Choć wiem, że ten rozdział jest baaaardzo, bardzo krótki i właściwie nie wnosi nic nowego i nie wprowadza żadnej akcji, poczułam, że muszę coś tutaj wstawić... Zdaje sobie sprawę z tego, że upłynęło trochę czasu od ostatniego rozdziału :( Bardzo bym chciała pisać regularnie, ale nie pozwalają mi na to moje studia. Raz masz przerwę, a raz masz tyle roboty, że nie wiesz za co się wziąć. Niestety ostatnio nadszedł jeden z "burzliwych" okresów i zostałam zasypana dziesiątkami wejściówek, badań i raportów, nad którymi muszę ślęczeć, zamiast w spokoju sobie pisać :/ Tak więc bardzo przepraszam za wszelkie opóźnienia i mam nadzieję, że mimo wszystko ten beznadziejnie krótki rozdział nie okaże się taki zły :)


- Proszę, pójdzie pan z nami – powiedział mężczyzna nazwany Welsem. Zrobił krok do przodu i położył dłoń na ramieniu Lokiego. Cały czas się przy tym uśmiechał, jakby chcąc mimiką swej twarzy przebić niewidzialną barierę, która ich dzieliła.

Loki wzdrygnął się i strącił dłoń mężczyzny.

- Nie waż się mnie dotykać, człowieku – rzucił przez zaciśnięte zęby.

Wels cofnął się i wyciągnął ręce w porozumiewawczym geście – czymś, co z założenia miało uspokajać, a co zazwyczaj jeszcze bardziej denerwowało.

- Spokojnie, nie chcemy panu nic zrobić. Chcemy tylko pomóc. – Wskazał palcem na swoje czoło. – Zranił się pan, możemy to zdezynfekować i zakleić, ale musi pan się udać z nami do ośrodka. – Machnął głową w stronę dwuskrzydłowego budynku.

Loki spoglądał to na jednego mężczyznę, to na drugiego. Wyglądał jak gotowa do ataku, zjeżona pantera, która w napięciu obserwuje swoją ofiarę. Jego zielone oczy były skupione. Nie umknęło to uwadze czarnoskórego mężczyzny, który przez cały czas trwania konfrontacji swego kolegi z Lokim, uważnie obserwował zachowanie boga. Chłodna kalkulacja i trzeźwy błysk w oczach Asgardczyka w żadnym stopniu nie wskazywały na jakąkolwiek dysfunkcję psychiczną. Jednakże jego słowa były co najmniej niepokojące.

Wels zrobił krok do przodu i spojrzał przez ramię na swojego towarzysza. Gdy tamten wzruszył ramionami, mężczyzna zaczął powoli zbliżać się do Lokiego.

Bóg kłamstw zmrużył oczy. Nie wyglądają na niebezpiecznych, pomyślał. Jeśli z nimi pójdę, może choć na chwilę uda mi się uciec przed pościgiem. Rozluźnił mięśnie i wyprostował się.

- Dobrze – powiedział.

Wels zatrzymał się i uniósł brwi. Jego kolega skrzyżował ręce na piersi.

- Dobrze?

- Udam się z wami, śmiertelnicy. Ale wiedzcie, że jeżeli tylko spróbujecie coś zrobić, nie zawaham się was zabić.

- Okay, przyjęliśmy to do wiadomości – westchnął czarnoskóry mężczyzna. - Proszę za mną.

Wels podszedł do Lokiego i położył mu dłoń na plecach, delikatnie zachęcając go do tego, by podążył za Murzynem. Gdy mężczyźni otworzyli bramę i weszli na dziedziniec przed ośrodkiem, bóg kłamstw poczuł dziwne ukłucie niepokoju i obawy. Pokręcił głową, wciągnął w płuca powietrze i zrobił krok do przodu.