Niebo zostało zasłane pościelą nocy i nawet delikatny zarys księżyca gdzieś zniknął, zakryty deszczowymi chmurami, które pojawiły się niczym niezapowiedziane.
W jednej chwili zimny wiatr chłostał moją odkrytą w wielu miejsca, przez podziurawione ubranie, a w drugiej siarczysty deszcz pokrył mnie całą, uniemożliwiając rozróżnienie łez od zimnych kropli deszczu.
Zastanawiałam się dlaczego wszystko nagle postanowiło zwrócić się przeciwko mnie! Co ja takiego zrobiłam?! Uratowałam Jamesa, mieliśmy spokojnie wrócić do domu i żyć długo i szczęśliwie! Więc dlaczego znów coś stai temu na przeszkodzie?! Czy nie wystarczająco długo już cierpię?!
W ciągu ostatnich trzech lat tyle złych rzeczy się wydarzyło, poczynając od śmierci Anastazji do porwania Jamesa zakańczając. W tym momencie znów zapragnęłam mieć dziesięć lat, za jedynego przyjaciela mieć Severusa i być słodko nieświadomą wszystkich nieszczęść świata, widma nadchodzącej wojny i tego, że nawet mój przyjaciel mnie zdradzi.
Upadłam na kolana, na mokrej ziemi i ukryłam twarz w dłoniach. Nie czułam przeraźliwego zimna, które dokuczało mojemu ciału. Resztki zdrowego rozsądku podpowiadały mi, że powinnam wstać i wrócić do szkoły, nim jakieś niezbyt przyjacielsko nastawione stworzenia, zamieszkujące las, znajdą mnie, jednak zignorowałam to odczucie. Nie byłam jeszcze gotowa stawić czoła przyjaciołom, nauczycielom ani nikomu innemu.
Mój szloch powoli zamierał i łzy w ciszy spływały mi po policzkach, mieszając się z deszczem.
Nagle usłyszałam głos wołający moje imię. Coś mówiło mi, że powinnam odpowiedzieć, jednak ponownie zignorowałam głos rozsądku, a wołanie zamarło. Kilka minut później poczułam, jak coś delikatnie lecz natrętnie, szturcha mnie w dłoń. Zwróciłam swój załzawiony wzrok w to miejsce i nagle uświadomiłam sobie, że deszcz ustał. Obok mnie stał pies do złudzenia przypominający Ponuraka.
— Syriusz — szepnęłam cicho i nagle rzuciłam się, na niczego niespodziewającego się Blacka. Objęłam go mocno ramionami i znów zaczęłam szlochać, w duchu przeklinając swoją uczuciowość. Niespodziewanie chłopak przemienił się w człowieka. Ku mojemu zdziwieniu oddał uścisk, głaskając mnie uspokajająco po plecach.
— Cicho, Lily, cicho... Wszystko będzie dobrze… — szeptał cicho, a ja myśląc o Jamesie zanosiłam się jeszcze głośniejszym płaczem.
Chłopak westchnął ciężko i podnosząc się z ziemi wziął mnie na ręce. Zdziwiona dostrzegłam, że Black nie wkłada w niesienie mnie, ani grama wysiłku.
— Nieźle nas nastraszyłaś, ruda — mruknął po pewnym czasie. — Szukaliśmy cię od kilku godzin. Kiedy tylko Hagrid powiedział, że widział cię wbiegającą do lasu, razem z Peterem wyruszyliśmy, by cię szukać. Las to niedobre miejsce dla rudych małp.
— Spadaj, Black! — warknęłam, jednak w moim głosie nie dało się wyczuć zwykłej dynamiki. — Dlaczego tylko ty i Peter?
— Jesteśmy Animagami. Jeśli ktoś miał szansę znaleźć cię w olbrzymim lesie, to tylko my. Choć biorąc pod uwagę, że deszcz zmył twój zapach, nie było to łatwe zadanie. Swoją drogą, zdajesz sobie sprawę, jak daleko w głębi lasu jesteśmy?
— Nie… Chyba nie…
— Tak myślałem... Musiałaś być naprawdę zamyślona… Właściwie to co się takiego stało? Dyrektor powiedział nam tylko tyle, że znaleziono cię w wiosce razem z Jamesem. Ponoć was porwali. Uwierzysz, że nie pamiętam nic z naszej ostatniej rozmowy?
— Ty nic nie wiesz — mruknęłam, jakby sama do siebie.
— Nie wiem, ale czego? — zapytał szczerze zdziwiony chłopak.
— Nie wiesz o Jamesie…
— Ruda, weź mnie nie strasz. Masz głos jakby ktoś umarł... Chwila, nie… James... Przecież on nie mógł…
— Żyje — przerwałam mu cicho. — Żyje i nic poza tym.
— Nie rozumiem…
— On… On równie dobrze mógłby nie żyć – powiedziałam łamiącym się głosem. — On postradał zmysły, Syriuszu.
— O Merlinie — wyszeptał oniemiały chłopak i chwilę później obiłam sobie tyłek o ziemię.
— Dzięki, Black — warknęłam, podnosząc się na nogi.
— Wybacz... Merlinie powiedz, że nie mówisz poważnie… Rogaczowi nic nie jest, prawda?
— Czy wyglądam jakbym żartowała, dupku?! — krzyknęłam niespodziewanie.
Zrobiłam to na tyle głośno, że ptaki siedzące na pobliskich drzewach, odleciały spłoszone moim wybuchem.
— O rany… To… To co teraz z nim będzie?
— Dumbledore twierdzi, że możemy mieć jedynie nadzieję iż jacyś legilimenci coś wymyślą.
— O cholera… Ale co się właściwie z wami działo.
Rzucam mu spojrzenie godne samego Bazyliszka, ale widząc szczery niepokój w jego oczach, zmieniam początkowy zamiar zignorowania tego pytania.
Siadam pod najbliższym drzewem i podciągam nogi pod szyję. Nie wiem, jak długo siedzę w milczeniu, pogrążona w poszukiwaniu początku całej tej farsy, nim w końcu się odezwę.
Kiedy mówiłam mój głos był dziwny, zaskakiwał nawet mnie samą. Tym razem kiedy opowiadałam o tym, jak znalazłam zakrwawionego Jamesa, już nie płakałam. Mówiłam to głosem tak okropnie pustym, wypranym z wszelkich uczuć.
Gdy moja opowieść dobiegła końca, żadne z nas nie śmiało przerywać, przyjemnie wiszącej między nami ciszy. Dopiero słońce, które leniwie rozpoczynało swoją wędrówkę po niebie, uświadomiło nam, że najwyższy czas wracać.
