Klucz
Rozdział 5
Uczucia
Część druga
Severus ponownie na niego czekał.
― Wszystko ze mną w porządku. Nawet nie musiałem iść do Pomfrey.
Zaklęcie diagnostyczne później Ślizgon zmarszczył brwi i skrzyżował ramiona, patrząc na niego więcej niż wymownie.
Harry prychnął rozbawiony.
― Nudził się. Tylko Crucio ― zironizował.
Gdyby wiedział, że rozzłości tym jeszcze bardziej chłopaka, to ugryzłby się w język.
― Tylko?! Jacy debile podążają za taką imitacją człowieka? Gdzie oni wszyscy mają mózgi? Tak się dać poniżać? Dla czego? Co Czarny Pan daje im w zamian za znoszenie jego zachcianek? Kto kiedykolwiek mógłby pomyśleć, że chciałbym słuchać lub podążać za takim potworem.
Harry odetchnął. Gniew Severusa nie był skierowany w niego. Pozwolił mu ochłonąć, a sam poszedł się wykąpać. Gdy wyszedł z łazienki, Snape stał koło biurka, wyraźnie na niego czekając. Znowu.
― Czy odczuwasz jeszcze jakieś efekty pocruciatusowe?
Naukowa natura mistrza eliksirów wzięła górę. Harry uśmiechnął się i kiwnął przecząco głową.
― Eliksir zadziałał idealnie. Żadnych skurczy mięśni, bólów głowy, mdłości.
― Powinieneś teraz odpocząć.
― Taki mam zamiar.
Skierował się wprost do łóżka, choć z wielką ochotą zrobiłby coś innego. Wtulenie się w Severusa kusiło nieziemsko. Poduszka musiała mu dziś w nocy wystarczyć. Przysypiając, zerknął na kładącego się Ślizgona.
― Severusie?
― Tak?
― Czy znasz jakiś eliksir, który miałby identyczna siłę niszczenia co Pożoga?
― Zależy co taki eliksir miałby zniszczyć. Osobę, przedmiot, magię?
― Magiczny przedmiot.
― Poszukam.
― Dziękuję, Severusie ― mruknął i prawie natychmiast zasnął.
OOO
Poranek był odrobinę zamroczony, ale Harry zrzucił to na krótkie działanie eliksiru. Cóż, nic nie trwa wiecznie, a dobra herbata pozwoli mu oprzytomnieć.
Obserwowany ukradkiem przez Severusa, spakował potrzebne książki i ruszył na śniadanie.
W pokoju wspólnym już przebywało kilkoro uczniów i wszyscy zamarli, gdy Regulus zawołał Harry'ego.
― Wracać do swoich zajęć! ― warknął na nich Black, gdy dostrzegł to zainteresowanie.
Potter westchnął i zbliżył się. Blackowie chyba w genach mieli najpierw działanie, a potem myślenie.
― Słucham.
Regulus złapał go za rękę i wcisnął w nią jakiś zimny przedmiot. Harry omal się nie zachłysnął, rozpoznając medalion. Cicho zaklął, natychmiast chowając go do kieszeni, Szybko rozejrzał się po salonie.
― Nie mogłeś być bardziej dyskretny, idioto!? ― rzucił przez zęby.
― Dokonałem wyboru, teraz ty dotrzymaj słowa.
― Nigdy nie łamię danej obietnicy.
― Oby. Albo On będzie twoim najmniejszym problemem ― dodał i skierował się w stronę wyjścia.
Żaden z wychodzących nie zauważył blondyna ukrytego za jednym z foteli. Jego twarz świadczyła, że myśli o czymś mało przyjemny dla jednego z wychodzących. Szybko uciekł do dormitorium, potrącając po drodze Severusa.
― Z drogi, Snape!
Ślizgon zatrzymał się na moment, rzucając spojrzenie na odchodzącego Yaxleya, a następnie na pokój wspólny. Wejście właśnie zamykało się, ale nadal słychać było Regulusa, wołającego coś do Doe.
OOO
― Czego chciał Black? ― zapytał Harry'ego, jedząc poranny posiłek.
Ten spojrzał na niego, potem na Regulusa, który rozmawiał o czymś z kolegami.
― O co ci chodzi? ― odparł pytaniem.
― Wołał cię, gdy wychodziłem z dormitorium. Tak tylko pytam, bo raczej ta nowa zażyłość z Blackiem nadal przeszkadza pewnej osobie.
― Jesteś o mnie zazdrosny, Severusie? ― Pochylił się w jego stronę Harry z wesołym uśmiechem.
― Nie mówię o sobie ― spiął się Snape. ― Yaxley obserwuje was bardzo uważnie.
Po rozejrzeniu się Harry mógł potwierdzić podejrzenia Severusa. Jednak coś w spojrzeniu Yaxleya bardziej zaniepokoiło Pottera. Ziała od niego taka intensywna wrogość, że można jej było wręcz namacalnie dotknąć.
― Będę na niego uważał, a teraz lepiej chodźmy, bo zaraz się spóźnimy.
Snape burknął coś pod nosem, ale wstał. Gdyby Harry dobrze go nie znał, to może by go to rozbawiło. Wiedział jednak, że temu nie podoba się brak odpowiedzi na wcześniejsze pytanie. Nie chciał kłamać, więc wybrał unikanie odpowiedzi. Nie pomoże to na dłuższą metę, ale da mu wystarczającą ilość czasu.
Lekcje mijały utartym rytmem. Nauczyciele zadawali zadanie, odbierali eseje, nakazywali ćwiczyć. Nic niezwykłego.
Harry kochał ten spokój. Po ustawicznym strachu ciągłych ataków, w których brał udział, taka cicha jednostajność była odprężająca. Zapomniał już co wydarzyło się kilka godzin wcześniej, choć o medalionie leżącym na dnie kieszenie nie. Może dlatego, że nie nosił go blisko ciała, a może nie nabrał tej złowrogiej mocy, nie odczuwał nic. Harry zdecydował się jednak, że schowa go do kufra jeszcze przed obiadem.
Ruszył za kilkoma innymi Ślizgonami w stronę dormitorium, gdy tylko skończyły się zajęcia. Zamyślony, nie zwracał uwagi na otoczenie, dopóki czubek różdżki nie wbił mu się intensywnie w kark. Zatrzymał się w miejscu.
― Idź przed siebie, Doe.
Głoś Yaxleya rozpoznał bez odwracania się.
― Czego chcesz? ― Nie poruszył się.
Następne co poczuł, to silny cios w głowę i ogarnęła go ciemność.
OOO
Severus rozglądał się po Wielkiej Sali, ale nigdzie nie dostrzegł Harry'ego. Nigdy wcześniej nie siadał gdzie indziej niż obok Snape'a, więc dziwny niepokój, który nagle go ogarnął, jeszcze bardziej wzrósł.
― Black, widziałeś gdzieś Doe? ― zapytał Regulusa w drodze do wyjścia.
Drugi Ślizgon kiwnął tylko przecząco głowa i wstał.
― Pomóc ci go znaleźć?
― Nie trzeba. Sam go odszukam.
Wyszedł szybko, by Black nie mógł za nim podążyć.
Niepokój narastał.
Rozejrzał się po pustym holu, zastanawiając się gdzie Harry mógł iść. Wyjął różdżkę.
― Wskaż mi Harry'ego Doe.
Niestety, ale różdżka nie drgnęła. Severus jeszcze raz rozejrzał się po holu.
― Wskaż mi Harry'ego Pottera ― szepnął cicho.
Tym razem przedmiot nakierował go na lochy. Snape zastanawiał się, czy chłopak mógł po prostu iść do dormitorium po jakieś rzeczy. Mieli jeszcze eliksiry i pewnie coś zapomniał. Różdżka jednak nie wskazywała na korytarz prowadzący do pokoi Ślizgonów. Gdy zaczął zagłębiać się w jedno z najrzadziej używanych korytarzy, strach ścisnął sercem Severusa. Próbował sobie przypomnieć, czy Yaxley był teraz w Wielkiej Sali, ale nie mógł skojarzyć. Cichy jęk z mijanej starej sali zatrzymał go w miejscu. Ujął pewniej różdżkę i wkroczył do środka, otwierając szeroko drzwi.
Otworzył szerzej oczy na widok, który miał przed sobą.
Yaxley wisiał, najwyraźniej nieprzytomny na ścianie, przybity za ubranie. Jego prawa ręka zwisała pod nietypowym kątem, a z kącika ust ciekła krew.
Natomiast Harry siedział pod przeciwległą ścianą, opierając o nią głowę. Cała prawa strona twarzy zalana była krwią. Był także nieprzytomny.
― Harry? ― Podbiegł natychmiast do niego.
Teraz mógł dostrzec, że jego ubranie jest pocięte w wielu miejscach. Przypuszczał, że to Culter.
Minutę później w drzwiach stanęła Pomfrey w towarzystwie Dumbledore'a. Harry jęknął ponownie, gdy pielęgniarka przełożyła go na nosze, ale nie ocknął się. Dyrektor to samo zrobił z Yaxleyem. Nikt nic nie mówił przez cały czas. Potem Dumbledore aktywował kominek i ruszyli z rannymi do skrzydła szpitalnego.
Severus mógł po raz kolejny stwierdzić, że Pomfrey idealnie nadawała się do swojej pracy. Niestety pewne rzeczy nawet jej zajęły trochę czasu zanim opatrzyła obu i przebrała w czyste ubrania. Snape stał tylko koło dyrektora i czekał. Nie wiedział i tak, co mógłby powiedzieć. Skąd w ogóle wiedział, że coś się stało?
― Harry wysłał do mnie swojego patronusa ― odezwał się nagle Albus, ku przestrachowi Severusa. ― Przekazał, że został zaatakowany i jest dwóch rannych.
Gdy Pomfrey skończyła, Harry usiadł na łóżku, nie słuchając jej wcale, że powinien jeszcze leżeć. Yaxley nadal był nieprzytomny.
― Chłopcze... ― zaczął Dumbledore, ale Harry go uprzedził.
― Temat nie istnieje. Dostał Obliviate i nic nie będzie pamiętał, tylko nie wiem ile. Jego zaklęcie odbiło się od mojej tarczy.
― Jak widzę wcześniejsze trafiło.
― Czasami tak bywa ― odparł, ale patrzył na Severusa.
― Uznam to za wypadek w takim razie.
― Dziękuję, dyrektorze.
Gdy Albus i Poppy wyszli, Severus jeszcze chwilę patrzył na drzwi. Potem zwrócił się do Pottera:
― Często rozmawiasz z dyrektorem w ten sposób? Przecież on może zniszczyć cię jednym zaklęciem.
Chłopak zbył milczeniem to pytanie. Transmutował szpitalną piżamę w coś normalnego i wstał.
― A ty dokąd?
― Do własnego łóżka. Nie przepadam za tym.
Severus osobiście także nie, więc nie sprzeciwił się więcej, gdy opuszczali skrzydło szpitalne. Wkrótce miała rozpocząć się cisza nocna i korytarze były opustoszałe.
― Znalazłeś to, o co wcześniej pytałem? ― zagadnął Harry, gdy schodzili po schodach.
― I tak i nie. Nie ma na tyle żrącego eliksiru, by uszkodził chroniony magią przedmiot. Żaden kociołek nie jest aż tak wytrzymały. Znam jednak miejsce, gdzie można kontrolowanie korzystać z Pożogi.
Harry obrócił się na pięcie.
― Czy możemy skorzystać z niego już w tej chwili?
― Myślę, że tak. Mogę tam wchodzić bez przeszkód o każdej porze. ― Zdziwił się tak nagłym entuzjazmem Harry'ego.
― Muszę zabrać parę rzeczy z dormitorium i możemy tam iść.
― W porządku. ― Przypuszczał, że odmowa nie wchodzi w grę.
Kilkanaście minut później szli w stronę laboratoriów. Tych nie używali normalnie uczniowie, tylko sam mistrz eliksirów, który w danym czasie urzędował w Hogwarcie. Harry rozejrzał się po sporym pomieszczeniu, gdy Severus rozpalał pochodnie. Starszy Snape nie korzystał z tej sali, więc Harry jej nie rozpoznawał. Po środku stał kamienny postument. Gdy zbliżył się bardziej, dostrzegł, że po środku jest bardzo głęboka misa.
― To do niszczenia niebezpiecznych eliksirów, których nie można zniwelować przy pomocy zaklęcia. Wytrzymuje ogromne temperatury i przeciążenia magiczne. Podstawa generuje tarczę, by wszystko ulegało zniszczeniu wewnątrz misy.
Harry zaczął wyjmować z torby wszystkie horkruksy i wrzucać do środka.
― Czy to nie jest...?
― Nie dotykaj! ― Zatrzymał go w połowie ruchu Harry, gdy chciał sięgnąć po przedmiot.
― Ty właśnie go dotykałeś.
― Mnie one nie zrobią krzywdy. ― Przemilczał, że pierścień nosi klątwę. ― Lepiej się odsuń. Nie wiem, jaka może być reakcja.
Z notesem nie było problemów, ale z resztą może być różnie. Zwłaszcza, gdy będzie niszczył je jednocześnie. Nie przypuszczał, że pojedynczo coś zmieni. Wolał zaryzykować raz a porządnie. Przynajmniej nie musi zabijać Nagini, bo jeszcze nie istnieje.
― Uaktywniam tarcze. Możesz rzucić zaraz potem zaklęcie.
Potter modlił się w duszy do wszystkich bóstw, by udało się to wszystko za jednym razem.
Okrągła, przezroczysta bariera otoczyła postument. Harry rzucił zaklęcie.
Ogień z nieziemskim rykiem szalał w barierze, niczym potwór próbujący wyrwać się na wolność. Doskonale widoczny był moment, w którym pierwszy horkruks pękł, zaraz po nim kolejny i pozostałe. Czarny dym wybuchł z przedmiotów, ale nie miał dokąd uciec i ogień po chwili go pożarł.
A potem tarcza pękła.
W obu Ślizgonów strzeliła tak gorąca fala, że wydawało się, iż oddychają samym ogniem. Harry natychmiast złapał Severusa i wybiegł z sali, zatrzaskując drzwi i zabezpieczając je każdym zaklęciem blokującym, jaki przychodził mu do głowy.
Teraz rozumiał, czemu nie znał tej sali. Bo spalił ją doszczętnie.
Drzwi przed nimi topiły się niczym masło na rozgrzanej patelni. Ściany na krawędzi framugi także zaczęły się rozgrzewać i deformować. Nic nie wydostało się jednak poprzez postawione tarcze. Po długich minutach żar zaczął słabnąć i przygasać powoli.
