Klucz

Rozdział 4

Tajemnice

Część druga

Przez kilka kolejnych dni Harry czuł się, jakby krążył wokół wulkanu gotowego do spektakularnej erupcji. Snape, bo to on był rzeczonym wulkanem, nie zrobił mu awantury po jego ekspedycji do leża bazyliszka. Zrobił wręcz coś odwrotnego. Ignorował go. Na początku było to nawet zabawne. Jednak już na drugi dzień Harry był tym zmęczony i zdenerwowany. Nigdy nie musiał przebywać tak blisko Severusa i jednocześnie nie skupiać jego uwagi. Jakiejkolwiek.

Sam dostrzegł, że z tego powodu zrobił się niesamowicie nerwowy. Irytowało go dosłownie wszystko. Żaden z siedmiorocznych nie chciał choćby przebywać w jego pobliżu. Zwłaszcza po tym, jak dwóch wysłał do skrzydła szpitalnego, gdy przy próbie głupiego żartu rzucili w niego łajnobombą.

Otrzymany za karę szlaban nawet go nie wzruszył. Bardziej interesowała go realizacja planu i czyszczenie jakichś pucharów zrzucił na dalszy plan. Najtrudniejsze, jak dotąd, było zdobycie pierścienie Gaunta. Zastanawiał się jak go zdobyć, skoro Dumbledore jeszcze nie miał go w posiadaniu. Ucieczka z Hogwartu na jakiś czas była na razie niezbyt możliwa. Miał na razie dwa z siedmiu horkruksów, choć prawidłowo tylko jeden, bo on jako fragment duszy jeszcze nie istniał. Nie bardzo wiedział, kiedy dokładnie Regulus będzie w posiadaniu medalionu, ale to naprawdę niedaleka przyszłość. Wielkim znakiem zapytania była Nagini. Harry przypuszczał, że nie istniała jeszcze, więc musi jak na razie znaleźć pozostałe horkruksy. Pierścień, notes, medalion oraz puchar. To cele.

Zadanie bardzo proste, ale z jednej strony miał jak i nie miał czasu. Miał go dużo, bo aż do swoich narodzin albo i te kilka lat dłużej. Z drugiej strony każda mijająca chwila to kolejne niewinne ofiary.

Doe potarł nieświadomie przedramię. Od kilkunastu godzin nieznacznie mrowiło, ale nie było to wezwanie, więc starał się ignorować nieprzyjemne uczucie. Próbował się skupić na zawartości książki o załamaniach czasu. Niewiele pomagała w jego problemie, a natworzyło kilka nowych. Pewnych szczegółów nie chciał nawet sprawdzać. Same opisy mu wystarczały, ale za to wiedział, że unikanie rodziców było dobrym wyborem.

Ten wieczór w Slytherinie był szczególnie głośny. Któryś ze współdomowników obchodził urodziny i prawie wszyscy uczestniczyli w zabawie, która rozpoczęła się wokół Harry'ego tak niespodziewanie, że nie zdążył się ewakuować w bezpieczniejsze miejsce.

Hałas, jaki zapanował, powinien ściągnąć nawet samą McGonagall z drugiego piętra, ale zaklęcia wyciszające działały doskonale.

Po kilku minutach prób dostania się bezskutecznie do swojej sypialni, Doe obrał wyjście jako cel ucieczki, tłumacząc się, że idzie po coś do kuchni. Dopiero wtedy udało mu się umknąć bez zastosowania czegoś bardziej perswazyjnego. Teraz miał kolejny problem. Zbliżała się cisza nocna, a on przebywał poza dormitorium. Kuchnia, co prawda, była początkowo tylko wymówką, ale teraz zdecydował się tam udać.

Kilka skrzatów na jego widok uciekło, ale większość witała go wylewnie, podając smakołyki i sadowiąc przy ogromnym stole.

Był przyzwyczajony do gadulstwa Zgredka i trochę nie potrafił się przyzwyczaić, że inne skrzaty, jeśli nie musiały, to nie odzywały się prawie wcale.

Podziękował im szczerze za poczęstunek i wrócił do czytania. Pomimo późnej pory w kuchni panował ruch, ale nie przeszkadzał on Potterowi. Dopiero parę godzin później spostrzegł ile czasu czytał.

― Panicz powinien iść już spać. Późno jest ― odezwał się nagle jakiś skrzat, stawiając przed nim szklankę gorącego mleka.

― Wiem, ale staram się coś znaleźć.

― Czego panicz szuka? Może mogę to przynieść? Wystarczy to nazwać i przyniosę.

Harry zamrugał zdziwiony. To byłoby zbyt proste.

― Naprawdę mógłbyś mi to przynieść? Nawet jeśli nie wiem gdzie to jest?

― Tak. Skrzaty zawsze wiedzą, gdzie co leży. Wystarczy to nazwać i o tym pomyśleć. Skrzacia magia to znajdzie.

― A jeżeli ta rzecz nie jest moja? ― Kradzieże byłyby zbyt proste.

― To już nie sprawa skrzata, chyba że przedmiot ma odpowiednie zaklęcie ochronne.

Ślizgon patrzył kilkanaście sekund, ale decyzję podjął prawie natychmiast. Spróbować zawsze warto. Wysłał skrzata po pierścień i notes.

Po kwadransie oba były w jego dłoniach. Długo dziękował uczynnemu stworzeniu za pomoc. Raczej nie miał zamiaru wysyłać go po medalion. Nie sądził, by Tom nie uchronił przechowywanego u siebie przedmiotu. No i zmieniłoby to los Regulusa. Za to Ginny nie zostanie opętana.

Harry zdecydował, że notes musi zniszczyć jak najszybciej wraz z pierścieniem, na którym ciążyła klątwa. Przy okazji zajmie się i tiarą. Skoro poprzednio Tom nie zauważył zniszczeń swoich części duszy, to teraz powinno być podobnie.

Wszystko szło podejrzanie zbyt łatwo i Harry doskonale zdawał sobie sprawę, że coś innego musi pójść wręcz odwrotnie. To jakieś nienazwane jeszcze prawo.

Przemknął się szybko do dormitorium. Uczestnicy imprezy już spali, a nawet skrzaty zdążyły uprzątnąć pokój wspólny.

Severus patrzył na niego chłodno i zasunął kotarę wokół łóżka. Oczywisty fakt, że czekał na powrót Doe.

― Dobranoc, Severusie ― szepnął Harry, szukając potrzebnych mu rzeczy w kufrze.

Następnie ukrył się za kotarami swojego łóżka i rzucił zaklęcie wyciszające. Nie wiedział co może się stać, gdy przebije pamiętnik. Nie bardzo pamiętał, czy Hermiona coś o tym wspominała.

Przyglądał się chwilę tiarze i zastanawiał się jak ją zniszczyć. Ten sam problem dotyczył pucharu i pierścienia. Przecież nie mógł ich przebić kłem. Żałował w tej chwili, że nie wziął ze sobą trochę krwi bazyliszka. Musiałby pewnie zapytać Severusa jak to zrobić.

Jak widać tu kończyła się łatwizna i zaczynały schody. Wywołanie gdziekolwiek w szkole Pożogi zostanie zauważone i zaczną się pytania, a tego musiał unikać.

Zajął się pamiętnikiem. Kilka długich minut opierał się chęci otworzenia go i napisania czegoś wspomnieniu Toma. Wiedział jednak, że ten próbowałby przejąć kontrolę.

Położył pamiętnik przed sobą i ujął kieł w obie dłonie, unosząc wysoko nad głowa. Zamachnął się i wbił w niego kieł, krzywiąc się. Ząb wszedł w oprawę z nieprzyjemnym mlaśnięciem, które skojarzyło się Harry'emu z krojeniem surowego mięsa niezbyt ostrym nożem.

Czarna posoka i dym natychmiast zaczęły wydobywać się z notesu. Dym mroził przy dotknięciu, a płyn lepił się do wszystkiego. Chłopak usunął je zaklęciem, ale kła nie wyjął z okładki. Ostrożnie otworzył notes i napisał krótkie „hej".

Dłuższa chwilę odczekał nim ostatecznie uznał, że mu się udało. Wrzucił go następnie do kominka. Zielonkawy dym wydobywał się z płonących kart, ale poza tym nie działo się już nic niezwykłego.

Resztę horkruksów Harry schował, zostawiając obmyślenie plany ich zniszczenia na rano. Dzień minął zdecydowanie zbyt szybko.

OOO

Mnie się nie ignoruje, Doe. Masz przyjść dziś w nocy, albo Twojemu chłoptasiowi..."

Harry przewrócił oczami. Grozić mu krzywdą Severusa? Z czystej ciekawości zdecydował się pójść na tę dziwaczną randkę z szantażystą.

Severus nadal się na niego boczył i Harry tylko cicho westchnął, gdy szedł na śniadanie. Niestety wiedział, że taka sytuacja potrwa tak długo, aż on przeprosi. Tyle, że sam nie czuł się zobowiązany do nich ani odrobinę.

Dzień mijał spokojnie jak na szkołę magii oczywiście. Na kilka godzin Harry odprężył się na tyle, by nawet poczuć odrobinę przyjemności z uczenia się. Dotychczas zdążył się przyzwyczaić, że przepadł mu siódmy rok, więc starał się nadrobić ile zdoła. Nigdy nie wiadomo co może się przydać.

Miłe momenty psuł humor Severusa. Jedynym wyjściem było unikanie go, ale to oznaczało przebywanie w pokoju wspólnym, czego zwykle starał się ustrzec. Tym razem nie miał większego wyboru.

Rozsiadł się w, jak najbardziej oddalonym od centrum zgromadzeń, fotelu i zagłębił w lekturę. Miał nadzieję, że to odstraszy chętnych do rozmowy.

To była złudna nadzieja. Trwała najwyżej kwadrans i nagle ktoś zasłonił mu światło swoją osobą.

― Mógłbyś się przesunąć? Nie mogę czytać ― zauważył Harry, nie podnosząc głowy.

Cień jednak nadal pozostawał w miejscu.

― Chcę z tobą pogadać. Wyjdź na moment.

Harry w końcu spojrzał do góry i zdziwiony uniósł brwi, widząc Yaxleya.

― Nie wiem, czy mam o czym z tobą rozmawiać.

― Nalegam.

Chłopak skierował się w stronę wyjścia i tam czekał na reakcje Doe. Widząc, że raczej nie zostanie pozostawiony w spokoju, Harry odłożył książkę na stolik i ruszył za blondynem.

― Czy to ty wysyłasz mi te wiadomości o spotkaniu? ― domyślił się nagle Potter, łącząc fakty.

― A ty ciągle je ignorujesz ― rzucił chłodno Yaxley, kierując się w głąb lochów.

Harry zastanawiał się czy to jakiś rodzaj pułapki. Tarcza nie zaszkodzi, a wysunięcie odrobinę różdżki uspokajało.

― Naprawdę nie mam w głowie żadnej ochoty na romantyczne spotkania ― rzekł, gdy Yaxley zatrzymał się w ślepym zaułku i odwrócił z dziwnym wyrazem twarzy.

― Jeżeli nie zostawisz Regulusa w spokoju, rozpowiem wszystkim kim naprawdę jesteś.

Harry zamrugał i lekko zdezorientowany patrzył na chłopaka.

― Słucham? Nie bardzo rozumiem.

― Masz trzymać swoje szlamowate łapska z daleka od Regulusa!

Ciężkie westchnienie opuściło pierś Pottera.

― Dobrze. Da się załatwić. ― Odwrócił się z zamiarem powrotu do dormitorium.

― Nie żartuję! ― wrzasnął Yaxley.

Harry odwrócił się do niego.

― Nie jestem w żaden sposób zainteresowany Blackiem. Nie jest w moim typie. Cokolwiek sobie ubzdurałeś, jest to tylko twoja wyolbrzymiona wyobraźnia.

― Kłamiesz! Ciągle kręci się koło ciebie!

― To już akurat nie mój problem ― burknął Harry.

Nie widziały mu się żadne gierki z zazdrosnym Ślizgonem.

― A właśnie, że twój. Jeżeli to się natychmiast nie skończy...

― To co? ― Harry'emu skończyła się cierpliwość. Akurat tego zawsze miał spory deficyt.

― Będziesz mnie szantażował? Niby czym?

― Snape...

― Zrań go w jakikolwiek sposób, a odpłacę ci to po tysiąckroć, choćbym miał kroić cię na półfuntowe kawałeczki nożem do masła.

― Blefujesz ― zadrżał Yaxley.

― Naprawdę? ― Potter dotknął czubkiem różdżki jego ramienia. ― Aż tak dobrze mnie znasz?

Zaklęcie delikatnie, prawie z miłością, sunęło po ubraniu Yaxleya, rozcinając je z cichym trzaskiem, nie raniąc jednak.

― Wystarczy, że nacisnę mocniej, a to już nie będzie materiał, a twoja skóra.

― Doe! Co ty wyprawiasz? ― zaniepokojony głos Severusa za jego plecami zatrzymał czar.

Harry odsunął się o krok od Yaxleya.

― Nic szczególnego. Tłumaczę tylko pewne... aspekty koledze. Chyba już pojął moje zdanie na interesujący go temat. Prawda?

― Jesteś obłąkany, Doe! ― krzyknął przerażony na całego blondyn, wymijając go i uciekając im z oczu.

Harry schował spokojnie różdżkę i zwrócił się do Severusa:

― Coś chciałeś?

― Yaxley ma rację. Jesteś obłąkany.

Harry uśmiechnął się smutno i westchnął. Wyminął Severusa i skierował się ku wyjściu z lochów. Nie było jeszcze na tyle późno, by dostać szlaban za łamanie ciszy nocnej, więc zamierzał iść na wieżę astronomiczną. Śnieg przestał sypać jakiś czas wcześniej i doskonale widać było ugwieżdżone niebo.

Harry wspominał wieczory, gdy przychodził tutaj, a starszy Severus notorycznie go za to ganił.

― Jest środek zimy, Doe. Rzuciłbyś chociaż na siebie czar ogrzewający.

Harry odwrócił się, opierając o blankę. Snape stał w wejściu, kończąc właśnie zaklęcie, które chroniło go przed zimnem. Potter nic nie mówił. Patrzył tylko z nikłym uśmiechem na ustach.

― Czego się szczerzysz? ― nie wytrzymał długo tego spojrzenia Severus, podchodząc bliżej.

Harry westchnął, sięgając nagle i odgarniając niesforny kosmyk z czoła drugiego Ślizgona. Nie zabrał potem jednak dłoni, lecz opuszkami palców nakreślił kształt szczęki chłopaka.

Severus zamarł. To muśniecie spowodowało, że na jego skórze jarzyło się niesamowite ciepło. Nie kontrolując sam siebie, złapał dłoń Harry'ego i przyciągnął bliżej. Pomiędzy nimi było teraz nie więcej niż na szerokość dłoni przestrzeni. Po raz pierwszy w żaden sposób nie przeszkadzało to Snape'owi.

Harry, kciukiem trzymanej przez Severusa dłoni, gładził lekko szorstki policzek.

― Dla mnie czas mógłby w tej chwili stanąć ― szepnął cicho.