopak dał jeszcze chwilę na ochłonięcie współlokatorowi. Sam pewnie podobnie zareagowałby, słysząc podobne wiadomości. Wiedział, że Severus dokładnie śledzi poczynania Toma w tych czasach, skoro przerażała go przyszłość, którą mu uchylił.

Po kilku długich minutach Snape odetchnął głęboko.

— Jak dużo osób zginie? — spytał, otrząsając się do końca.

— Zbyt dużo. Straciłem wielu przyjaciół w bitwach, które miały być ostatnimi. Tyle samo zginęło po przeciwnej stronie. Czarodziejska Anglia jest coraz bardziej opustoszała. Jeśli nie powstrzymam Toma, to wkrótce nie będzie na wyspie żadnego czarodzieja i to nieważne, czy czystokrwistego czy mugolskiego pochodzenia.

Harry zamilkł i usiadł obok Severusa. Ten nie odsunął się od niego, lecz obserwował chwilę.

— Dlaczego ty? — zapytał nagle dosyć cicho Snape.

— Słucham? — Nietypowość tego pytania zaskoczyła Harry'ego.

— Już po raz kolejny mówisz, że to ty musisz go powstrzymać. Dlaczego ty?

Nowy Ślizgon prawie zapomniał, że ten Severus przecież jeszcze nie zna przepowiedni.

— Po prostu to muszę być ja. To część twojej przyszłości, więc podaruję sobie opowiadanie o tym.

— Doe!

— Severusie, proszę cię. I tak za dużo powiedziałem. Nie chcę nawet wiedzieć, jakie to może mieć skutki w przyszłości. — Oczywiście gdyby Albus nie dotrzymał słowa.

Oby takie wytłumaczenie zostało przyjęte.

Bał się każdego wypowiedzianego słowa czy wykonanego czynu. Musiał znaleźć sposób na powrót. Nie mógł tutaj pozostać, choć perspektywa zostania z młodym Severusem była wszech miar kusząca.

Jeden z pomysłów zdecydował się zrealizować z samego rana. Skrzaty były aż za bardzo skore do pomocy, a „pożyczenie" kilku książek z biblioteki będzie dla nich o wiele łatwiejsze niż dla niego. Obawiał się pytań bibliotekarki i mógłby także wzbudzić niepotrzebne zainteresowanie, gdyby nagle pojawił się tyloma księgami w salonie Slytherinu.

Severus milczał. Nowe informacje wcale nie przypadły mu do gustu. To był zbyt duży natłok wiadomości. Nie wiedział, w którą wersję Doe wierzyć, jeżeli w ogóle powinien uznać którąkolwiek. Coś jednak musiało być prawdą. Ten młody mężczyzna nie zachowywał się w najmniejszym stopniu jak przystało na normalnego siedemnastolatka. Takie zachowanie pasowało idealnie do zaprawionego w boju żołnierza, a nie dzieciaka.

— Przyjmijmy wstępnie, że ci wierzę. — Nagły uśmiech na twarzy Harry'ego znów spowodował u Severusa ten ciepły dreszcz, ale kontynuował: — Co planujesz? Dlaczego wybrałeś mnie na swego... nie wiem, kumpla w jakiś sposób?

— Ponieważ w przyszłości znam cię dosyć dobrze i wiem, po czyjej stronie stoisz.

— Będę przeciwnikiem Czarnego Pana, prawda?

Harry przemilczał odpowiedź zbyt długo, zanim kiwnął twierdząco głowa. To wzbudziło w Ślizgonie podejrzliwość.

— Kłamiesz — odparł ostro.

— Nie do końca. Ale to będą wyłącznie twoje decyzje i wybory — powiedział spokojnie Harry, kładąc nieświadomie dłoń na kolanie Severusa. — Zrobisz, co będziesz uważał za słuszne. Nigdy w ciebie nie zwątpię, cokolwiek zdecydujesz.

Czarne oczy spoczęły na dłoni, która przez materiał spodni wydawała mu się niesamowicie gorąca.

— Masz gorączkę? — Powstrzymał się jednak przed sprawdzeniem tego.

Harry sam dotknął własnego czoła, zdejmując tym gestem jednocześnie rękę z jego uda. Severus nie wiedział, czy ten fakt mu się spodobał, czy powinien się przekląć.

Sama obecność tego chłopaka robiła z nim dziwne rzeczy.

— Nie, chyba nie — rzucił Harry, nie dostrzegając zażenowania siedzącego tuż obok Snape'a.

— Tak tylko pytam. Wydajesz się być gorący i wolałem się upewnić, czy wszystko w porządku.

Nikły rumieniec wypłynął na twarz Harry'ego, gdy wreszcie zauważył, co przed chwilą zrobił.

— Wybacz, to nawyk. — Odsunął się odrobinę na łóżku. — Czasami się zapominam w twojej obecności.

— Czy w przyszłości jesteśmy bardzo blisko?

— Chyba dosyć. Choć jak odchodziłem, byłeś na mnie wyraźnie wściekły, więc do końca nie jestem pewien, czy „blisko" jest jeszcze aktualne.

— Czyli byliśmy przyjaciółmi? Jestem rodzajem mentora, tak? W końcu mam wtedy prawie czterdziestkę na karku.

— Też — burknął pod nosem niewyraźnie drugi chłopak.

To było dziwne. Przynajmniej dla Severusa.

— Co „też"? Pierwsze nie milkniesz nawet na chwilę, a teraz nie potrafisz się poprawnie wysłowić.

— Nie jesteśmy tylko przyjaciółmi — wydusił z siebie Harry.

Chyba za bardzo brakowało mu „jego" Severusa. Już wiedział, że przekroczył granicę. Teraz oczekiwał nieuniknionego. Miał nadzieję, że Regulus trzyma dla niego jeszcze tamtą sypialnię, bo w tej raczej długo już nie pozostanie.

Mars na czole Snape'a nie wróżył niczego dobrego. Nagle jednak czoło wygładziło się i w stronę Pottera zwróciła się para czarnych, tak doskonale znanych, oczu wyrażających niedowierzanie i szok.

— Chcesz powiedzieć, że stary ja i młody ty jesteśmy... — Ostatnie słowa nie chciały przejść mu przez gardło.

— Kochankami. Tak. Utrzymujemy to w tajemnicy z kilku powodów i twój wiek nie jest żadnym z nich. W końcu czarodzieje żyją ponad sto lat, więc taka różnica nie jest u nas odczuwalna.

— Co ja sobie myślałem? Omamiłem dziecko. — Snape wstał i zaczął krążyć po pokoju, mamrocząc coś do siebie. Przypuszczalnie ganiąc siebie za czyn, którego jeszcze nie popełnił.

Harry bezdźwięcznie zachichotał, a następnie westchnął, także wstając i stając mu na drodze.

— Prawdę powiedziawszy, to ja to zacząłem. Ty natomiast bardzo się przed tym broniłeś. Jak dobrze pamiętam, to nawet kilka razy omal nie wylądowałem u dyrektora na dywanie, bo irytowało cię moje natręctwo. W końcu, po latach moich starań, uległeś.

— To będzie najgorszy dzień w moim życiu — skwitował Severus.

Harry zmarszczył brwi. Severus użył dokładnie tych samych słów, zanim dodał...

— Ale jakoś trzeba będzie z tym żyć. Jeden problem na raz.

Czyżby to było jakieś ulubione powiedzenie Snape'a? Jednak nigdy później nie słyszał go więcej.

— A teraz co? — zapytał nagle, odrywając go od rozmyślań.

Przestał rozmyślać nad trapiącym go problemem i wrócił do bieżącej sytuacji.

— Nie rozumiem.

— Czy uważasz mnie za przyjaciela, czy za kogoś innego? Może jedynie za pomoc w powrocie do swojego czasu? — zapytał dosyć oschle.

— Oczywiście, że nie! — Harry nie mógł pojąć, co tak zdenerwowało Severusa. — Jesteś moim przyjacielem niezależnie od roku. Nawet mnie nie znając, starałeś mi się za każdym razem pomóc, gdy tylko byłeś w stanie. Rady, eliksiry, obecność. Doceniam to, nie tylko ze względu na nasze przyszłe stosunki.

Złapał Severusa za ramiona, powstrzymując od chodzenia, gdy próbował go wyminąć.

— Kocham cię niezależnie od czasu — rzekł spokojnie. — Trzy lata walczyłem o twoją akceptację i, jeśli będzie trzeba, zrobię to ponownie, gdybym pozostał w tym czasie na zawsze.

— Doe! — warknął wyraźnie zaskoczony i chyba zmieszany Snape.

Teraz Harry zdecydował się ujawnić najważniejsze.

— Potter. Harry Potter. Tak nazywam się naprawdę.

Na twarzy Severusa nie drgnął ani jeden mięsień. Chłopak nie był pewien, czy to z szoku, czy zbliżającego się wybuchu wściekłości.

— Jestem synem Lily Evans i Jamesa Pottera — kontynuował, gdy cisza stała się zbyt ciężka. — Zginęli, gdy miałem rok, zamordowani przez Voldemorta. Potem stało się to, co spowodowało, że jestem jedynym, który jest w stanie zniszczyć Riddle'a raz na zawsze.

Z jednej strony miał nie udzielać aż tylu informacji, ale chciał, żeby Severus go nie odrzucił tylko dlatego, że jest synem tego Pottera. Przestało mu nagle przeszkadzać, jakie szkody może uczynić tym, co powie. Teraz liczyło się tylko zdanie Severusa. Nie chciał go utracić, ale i nie potrafił ukrywać tak ważnego szczegółu.

— Czyli jesteś synem Pottera? — odezwał się cicho Snape.

— Tak.

Stał ciągle przed Severusem, choć ręce już dawno opuścił wzdłuż ciała. Wnętrze dłoni miał spocone, czekając na jakąś gwałtowniejszą reakcję. Ta jednak nie następowała.

I wtedy nadeszło wezwanie. Było tak intensywne, że Harry upadł na podłogę, przyciskając ramię do piersi z głośnym jękiem.

— Jest wściekły. Muszę iść. — Chwiejnie próbował się podnieść, ale dopiero pewne ramię drugiego chłopaka pomogło mu wstać.

— Jak przejdziesz przez pokój wspólny i szkołę? Już późno.

— Może nikogo nie będzie. Muszę iść.

Sięgnął do klamki, gdy Snape szybko zarzucił mu na ramiona płaszcz.

— Dziękuję.

— Bądź ostrożny. Poczekam na ciebie.

— Nie trzeba. Wrócę pewnie dopiero rano.

— I tak poczekam — powiedział pewnie Snape, gdy drzwi ich sypialni już się zamykały.

W pokoju wspólnym był tylko Regulus. Wyraźnie czekał na Harry'ego, trzymając swój płaszcz i niewielkie zawiniątko, w którym pewnie była maska śmierciożercy.

— Chodź. Pokażę ci ukryte przejście.

Harry nie miał czasu dyskutować, gdy kolejne ponaglenie spowodowało, że musiał przytrzymać się najbliższej ściany.

— Prowadź. Niecierpliwi się.

Dwa razy nie musiał powtarzać. Tuż obok wyjścia z lochów pojawiło się inne, mniejsze, gdy tylko Regulus dotknął jednej z pobliskich pochodni. Otwór był dużo mniejszy i cuchnęło z niego stęchlizną, ale Black pewnie wkroczył w mroki nowego tunelu. Harry szybko podążył za Ślizgonem, zanim Tom wysłałby kolejny, bolesny sygnał.

OOO

Harry chciał umrzeć. Nie miał najmniejszego wyboru i musiał tu być. Jedyne, do czego Voldemort nie mógł go zmusić, to uczestnictwo w tej masakrze.

Oczywiście próbował, ale gdy po raz piąty Harry stracił przytomność z bólu, ale nadal nie wykonał polecenia, Czarny Pan zmienił decyzję.

Teraz znęcał się nad nim jeszcze okrutniej. Zaklęcie czuwania powodowało, że Potter nie mógł znów stracić przytomność, uciekając w ramiona błogiej niewiedzy.

Stał sztywno, zaklęty Drętwotą, obok Toma i patrzył na zielony znak śmierci, unoszący się nad zgliszczami małej wioski.

Ludzie już nie biegali w panice. Dzieci nie płakały, nawołując rodziców. Mężczyźni nie krzyczeli do kobiet, by uciekały. Wszędzie panowała grobowa cisza wytworzona zaklęciem milczenia.

Ziemia nie spływała krwią, choć właściwie powinna według Pottera. Ta wioska była już prawie całkowicie wymordowana. Ciągle widział zielone rozbłyski przed oczami, jakby swoją mocą wryły się w źrenice.

— Cudowny widok, czyż nie? — zapytał Tom takim tonem, jakby oglądał wschód słońca z tarasu górskiego domku, a nie śmierć kilkudziesięciu niewinnych ludzi.

Nikogo nie oszczędzono. Zwłoki noworodków specjalnie ułożono w jednym miejscu tuż u stóp Toma, tak jak ten rozkazał wcześniej.

Istotki, które nawet nie wiedziały, dlaczego giną.

— Jesteś potworem! — warknął Harry, gdy tylko czar został z niego zdjęty.— Nic tym nigdy nie osiągniesz. Czarodzieje nigdy za tobą nie pójdą z własnej, nieprzymuszonej woli. Jesteś obłąkanym psychopatą!

Każdy inny śmierciożerca zginąłby natychmiast i Voldemort nawet nie zaprzątałby sobie nim głowy, jedynie od niechcenia kierując w jego kierunku różdżkę.

Lecz Harry nadal żył. Tom, rozbawiony tym wybuchem, wskazał coś Potterowi.

Chłopak spojrzał w tym kierunku i zamarł w szoku.

OOO

— Co z nim? — zapytał cicho Severus, gdy pielęgniarka pozwoliła mu wejść do skrzydła szpitalnego o tak wczesnej porze.

Regulus, siedzący obok łóżka pacjenta, spojrzał na niego zatroskany i pokiwał głową smutno.

— Nieciekawie.

— Co się stało?

Przysunął sobie bliżej krzesło i uważnie obserwował pogrążonego w magicznym śnie Harry'ego.

— Była akcja.

Snape natychmiast podniósł wzrok na Blacka, który natychmiast spuścił wzrok.

— Kazał mu zabijać? Dlatego jest w takim stanie?

— Próbował go zmusić, ale bez skutku. Jak zwykle. Potem go unieruchomił i kazał patrzeć.

— A ty co robiłeś? — Ostrość głosu Severusa oznaczała ledwo skrywany gniew.

— Pilnowałem barier. Młodsi zawsze to robią. I tak jesteśmy zbyt słabi, by tyle razy rzucić poprawnie Avadę.

— Jeszcze. Potem i ty będziesz zabijał.

Black milczał na ten ostry zarzut.

— Co działo się dalej?

— Nie wiem. Byłem zbyt daleko. Słyszałem tylko krzyki zabijanych mugoli, dopóki z nóg nie zwaliła mnie fala magii. Bariera runęła i musieliśmy uciekać, bo pojawili się aurorzy. Czarny Pan przekazał mi Doe po aportacji w bezpieczne miejsce i kazał tu sprowadzić. Harry nie reagował na nic. Jego twarz wyrażała takie przerażenie, jakiego nawet nie jesteś sobie w stanie wyobrazić. Pomfrey z ledwością udało się go napoić eliksirami.

— Drży — zauważył Severus, patrząc na Harry'ego.

— Od Crucio. Uwielbia go tą klątwą traktować. — Nie musiał precyzować, o kim mówił. — Nigdy nie stosuje niczego innego.

— Ile?

— Pomfrey twierdzi, że osiem.

Snape westchnął ciężko. Ten chłopak z każdej wizyty wracał w coraz gorszym stanie. Coś ścisnęło go w żołądku, gdy przez myśl przemknęło mu, że któregoś razu ten może zwyczajnie nie wrócić żywy.

— Idź się jeszcze prześpij. Posiedzę przy nim.

Regulus wstał powoli i po tych ruchach Severus mógł stwierdzić, że i dla tego Ślizgona ta noc była ciężka. Chłopak poprawił koc na śpiącym i się wyprostował.

— Pomfrey twierdzi, że ma koszmary nawet pomimo eliksiru Bezsennego Snu. Sądzi, i ja się muszę z nią zgodzić, że najpewniej jest na niego uodporniony. Dlatego ten eliksir nie działa prawidłowo.

Wyszedł cicho, żegnając się jeszcze z pielęgniarką.

Za ogromnymi oknami Hogwartu wstawał powoli zimowy poranek. Severus nie wiedziałby o powrocie Harry'ego, gdyby nie skrzat, który go obudził. Zmęczony czekaniem na powrót chłopaka zasnął przy biurku.

— Panicz Doe potrzebuje panicza.

Pierwszy raz skrzat tak go nazwał. Zwykle używały imienia i nazwiska, ale nie miał czasu teraz się tym przejmować. Zapytał, gdzie go znajdzie i wybiegł z dormitorium. Na piętrze, gdzie mieściło się skrzydło szpitalne, zatrzymał go dyrektor.

— Dzień dobry, chłopcze. Nie za wcześnie trochę na spacery?

Severus spojrzał na niego chłodno, ale przecież to był Dumbledore.

— Idę odwiedzić przyjaciela, źle się czuje.

— W porządku. Potrzebuje cię właśnie teraz. Nie będę cię zatrzymywał.

Dziwne zachowanie dyrektora jeszcze bardziej zaniepokoiło Severusa. A potem zobaczył Harry'ego.

Był śmiertelnie blady i bardzo słabo oddychał, krótkimi, urwanymi oddechami. Jakby cierpiał, choć nie widział na jego ciele żadnych ran.

Ostrożnie dotknął jego ręki, leżącej na pościeli. Drżała dość mocno pomimo zażytych mikstur postcruciatusowych, po których puste fiolki nadal stały na szafce przy łóżku. Regulus mówił też prawdę co do koszmarów. Harry nie spał spokojnie. Rzucał głową po poduszce, jakby uchylał się przed czymś. Jakby nie chciał na coś patrzeć, ale nie miał wyboru i musiał.

Niespodziewanie otworzył oczy i Severus dostrzegł w tych niesamowicie zielonych oczach przerażenie tak ogromne, że aż sapnął.

W następnej sekundzie gorące ciało, trawione przypuszczalnie gorączką, owinęło się wokół niego. Zamarł w bezruchu, gdy ramiona Harry'ego obejmowały go, a oddech muskał mu szyję. Pomfrey już stała obok i rzucała jakiś cichy czar na spanikowanego chłopaka.

— Mam pomóc ci go położyć? On nadal śni.

— Nie trzeba. Jest spokojniejszy, gdy go trzymam. Może śni teraz o czymś przyjemnym i to go uspokaja.

— Oddech się wyrównał i już tak intensywnie nie drży. W razie problemów zawołaj, pomogę ci go przenieść.

— Dobrze, pani Pomfrey — podziękował i zobaczył jak znika w swoim gabinecie.

Harry nieświadomie gładził kciukiem łopatkę Severusa. Nawet policzek wpasował się w załom na jego ramieniu, gdy tak wtulał się w Ślizgona.

— Ależ sobie łóżko znalazłeś, Potter — burknął cicho Snape, wzdychając cierpiętniczo.

Nie poruszył się jednak, żeby przełożyć Doe na łóżko. Poczuł, że ciężar w jego ramionach stopniowo mu się poddał. Jakby to było jedyne miejsce, gdzie naprawdę powinien być.

Cichy jęk wyrwał się z ust Harry'ego i Severus przyciągnął go bliżej, gładząc uspokajająco po plecach.

— Jesteś już bezpieczny.

I wtedy chłopak go pocałował. Jeśli wolne muskanie szyi wargami można nazwać całowaniem. Lecz Harry nie przestawał. Jakby wcale nie spał, tylko specjalnie znęcał się nad Severusem, wytaczając mokry ślad wzdłuż, tętniącej teraz szybko, żyły na szyi aż po krawędź ucha. Cichy pomruk spowodował gorącą falę wzdłuż całego napiętego już ciała Snape'a w raczej niebezpiecznym kierunku. Harry całkowicie nieświadomie robił z Severusem rzeczy, o których ten nie chciał myśleć, mając właśnie tego chłopaka i to w nieciekawym stanie emocjonalno-fizycznym, na kolanach.

Całe szczęście Doe w tym momencie się odsunął raczej z niewygodnej pozycji i Severus się odrobinę rozluźnił. Całkowicie nie spodziewał się, że ten śpiący, durny bachor zmienia pozycję, żeby móc go pocałować prosto w usta. Tyle, że te usta były tak doskonale miękkie i delikatne. A już na pewno bardzo chętne.

Zamruczał poddając się im, by po kilku sekundach oprzytomnieć. Odsunął od siebie Harry'ego, który jęknął urażony i otworzył oczy. Tym razem całkiem świadomie.

Rozglądał się lekko zdezorientowany miejscem, a potem spojrzał na trzymającego go wciąż za ramiona Severusa.

— Całowałem cię? — palnął rozkojarzony.

Snape przewrócił oczami i przeniósł go na łóżko.

— Miałeś koszmar. Coś ci się śniło i tyle.

— Tylko twoje pocałunki budzą mnie z koszmarów — rzucił, trąc czoło i opadając ciężko na poduszkę. — Mdli mnie. Potrzebuję gorzkiej herbaty.

Pyknięcie oznajmiło przybycie skrzata, a delikatny zapach herbaty natychmiast rozniósł się po sali.

— Dzięki, maleńka. Jesteś kochana.

Skrzatka jakby wiedziała, że chory nie ma siły się podnosić i przyniosła napój w specjalnym czajniczku z długim dziubkiem, dzięki któremu Harry mógł się napić bez konieczności zmiany pozycji.

Zniknęła chichocząc, cała zarumieniona, gdy tylko Severus odebrał od niej tacę.

Potter napił się kilka łyków i schował głowę pod poduszkę.

— Coś cię boli? Wezwać Pomfrey?

Mruczenie spod poduszki mogło oznaczać cokolwiek, więc Severus cierpliwie czekał na powtórzenie lub inną reakcję.

— Nie musisz przy mnie siedzieć. Nic mi nie jest.

— Tak, oczywiście. Właśnie widzę — zironizował, wskazując na jego własne drżące dłonie. — Uważasz mnie za idiotę, Potter?

— Nie używaj tego nazwiska. — Wysunął nos spod poduszki. — Ktoś może usłyszeć. I nie, uważam cię za całkiem inteligentnego człowieka. Jestem tylko zmęczony.

— Oczywiście — powtórzył ponownie Severus, tym razem mniej sarkastycznie, a bardziej przygnębiająco.

— Och, przestań. — Znów schował twarz pod poduszkę, jakby ten gest miał przyśpieszyć zniknięcie Snape'a.

— Zachowujesz się jak małe dziecko, Doe.

— Z prawnego punktu widzenia nadal nim jestem. Ty też, jakbyś zapomniał. Daj mi spokój.

— Przecież nic nie robię.

— Siedzisz tutaj jak kwoka przy pisklakach. Idź coś zrób użytecznego. Uwarz eliksir, postrasz pierwszorocznych mrocznym spojrzenie, sam nie wiem.

— Pierwszoroczni przypuszczalnie jeszcze śpią. Jest siódma rano w sobotę.

Zapadła cisza, która nie bardzo podobała się Severusowi. Po kilku kolejnych minutach przesiadł się na brzeg łóżka i uniósł ostrożnie poduszkę

Harry płakał bezgłośnie, zagryzając wargi tak mocno, że kilka kropli krwi znaczyło już prześcieradło.

Severus zastygł w bezruchu. Jakoś nigdy nie brał pod uwagę, że ten szczególny chłopak mógłby płakać.

— Harry?

— Kazał mi patrzeć jak jego śmierciożercy mordują dzieci w najbardziej bestialski sposób jaki byli w stanie sobie wyobrazić. Czym one zawiniły? Komu przeszkadzały? Nie były żadnym zagrożeniem, a jednak kazał je zabić.

Słowa były ledwo zrozumiałe przez łzy i stan emocjonalny, w którym obecnie był Harry. Jedyne, co Snape mógł, to pogłaskać go pocieszająco po plecach. Żadne słowa nie przyniosłyby teraz ulgi.

Harry przesunął się bliżej, kładąc głowę na udzie Severusa i tuląc w ramionach mokrą od łez poduszkę.

— Muszę go jak najszybciej unicestwić. Nawet jeżeli to zmieni historię — zdecydował nagle, pewien swej nagłej decyzji.

— Wiesz, jakie mogą być tego konsekwencje?

— Przeżyje ogromna liczba niewinnych ludzi.

— A ty?

Smutny uśmiech Harry'ego mówił aż za dużo. Cokolwiek przeżył w swoich czasach, nowa szansa wydawała się być dla niego lepsza, choć i pewnie pełna innych strat.

— Nie myśl teraz o tym. Odpocznij.

— Już zdecydowałem — mruknął sennie, wyczerpany ostatnimi przeżyciami. — Zabiję Toma w tych czasach i nikt więcej nie ucierpi. — Ziewnął i szepnął na granicy snu: — Będę miał rodziców. Przyjaciół. Nikt nie będzie we mnie widział... wybawcy.

Zasnął z ostatnim słowem.

Severus pojął, jak straszna musiała być ta noc dla tego młodego Ślizgona, skoro tak bardzo się załamał.