- Jesteśmy… jesteśmy w głębokiej dupie – warknęła Emmeline.

Spojrzałam na nią zaskoczona. Dziewczyna rzadko, naprawdę rzadko, używa takich słów. Może nie znałam jej zbyt długo, ale wiedziałam, że usposobienie ma podobne do usposobienia Anabell, czyli była raczej z gatunku tych miłych, łagodnych dziewczyn, które uwielbiają nieść pomoc, walczą do samego końca i jeśli się zakochują, to tak na całe życie, albo przynajmniej jego znaczną część. Tym razem jednak musiałam zgodzić się z moją nową koleżanką. Poważnie byłyśmy… właściwie to sama nie wiem gdzie, ale z pewnością nie TO było celem naszej wyprawy. Może spróbuję opisać wam miejsce, w którym byłyśmy… Cóż, jeśli spojrzeć na prawo to zobaczy się drzewa, jeśli spojrzeć na lewo, zobaczy się drzewa. Z przodu sytuacja nie różni się zbytnio od strony lewej i prawej. A jak się popatrzy w tył… lepiej nie mówić. Oprócz drzew coś szło za nami, byłam o tym święcie przekonana.

- Czarno to widzę – mruknęła Alicja, kiedy krzaki poruszyły się wyjątkowo blisko nas.

- Nie ty jedna – odpowiedziałam niemal szeptem. Cofnęłam się od feralnych krzaków i wtedy to się stało. Naszym oczom ukazał się olbrzymi, wściekły niedźwiedź. Macie pojęcie jakie one są wielkie? Ja też się jakoś nad tym nie zastanawiałam, póki ten… ten potwór nie zagrodził nam drogi.

- Hej, Lily? Czy to część misji?

- Nie wydaje mi się, Al. Wiecie co, mam genialny plan.

- Dajesz.

- Wiejemy!

Ruszyłyśmy przed siebie w szaleńczym tempie. Może gdyby nie gonił nas olbrzymi, wściekły misiek, to nawet bym się roześmiała. Biegnąc przez ten las musiałyśmy wyglądać dość śmiesznie. Niestety, nasz kumpel nie był taki głupi, za jakiego go wzięłam i ruszył za nami.

- Moje życie jest serią porażek – jęknęłam, kiedy wbiegając na polanę, potknęłam się o wystający korzeń drzewa. Przeklęte drzewo!

Byłam pewna, że już za chwilę poczuję na ciele ostre pazury i zakryłam twarz rękami, jednak uderzenie nie nadeszło. Rozejrzałam się, ale dookoła nikogo nie było. Jedynie ciemna polana. Miśka też gdzieś wcięło, co akurat przyjęła z wdzięcznością. Naprawdę, miśki powinny być… nie, właściwie nie powinny być w ZOO, to akurat uważam za krzywdzenie zwierząt, ale cóż, miśki nie powinny gonić takich Evans na przykład, którym już sama wizyta w lesie nie leży. Oczywiście to tylko taki przykład, wcale nie miałam na myśli samej siebie, nie.

Wstałam niezdarnie z ziemi i ponownie rozejrzałam się dookoła. Wtedy dotarła do mnie ta nieco gorsza wiadomość. Nie tylko miśka gdzieś wcięło – moje kompanki też zniknęły. Zaklęłam szpetnie pod nosem. Sam las przyprawiał mnie o dreszcze, a teraz byłam sama i nie miałam przy sobie nic, oprócz plecaka z małą ilością jedzenia. Przełknęłam ciężko ślinę. Ta cała misja była jednym wielkim niepowodzeniem.

- Alicja! – zawołałam, jednak wyszło to zbyt cicho przez moje, wyschnięte na wiór, gardło. – Emmeline! – spróbowałam nieco głośniej.

Odpowiedziała mi głucha cisza i niegłośne huczenie sowy. Nie wiedziałam co mam dalej zrobić, jakby nie spojrzeć, wszędzie dookoła był las. Byłam sama, różdżka na nic nie mogła mi się przydać, nie mogłam się deportować. Zapewne roiło się tu od dzikich zwierząt. I pomyśleć, że uważam siebie za optymistkę. Przecież ta sytuacja nie miała absolutnie żadnych plusów! No chyba, że wziąć pod uwagę możliwość pooddychania świeżym powietrzem.

Ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę, że chce mi się płakać. Bardzo. Ukryłam twarz w dłoniach, walcząc z tą, niespodziewanie silną, potrzebą. Nagle powróciły do mnie wszystkie ostatnie okropieństwa. Śmierć Dorcas, wojna, bitwa, zdrada Jamesa, ta przeklęta taśma, Marlena.

- JAK MAM BYĆ SILNA, SKORO CO CHWILĘ, COŚ ZWALA SIĘ NA MNIE?! POMÓŻ MI DORCAS! ZRÓB COŚ DO CHOLERY!

Zwracanie się z prośbą o pomoc do martwej przyjaciółki chyba raczej nie mówi o mnie dobrze, ale w tamtej chwili miałam to gdzieś. Naprawdę przez sekundę wierzyłam, że coś się stanie, że niespodziewanie nadejdzie pomoc, że moja przyjaciółka, gdziekolwiek teraz jest, strzegła mnie. Ale nie stało się absolutnie nic i to tylko wszystko pogorszyło. Zalałam się łzami i uderzyłam z całej siły dłonią w zimną ziemię. W końcu, po kilku minutach, które wlekły mi się w nieskończoność, zmęczona płaczem, zasnęłam.


Obudziło mnie słońce, którego kwietniowe promienie padały centralnie na moją twarz. Lepiej nic już nie będę mówić, bo zaraz jeszcze słońce zwyzywam. Tak więc już nie spałam. Czułam się jak żywy trup – jeśli potraficie to sobie wyobrazić. Byliście kiedyś na jakiejś imprezie? Albo zalaliście się kiedyś w trupa? Jeśli tak, to na pewno wiecie jak koszmary ból głowy ma się następnego dnia. W ustach miałam istną pustynię, a oczy piekły mnie niemiłosiernie. Wciąż towarzyszyło mi okropne uczucie opuszczenia i pustki. Warknęłam na siebie w myślach i nakazałam sobie spokój. Póki co, trzeba skupić się na wydostaniu się z tego durnego lasu, a okoliczności w jakich się znajdowałam wcale nie były korzystne. Miałam przy sobie mało jedzenia i jeszcze mniej picia. Różdżkę równie dobrze mogłam sobie dorzucić do ogniska, tyle miałam z niej pożytku. Namiot i całe nasze wyposażenie miała Alicja, a problem leżał w tym, że dziewczyna po prostu wyparowała. Podsumowując, mogło być gorzej? W tamtej chwili myślałam, że nie… Dopóki nie usłyszałam czyiś kroków. Moje serce gwałtownie przyśpieszyło swój rytm. Byłam zgubiona, jeśli to był jakiś Śmierciożerca, to mogłam żegnać się z życiem. Nagle przyłapałam się na tym, że trzymam rękę na swoim brzuchu, w niemal obronnym geście. W oczach zebrały mi się łzy. Moja śmierć była połową biedy, ale śmierć dziecka, które tak naprawdę było dopiero płodem, przyprawiła mnie niemal o zawał. Mimo że nie chciałam tego dziecka, naprawdę go nie chciałam, pokochałam je, tak jak tylko matka może kochać.

Jak to jest, że jeśli chodzi o fatalne rzeczy, ja zawsze muszę mieć rację?

Minęło kilka sekund, kiedy zza drzew wyłoniła się postać w ciemnej szacie i białej masce. Śmierciożerca – to było pewne. Wtedy moje oczy spotkały jego oczy i świat jakby się zatrzymał. W mojej głowie automatycznie pojawiły się setki wspomnień z nim związane.


- Petunia mówi, że nie ma czego takiego jak magia. Dlaczego miałabym wierzyć tobie, a nie własnej siostrze.

- Właściwie, nie powinnaś. Masz tylko moje słowo i nie potrafię w żaden sposób zapewnić cię, że nie kłamię.


- Potter to zwykły, tępy dupek! Współczuje ci, że jesteście w jednym domu.

- Jest dupkiem i wcale nie cieszę się, że dzień w dzień znoszę jego towarzystwo, ale nie jest tępy.


- Okłamujesz mnie, czuję to. Co oznaczają te wszystkie wizyty w „dziale ksiąg zakazanych"? Dlaczego zadajesz się z tymi… tymi potworami?! Wiesz przecież, że po ukończeniu szkoły oni dołączą do Voldemorta! A może sam chcesz do niego dołączyć?!

- Nie wymawiaj tego imienia! I nie, nie chcę do niego dołączyć. A te potwory, jak określiłaś Avery'ego i Notta, to moi przyjaciele, nie zapominaj o tym.


- Puść mnie! Nie jesteśmy już przyjaciółmi i nie masz prawa mnie dotykać!

- Lily, chcę porozmawiać

- A ja sobie tego nie życzę.

- Lily, daj spokój, przecież się przyjaźnimy.

- Przyjaźniliśmy się. Warto tu podkreślić czas przeszły. Mój przyjaciel umarł w ostatnim dniu SUM'ów. Ty jesteś jego żałosną parodią.


- Wiesz dobrze, że Czarny pan morduje szla…

- No dalej! Dokończ, Snape! Morduje szlamy!

- Ale gdybyś była ze mną nic by ci nie zrobił, była byś bezpieczna…


Potrząsnęłam głową, wracając do rzeczywistości. Stał przede mną i w jego oczach widziałam, że jest równie zaskoczony moim widokiem, co ja jego. Kto wie, może i on przed chwilą miał przed oczami te same obrazy? Staliśmy tak dobre kilka sekund i przyglądaliśmy się sobie, choć ja przez jego białą maskę nie miałam szansy dużo zobaczyć. Poznałam go natychmiast. Jego oczy, choć nabrały głębi i czegoś przerażającego, nie zmieniły się wiele przez ostatnie lata.

- Lily? – wydusił w końcu.

- Severus?

- Co ty tu robisz? – syknął niespodziewanie i nie dając dojść mi do słowa, pociągnął mnie w stronę drzew. Zatrzymał się dopiero, kiedy polanka całkowicie zniknęła nam z oczu.

- Nie mów, że jesteś tu z Carter i tą drugą! – warknął na mnie.

- Wiesz gdzie jest Alicja i Emmeline? – zapytałam, nie zwracając uwagi na jego groźne spojrzenie.

Ściągnął maskę i popatrzył na mnie z przerażającym uśmiechem.

- Te dwie kretynki wpadły w pułapkę.

- Nie waż się ich obrażać, Snape!

- Dobrze, więc twoje drogie przyjaciółki czekają aktualnie na przybycie Czarnego Pana, który torturami wyciągnie z nich, dlaczego się tu znalazły, a następnie je zabije. Ja zostałem wysłany na przeszukanie terenu.

- O Merlinie… Snape, musisz mi pomóc!

- Dlaczego miałbym to zrobić?

- Bo jeśli tego nie zrobisz, to ja zrobię coś głupiego. Jeśli jesteś tak bardzo nieczuły na los byłej przyjaciółki, to proszę bardzo, patrz jak pcham się na śmierć.

- Idiotka – syknął chłopak, chwytając moją rękę, jakby chciał się upewnić, że nigdzie nie pójdę. – Masz chociaż jakiś plan?

- Liczyłam w tej kwestii na ciebie…

- Evans, przeginasz, do cholery!

- No dobra, dobra… Myślę, że mam już ogólny zarys planu, ale będziesz musiał mi pomóc.