- Dlaczego to zrobiłaś, głupia?

- Dobrze wiesz dlaczego; nie jestem tym typem kobiety, która będzie siedzieć w domu, podczas gdy jej ukochany będzie ryzykował życie

- Kocham cię, Lily, chcę żebyś była bezpieczna…

- Też cię kocham, Jim, ale nie chcę bezpieczeństwa kosztem bycia bezużyteczną.

- Lily…

- To koniec tematu, James, nie zmienisz mojego zdania…

- Po kim Ty jesteś taka uparta, hmm? – zamruczał mi uwodzicielsko do ucha, obejmując ramionami.

- James, zabieraj łapy z mojego tyłka! – syknęłam.

- Dlaczego miałbym to zrobić, skoro tak go uwielbiam. – zapytał zaczepnie, nie zabierając dłoni.

Oblałam się szkarłatnym rumieńcem i spaliłam się już totalnie, kiedy usłyszałam chichot za nami. James natychmiast mnie puścił, odwracając się w stronę Syriusza, który obserwował nas z bezczelnym uśmiechem. Zakłopotana, odgarnęłam kosmyk głosów za ucho i wlepiłam wzrok w podłogę.

- Nie chcę wam przeszkadzać, gołąbki – powiedział, nonszalancko opierając się o stojące w pomieszczeniu biurko – ale mamy problem… Hogsmeade jest atakowane przez Śmierciożerców… Gorzej, że mają ze sobą trolle, nie jesteśmy pewni ile, ale te matoły o ograniczonym ilorazie inteligencji, chyba zapomniały, że klątwa Imperius nie działa na magiczne stworzenia, i teraz te śmierdzące łamagi niszczą wszystko i wszystkich.

- I mówisz to tak spokojnie?! – zapytałam zszokowana, natychmiast ruszając w stronę drzwi. Nie doszłam daleko, bo po chwili poczułam ramiona Jamesa, obejmujące mnie w talii.

- Pani zostaje w domu.

- Chyba śnisz, Potter – syknęłam.

Szybka klątwa wycelowana w rękę Jamesa, załatwiła sprawę i nim chłopak zdążył się zorientować, już stałam w drzwiach.

- Mówiłem ci Rogaczu – zaśmiał się Syriusz – nie bierz się za rude, one są z natury wredne i uparte.

- Wiesz co, Łapo? Wyświadcz mi przysługę i siedź cicho!

- Oho, ktoś tu wstał lewą nogą… Albo może raczej powinienem powiedzieć, lewym kopytkiem?

Zachichotałam i zbiegłam na dół po schodach. Słyszałam jeszcze jak coś tłucze się na górze, ale chyba wolałam nie wiedzieć co to takiego. Aportowałam się w sam środek walki. Syriusz miał rację – Śmierciożercy stracili panowanie nad tymi przeklętymi trollami. Tylko szybki refleks uratował mnie przed bliskim spotkaniem, z maczugą jednego z nich. Tak, śmiejcie się, tyle że z mojej perspektywy wcale nie wyglądało to zabawnie.

Walka była naprawdę zacięta. Resztką świadomości zauważyłam, że kilka razy Śmierciożerca i członek Zakonu Feniksa razem bronią przed trollem. To był bardzo dziwny widok – zobaczyć dwóch wrogów stojących ramię w ramię; nie próbujących się zabić. Och, nie miałam wątpliwości, że w innej sytuacji po prostu by się zabili, ale chyba wiecie co mam na myśli, prawda?

Sama nie wiedziałam jak długo walczyliśmy. Było kilka chwil, w których byłam święcie przekonana, że to już koniec, że umrę i kilka momentów, kiedy jeszcze kilka sekund i świętowalibyśmy zwycięstwo. Tego dnia, uratowała mnie osoba, którą najmniej bym o to podejrzewała.

Ktoś na mnie wpadł, przewróciłam się, różdżka wypadła mi z dłoni. Jak na zwolnionym filmie widziałam obrzydliwego trolla, który zbliżał się w moją stronę. Wtedy niespodziewanie ktoś rzucił się przede mnie, błysnęło szmaragdowozielone światło i głośny huk oznajmił mnie, że troll jest martwy. Zbyt przerażona by się ruszyć, poczułam jak ktoś wpycha mi różdżkę w dłoń.

- Uważaj na siebie, głupia dziewczyno – wysyczał mi ktoś do ucha.

Otworzyłam oczy i napotkałam spojrzenie stalowoszarych oczu. Pierwszą osobą, która przyszła mi do głowy, był Syriusz – on miał takie oczy. Ale w tych tęczówkach błyskała wyższość, której próżno było szukać w oczach Łapy. I jeszcze rysy twarzy chłopaka przede mną, były inne. Wiedziałam kto to jest, kilka razy minęłam go na korytarzu w Hogwarcie, kilka razy broniłam, przed szukającymi wrażeń starszymi Gryfonami.

- Regulus? Brat Syriusza?

- Dokonałaś odkrycia… – mruknął, wstając z ziemi, z zamiarem odejścia.

- Dlaczego? Dlaczego mnie uratowałeś? Syriusz mówił, że jesteś Śmierciożercą!

- Powiedz to głośniej, kretynko! – kucnął przy mnie i niemal szeptem kontynuował. – Nawet my, Ślizgoni mamy swój honor, Ty broniłaś mnie, ja broniłem ciebie – jesteśmy kwita. Poza tym… Syriusz nie wybaczyłby mi, gdybym pozwolił ci umrzeć… Rozmawiamy czy nie, ale Syriusz to wciąż mój brat…

Odszedł, zostawiając mnie zszokowaną, leżącą w zimnym śniegu. Nie dane mi długo było odpoczywać. Jeśli naprawdę chciałam przeżyć, musiałam wstać i bronić się.

Następne minuty – a może godziny – wypełnione były błyskami zaklęć, zapachem krwi, krzykami innych ludzi, a momentami płaczem dzieci. Ledwie trzymaliśmy się na nogach, ale zwycięstwo było tak blisko, że żadne z nas nie pomyślało nawet by się poddać. Trolli zostało może pięć, nie więcej. Pojedynki na nowo rozgorzały między ludźmi. Już nie broniliśmy się nawzajem, już nie staliśmy po jednej stronie barykady. Wiedziałam też, że to już nie są pojedynki z lekcji obrony przed czarną magią, kiedy to ceną była dobra ocena. Teraz na szali leżało nasze życie i tylko to, na ile potrafiliśmy współpracować, mogło nas ocalić. Stawałam raz po raz, do pojedynków, ramie w ramię z zupełnie obcą mi osobą – przez chwilę łączyło nas przeznaczenie; mogliśmy umrzeć razem, lub zwyciężyć razem i kiedy dookoła nas błyskały zaklęcia, współgraliśmy idealnie, nie liczyło się, że tak naprawdę wcale się nie znamy, że jesteśmy dwójką zupełnie różnych ludzi. Przez krótki moment, uzupełnialiśmy się doskonale. Ja bronię, on atakuje. Unik, atak, atak, unik. I tak w kółko. I kiedy już byłam pewna, że zwycięstwo jest nasze, zjawił się ON.

W jednej chwili zrozumiałam dlaczego ludzie tak bardzo boją się wypowiadać jego imię, dlaczego budzi tak wielki strach i szacunek zarazem. Moc aż od niego biła. Czarne – niczym najciemniejsza noc – szaty, powiewające za nim, nadawały mu wyglądu kogoś naprawdę wielkiego. I naprawdę był kimś wielkim, mimo że potwór czaił się w jego wnętrzu, ten człowiek był naprawdę kimś wielkim. Twarz potwora, która może niegdyś była piękna, może kiedyś wyglądała jak twarz anioła. Oczy koloru krwi, której tak wiele przelał, które może kiedyś były koloru zupełnie innego.

Wygląd potwora wcale nie umniejszał respektu jaki się do niego czuło. Kilka machnięć różdżką i trzy wybuchy pod rząd zabiły nie tylko połowę naszych, ale i jakąś część Śmierciożerców. Przymrużyłam oczy i zobaczyłam trójkę mężczyzn, którzy stanęli przed Czarnym Panem. Na moment moje serce zamarło, by dosłownie sekundę później przyśpieszyć ze zdwojoną siłą. Wstałam chwiejnie, zacisnęłam zęby i ruszyłam przed siebie. Kilka razy potknęłam się, upadałam, ale i tak podnosiłam się za każdym razem.

- James! – krzyknęłam, choć nie na tyle głośno, by mój głos przebił się, przez huk zderzających się ze sobą zaklęć. W tamtej chwili byłam pewna, że jeśli Voldemort nie zabije Syriusza, Jamesa i Franka, którzy wdali się z nim w pojedynek, to zrobię to ja i Alicja, kiedy wrócimy do domu… Jeśli wrócimy.

Wystarczyło jedno machnięcie różdżki, dziki, nieokiełznany powiem mocy i wszyscy leżeliśmy na ziemi. Piskliwy śmiech wypełnił moje uszy. Moja ręka zacisnęła się na różdżce. Mocno. Jej drewno wbijało się w moją skórę i dawało pewność, że nie jestem bezbronna, że jeśli tego dnia umrę, to zrobię to z honorem, nie umrę bez walki.

- Avada… – resztkami sił odwróciłam się w stronę zimnego głosu. Działał mój instynkt, nie ja.

- Drętwota! – mój krzyk, zmienił się niemal w szept, ale zaklęcie zadziałało tak jak powinno. Gdyby tylko trafiło w tego, w którego celowałam. Leniwym machnięciem różdżki, Czarny Pan zablokował moje zaklęcie. Powoli odwrócił się w moją stronę. Tylko resztki mojej dumy, pozwoliły mi wstać z ziemi i stanąć prosto, z różdżką wyciągniętą przed siebie. Wypełniła mnie dzika duma, kiedy zdałam sobie sprawę, że moja ręka nie drży.

- Lily Evans – wysyczał, niczym wąż. Jego głos przyprawiał o ciarki, sprawiał, że chciało się odejść, uciec, zrezygnować. Ale ja się nie ugięłam. Wiedziałam, że jeśli teraz umrę – to będzie dobra śmierć. Umrzeć wyprostowanym, w walce, z różdżką w ręce, która wcale nie drży. To dobra śmierć.

- Lord Voldemort – mój głos był niemal tak samo zimny, lecz dużo ciszy. Moje gardło zaczęło odmawiać mi posłuszeństwa, paliło żywym ogniem, od krzyku, który wydarło z niego wcześniejsze zaklęcie cruciatus.

- Ty i twój ukochany, James Potter, jeśli się nie mylę – powiedział tonem, który wskazywał, że doskonale zdaje sobie sprawę z własnej wyższości – przysporzyliście mi i moim Śmierciożercą sporo kłopotów. To Ty jesteś tą, która spowodowała śmierć mojej dwójki najwierniejszych… Potrafisz być niezłym wrzodem na tyłku, moja droga… Takie osoby chętnie witam w moich szeregach, wierne, odważne, potężne…

Uśmiech, który zapowiadał mi bolesną śmierć w razie odmowy, wkradł się na jego wąskie wargi. Ja również się uśmiechnęłam, co spowodowało ból w mojej rozciętej wardze.

- Jesteś pewien, o potężny, że chcesz mieć swoich szeregach Szlamę?

Triumf rozgrzał moje ciało, kiedy zaskoczenie mignęło w jego oczach. Czyżby nie wiedział z jakiej rodziny pochodzę?

- Masz ostatnią szansę, durna dziewczyno!

- Będziesz musiał mnie zabić – wysyczałam, będąc pewna, że to ostatnie słowa, jakie padną z moich ust. Ale los miał inne plany.

- Expelliarmus!

Głos Jamesa, jeszcze nigdy nie wydał mi się tak piękny.

- Jest i sławny Potter z Blackiem… Już raz mi uciekliście, nie popełnię tego błędu po raz drugi! Avada Kedavra!

To refleks Szukającego musiał uratować Jamesa. Jeszcze nie widziałam, by ktoś zrobił tak szybki unik, samej śmierci.

Nie jestem pewna, kiedy przybył Dumbledore, ale wtedy moją jedyną myślą było, że to już koniec. Kiedy kolana się pode mną ugięły i kiedy spodziewałam się poczuć na ciele chłód ziemi, delikatne ramiona złapały mnie w pasie.

- To już koniec, kochanie, to koniec.

Mimo bólu w całym ciele, uśmiechnęłam się promiennie. Słońce z wolna zachodziło, a jego zbłąkane promienie oświetliły twarz Jamesa. Przez chwilę czułam się, jak jedna z tych księżniczek, które w końcu odnalazły swojego księcia.


Bandaże, eliksiry i łóżko, mogą zdziałać prawdziwe cuda i już następnego dnia, wszystkie nasze rany zniknęły… No, prawie wszystkie, bo rany jakie w naszych sercach zostawia śmierć, potrzebują czasu, by mogły się kiedykolwiek zagoić. Zginęło wielu. Wielu Śmierciożerców, wielu członków Zakonu. Bitwa o Hogsmeade była najbardziej krwawą walką, w jakiej kiedykolwiek brałam udział i mimo że trzy dni później, kiedy odbyła się uroczystość na cześć poległych, nie było już tam żadnych ciał a i krew została zmyta, to wciąż czuło się paskudny odór śmierci.

Czułam się taka płytka, wyprana z wszelkich uczuć. Nie miałam już łez by płakać nad śmiercią innych. Zbyt wiele łez wylałam nad zimnym, nieruchomym ciałem Dorcas. Pogrzeb miał się odbyć tego samego dnia co ceremonia, dlatego nasze grono opuściło ją wcześniej.

Czarna, plisowana spódnica do kolan, malutkie obcasy, czarna koszula, delikatny makijaż, który i tak rozmarzą łzy.

Trumna opadała powoli. Czarna, ozdobiona Liliami. Jej ulubione kwiaty. Przygryzam wargę, zduszając tym szloch. Ale moich łez nic nie jest w stanie powstrzymać. Ksiądz coś powiedział, skropił trumnę wodą święconą i zaczęto zsypywać ziemię. Szloch Anabell, którą trzymał w ramionach Remus, dochodził do mnie z oddali. Rick też płakał, ale nie szlochał. Patrzył w milczeniu jak ziemia pochłania to, co zostało z jego ukochanej. James mocniej ściska moją rękę. Coraz więcej łez spływa po moich policzkach. Zaczyna padać. Mama zawsze mówiła, że deszcz to łzy aniołów. Zacisnęłam mocniej oczy, chcąc wierzyć, że moja przyjaciółka jest teraz w lepszym miejscu.

Ktoś delikatnie mnie przytula, ale nie jest to James. Wciągam nosem zapachach. Jemu też musiało być ciężko. Dorcas była pierwszą dziewczyną, z którą próbował stworzyć poważny związek. Syriusz się odsuwa i jego miejsce zajmuje Alicja. Jej uścisk jest pełen desperacji, jakby błagała mnie, żebym powiedziała, że wszystko będzie dobrze. Ale nie mogę jej tego powiedzieć. Nie mogę, choć to naprawdę piękne kłamstwo.

Powoli wszyscy się rozchodzą, uciekają przed deszczem i burzą, która z każdą sekundą staje się coraz gwałtowniejsza.

- Lily – delikatny, nie pospieszający głos przebija się przez moje bariery.

- Idź sam – odpowiadam na niezadane pytanie Jamesa – ja chcę tu jeszcze zostać.

Nic nie mówi, składa jedynie delikatny pocałunek na moich mokrych już włosach, ściska mocniej moją rękę, po czym odchodzi. Kilka sekund później jestem już sama na malutkim cmentarzu, na obrzeżach Londynu. Klękam na mokrej ziemi, która powoli zamienia się w błoto i załzawionymi oczami spoglądam na piękny, biały nagrobek zrobiony z marmuru.

Dorcas Meadowes

Urodzona 14 marca 1960 roku

Zmarła 26 stycznia 1978 roku

„Ci, których kochamy nie umierają nigdy, bo miłość, to nieśmiertelność"

- Umarłaś, tak jak chciałaś, co? – pytam zachrypniętym głosem, ocierając mokrym rękawem łzy z oczu. – Umarłaś jak bohaterka… Zabita przez samego Voldemorta… Musisz być z siebie cholernie dumna, tam gdzie teraz jesteś, co nie? Jak mogłaś tam iść, kretynko?! Dlaczego Rick ci na to pozwolił?! Zabiłaś nie tylko siebie! Zabiłaś też jakąś część jego! Zabiłaś wasze dziecko! Miałam być matką chrzestną! Dlaczego to zniszczyłaś, głupia?! A dziewczyny?! Pomyślałaś o nich, kiedy tam szłaś?! Pomyślałaś o nas Meadowes?! Pomyślałaś jak my się będziemy czuć po stracie przyjaciółki?! Dlaczego nie wróciłaś do domu, kiedy czułaś, że nie masz siły dłużej walczyć?! Dlaczego do cholery, zgrywałaś cholerną bohaterkę?!

Szlochając uderzam dłonią w nagrobek, ale to jedynie powoduje ból w ręce. Nikt nie odpowiada na wykrzyczane przeze mnie pytania, tylko wiatr jakby mocniej zawiał.

- Miałyśmy tyle planów – kontynuuję, już bez złości w głosie, a jedynie ze smutkiem i nostalgią – podróże, dzikie imprezy, codziennie nowa przygoda… Później wszystko się pokomplikowało, przyszła wojna i… i nasze plany musiały poczekać… A teraz już nigdy ich nie spełnimy. Och, Dorcas, ze wszystkich osób, ze wszystkich osób, to musiałaś być właśnie Ty! Wiesz co jest w tym wszystkim najgorsze? Że tak bardzo chciałabym móc cię nienawidzić! Bo zostawiłaś nas wszystkich z wielką raną w miejscu serca… I chciałbym móc cię nienawidzić, ale nie potrafię!

Piorun uderzył gdzieś z ogromnym hukiem, zagłuszając tym głośny szloch, który wydobył się z mojego gardła. Wstałam chwiejnie na nogi, przez chwilę znów czując się jak wtedy, w Hogsmeade. Dobrze wiedziałam, że już nigdy nie będę wstanie spojrzeć na to miejsce beztroskich zabaw i młodzieńczych spotkań, bez łez w oczach. Rozglądam się ledwo przytomnie i kiedy mam pewność, że nikt mnie nie widzi, deportuję się.

Brama, która prowadzi do mojego mieszkania nie jest najpiękniejsza, ale przynajmniej czynsz jest niski. Sprawdzam skrzyknę na listy. Rachunek, rachunek, rachunek… i ozdobna koperta, która wygląda jak… Ale czy to możliwe? No cóż, czas zmienić czarną spódnicę na strój godny damy, Petunia bierze ślub…