Klucz

Rozdział 6

Bitwa

― Dyrektor nas zabije ― wymruczał Severus, gdy wszystko ostatecznie się uspokoiło.

Drzwi całkowicie wtopiły się w ścianę i, pomimo kilku prób, nie udało im się ich wyważyć.

― Nie będzie tak źle. Wszystko mu wyjaśnię.

― Coś ty tam nawrzucał, że przełamało to tarczę? Jeszcze nigdy nie widziałem takiego efektu.

― Lepiej żebyś nie wiedział. Zastanawia mnie fakt, że nie kojarzę tej sali ze swojego czasu. Musiała istnieć, bo wtedy jeszcze jej nie zniszczyłem, a jednak jej nie pamiętam.

― Prawdę mówiąc, profesor Slughorn otworzył tę salę dopiero niedawno, gdy pytałem o żrące eliksiry. Stwierdził, że jeśli chcę pracować nad czymś tak niebezpiecznym, to lepiej żeby nie robić tego z daleka od tej właśnie misy. Wcześniej w ogóle nie miał zamiaru jej otwierać, bo do niczego nie była mu potrzebna.

― Czyli to przeze mnie otwarto tę salę?

― Raczej tak ― przyznał mu rację Severus.

Widocznie starszemu Severusowi także nie była nigdy potrzebna. A skoro to jego obecność w tym czasie spowodowała jej otwarcie, to zniszczenie i tak już nie robiło większej różnicy.

― Jestem śpiący ― ziewnął i machnął na Snape'a, by wracać do dormitorium.

Nie przebyli nawet połowy drogi, gdy ramię Harry'ego eksplodowało tak potężnym bólem, że zwinął się na podłodze korytarza, jęcząc.

― Cholera, chyba jednak zauważył. ― Przy pomocy Snape'a udało mu się jakoś wstać. Senność uleciała w kilka sekund.

Dokładnie w tym momencie nie czuł się gotowy na spotkanie z Tomem. Miał dotąd nadzieję, że będzie miał parę dni na przygotowanie się. Chociażby psychiczne.

Jak na zawołanie na końcu korytarza pojawił się Regulus w towarzystwie kilku innych młodych śmierciożerców. Wszyscy z jakiegoś powodu patrzyli na niego wyczekująco. Harry spojrzał na Blacka i prawie natychmiast pojął.

― Powiedziałeś im ― stwierdził i zaśmiał się sucho.

― Co mamy robić? ― zapytał jeden z chłopaków z rocznika Blacka.

Potter zamyślił się. Nie miał dotąd żadnego planu ostatecznej rozgrywki z Tomem. Jednak jego obraz zaczął się w tej chwili kształtować.

― Musicie iść do Dumbledore'a i przyznać się.

― Nie możemy! On nas... ― zaczęli się przekrzykiwać jeden przez drugiego.

― Cisza! Daję wam jasny wybór. Wy się przyznajecie, ja idę do Toma. Mam z nim pewien stary rachunek do uregulowania.

― Nie pokonasz go.

― Zrobię co będę musiał. ― Poczuł uścisk na ramieniu, gdy Severus go przytrzymał podczas trwania następnego wezwania. ― Muszę iść. Nie opuszczajcie Hogwartu do rana. Pod żadnym pozorem nie reagujcie na wezwanie. Wtedy raczej wszystko się wyjaśni.

Wziął głęboki oddech i odepchnął się od ściany. Nic nie było mu potrzebne, nie sądził, żeby jeszcze tu wrócił.

Severus szedł tuż za nim.

― Nie możesz iść ze mną.

― Spróbuj mi zabronić.

Ta bitwa będzie najtrudniejsza.

― Nie możesz iść ze mną, bo wykorzysta cię przeciwko mnie. Czy tego chcesz? By twoja śmierć pociągnęła moją? Bo tak właśnie moja walka by się zakończyła, gdybyś mi towarzyszył.

― Nie pozwolę ci tam umrzeć.

― Nie mam zamiaru ot tak oddawać swojego życia. Chcę zniszczyć tego potwora i jeśli ostateczną ceną będzie moje życie, to tylko wtedy dokonam tego wyboru.

― Czyli mam tu po prostu stać i czekać aż może wrócisz?

― Nie pogniewałbym się zobaczyć cię w pierwszej kolejności.

Następne wezwanie było jeszcze silniejsze i Harry dłuższą chwilę zbierał siły, żeby wstać.

Drugi raz nie pozwolił zatrzymać się Severusowi.

Śnieg chrzęścił pod stopami, a księżyc w pełni oświetlał mu drogę. Przy wierzbie bijącej mignął mu czarny cień, ale nie miał czasu potwierdzić swoich podejrzeń.

Aportował się znów na dziedziniec kwatery Toma.

Voldemort stał w drzwiach. Po obu jego stronach stali śmierciożercy.

― Gdzie pozostali?

― Zostali. Nie dałem im większego wyboru, Tom.

Kilku śmierciożerców drgnęło, potwierdzając przypuszczenia Harry'ego, że to rodzice tych, co pozostali. Od samego pojawienia się Potter miał aktywną tarczę i różdżkę w dłoni. Spodziewał się ataku w każdej sekundzie i nie pomylił się.

Riddle rzucił w niego zaklęciem, ale uniosła tylko tuman kurzu w miejscu, gdzie Harry dopiero co stał.

― Co zrobiłeś!?

― Doskonale wiesz co, Tom. Przecież się domyślasz. Wszystkie twoje puzzle złożyłem w całość i zniszczyłem doszczętnie. Nie pozostał nawet pył.

― Łżesz.

― Każdy skrawek twojej duszy uległ zniszczeniu bezpowrotnie. Jesteś teraz tylko cieniem człowieka i doskonale o tym wiesz, skoro mnie wezwałeś.

Kolejne paskudne czary niszczyły scenerię, ani razu nie dosięgając Pottera.

― Uprzedzałem cie, ale nie chciałeś słuchać. Oznaczając mnie tym szkaradztwem, podpisałeś na siebie wyrok.

Zdecydował się na kontratak, gdy w pewnej chwili miał czyste pole manewru. Trafił Toma w ramię, ale któryś ze śmierciożerców natychmiast go uleczył. Pozostali zaczęli atakować na jego znak i Harry wznowił wysiłki w uciekaniu.

Ogród był ogromny i wykorzystał to, ukrywając się i starając się eliminować przeciwników. Nie chciał ich zabijać. Miał na celu tylko jedno życie i do niego zmierzał.

Miesiące treningów z Severusem przynosiły teraz owoce. Każda ścieżka w ogrodzie oznaczona była choćby pojedynczym, nieprzytomnym ciałem.

Tom znikł mu z oczu kilka minut wcześniej, ale wiedział, że nie odszedł daleko. Nie przepuściłby chwili, gdy on zostałby złapany i pojmany. Harry nawet nie chciał myśleć, co wtedy by nastąpiło. Sesje tortur byłyby pewnie dopiero początkiem. Widział w swoich wizjach do czego Tom jest zdolny.

Harry ciężko oddychał, obserwując ostatniego z widzianych u boku Voldemorta śmierciożerców. Skradał się ostrożnie w stronę kryjówki Pottera, ale ten był tego świadom. Zaklęcie później leżał u stóp Ślizgona.

― Czas na ciebie, Tom ― mruknął i skierował się w stronę domu.

Tym razem nie mógł sobie pozwolić na łut szczęścia, jak w przypadku walki z Yaxleyem. Dał się bezpretensjonalnie podejść i najzwyczajniej zranić, gdy był oszołomiony. Nic w tym bohaterskiego dla Yaxleya, ale jak to się mówi: „na wojnie i w miłości wszystkie chwyty dozwolone".

Tylko minutę pozwolił sobie zmarnować u wejścia na odetchnięcie i opanowanie emocji. Potem mocno pchnął drzwi i natychmiast się cofnął. Zaklęcie mignęło tuż obok, rozjaśniając otoczenie krwistą czerwienią. Zaraz potem usłyszał szybkie kroki. Tom się wycofał. Harry wtargnął do holu i pobiegł w kierunku, z którego ciągle docierał do niego dźwięk kroków. Mógł przypuszczać, że usunięcie Riddle'a nie pójdzie prosto i zwyczajnie. Wcześniej przecież też nie było łatwo. I tak się dziwił, że ten jeszcze się nie aportował. Czyżby był aż tak paranoidalny, że blokada obejmowała i jego, żeby nikt nie mógł go porwać z zaskoczenia?

Całkiem możliwe.

― Nie ukryjesz się przede mną, Tom. ― Harry nie przestał się kamuflować za załomami, czy zakrętami, ale zdecydował się na inny typ walki. ― Oznaczenie mnie nie wyszło ci na dobre, nie uważasz? To był ogromny błąd, choć nie powiem, że pierwszy. W pewnych przypadkach masz strasznego pecha. Tym przypadkiem jestem ja. Wielokrotnie stawałem ci na drodze i zawsze wtedy coś szło ci nie tak.

Rumor w końcu korytarza nakierował go w dobrym kierunku.

― Zrobiłem wszystko, co spowoduje twój ostateczny upadek. Skończą się twoje despotyczne rządy. Morderstwa i anarchia już nie będą codziennie na pierwszych stronach gazet.

Otworzył szeroko drzwi do ostatniej sali zaklęciem i stanął z boku. I tym razem pojedynczy czar przemknął wzdłuż korytarza, rozbijając się błyskiem na ścianie.

― Czyżby nagle Lord Voldemort odczuł, co to przerażenie? Uciekasz z podkulonym ogonem, bo wszystkie drogi awaryjne uległy zniszczeniu? Jak w ogóle mogłeś pomyśleć, że stworzenie horkruksów jest objawem nieśmiertelności? Tylko durny bachor wychowany w sierocińcu mógł wpaść na tak bezsensowny pomysł.

Kolejny czar roztrzaskał się kilka centymetrów od ramienia Harry'ego. Tyle, że ten doskonale mógł teraz znaleźć kryjówkę przeciwnika.

― Podobno byłeś dobrym uczniem, a jednak nie uświadomiłeś sobie, że prawdziwą nieśmiertelność nie zdobywa się gwałtami i morderstwami, a wręcz czymś innym.

Przemknął w głąb sali, ustawiając się za starymi fotelami, nadal utrzymując tarczę.

― Jesteś taki rozczarowujący, Tom. Tyle mogłeś osiągnąć. Stać się naprawdę kimś wielkim. Może nawet przewyższyłbyś samego Dumbledore'a. Ale byłeś na to za głupi. Lepiej otaczać się zgrają pochlebców, którzy będą lizać twoje buty, żeby nie otrzymać kary za twój zły humor.

― Zamknij się, Doe! ― Cierpliwość Toma została wyczerpana, albo zwyczajnie Harry trafił w czuły punkt.

Voldemort wyszedł ze swej kryjówki, z różdżką skierowaną w Harry'ego, który także opuścił osłonę z mebli.

― Nabrałeś odwagi, Tom?

― Zniszczę cię!

― Może w końcu ci się uda. Kilka prób już miałeś. Nadal tu jestem. ― Uniósł jedno ramię, nie przestając drugą ręką celować w przeciwnika. ― Dziś zakończę ten koszmar.

Nie czekał dłużej. Trzy szybkie zaklęcia uderzyły prawie jednocześnie. Tylko ostatnie trafiło, gdy Tom uskoczył. Uderzył o ścianę i, chwiejąc się na nogach, zaatakował w odwecie. Smugi czarów rozjaśniły pomieszczenie. Żaden nie był zielony.

― Czyżbyś nie chciał mnie zabić? ― zironizował Potter i posłał w jego stronę kolejną serię.

Wiedział, że trafił przynajmniej jednym, bo usłyszał jęk, a następnie przekleństwo. Zaraz potem cofnął się. Przestał drwić, skupiając się na obronie. Czary Toma przybrały przemiennie barwy czerwieni i zieleni.

Po kilkunastu minutach lewe ramię krwawiło, tak samo nogawka na wysokości łydki. Tom także był ranny. Ślady krwi znajdowane na ścianach, gdzie podpierał się, były doskonałym tego dowodem.

― Czas to kończyć, Tom.

― Nie poddam się!

― I bardzo dobrze. Nigdy w życiu nie pozwoliłbym ci trafić do Azkabanu.

To była ta chwila. Ten moment. Czuł to. Jego dłoń nie drżała, gdy podchodził bliżej, odbijając jedno, drugie, trzecie zaklęcie. Uchylając się ostatecznie przed Avadą i rozbrajając z różdżki Toma, siedzącego pod ścianą tuż przy krawędzi okna.

Jeden głęboki wdech.

Avada Kedavra!

Zabolało. Tom leżał martwy u jego stóp, a Harry trzymał się za głowę, sycząc. Mroczny Znak rozwiewał się szarym dymem z jego ramienia. Ból jednak odwracał wszystkie inne myśli.

― Wiem, cholera! Wiem!

Nie potrafił jednak zrobić tego tak po prostu. Chciał jeszcze raz zobaczyć Severusa. Ostatni raz.

Podpierając się ścian, sprawdził, czy może się aportować pod szkołę. Upadł na kolana, gdy znalazł się w znajomym miejscu. Ból narastał rozsądzając każdą komórkę ciała.

Widział biegnącego w jego stronę Severusa, ale nie miał siły wstać. Opadł na ręce. Nie udało mu się spotkać twarzą z ziemią, bo Snape go złapał i delikatnie ułożył na swoich kolanach.

― Musisz jak najszybciej znaleźć się u Pomfrey.

― Nie trzeba. ― Odetchnął, trzymany przez Severusa.

Głowa spoczywała na piersi drugiego chłopaka i wyraźnie słyszał jego szalone tempo bicia.

― Jesteś poważnie ranny.

― To nic. Tak ma być.

― Majaczysz. To pewnie jakieś zaklęcie.

― Severusie... ― Sięgnął i dotknął policzka Ślizgona. ― Tom nie żyje. Będzie pokój. Nikomu nic już nie zagraża. To był mój jedyny cel. Teraz muszę odejść. Nie pasuję tutaj.

― Wrócisz? ― zapytał nagle, pojmując.

― Nie sądzę, by przyszły ja był mną. ― Czuł się coraz bardziej wyczerpany. ― Stworzyłem inną alternatywę, a w tej ja nie istnieję. ― Biała mgła zaczęła zasnuwać mu spojrzenie. ― Wybacz, Severusie. Nigdy nie pragnąłem byś cierpiał przeze mnie. Wszystko przygotowałem. Bądź szczęśliwy.

Ostatni oddech uleciał parą z ust Pottera.

Severus patrzył przerażony na nieruchome ciało na jego kolanach. Odrętwiały tylko ściskał mocniej jego szaty, nie potrafiąc się poruszyć.

― Wygrał? ― Cichy głos zza pleców zaskoczył go.

Dumbledore zbliżał się w towarzystwie Pomfrey.

― Tak ― szepnął ledwo słyszalnie.

― Poppy, zabierz ciało Harry'ego.

Severus zachłannie objął go, nie pozwalając tknąć.

― Chłopcze, muszę... ― zamilkła nagle.

Pierwsze iskierki Snape zignorował, myśląc, że to przez łzy, które niechciane uciekły mu spod powiek. Potem pojawiło się ich więcej. Całe ciało Pottera zaczęło migotać, by w jednej sekundzie prysnąć niczym bańka, rozsypując dookoła skrzący pył. Ten znikał zanim dotknął ziemi.

― Przykro mi, Severusie.

Snape uniósł głowę i spojrzał na Albusa bez wyrazu.

― Nie sądzę.

― Wracajmy do zamku. ― Pielęgniarka podała mu dłoń i pomogła wstać.

― Tak będzie lepiej ― rzucił dyrektor i skierował w Severusa różdżkę. ― Obliviate.