Stiles | Isaac | Scott | Erica


spotkajmy się, co Ty na to?


Minęło kilka dni i Stiles wciąż nie dostał odpowiedzi.

Był, cóż. Był odrobinę przygnębiony, szczerze mówiąc.

- Stary, możesz przestać jeść te lody?

- Nie.

Odpowiedział Scottowi, pakując do ust kolejną łyżkę napełnioną lodami.

- Stiles, to trzeci litr.

Chłopak wzruszył ramionami na słowa Kiry.

- Dzisiaj.

Dodała dziewczyna, jakby to coś zmieniało.

Był zdruzgotany. Wydawało mu się, że Isaac jest równie zaangażowany, co on. Pisali i rozmawiali ze sobą non stop, dzień w dzień, dosłownie co chwilę od ponad trzech miesięcy. Stiles wiedział, że Isaac jest w Beacon Hills, bo The Hales miało właśnie zaplanowaną przerwę w trasie koncertowej. Lahey sam zresztą powiedział mu, że wracają co Beacon, że każdy członek rodziny Hale stęsknił się za byciem w domu.

Więc nie, Kira, nie przestanie jeść cholernych lodów, bo lody to jedyna rzecz, która była w stanie dać mu ukojenie.

- Stiles, proszę. Zjedz coś chociaż.

- Nie mam nic w lodówce.

Wymamrotał z pełną buzią lodów, jakimś cudem nikogo nawet nie opluł.

- Więc pojedziemy do sklepu, okej?

Pokręcił głową, niczym uparte dziecko, które nie chciało wyjść z basenu.

- Stiles…

Zaczęła znowu Kira, ale on nie zamierzał jej słuchać. Miał dość. Jeszcze kilka dni i mu przejdzie. Jeszcze kilka dni i wróci do starego siebie, dokończy pisać obie prace i będzie dobrze. Ale teraz musiał się trochę nad sobą poużalać, nie było innej opcji.

- Stiles.

Powiedział pewniej Scott i Stiles mógł nie całkiem kontaktować, ale potrafił rozpoznać emocje. W tej chwili McCall był przerażony.

- Scott…?

Spytał, ale nie zdążył zrobić nic więcej, bo nagle ktoś podciągał go na nogi, a nos Stilesa wypełnił się tymi perfumami.

- Dobra, Stilinski. Dość tego. Wychodzimy.

Powiedziała Erica Reyes, zaciskając umalowane na czerwono usta.


Zdawał sobie sprawę, że wyglądał jak siedem nieszczęść.

Jego dresy były poplamione lodami, koszulka ojca z posterunku wisiała na nim, niczym na manekinie. Miał wory pod oczami, bo przez ilość cukru, jaką w siebie włożył, od kilku dób nie mógł normalnie spać.

- Erica…

- Zamknij się.

Warknęła blondynka, więc Stiles zrobił jedyną słuszną rzecz – zamknął się. I skulił w sobie, bo w takim stanie nie widział Reyes już dawno, a przynajmniej nie od wtedy, kiedy prawie skopała jego tyłek, gdy Theo z nim zerwał. Jedynym pocieszeniem było, że Raekenowi oberwało się znacznie mocniej, niż jemu.

- Erica, może…

- Ty też, McCall.

Stiles nie był pewien, ale Scott chyba jęknął cicho, zupełnie jakby złość Erici sprawiała mu fizyczny ból. Może tak było. Ich trójka była najlepszymi przyjaciółmi od dziecka, od piaskownicy. Od zawsze było ich trio – Stiles, Erica i Scott. Nikt więcej, nikt mniej. Oczywiście z czasem się pozmieniało. Pojawiła się Kira, pojawił się Boyd, pojawił Theo, ale wciąż byli ze sobą i za sobą, jeśli przychodziło co do czego. Ta dwójka znała go lepiej, niż ktokolwiek zdoła go poznać, a on kochał ich nad życie. Oddałby własne, gdyby zaszła taka potrzeba.

- Już, hop na zewnątrz.

Rozkazała, kiedy auto się zatrzymało. Kira nie jechała z nimi. Zostawiła ich samych, twierdząc, że przyda im się to małe spotkanie w trójkę. Nie widzieli Reyes od kilku tygodni, bo od jakiegoś czasu mieszkała w San Francisco. Dostała propozycję przeniesienia i awansu ze swojej pracy, i wskoczyła w pierwszy autobus, który mógł ją tam dowieźć. (Mogła mieć wielkiego kaca, ponieważ noc wcześniej pili wszystko, co znaleźli pod ręką. Jeśli były w to zamieszane łzy, Erica nigdy się do tego nie przyzna. Nikomu, nawet Vernonowi).

Stiles rozejrzał się dookoła, kiedy już wysiadł ze swojego Jeepa.

(Erica jako jedyna miała prawo do tego, by prowadzić to auto. Scott stracił ten przywilej, kiedy prawie wpadli na drzewo, jeszcze za czasów liceum.

- Mógłbym przysiąc, że widziałem wilka, Stiles! Tuż przed maską!

- Wilków nie ma w Kalifornii, Scott! Już od dawna nie!)

Byli na parkingu ich ulubionego miejsca w całym mieście. Jadalnia West Coast serwowała najlepsze pancakes w Stanach Zjednoczonych.

- Do środka.

Zarządziła blondynka, więc nie mieli innego wyjścia. Ze zwieszonymi głowami, niczym zbite psy, powędrowali w stronę drzwi, a potem ich miejsca w samym tyle restauracji, tuż pod oknem. Wsunęli się do budki, która była chyba najbardziej oddzielona od reszty knajpy, i czekali. Reyes usiadła naprzeciwko.

Patrzyła na Stilesa tak długo, aż podniósł wzrok. Jej czerwone paznokcie stukały o blat stołu, a karminowe usta wygięły się w bardzo nieprzyjemnym grymasie.

- Więc?

Stiles westchnął ciężko, wiedząc, że nie ma przeciwko niej szans. To była gra przegrana już dawno, jeszcze za czasów, kiedy był jedynie plemnikiem.

- Chyba masz mi coś do powiedzenia, prawda?

- Przepraszam.

Wymamrotał, próbując spojrzeć w inne miejsce. Erica mu nie pozwoliła, pochylając się nad stołem i chwytając jego podbródek.

- Stiles, co mi obiecałeś, kiedy wyjeżdżałam?

- Że nie będę jadł więcej lodów niż dwie gałki dziennie.

- I…?

- Że będę słuchał Scotta, kiedy powie, że mam przestać.

- I?

- Że będę o siebie dbał, nawet jeśli stanie się coś nieprzyjemnego.

- A?

- A tego nie zrobiłem.

Wyszeptał.

- Bo?

- Isaac Lahey.

Odpowiedział za niego Scott.

- Z tobą jeszcze nie zaczęłam, Scott, siedź cicho.

- Nie, nie, Erica. Isaac Lahey.

Cała trójka odwróciła się, by spojrzeć na co wskazuje Scott i Stiles prawie spadł pod stół. Isaac stał na środku pomieszczenia, patrząc w ich stronę z szeroko otwartymi oczami.

Wtedy zaczął się cyrk.

Erica zmrużyła niebezpiecznie oczy i wypuściła Stilesa wolno, nie żądając w zamian niczego (dzięki ci, ten, który masz nad nami pieczę, o ile istniejesz), podniosła się powoli z miejsca i ruszyła w stronę blondyna, który chyba miał zamiar się wycofać.

- O, nie, nie ma mowy!

Wycedziła, dopadając go w kilku krokach. Stiles podziwiał ją i jej zdolności biegania na tak wysokich obcasach. Kobieta chwyciła Lahey'a za ramię i pociągnęła go w naszą stronę, ale coś ją powstrzymało. A to, co powstrzymuję Ericę Reyes przed tym, czego chce, nie ma długiej przyszłości.

- Puść mojego brata.

Warknął ktoś trzeci. Teraz Stiles naprawdę chciał schować się pod stołem.

- Nie puszczę go, dopóki sobie z nim nie porozmawiam.

Odpowiedziała Erica i Stiles mógł przysiąc, że jej twarz ma podobny uparty wyraz, co Laury.

- A kim ty niby jesteś, żeby mu grozić?

- Najlepszą przyjaciółką tamtego imbecyla, który właśnie próbuje się schować za McCallem.

Stilinski przełknął głośno, a Scott ścisnął jego rękę. Przechlapane.

- Stiles.

Wycedziła Laura i to słowo było przepełnione jadem do tego stopnia, że Stiles poczuł, jakby właśnie ugryzła go żmija.

Szatyn skrzywił się mocno, czując teraz na sobie wzrok dwóch najbardziej przerażających kobiet na całej planecie, a potem zerknął na Isaaca niepewnie. Chłopak wyglądał właśnie, jakby był rozdarty pomiędzy przerażeniem a niedowierzeniem, więc Stiles zrobił jedyną rzecz, jaka mu w tym momencie przychodziła do głowy.

Podniósł się z siedzenia, strącając z siebie dłoń Scotta, i krzyknął „UCIEKAJ!" na całe gardło.

Czas się chyba wtedy zatrzymał, ale jedyne, co się teraz liczyło, to fakt, że Isaac faktycznie go posłuchał i biegł za nim właśnie przez zaplecze tak długo, aż dotarli w końcu na tyły restauracji.

- Myślisz, że będą nas go…

- Stiles Stilinski!

- ISAAC LAHEY!

Stiles tylko pisnął niemęsko i chwycił Isaaca za rękę, ciągnąc go za sobą przez podwórko do wyjścia. Nie miał pojęcia jak długo biegli, kiedy udało im się w końcu uciec, ale gdy się zatrzymali, ledwie mógł złapać oddech.

- Co to – Isaac był zmęczony nawet gorzej niż on sam – do jasnej – blondyn właśnie pochylił się w przód, opierając ręce na swoich udach – było?

- Jakim cudem one tak szybko biegają będąc na obcasach?

Wycharczał Stiles, siadając – nie, wręcz rzucając się na ziemię. Musiał schować głowę pomiędzy kolana, bo inaczej nigdy nie byłby w stanie złapać oddechu.

Isaac wydał z siebie jakiś dźwięk - chyba taki, który miał na celu zakomunikować mu "sam tego nie wiem, stary", a potem zapadła cisza. A przynajmniej zapadłaby, gdyby nie fakt, że znajdowali się na placu zabaw pełnym dzieciaków, które darły się wniebogłosy. Zupełnie jakby ktoś je oskalpował, czy coś.

Więc inaczej - pomiędzy nimi zapadła krępująca cisza, a Stiles pierwszy raz od dawna nie mógł znaleźć żadnych słów.

Bo i co miał powiedzieć? Hej, szkoda, że mi nie odpisałeś, naprawdę wiele straciłeś? Będąc w tak opłakanym stanie?

Nie ma mowy.

Najwyraźniej Isaac również nie miał nic do powiedzenia (i dobrze, Stiles nie chciał przeprosin, czuł się wystarczająco źle ze sobą), w dodatku zerkał na Stilesa co jakiś czas, jakby liczył na jego wiecznie otwartą jadaczkę.

- Więc...

Zaczął cicho Lahey, dokładnie w tym samym momencie, w którym Stilinski podjął decyzję, by podnieść się i wrócić do domu. Szatyn spojrzał na chłopaka, unosząc lekko brew. Nie miał zamiaru mu tego ułatwiać. Zresztą - wciąż nie wiedział, co mógłby powiedzieć.

- Dawno się nie odzywałeś.

Dokończył w końcu blondyn, celując chyba w nonszalancję, ale niezbyt mu to wyszło. Stiles zmarszczył brwi, czując, jak gniew podnosi jego poziom adrenaliny, i zaplótł ręce na klatce piersiowej, żeby nie zrobić z nimi nic, czego by potem żałował. Wciąż siedział na ziemi, wyglądał więc zapewne jak obrażone na świat dziecko, ale mało go to obchodziło. Isaac siedział niedaleko po turecku i skubał tymi swoimi głupimi długimi, bladymi palcami kępkę trawy.

- Mówi to osoba, która nie odpowiedziała na propozycję spotkania. Rozumiem, kiedy ktoś daje mi kosza. I nie jestem z tych, co to się narzucają, a już z pewnością nie z tych, co błagają celebrytów o to, żeby łaskawie się z nimi spotkali i poświęcili trochę swojego cennego czasu.

Twarzy Brytyjczyka ukazywała totalne zaskoczenie, a na samym końcu wygięła się tak, jakby ktoś uderzył go mocno w twarz. Stiles nie rozumiał żadnej z tych emocji. Nie był też pewien, czy chciał je zrozumieć, bo pewna jego część nadal miała ochotę udusić tego dupka i zostawić na miejscu zbrodni. Druga jednak wciąż czuła się źle sama ze sobą i z tym, jak łatwo przywiązywał się do ludzi, którzy najwyraźniej nigdy nie byli w stanie poczuć tego samego do jego osoby.

- O czym ty mówisz?

Wykrztusił z siebie w końcu Isaac.

- Serio? Będziesz teraz udawał głupka i mówił mi, że nie wiesz o co mi chodzi?

Już w połowie zdana Stiles był w trakcie podnoszenia się z ziemi.

- Idę stąd, nie mamy chyba o czym roz…

- Nie, Stiles, zaczekaj!

Isaac chwycił jego nadgarstek, w mig stając na własnych nogach obok niego. Za blisko niego, jeśli Stiles miał być szczery. Do chłopaka musiało to chyba dotrzeć, bo odsunął się szybko, widząc postawę szatyna.

- Naprawdę nie mam po…

- Mówię o wiadomości, którą wysłałem ci pięć dni temu, Isaac. O wiadomości, w której zaproponowałem spotkanie. O tej, którą przeczytałeś.

Dla podkreślenia wagi swoich słów, Stilinski wyjął z kieszeni spodni dresowych telefon, który jakimś cudem miał ostatni procent baterii, i podsunął wyświetlacz pod nos Lahey'a. Czasami dziękował w duchu za to, że iPhone pokazywał, czy ktoś odczytał wiadomość, czy nie. Tym razem był gotów złożyć dary Jobsowi i jego zespołowi programistów, nawet jeśli musiałaby to być jego własna krew lub noga.

Nie mógł jednak długo cieszyć się satysfakcją, która zalała jego ciało, gdy prawie wepchnął Isaacowi telefon do oka. Isaac bowiem był… wyglądał, jakby faktycznie, naprawdę zdziwiła go ostatnia wiadomoś w ich smsowej konwersacji.

spotkajmy się, co Ty na to?

(Wyświetlono)

Stilesowi czasami śniło się to po nocach. Śniło mu się, że Laura śmieje się prosto w jego twarz i, budząc się z tych snów, zawsze czuł wściekłość. To ona bała się o to, że skrzywdzi Isaaca, prawda? Ona i jej rodzeństwo. Żadne z nich nie pomyślało nawet, że równie dobrze Isaac mógł skrzywdzić jego.

- Stiles… ja naprawdę…

Isaac zaciął się, wpatrując w telefon jakby widział tego typu urządzenie po raz pierwszy w swoim życiu.

- Nie widziałem… Nie przeczytałem tej wiadomości, naprawdę.

Oczy chłopaka były wielkie i pełne… czegoś, i Stiles nie mógł w nie patrzeć, bo wiedział, że jego gniew i wściekłość i wszystkie te negatywne emocje wypłyną z niego od razu. Patrzył na swoją rękę, która nadal wyciągnięta była w stronę Lahey'a, a potem na jego dłoń, gorączkowo poszukującą czegoś w kieszeniach czarnych jeansów.

Isaac wyciągnął swój telefon i szybkimi ruchami odnalazł coś, by chwilę później pokazać to Stilinskiemu.

- Nie mam… nie mam tej wiadomości. Naprawdę… Nie miałem pojęcia, Stiles, ja…

Dopiero wtedy Stiles odważył się spojrzeć chłopakowi w twarz i dostrzec to, jak zmieniają się na niej emocje - z przerażenia, poprzez smutek, aż do złości, kiedy Isaac zmarszczył brwi i aż poczerwieniał, zaciskając dłoń na swoim iPhonie tak mocno, że szatyn prawie słyszał, jak coś w nim pęka.

- Peter.

Wycedził Lahey, a Stiles uniósł brwi.

- Manager Peter?

- Ten obślizły, wredny, podstępny... No jasne. Od początku nie podobało mu się, że... Zamorduję go. Zabiję, ja przysięgam, pochowam go żywcem, ja...

- Mój ojciec pomoże nam zatuszować ślady?

Zaproponował, wcinając się blondynowi w słowo, a ten po chwili zaczął śmiać się tam bardzo, że nawet Stiles nie mógł się nie uśmiechnąć.


Kiedy wrócili do West Coast wszyscy ich znajomi siedzieli przy jednym stole.

Erica z Laurą kłóciły się chyba zawzięcie o jakąś głupotę, ale Stiles nie wyczuwał zagrożenia w powietrzu. Scott z kolei siedział wciśnięty w róg i bawił się swoim telefonem, prawdopodobnie relacjonując wszystko na bieżąco Kirze.

- GDZIE DO JASNEJ CHOLERY...

- ...BYLIŚCIE?!


Laura wpadła w szał.

Oczywiście Stiles wcale nie umniejszał wściekłości Erici, ale to Laura wyglądała jak uosobienie tajfunu. Liam, jeden z pracowników, kilka razy pod rząd musiał prosić ich o to, by byli odrobinę ciszej, więc wszyscy wynieśli się z West Coast, by nie zarobić sobie zakazu wstępu do jadłodajni.

- Zamorduję go!

Warknęła Laura, uderzając mocno pięścią w dach czarnego Camaro, chyba zostawiając lekkie wgniecenie.

- Derek nie będzie zadowolony, co?

Spytał cicho Stiles, a Isaac parsknął krótkim śmiechem.

- Jak się dowie czemu to zrobiła, to na pewno jej to wybaczy.

Odszepnął Lahey. Stali tak blisko siebie, że Stilinski czuł oddech Isaaca na swojej szyi, kiedy to mówił. Okłamałby sam siebie, gdyby stwierdził, że nie czuł motyli w brzuchu, gdy blondyn ocierał się ramieniem o jego ramię z każdym wziętym oddechem.

Szatyn poczuł na sobie wzrok Erici, ale uparcie nie odwracał się w jej stronę. Nie bardzo chciał wiedzieć, co dokładnie dziewczyna chce mu przekazać swoim spojrzeniem, zwłaszcza kiedy Isaac pociągnął go lekko za rękę, by odeszli kawałek od wściekłej jak osa Laury Hale.

- Więc...

Zaczął Isaac, odchrząkując lekko. Stiles przypomniał sobie, jak jeszcze godzinę temu poczuł wściekłość, gdy chłopak dokładnie tak samo próbował zacząć rozmowę. Teraz czuł jedynie lekkie podenerwowanie w tym pozytywnym tego słowa znaczeniu.

- Spotkajmy się, co ty na to?

Spytał w końcu szatyn, na co twarz Lahey'a rozświetliła się szerokim uśmiechem.

- Tak - odpowiedział, chwytając Stilesa za palce i ściskając je lekko. - Chętnie.