Klucz
Rozdział 4
Tajemnice
Część pierwsza
— Jesteś pewien, że już wszystko w porządku? — pytał po raz kolejny Severus, pilnie obserwując Harry'ego.
Według niego Doe nie powinien jeszcze opuszczać skrzydła szpitalnego, ale chłopak się uparł. Pielęgniarka także chciała go zatrzymać, ale ją bardzo dosadnie uciszył dyrektor. Snape zastanawiał się, jaki to układ miał Dumbledore z Potterem.
— Zapytaj o to jeszcze raz, to rzucę na ciebie Silencio. Nic mi nie jest. To tylko Crucio.
— Tak, tylko. PoAvadzie pewnie byś tańczył.
— Pewnie nie, ale z całą pewnością zrobiłem w portki — szepnął Harry do siebie. Tego czarnego humoru nabawił się w towarzystwie starszej wersji Snape'a.
Teraz, na korytarzu, wyprzedził mruczącego coś mało cenzuralnego Severusa i wszedł do Wielkiej Sali.
Standardowo, nie zależnie chyba od panującego roku, najgłośniej było przy stole Gryffindoru, co skwitował przewróceniem oczami i usiadł na swoim miejscu. Prawdę powiedziawszy, nie miał zbytnio apetytu. Zaklęcia torturujące odbierają chęć jedzenia bardzo skutecznie, ale lubił poranną herbatę, a w szpitalu panował specyficzny zapach, który psuł mu całą przyjemność z tej czynności.
— Nie powinieneś być jeszcze w łóżku? — Natychmiast znalazł się tuż obok Regulus, pytając cicho, gdy Severus zajmował swoje miejsce.
— Nie mam zamiaru gnić w szpitalu — wyburczał, powstrzymując się przed czymś dużo głośniejszym. — Mam ciekawsze plany na spędzanie czasu, Black. Odczep się! Twoje zainteresowanie moją osobą robi się nadzwyczaj irytujące.
Harry dokładnie wiedział, kto obserwuje zaskakujące zachowanie Regulusa. Yaxley zaraz połamie sobie zęby, tak mocno zaciskał z wściekłości szczęki.
— Wyglądasz okropnie.
— Pewnie mówisz to kumplom za każdym razem, gdy wracasz wiesz-z-czego. Zostaw mnie w spokoju!
— Ale...
Irytacja Harry'ego była doskonale widoczna, a jednak Regulus nie dawał za wygraną.
— Tyle chociaż jesteś mi winien, Black. Chyba, że mam ci przypomnieć, co stało się z powodu twojej niesubordynacji?! — wywarczał Potter, przysuwając sobie bliżej Regulusa, chwytając go za skraj szaty.
Z daleka można byłoby to uznać za ciche przekazywanie wiadomości, na przykład umówienia randki, bo Harry prawie natychmiast uśmiechnął się do chłopaka i wygładził delikatnie pomiętą szatę.
— Rozumiemy się, Regulusie?
— Tak, Harry.
Młodszy Ślizgon odszedł na miejsce, a wraz z jego każdym krokiem narastały szepty.
— Merlinie kochany, to się chyba nigdy w tej szkole nie zmieni — westchnął ciężko Doe i sięgnął po swoją upragnioną herbatę.
Kilka minut później wleciała sowia poczta, wznosząc pod kopuła sali znajomy szum. Potter nie zwracał na nią uwagi, bo przecież nie miał kto do niego pisać w tych czasach. Jakież było jego zdumienie, gdy szara, z całą pewnością szkolna, płomykówka usiadła z gracją na stole i zahukała. Przy jej nóżce uwiązany był niewielki zwój. Po odczepieniu od skrzydlatego posłańca urósł do zwyczajnej wielkości pergaminu i Harry mógł odczytać:
„Dziś o północy.
Pusta sala na drugim piętrze."
Harry rozejrzał się po zebranych, ale nikt w tej właśnie chwili nie patrzył w jego kierunku i nie miał żadnych podejrzeń, od kogo mógłby był taki list.
— Coś ważnego? — spytał Severus, jedząc śniadanie.
— Jeszcze nie wiem.
Schował wiadomość do kieszeni, zostawiając tę sprawę na później. Albo w ogóle ją ignorując. Nie miał czasu na romanse z dziewczynami bądź chłopakami z tego czasu, którym mógł jakimś cudem wpaść w oko. Skrzaty już pewnie wypełniły jego prośbę, a ponieważ była niedziela, miał czas już zacząć planować. Musiał znaleźć sposób na unicestwienie teraźniejszego Toma. Nawet jeśli był horkruksem Voldemorta ze swoich czasów, na tego Riddle'a z pewnością w żaden sposób nie zadziała próba samobójcza. Lepiej było poszukać innego rozwiązania. Najprościej byłoby podejść blisko Toma i zwyczajnie go zabić, ale nie sądził, żeby to tak łatwo poszło. Voldemort zwykł otaczać się barierami i młodsza wersja także miała już ten nawyk. Alternatywą było odkrycie tak potężnego zaklęcia lub mikstury, która przedrze się przez każdą magiczną barierę. Oczywiście pozostawały horkruksy stworzone już przez czarnoksiężnika w tym czasie.
Jeszcze leżąc w ambulatorium, rozmyślał nad tym planem. Chciał mieć pistolet i strzelić Tomowi między oczy. Wiedział jednak, że i na niemagiczne ataki Riddle jest przygotowany. Potwierdzeniem tego ostatniego był wcześniejszy atak. Voldemort nie przejmował się wysadzanymi w powietrze przez zaklęcia domami mugoli. Wokół niego latały większe kawałki muru, połamane, porwane w strzępy deski, okruchy cegieł, kawałki szkła, a on stał niczym władca pośród wojennego chaosu.
Odzyskanie części horkruksów nie powinno być trudne, znajdowały się w końcu w szkole. Pamiętnik pewnie był w posiadaniu Malfoya seniora i to będzie najtrudniejsze. Tiarę będzie najłatwiej odzyskać, ale jakoś nie miał zamiaru rozpętywać Pożogi w pokoju życzeń. Nie umiał powiedzieć, jak długo będzie się naprawiać, a w przyszłości przecież to pomieszczenie przydało mu się wielokrotnie.
Musi z całą pewnością zająć się medalionem.
No i oczywiście pierścień oraz puchar.
Harry zapatrzył się w migoczące w płynie, zapełniającym jego kubek, odblaski świec. Zabicie bazyliszka nie powinno być takie straszne jak w jego młodszych latach. Tiara Przydziału powinna mu pomóc, pożyczając i teraz miecz Godryka. Peleryna jego ojca ułatwiłaby mu przygotowania, ale były niewielkie szanse na jej zdobycie. Będzie musiał poradzić sobie bez niej.
Poczuł na sobie intensywne spojrzenie Snape'a i uniósł głowę. Wielka Sala prawie całkowicie już opustoszała. Kilku ostatnich uczniów już wychodziło. Wstał i ruszył ku wyjściu. Severus dołączył do niego.
— Co teraz? — zapytał, równając się z nim krokiem.
— Mam kilka książek do przeczytania. Napisanie paru notatek i takie tam.
— Przygotowujesz się do wojny? — szepnął cicho, ponieważ uczniowie krążyli po korytarzach.
— Wojna już trwa. Przygotowuję się do ostatecznej bitwy — odparł Doe spokojnie.
— Czy w tym wielkim, końcowym planie jest miejsce dla mnie?
Potter przystanął na moment i zmarszczył brwi, patrząc intensywnie na Severusa. Spowodował tym znów dziwne reakcje obserwowanego, który odwrócił wzrok.
— Raczej niewielkie — rzucił po chwili. — Postaram się jak najmniej wplątać cię w cały ten bałagan.
Severus prychnął rozdrażniony, gdy chłopak ruszył ponownie w stronę dormitorium Slytherinu. Miał ogromną, niczym sam Hogwart, ochotę wykrzyczeć mu tu i teraz parę epitetów o jego poziomie inteligencji, ale z trudem się powstrzymał.
Co ten durny bachor sobie myślał? Sam, w pojedynkę, bez najmniejszego wsparcia i pomocy, chce pokonać Czarnego Pana tego stulecia?! Nawet Dumbledore nie szedł sam na Grindelwalda!
Severus zacisnął mocno pięści i ruszył za Doe, który właśnie znikał za zakrętem korytarza, prowadzącego w jakąś boczną odnogę lochów. Na co ten Potter znowu wpadł?
Gdy sam wyszedł zza rogu, korytarz okazał się pusty. Chłopaka nigdzie nie było. Korytarz ciągnął się jeszcze spory kawałek prosto, zanim ponownie skręcał. Harry nie zdążyłby tak szybko go pokonać, by znów skręcić.
— Doe, znasz zamek lepiej nawet od samych Założycieli.
Snape wiedział o jednym czy dwóch przejściach, ale Potter zapoznał się z nimi dużo dokładniej. Oczywiście, także sam Hogwart decydował komu zdradzić swoje sekrety. Jeśli się uparł, to żadna siła nie mogła się sprzeciwić jego decyzji. Pokój życzeń był tego idealnym przykładem. Nawet profesorom nie otwierał, jeśli uznał, że ukrywający się jego wnętrzu uczniowie nie zasługują na reprymendę. Pokój wypuszczał swoich gości w innej części korytarza, gdy nauczyciele bezskutecznie czekali pod widocznymi dla nich fałszywymi drzwiami.
Potter wrócił do sypialni kilkanaście minut później, niosąc niewielkie zawiniątko pod pachą. Snape cierpliwie czekał, czy chłopak podzieli się i pokaże swoją zdobycz. Niestety wylądowała ona na samym dnie kufra, przywalona grubą warstwą swetrów i koszul. Chwilę bardzo intensywnie patrzył na Severusa, jakby zastanawiał się nad podjętą wcześniej decyzją. Następnie przyzwał skrzata.
— Poproś dyrektora Dumbledore'a, by użyczył mi na chwilę Tiarę Przydziału — polecił i stworzenie bez sprzeciwu zniknęło.
Ta niekwestionowana usłużność skrzatów wobec Doe zaczynała denerwować Snape'a. Prawdę mówiąc, Severus nigdy dotąd nie czuł się tak często poirytowany w obecności tego chłopaka. Nawet Huncwoci tak na niego nie działali. Przynajmniej nie na tak długi okres czasu.
— Po co ci Tiara Przydziału? — Nie wytrzymał i zapytał w końcu, stając koło swego biurka, opierając się o niego. Skrzyżowane na piersi ręce ukazywały tak doskonale zapamiętaną postawę starszej jego wersji.
— Mam do niej parę pytań o Tomie, gdy jeszcze tu uczęszczał.
Skrzat pojawił się tuż koło nogi Harry'ego, wyciągając przed siebie stary kapelusz.
— Dziękuję. Zawołam, gdy skończę i będziesz mógł odnieść Tiarę dyrektorowi. Nie uszkodzę jej. Będę bardzo ostrożny.
Stworzenie chyba o to ostatnie najbardziej się bało, bo po zapewnieniach wyraźnie się uspokoiło i zniknęło.
Harry wrzucił Tiarę do pustego plecaka, dorzucił do niego jeszcze jedną rzecz, której Severus nie rozpoznał i skierował się do wyjścia.
— A ty dokąd?
— Wkrótce wrócę.
— Nie pytam się kiedy wrócisz, tylko dokąd się wybierasz? — Severus znów się zirytował.
Dziś pobije jakiś rekord. Było jeszcze wcześnie, a on już miał po raz kolejny zamordować tego idiotę.
Harry jedynie spojrzał na niego przeszywająco i wyszedł.
OOO
Punkt pierwszy, czyli zdobycie szkolnej miotły, było proste. Potem skierował się do damskiej łazienki, nasłuchując wpierw, czy ktoś z niej jednak nie korzysta. Tak jak i w jego czasach, nie była zbyt lubiana. Marta krążyła po niej, choć teraz nie zwracała na niego wcale uwagi, jakby to on był duchem, a nie ona.
Szybko otworzył przejście do Komnaty Tajemnic i zleciał w dół na miotle. Miał nadzieję, że bazyliszek jest w naprawdę głębokim śnie i nagłe pojawienie się w jego leżu Harry'ego go nie obudzi. To trochę utrudniłoby plany, jakie Potter ułożył.
Na dole nie było specjalnie inaczej. Tak jakby w Komnacie Tajemnic czas nie istniał. Było tak samo mokro i ohydnie jak pamiętał Harry. Uśmiechnął się lekko sam do siebie, przypominając wściekłość Severusa, gdy sprowadził go tutaj. Po martwym bazyliszku pozostały tylko nagie kości. Szczury doskonale je oczyściły, ku irytacji mistrza eliksirów. Oczywiście same kości były warte krocie, ale Snape'a trudno zadowolić.
Szybko skierował się w stronę otworu, z którego w przyszłości pamiętnikowa wersja Riddle'a przyzwała bazyliszka. Przez krótki moment czuł mrowienie magii na barkach, gdy przekraczał brzeg otworu, ale ten opór znikł.
Korytarz, a raczej tunel, był krótki i wychodził na kolejny rodzaj rozwidlenia. Bardziej przypominało to przejście na skróty przez ścianę niż faktyczny tunel.
Bazyliszek spał.
Po jego łuskach przemykała iskrząca magia. Harry nagle zrozumiał. Przecież bazyliszki naturalnie nie mogły żyć tyle lat. Tego osobnika chroniła magia. Gdy był potrzebny, wybudzano go ze sztucznego, magicznego letargu. Inaczej, przez te wszystkie lata od ukończenia Hogwartu przez Toma, ofiar nieustanie by przybywało.
Potter długo obserwował piękno śpiącej bestii. Nie mógł jednak zmienić zdania, jeśli chciał pokonać Toma.
Szybko ujął rękojeść miecza Godryka Gryffindora i, wkładając w ten czyn całą swą siłę, wbił ostrze w łeb wężowego stworzenia.
Bazyliszek nawet nie drgnął. Nagle tylko przestał oddychać, nie zmieniając o cal swej pozycji.
Wydobycie kła zajęło dużo więcej czasu. Krew bazyliszka była wysoce niebezpieczna i Harry musiał cały czas używać do tej okropnej czynności miecza, dopóki zebrana w kałużach woda nie obmyła wystarczająco zęba.
— Przykro mi, mały, że tak musiałeś skończyć — rzekł na koniec Potter, opuszczając pomieszczenie z truchłem.
Severus oczywiście na niego czekał. Nie skomentował jego niezbyt czystego ubioru, nagle ukazującego się spod czaru Glamour, którym Harry okrył się, żeby przejść przez szkołę. Jednak Doe wiedział swoje. Snape był na niego zły. Z drugiej strony bawiło go to, bo to oznaczało, że ten się o niego martwił.
— Jestem cały, Severusie — powiedział wesoło, gdy po paru minutach wyszedł spod prysznica.
— Możesz mi wytłumaczyć, dlaczego część twojej szaty ma dziury wypalone substancją wielce przypominającą jad bazyliszka i nie da się ich naprawić zaklęciem?
Harry westchnął, sięgając po nowe rzeczy. Kieł leżał na samym dnie kufra, tuż przy Tiarze Roweny. Unikanie odpowiedzi nigdy nie przynosiło nic dobrego.
— Dlaczego nic nie mówisz? Co ty znów szalonego planujesz? Gdzie byłeś? Był tu przed chwilą skrzat informując, że odniósł miecz i Tiarę. Jaki miecz? Po co ci była Tiara? Otrzymam odpowiedź na któreś moje pytanie?
— Raczej nie.
W krtani Snape'a zabulgotało, a żyła na szyi wyraźnie kilka razy podskoczyła.
— Jak mam ci pomagać, skoro nie chcesz nic powiedzieć? — wysyczał przez zęby.
— Nie będę cię obarczał rzeczami, które cię nie dotyczą, Severusie. Jeżeli będę potrzebował pomocy, to o nią poproszę.
— Tak, oczywiście! Myślisz, że ci wierzę?!
Snape był bardzo bliski wybuchu.
