Następnego dnia wstałam z łóżka ledwo żywa. Moje ciało było rozpalone od gorączki, a gardło paliło żywym ogniem, kiedy przełykałam. Wysłałam list do szpitala, informując pracodawcę, że złapałam jakieś świństwo i nie dam rady przyjść do pracy. W duchu przysięgłam sobie, że więcej nie będę szlajać się w deszczu, zwłaszcza, kiedy jestem tak cienko ubrana. Kiedy wróciła moja sowa, którą niedawno kupiłam, naskrobałam szybki listo do Alicji, prosząc, by podrzuciła mi jakieś eliksiry lecznicze. Czekając aż na przyjaciółkę, przygotowałam sobie kubek gorącej herbaty z miodem. Zazwyczaj nie piję herbaty, nienawidzę jej smaku i zapachu, ale z moim podrażnionym gardłem nie dałabym rady wypić kawy, którą tak uwielbiam.

Było mi koszmarnie zimno, więc przyniosłam sobie kołdrę z sypialni i owinięta nią, sączyłam herbatę i przysłuchiwałam się spikerowi z radia.

- To już kolejne zaginięcie w tym miesiącu – ogłosił przygnębionym głosem. – Mówi się, że z dnia na dzień Czarny Pan zyskuję nowych zwolenników. Coraz częściej na przedramionach uczniów, znajduje się mroczne znaki.

Przymknęłam oczy, przypominając sobie moją dawną przyjaciółkę – Kate. Na jej przedramieniu również znalazłam mroczny znak. Wzdrygnęłam się – być może na nieprzyjemne wspomnienie, a może z zimna.

- Rodzice zaczynają bać się puszczać dzieci do Hogwartu, choć Albus Dumbledore, dyrektor szkoły magii i czarodziejstwa, zapewnia, że zamek jest całkowicie bezpieczny, a Ten, którego imienia nie wolno wymawiać, dostanie się tam, dopiero wtedy zginie on sam i cała kadra nauczycielska. Nie jest nowością, że to właśnie Dumbledore jest tym, którego boi się sami wiecie kto. Więc czy Hogwart jest bezpieczny.

Powieki zaczęły mi ciążyć, resztkami świadomości słuchałam radia. Część mnie, właściwie już spała. I kiedy już przekraczałam granicę krainy snów… Głośny dźwięk dzwonka sprawił, że podskoczyłam gwałtownie, a wciąż ciepła herbata wylała się na mnie.

- Cholera – zaklęłam, krzywiąc się na palące gorąco, które dotknęło mojego brzucha.

Zdjęłam bluzkę i rzuciłam ją w kąt. Założyłam zamiast tego bluzę, która leżała przewieszona prze oparcie fotela. Ruszyłam nieco chwiejnym krokiem w kierunku drzwi.

- Cześć Alicja – rzuciłam, widząc w drzwiach moją przyjaciółkę.

- Cześć, kochanie – uśmiechnęła się i uściskała mnie mocno.

Nie wyglądała najlepiej. Jej włosy, zwykle schludnie ułożone, były całe rozwiane, paznokcie, które zazwyczaj pokrywał niebieski lakier, teraz były niepomalowane. Z zaniepokojeniem dostrzegłam, że ona również bardzo schudła w ostatnim czasie. Pod jej oczami widniały delikatnie cienie.

- Torturują was na tym szkoleniu? – zapytałam, starając się nie zwracać uwagi na ból w gardle.

Dziewczyna uśmiechnęła się blado.

- Troszeczkę, ale to chyba nie jedyny powód mojego kiepskiego samopoczucia – odparła dziewczyna. – Wiesz, cieszę się, że do mnie napisałaś. Muszę ci coś powiedzieć.

- Czekaj, zrobię herbatę i wszystko mi opowiesz.

- Przecież Ty nie lubisz herbaty – odparła zaskoczona.

- Nawet mnie nie denerwuj, moje gardło nie toleruje niczego innego.

- To mi o czymś przypomniało. Weszłam do apteki na Pokątnej i okazało się, że wymiotło cały zapas eliksiru pieprzowego. To chyba jakaś epidemia. W każdym razie, wstąpiłam do mugolskiej apteki i chyba będzie ci musiało to wystarczyć.

- Dobre chociaż to – westchnęłam. - Ile ci wiszę?

- Nie wydurniaj się.

- Mówię poważnie, Alicja, ile mam ci oddać. Nie jesteś moim sponsorem, głupio się czuję, kiedy ktoś mi coś stawia.

- Chyba musisz się przyzwyczaić, bo James do biednych ludzi nie należy.

- No co Ty? – zapytałam ironicznie, po czym znów westchnęłam. – Zaprosił mnie tydzień temu do diabelnie drogiej restauracji. To był prawdziwy koszmar. Nie dość, że czułam się zażenowana, bo to on stawiał, to jeszcze ci wszyscy ludzie patrzyli na mnie z taką wyniosłością… Brr. Czułam się jak ktoś z niziny nizin społecznych.

- Musisz się przyzwyczaić. Zobaczysz, za dziesięć lat, takie wypady będą dla ciebie czymś naturalnym.

- Jasne – mruknęłam, wstawiając wodę na tę piekielną herbatę.

- Musisz się przyzwyczaić kochanie, że James nie należy do biednych ludzi i nie zamierza się z tym kryć. Poza tym, to całkiem miłe, że traktuje cię jak taką księżniczkę.

- W tym problem, Alicjo, ja nie chcę być żadną księżniczką – nie jestem tego typu osobą. James spodziewa się, że będę siedzieć cicho w domu, kiedy on będzie walczył… Nie mówmy już o tym i tak czuję się już fatalnie, nie pogarszajmy tego. Jak się układa między tobą a Frankiem?

- To jest poniekąd sprawa, o której chciałam porozmawiać. Jestem w ciąży – oznajmiła na wydechu.

- Och… – Udało mi się wykrztusić. – To… to wspaniale, gratuluję.

- To jeszcze nie koniec – powiedziała z szerokim uśmiechem. – Zrobiłam badania w Mungu i jest osiemdziesiąt pięć procent szans, że to bliźniaki.

- To naprawdę cudowna nowina.

- Lily, nie gniewaj się, ale muszę odwiedzić rodziców i trochę się śpieszę.

- Jasne, nie ma sprawy.

- No to do zobaczenia.

- Tak, do zobaczenia.

Drzwi zatrzasnęły się za Alicją, a ja usiadłam z kolejnym kubkiem herbaty w ręce. To wszystko było takie dziwne – działo się zbyt szybko.

Westchnęłam i sięgnęłam do torby po lekarstwa. Ja to mam prawdziwe szczęście – akurat, kiedy się rozłożyłam, musiało wymieść cały eliksir pieprzowy. Mogłabym bez problemu przygotować go sama, ale nie miałam odpowiednich składników. Czułam się tak okropnie, że najchętniej przyłożyłabym sobie różdżkę do skroni i walnęła się niewybaczalnym. Wtedy znów zadzwonił dzwonek. Klnąc w myślach, z racji, że znów oblałam, ruszyłam w stronę drzwi.

- Czego zap… – urwałam, bowiem nikogo nie było za drzwiami.

Rozejrzałam się zdezorientowana i wtedy moją uwagę przykuło coś leżącego na wycieraczce. Zmarszczyłam brwi i podniosłam owe coś z ziemi. To była kaseta. Zwykła, mugolska kaseta, jednak z boku widniał napis – Obejrzyj – Może nie być taki, za jakiego go uważasz.

- Co jest? – zapytałam samą siebie i rozejrzałam się ponownie. Nic, korytarz był pusty.

Z kasetą w ręce wróciłam do mieszkania. Odłożyłam ją na stół i poszłam wziąć prysznic, z racji, że cała kleiłam się od tego diabelskiego płynu (czytaj: herbata).

Przebrana, pachnąca i wciąż obolała, wpakowałam się do łózka, zapominając o tajemniczej kasecie, ale spokojnie, przypomnę sobie o niej jutro, a po obejrzeniu jej, moje życie na nowo zmieni się w koszmar.


Jak zapewne wiecie, nic nie trwa wiecznie, nawet choroba – a przynajmniej przeziębienie – i następnego dnia, moje samopoczucie znacznie się poprawiło. Może i nie mogłam jeszcze drzeć się w niebo głosy, bo przypłaciłabym to bólem gardła, ale i tak czułam się znacznie lepiej. Wcale nie miało z tym nic wspólnego, że to właśnie tego dnia James wracał z misji i miał mnie odwiedzić. Uśmiechnęłam się na myśl o towarzystwie Łosia i zaparzyłam sobie kawę, która miała jeszcze bardziej pogorszyć stan mojego gardła.

- I tak już zdycham – mruknęłam, zalewając kawę gorącą wodą.

Do południa czytałam książkę – mugolską literaturę z początków dwudziestego wieku. W końcu przegrałam walkę z własnym żołądkiem i z westchnięciem powłóczyłam się do kuchni. Czy wspominałam już, że Evans nie powinno się wpuszczać do kuchni? Moja mama była znakomitą kucharką, ale mówiąc delikatnie – nie odziedziczyłam po niej talentu. Potrafiłam zepsuć najprostszy przepis, a magia niewiele tu pomagała. Z satysfakcją jednak stwierdzałam, że potrafię zrobić sobie kanapkę, bez całkowitego zniszczenia mojego domu.

Weszłam z talerzem i szklanką w rękach, do salonu po czym zakopałam się w fotelu, pod ciepłym kocem. Wtedy mój wzrok padł na kasetę. Wstałam powoli i chwytając z półki pilota, włączyłam telewizor, odpaliłam urządzenie do odtwarzania kaset i wsadziłam ją do środka. No bo jeszcze nie mogłam wiedzieć, jakie piekło rozegra się po jej obejrzeniu .