Stanęłam przed drzwiami na salę Jamesa. Serce waliło mi w piersi jak oszalałe. Drzwi otworzyły się, wyszli przez nie Remus i Peter. Wilkołak uśmiechnął się do mnie zachęcająco.

—Czeka na ciebie — powiedział, jakby w odpowiedzi, na niezadane, przeze mnie pytanie.

— Lily, czekaj!

Usłyszałam za sobą głos Syriusza.

Odwróciłam się w jego stronę tak szybko, że Remus musiał mnie ratować przed upadkiem.

— Przepraszam — wymamrotałam zarumieniona.

Remus jedynie uśmiechnął się z rozbawieniem.

Westchnęłam i zwróciłam się do Syriusza, który nawiasem mówiąc wyglądał, jak z wypadku samochodowego. Włosy miał rozczochrane, prawie tak bardzo jak James, a w oczach niepokój zmieszany ze szczęściem. Krótko mówiąc, wyglądał dokładnie tak jak ja.

— Syriusz, co ci się stało?

— Przybiegłem, kiedy tylko dowiedziałem się, że James się ocknął. Po drodze kilka razy się przewróciłem i wpadłem na kilka osób.

Podrapał się z zakłopotaniem po szyi, a ja zachichotałam nerwowo.

— My będziemy już szli. — Remus wskazał na siebie i Petera.

Patrzyłam przez chwilę jak nasi przyjaciele się oddalają. Stresowałam się bardziej niż mogę to wyrazić słowami. Serce tłukło się w mojej piersi, jak oszalałe. Nie wiedziałam co zrobić z dłońmi, więc w ostateczności schowałam je do kieszeni moich spodni.

— Syriuszu, ja… ja nie będę potrafiła go okłamać — powiedziałam cicho, wbijając spojrzenie w ziemię.

— Wiem, Evans, ja też… Chyba musimy powiedzieć mu prawdę.

— On nas znienawidzi. Nie mówiąc już o Dorcas. Masz pojęcie jak wściekła była, kiedy dowiedziała się z kim spędziłam weekend? Ona nie będzie chciała mnie znać.

— Porozmawiam z Dorcas. Między mną o nią, wszystko jest skończone, ona nie ma prawa nic ci zarzucić.

— Dzięki, Syriuszu — powiedziałam grobowym tonem — ale w sprawie Jamesa nic nie da się poradzić. Sami jesteśmy sobie winni.

— Masz rację, musimy ponieść konsekwencję naszych czynów.

Syriusz uchylił drzwi do sali, na której leży James i powoli wszedł do środka. Szłam zaraz za nim. Mimo że to chyba niemożliwe, miałam wrażenie, że moje serce jeszcze bardziej przyśpieszyło. Wzięłam głęboki, uspokajający oddech, tak jak uczyła mnie mama, jednak nic to nie dało, wciąż byłam zdenerwowana.

Pierwszym co rzuciło mi się w oczy, był jego szeroki uśmiech, który pojawił się na jego twarzy, gdy tylko nas dostrzegł. Potem spoglądam w jego brązowe, wypełnione bezgraniczną miłością oczy, i przepadam. Siedzi na łóżku, ale kiedy zaczynam biec w jego stronę, wstaje nieco chwiejnie i rozkłada szeroko ramiona.

Padam w nie, stęskniona jego ciepła, dotyku, zapachu, spojrzenia. Zatapiam dłoń w jego włosach i myślę, że jeśli świat ma się skończyć, to ta chwila byłaby ku temu idealna.

Patrząc w jego oczy, tak pełne czułości, nie wiem jak mam mu powiedzieć, to co powiedzieć muszę. Nim mija minuta, ja zanoszę się rozpaczliwym szlochem.

— Lily? Lily skarbie, dlaczego płaczesz? — pyta zaskoczony i z lekka przerażony chłopak, głaszcząc mnie uspokajająco po plecach.

To jedynie pogarsza sytuację. Dźwięk, który wydobywa się mojego gardła jest tak głośny, że zaskakuje mnie samą.

— Lily, kochanie. Spokojnie, jestem przy Tobie.

Nie rozumiem co do mnie mówi. Całkowicie tracę nad sobą kontrolę. Nie docierają do mnie jego prośby ani nic innego. Obejmuję ramionami jego szyję i czepiam się go, niczym ostatniej deski ratunku.

— Liluś, co się stało?

Podnoszę na niego swoje załzawione spojrzenie.

Czy naprawdę chcesz wiedzieć, co się stało, Jamesie Potterze?

Dłonią przecieram oczy, choć jest to syzyfowa praca, bo nie mija kilka sekund, a zastępują je nowe łzy. Nie ma sensu dłużej tego przeciągać. Nie powinnam żyć iluzją. James mnie znienawidzi, a ukrywanie tego przed nim, czy przedłużanie nadejścia nieuniknionego, nie jest dobrym pomysłem.

Spoglądam więc w jego brązowe oczy i całuję, pragnąc po raz ostatni, posmakować tych ust. Jestem pewna, że to ostatni raz, gdy James oddaje mój pocałunek z takim zapałem i miłością.

Nasze języki splatają się w tańcu tak namiętnym, że prawie można czuć go w powietrzu. Moje ręce wplatają się w jego włosy. Staram się zapamiętać tą chwilę całą sobą. Zapamiętać jego smak, zapach, dreszcz, o które przyprawia mnie jego dotyk. Muszę to zapamiętać, bo oto, Romeo zaraz znienawidzi swoją Julię.

Odrywamy się od siebie, a mnie brakuje tchu. Chowam głowę w zagłębieniu jego szyi. James wciąż pachnie… Sama nie wiem czym. Nigdy nie potrafię tego określić. To nie jest wanilia, ale mogę wyczuć w nim, jej delikatną nutę.

— Znienawidzisz mnie, po tym co zaraz ci powiem — szepczę w jego szyję, a on delikatnie drży.

— Dlaczego miałbym cię znienawidzić, głuptasie?

Śmieje się cicho, całując mnie we włosy. Zaciskam mocno oczy, chcąc wyryć w pamięci to uczucie, które włada mną, ilekroć ten oto mężczyzna zbliża się do mnie.

Biorę głęboki wdech i wyznaję mu wszystko, nim znów się rozmyślę. Jego ramiona nagle sztywnieją. Odsuwa się ode mnie i patrzy to na Syriusza to znów na mnie.

— Żartujesz, prawda?

— James… — podchodzę do niego i próbuję złapać go za rękę, jednak on ją wyrywa.

— Byłem bliski śmierci, leżałem w tym cholernym szpitalu, bez świadomości… Cholera! Byłaś pierwszą moją myślą, po przebudzeniu, a ty mi mówisz, że całowałaś się z moim przyjacielem?!

— James, proszę…

— A ty?! — zwraca się do Syriusza. — Myślałem, że nasza przyjaźń więcej dla ciebie znaczy.

— Przepraszam, stary.

— Gdzieś mam twoje przeprosiny! — warczy wściekły chłopak.

Siada na łóżku i ukrywa twarz w dłoniach. Oddycha niespokojnie i z trudem. Moja twarz natomiast zalana jest łzami. Syriusz stoi z boku załamany.

— Wynoście się! — syczy w końcu James, nie podnosząc na nas wzroku.

Nie ruszam się z miejsca, podobnie jak Syriusz.

— Ogłuchliście?! Wynoście się stąd! Nie chcę was widzieć!

Wybiegam z sali załamana. Kiedy biegnę do wyjścia ze szpitala, ludzie dziwnie mi się przyglądają. To bez znaczenie. Wybiegam na zimny deszcz, który cudownie chłodzi moje, rozpalone z jakiegoś powodu, ciało.

Biegnę przed siebie, nie zwracając uwagi na ludzi, których potrącam. W końcu docieram do małej kawiarni. Kiedy byłam mała, często odwiedzałam to miejsce z rodzicami. Mam wrażenie, jakby to było w innym, lepszym życiu. Wzdycham ciężko i podaję zamówienie kelnerce, która patrzy na mnie zaniepokojona.

— Czy coś się stało? — pyta nagle dziewczyna, siedząca niedaleko. — Nazywam się Marlena, Marlena McKinnon. — Uśmiecha się przyjaźnie.

Jest najwyżej rok lub dwa starsza ode mnie. Jestem pewna, że skądś znam jej twarz.

— Chodziłaś do Hogwartu, prawda?

— Znamy się? — pyta marszcząc delikatnie brwi.

— Myślę, że znam cię z widzenia.

— Skończyłam Hogwart dwa lata temu… A Ty, jak się nazywasz?

— Lily, Lily Evans… — mruczę.

Oczy mojej towarzyszki, błyskają zrozumieniem.

— Ta Evans, za którą zawsze uganiał się James Potter, słynny Huncwot? — pyta z łobuzerskim uśmiechem.

Patrzę przez chwilę na nią, po czym znów wybucham płaczem.