Za głębię kontynentu Arthur uznawał tylko Berlin. A tego dnia Berlin Schonefeld pękał w szwach. Ludwig ledwo dawał radę zbierać swoich gości. Miał dość problemów. Berlin był pod śniegiem. To, że Alfred, Matthew i ich służący dostali się na kontynent było cudem. Kiku miał to szczęście, że był u Yao w sprawach służbowych, kiedy nadciągnęła zima. I tak nie mógł wrócić na Hokkaido, ponieważ rozpętał się sztorm. Ludwig zaczął się rozglądać po lotnisku. Byli wiecznie trzęsący się Bałtowie. Był Iwan, Obwód, Natalia, Olena. Był i Feliks. I jego brat Czechy, Jozin. Ogólnie pojawili się wszyscy Słowianie, Germanie, ludy celtyckie. O dziwo pojawili się i Rzym i Germania. Ludwig i jego podwładni kończyli kierować przybyłych do pojazdów, kiedy usłyszeli krzyk jednego z Nordyków.

-Ej, gdzie Tino?

Arthur zwrócił się do stojącego nieopodal Bragińskiego.

-Dałeś Tino tę depeszę?

-Da towarzyszu, depesza dała się gosposi towarzysza Finlandii.

-Wania, to Tino ma gosposię?

-Najwyraźniej da towarzyszu.

-Ale... Ale... Dom Tina jest zbyt mały, aby potrzebował on gosposi!

-Oj towarzydz-rzekł Iwan-towarzyszka siostra ma mniejsze mieszkanie niż towarzysz Finlandia. A propos Finlandii, mam nadzieję, że towarzysz Polsza nie zapomniał jej wziąć.

-Jej? What the hell?

Przed nimi stanął jak wyczarowany Polska, rozwinął swój płaszcz, a ich oczom ukazał się... no cóż alkohol i zakąska.

-Towarzyszu Polska, ale my sobie bez zakąski poradzimy!

-My tak, ale ta pruska gnida już nie!

-Odszczekaj to Polen!

-Wow! Wow!

-Niech no ja cię...

W tym samym czasie był ktoś, komu nie było do śmiechu, że był tam, gdzie był zamiast być w Berlinie...