Spojrzałam na niego niezrozumiale. Nie dotarło do mnie, co właśnie mi zakomunikował.

— James, ty żartujesz, prawda?

Czy tego chciałam, czy nie w moim głosie brzmiała błagalna nuta.

— Naprawdę sądziłaś, że chciałbym być z kimś takim, jak ty? Chodziło o to, żeby zaciągnąć cię do łóżka. A że inaczej się nie dało, to załatwiłem ślub.

Chciałam go uderzyć, naprawdę chciałam. Ale nie potrafiłam. Jedyne, co mogłam zrobić, to patrzeć na niego oniemiała, ze łzami w oczach.

Nie rycz, głupia! – skarciłam siebie w myślach.

Jednak moje krwawiące boleśnie serce nie słuchało mojej dumy i po chwili czułam gorące łzy na policzkach. Starłam je niecierpliwym ruchem ręki.

— Zaczekaj, nie jestem pewna, czy to dobrze zrozumiałam — wtrąciła się Anabell. — Z tego co wiem, starałeś się o Lily przez siedem lat i chodziło w tym jedynie o to, by ją zaliczyć?!

Chłopak obojętnie wzruszył ramionami.

— Głównie to chodziło o zakład — stwierdził chłodno.

Nagle z całą mocą uświadomiłam sobie, że słucha nas cała szkoła.

— Jaki zakład?

Dorcas wyjęła mi to pytanie z ust.

— Pod koniec piątej klasy założyłem się z Syriuszem, że zaliczę Evans. — Uśmiechnął się na widok szoku w moich oczach, po czym zwrócił się do Syriusza, który przyglądał mu się z nieodgadnioną miną. — Wisisz mi dziesięć galeonów, Łapciu. — Uśmiechnął się kpiąco w moją stronę. — Twoja niewinność była tyle warta.

Pokręciłam głową, jakbym chciała wyrzucić z niej te słowa. To niemożliwe. James i Syriusz założyli się o... o mnie...

Nim zdążyłam jakkolwiek zareagować, James leżał z obitą szczęką na podłodze, a nad nim stał Remus. Pierwszy raz w życiu zobaczyłam w nim prawdziwego wilkołaka.

— Jesteś moim przyjacielem, ale teraz kompletnie ci odbiło James — syknął przez zęby.

— KONIEC TEGO! — Do akcji wkroczyła wściekła McGonagall. — WSZYSCY MACIE SZLABAN!

Jednak to nie miało w tamtej chwili znaczenia. Liczyło się jedynie zimne echo słów Jamesa, które wciąż na nowo rozbrzmiewały w mojej głowie.

— Jak mogłeś założyć się o coś takiego?! To obrzydliwe! Ty jesteś obrzydliwy! Ty dupku! — Dorcas popatrzyła wściekłym spojrzeniem w stronę Syriusza.

— To było dawno, Dor i nie jestem z tego dumny. Niestety, przeszłości nie zmienię. Tak, zrobiłem to, jednak z czasem sądziłem, że James zapomniał o zakładzie i swojej dumie. Byłe pewien, że zakochał się w Evans...

Nie słyszałam dalszej części jego wypowiedzi. Wybiegłam z Wielkiej Sali, zatrzaskując za sobą drzwi z hukiem. Czułam się oszukana, zmanipulowana.

Więc wszystkie jego obietnice były kłamstwem? Czy rzeczywiście chodziło mu jedynie o zaliczenie mnie? Przecież mówił, że mnie kocha!

To Potter, skarbie, zawsze wiedziałaś, że jest nieodpowiedzialnym gówniarzem — syknął kpiąco jakiś głosik w mojej głowie.

Myślałam, że się zmienił, przecież przestał zachowywać się jak dupek — odparłam w myślach.

Jesteś niezwykle naiwna, moja droga.

Och, zamknij się! Nie mam ochoty na morały od mojego sumienia.

Szkoda, gdybyś częściej mnie słuchała, teraz twoje serce nie łkałoby z bólu. Pomyśl nad tym, skarbie.


Nogi zaniosły mnie do biblioteki. Moje miejsce wyciszenia. Miejsce gdzie czuje się naprawdę dobrze. Nie chciałam teraz myśleć o tym co wydarzyło się w Wielkiej Sali. Po prostu czułam, że to wszystko mnie przerasta.


Czy czuliście się kiedyś tak okropnie samotni, choć wokół was znajdowało się mnóstwo ludzi? Czy kiedykolwiek bardziej, niż czegokolwiek innego nienawidziliście spojrzeń pełnych litości lub szeptów za waszymi plecami? Czy mieliście kiedyś uczucie, że cały świat jest przeciw wam? Że nie ma na świecie osoby, która zrozumiałaby, co czujecie?

Od konfrontacji z Jamesem minął niemal tydzień. Gdziekolwiek bym nie poszła, wszędzie napierały na mnie natarczywe spojrzenia, które sprawiały, że czułam się jak zaszczute zwierze. Sprawiały, że cała chęć życia ulatywała ze mnie jak dym z komina.

Nie czułam się dobrze, a kłótnia między Dorcas a Syriuszem, wywołana przez stary zakład o mnie, bynajmniej nie polepszała mojego samopoczucia.

Z ciężkim westchnieniem zwlokłam się z łóżka. Było dobrze po trzeciej w nocy, jednak wujek sen wypiął się na mnie i nie mogłam dłużej uleżeć bezczynnie w łóżku.

Starając się nie obudzić przyjaciółek, wywlekłam z szafy pierwsze lepsze ciuchy, w łazience narzuciłam je na siebie, po czym wymaszerowałam z dormitorium.

Nogi same mnie prowadziły i tak zawędrowałam na szczyt wieży astronomicznej

Byłam przekonana, że o tej godzinie wszyscy są już w łóżkach, a jednak, moja intuicja zawiodła mnie.

— Peter? Co Ty tu robisz? — zapytałam zdziwiona, dostrzegając małego blondyna, opartego o ścianę wieży.

Chłopak podskoczył na dźwięk mojego głosu.

— L-Lily… J-ja, tylko… nie mogłem spać.

— Coś się stało? — zapytałam, przyglądając mu się uważnie.

— N-nie… To znaczy… nie wiem…

— Spokojnie, Peter. Uspokój się i powiedz, o co chodzi…

— Nie rozumiesz… nikt nie rozumie.

Chłopak wyglądał jakby dostał nagłego ataku histerii. Był cały blady a ramiona mu drżały.

— Peter, o czym ty...

— Popełniłem błąd… Okropny błąd… Nie mogę go już naprawić… Nikt nie może… Już za późno…

Patrzyłam oniemiała, jak Glizdogon wyrzuca z siebie zdania, nie mające dla mnie większego sensu. Zmarszczyłam lekko brwi i już miałam coś powiedzieć, kiedy chłopak niespodziewanie odwrócił się i uciekł nim zdążyłam zareagować.

Stałam przez chwilę zdezorientowana, po czym stwierdziłam, że może sen jednak się nade mną zlituje i uda mi się przespać kilka godzin. Ruszyłam więc w stronę Pokoju Wspólnego.


Następny dzień był czymś niesamowicie koszmarnym. Przyszły papiery rozwodowe (pewnie ekspresowe tępo przysłania ich było zasługą małej dopłaty). Wystarczył trzy podpisy, bym znów nosiła panieńskie nazwisko. I znów byłam Evans. Było mi tak ciężko. Kiedy James składał swój podpis próbowałam spojrzeć w jego oczy, by znaleźć w nich... sama nie wiem co.

James Potter dobitnie oznajmił mi, że mnie nie kocha, że byłam jedynie nic nieznaczącym zakładem. Powinnam całym sercem go nienawidzić, przeklinać myśl, że kiedykolwiek go spotkałam, że kiedykolwiek pozwoliłam uczuciu do niego wkraść się do mojego serca. Powinnam całą sobą nienawidzić wspomnienia jego gorących warg i naszych języków, tańczących w ognistym tempie. Ale nie potrafiłam. James zbyt wiele znaczył w moim życiu, był zbyt ważną jego częścią.


Minął kolejny tydzień, który okazał się dla mnie wolnym upływem czasu. Wiosenne słońce zdawało się utracić swoją pobudzającą moc, a radosne piosenki, budzących się do życia ptaków wyzwalały we mnie nieznane dotąd pokłady zirytowania.

Tak naprawdę miałam ochotę zabić pierwszą lepszą osobę, którą zobaczę. To uczucie z kolei niosło za sobą przypomnienie faktu, że już jestem mordercą. I tak utknęłam w błędnym kole. Aż do momentu pewnej kolacji...


Po kolejnym nic nieznaczącym dniu, nadszedł kolejny, nic nieznaczący wieczór. Kolacja ciągnęła się w nieskończoność. Naturalnie nie było na niej Jamesa, który od jakiegoś czasu nie pojawiał się na posiłkach.

Nie jego nieobecność jednak mnie martwiła. Od rana nie widziałam nigdzie Syriusza.

W drodze do wieży, nieco zwolniłam, pozwalając, by moje przyjaciółki mnie wyprzedziły. Szłam zamyślona, aż nagle ktoś wciągnął mnie za rękę do jednej z klas.

— Syriusz! Czyś ty zwariował? — syknęłam wściekła, podnosząc dłoń w okolice serca. — Chcesz mnie przyprawić o zawał?

— Sorry, sorry. — Machnął niecierpliwie ręką. — Nie o to mi chodziło. Słuchaj, myślę, że coś odkryłem...

— O czym ty gadasz?

— Jeśli nie będziesz przerywać to się dowiesz — warknął. — Słuchaj, jest pewien przedmiot, to tajemnica Huncwotów.

— I…?

— I żeby ten przedmiot ujawnił swoją niezwykłość trzeba znać hasło. Bez niego ten przedmiot, to zwykły śmieć…

— Nie bardzo rozumiem, do czego zmierzasz.

— To mi nie przerywaj mi! Tak więc, jak już mówiłem, sekret tego przedmiotu zna tylko czwórka wspaniałych, czyli Huncwoci.

— Pomyślałby kto, że ty taki skromny...

— EVANS!

— No już dobra, dobra, mów.

— Dzięki za pozwolenie — sarknął ironicznie. — Problem tkwi w tym, że James kiedy ostatnio się natknął na ten przedmiot, uznał go za nieużytecznego śmiecia.

— Daj spokój, musiało mu się coś pomylić.

— Evans, do diabła! James sam pomagał w tworzeniu tego przedmiotu, ma z nim do czynienia od dobrych pięciu lat! Nie mógł tak po prostu zapomnieć, co to jest!

— Syriusz, co ty sugerujesz? — zapytałam, czując jak serce zamiera w mojej piersi.

— To nie jest James, Evans!

— Drętwota — warknął głos od strony drzwi.

Nim zdążyłam jakkolwiek zareagować, Syriusz leżał oszołomiony.

W drzwiach stał nie kto inny, jak James Potter. A przynajmniej człowiek, którego do tej pory uważałam za Jamesa.

— W końcu domyśliliście się prawdy. To dobrze, tak długo staliście w miejscu, że sądziłem iż będę musiał dać wam jakieś wskazówki.

— Kim jesteś i co zrobiłeś Jamesem? — warknęłam, sięgając po różdżkę.

Chłopak jakby przeczuwając mój ruch, machnął leniwie własną różdżką, a magiczny patyk wyrwał się w mojej ręki.

— Przykro mi, nie mamy teraz na to czasu... Drętwota!