Wiecie, to dziwne, jak szybko życie potrafi zmienić swój bieg. Jednego dnia jesteś pewien absolutnie wszystkiego, a następnego nie wiesz już nic. Czasami zastanawiam się na Losem, Przeznaczeniem i innymi bzdurami – czy istnieją naprawdę? Sama nie wiem. Zawsze sądziłam, że tak jak po deszczu pojawia się słońce, tak po smutku musi być radość. Naiwne, no nie? Czasami jest źle tylko po to, żeby mogło być jeszcze gorzej. Nasz plan – a właściwie mój – nie był taki zły. Potrzebowaliśmy chaosu, który umożliwiłby mi wkradnięcie się do obozu Śmierciożerców, uwolnienie dziewczyn i przy odrobinie szczęścia wykradnięcie planów. Plusem było jedynie to, że w obozie można było używać magii oraz deportować się. To znacznie wszystko ułatwiało. Najtrudniejsze miało być przedostanie się przez bariery.

- Nie uruchamiając alarmu, przez bariery może przejść jedynie osoba naznaczona mrocznym znakiem, Evans – pouczył mnie Snape. – Twój pomysł z eliksirem wielosokowym nie jest głupi, mam spory jego zapas. Gorzej będzie z uwolnieniem twoich idiotycznych przyjaciółek. Narobię w lesie zamieszania, to powinno wywabić jakąś część Śmierciożerców, ale przed tymi, którzy zostaną, musisz udawać mnie. Jeśli spartaczysz robotę, wszyscy zginiemy, Evans, ty, ja i twoje durne przyjaciółki. Możesz mieć problemy ze złamaniem zaklęć ochronnych, ale kiedy już to zrobisz, natychmiast uruchomi się alarm, wtedy wszystko się wyda i musicie natychmiast się deportować. Masz na to wszystko godzinę, później eliksir przestanie działać i mamy przesrane. Rozumiesz powagę sytuacji, prawda?

- Zdaję sobie z niej sprawę bardziej niż możesz sobie wyobrazić – warknęłam. Nie byłam pewna, czy z równowagi wyprowadzał mnie fakt, iż ten nowy Severus Snape ani trochę nie przypominał mojego dawnego przyjaciela, czy może tak bardzo martwiłam się o dziewczyny.

- Więc zaczynamy – zakomenderował chłopak.

- Teraz?!

- A na co chcesz czekać? Pójdę do obozu po eliksir wielosokowy, kiedy zobaczysz czerwone iskry ruszysz w miejsce, które zaraz ci pokażę. Tam zostawię eliksir z moim włosem. Odczekaj równe pięć minut, przebierz się w moje szaty i wypij go. Godzina to niedługo, więc będziesz musiała się śpieszyć. Wszystko jasne, Evans?

- Tak, tak myślę, ale…

- Czego nie rozumiesz? – Zirytował się chłopak.

- Nie rozumiem, dlaczego stałeś się jednym z nich, Severusie. W Hogwarcie znałam zupełnie innego chłopaka, co się z nim stało.

- Myślałaś, że mnie znasz, Lily – odparł nieprzytomnie. – Ja sam siebie nie znałem. Moje wybory nie są teraz ważne, jeśli chcesz wyprowadzić stąd swoje przyjaciółki żywe, musimy zaczynać.

- Chwila, jeśli będziesz w lesie, to jak wyślesz sygnał… Oddziały…

- Oddziały nie działają na osoby naznaczone Mrocznym Znakiem.

- Severusie? – Zawahałam się. – Bądź ostrożny… Ja… nie chcę, żeby stała ci się krzywda.

To trwało dosłownie sekundę. Przez jedną, słodką sekundę miałam wrażenie, że w miejscu tego obcego mi człowieka, znów stoi mój przyjaciel z przed lat, mój Severus. Chłód i mrok zniknęły z jego oczu i przez moment widniały w nich tysiące uczuć.

- Ty też, Lily, ty też – powiedział, po czym odwrócił się i zniknął za drzewami, a ja wiedziałam, że na powrót przywdział na twarz maskę, której tak nienawidziłam. W oczach zebrały mi się łzy, jednak przygryzłam wargę i nakazałam sobie spokój. Nie pomogło.


Ciężko było mi się poruszać. Ciało Severusa było zupełnie inne niż moje, bardziej masywne i miałam wrażenie, że mój chód jest koszmarnie niezgrabny. Mimo to nie zatrzymałam się. Dotarłam do granic, które wskazał mi chłopak. Z obrzydzeniem spojrzałam na czarny znak na lewym przedramieniu. Dlaczego Severus go przyjął? Wstrzymałam oddech i szybkim krokiem przeszłam przez bariery. Poczułam dziwne mrowienie, lecz nic poza tym się nie stało. Obóz był naprawdę duży, choć wyglądał dość prymitywnie. Około czterdziestu namiotów po lewej stronie i około czterdziestu po prawej. Mogłam się założyć, że były to magiczne namioty. Widziałam, jak kilku mężczyzn w ciemnych szatach wybiega w stronę lasu. W duchu odetchnęłam z lekką ulgą. Póki co, plan działał. Ruszyłam między namiotami i tak jak kazał mi Severus, szukałam tego dwudziestego ósmego z prawej. Byłam już przy dwudziestym czwartym, kiedy nagle przypomniałam sobie cel naszej misji. Jeśli nie zdobędziemy planów, wszystko wezmą diabli, tyle przygotowań i dni, które straciłyśmy w lesie. W dodatku tyle ludzi straci życie. Musiałam znaleźć plany. Severus wspominał coś o „głównym" namiocie, coś o tym, bym na niego uważała, bo znajduje się nieopodal namiotu, w którym przetrzymują dziewczyny. To był numer dwadzieścia pięć, jeśli się nie mylę.

Zamiast iść więc od razu po dziewczyny, tak jak kazał mi były przyjaciel, ja zdecydowałam się odgrywać bohatera i zaryzykować. Jeśli się nad tym zastanowić, było to okropnie samolubne. Przez moje niepowodzenie mogła zginąć Alicja, jej dzieci, Emmeline, ja i… i moje dziecko. No i Severus oczywiście.

Weszłam do namiotu dwudziestego piątego i modliłam się, by był pusty. Tym razem moje modły zostały wysłuchane, bo namiot faktycznie był pusty. No i miałam rację, namioty były magiczne, choć nieszczególnie duże. Pomieszczenie przypominało wielkością klasę do transmutacji i całe było zagracone papierami. Sięgnęłam po kamień od Dumbledore'a, jeśli dobrze zrozumiałam, kiedy będę blisko celu, ma zacząć świecić na zielono. Aktualnie migał jasno zielonym światłem. Nie miałam pojęcia co robić, bo czasu miałam coraz mniej, a papierów zbyt dużo by wszystkie przejrzeć i zabrać jedynie te niezbędne, tak by zostawić jak najmniej śladów. W końcu przetransmutowałam jakąś książkę w torbę i rzuciłam na nią zaklęcie zwiększająco-zwiększające. Jak najszybciej zaczęłam wkładać do niej pergaminy, nie dbając przy tym o estetykę.To wtedy usłyszałam ten dźwięk i zorientowałam się, że moje włosy nie są już czarne, lecz ognisto czerwone i robią się coraz dłuższe. Zaklęłam szpetnie pod nosem i ruszyłam w stronę wyjścia. Alarm trąbił głośno, a ja czułam jak moje ciało powoli się zmienia. Potykałam się o za dużą szatę, usłyszałam za sobą jakiś krzyk i chyba błysnęło obok mnie jakieś zaklęcie, ale nie miałam czasu się nad tym zastanawiać. Dotarłam do namiotu, w którym miały być dziewczyny. Rzuciłam jedno, drugie i trzecie zaklęcie, lecz dopiero czwarte zadziałało. Znów coś błysnęło, fragment namiotu zaraz przy mojej twarzy stanął w ogniu. Teraz zdecydowanie byłam pewna, że mnie gonią. Nie miałam pojęcia co robić – wejście do namiotu płonęło, a za mną była chmara Śmierciożerców. Zamknęłam ozy i wstrzymałam oddech. Przebiegłam przez płomienie. Miałam ochotę krzyknąć z bólu, lecz przygryzłam mocno język. To nie był czas na słabość, choć łzy leciały po moich policzkach. Nie wiedziałam, że poparzenie może boleć aż tak bardzo. Ten namiot w przeciwieństwie do poprzedniego był większy i ani trochę nie przypominał namiotu. Wyglądał bardziej jak lochy. Dostrzegłam nawet schody. Czyjś głos wykrzyknął zaklęcie gaszące, więc nie zastanawiając się dłużej, rzuciłam się w stronę owych schodów.

Pomieszczenie, którym biegłam było koszmarnie ciemne, ale nie odważyłam się zapalić światła. Wciąż słyszałam za sobą krzyki i miałam niepokojące wrażenie, że obiło mi się o uszy zaklęcie Avada Kedavra. Dobrze, że tylko o uszy… W końcu wbiegłam w korytarz, na którym słabym światłem jarzyły się pochodnie. Przede mną były kraty, a za nimi dostrzegłam leżące ciała Alicji i Emmeline.

Merlinie, nie pozwól im być martwymi – pomyślałam rozpaczliwie. Tym razem drzwi nie chciałby się tak łatwo otworzyć. Śmierciożercy byli tuż za rogiem – słyszałam ich ciężkie oddechy. Czyli to tak miałam skończyć? Zabita w ciemnej celi, bez ukochanego, bez przyjaciół.

Pięknie, Evans – usłyszałam jakiś zgryźliwy głosik w swojej głowie – skazałaś was wszystkich na śmierć.

- BOMBARDA MAXIMA! – krzyknęłam w przypływie desperacji, krztusząc się przy tym własnymi łzami. Głośny huk mnie ogłuszył i coś ciężkiego uderzyło mnie w głowę. Czułam ciepłą, lepką ciecz, która spływała po mojej szyi. Zakręciło mi się w głowie i cudem utrzymałam równowagę. Nie było czasu do stracenia. Ruszyłam w kierunku dziewczyn i wtedy poczułam jak coś ostrego wbija się w mój brzuch. Sztylet. Upadłam na ziemię, krzycząc z bólu. Spojrzałam w górę i na sekundę oniemiałam.

- Witaj Lily – uśmiechnęła się uprzejmie, a jej niebieskie, piękne niegdyś oczy, zabłysnęły złowrogo. – To już chyba koniec, nieprawdaż?

Zaczęła się powoli zbliżać. Rozejrzałam się rozpaczliwie i spostrzegłam, że jeśli uda mi się przesunąć choćby o kilka centymetrów, dosięgnę dłoni Emmeline i Alicji. Wyszło mi to dość niezdarnie. Mój brzuch krwawił, podobnie jak i głowa. Sama nie byłam pewna czym się dławię, łzami czy krwią. Ale udało mi się. Złapałam ręce moich przyjaciółek. Cel, wola i namysł – tak jak robiłam to już setki razy. Mocne szarpnięcie, ból, wściekłość w jej oczach, a później nieprzenikniona niczym ciemność. Czy tak wygląda śmierć?

To zabawne, jak szybko życie potrafi zmienić swój tor, prawda? Jeszcze kilka miesięcy temu byłam pewna wielu rzeczy. Byłam pewna przyjaźni, miłości, odwagi i słuszności idei. W kilka miesięcy straciłam wszystko – przyjaciółkę, ukochanego, wiarę i odwagę. Nie zostało mi nic. Gdzieś w tym wszystkim zgubiłam samą siebie. Pamiętam siebie, jako dziecko. Byłam pełna radości, optymizmu, szczęścia. Moje lata w Hogwarcie były jednymi z najlepszych, jakie przeżyłam. Nie rozumiem, kiedy wszystko uległo zmianie. Czy to śmierć, którą widziałam niejeden raz uczyniła mnie… TAKĄ? Nawet tego nie wiem. Pamiętam, że przez ostatnie sekundy przed pochłonięciem przez ciemność, przebiegły mi przez głowę wszystkie cudowne wspomnienia. Śmiech Dorcas, dłonie Jamesa błądzące szaleńczo po moim ciele, uśmiech Alicji, głos Syriusza, kolor oczu Anabell i młodsza wersja Severusa. Pojedyncza łza spłynęła po moim policzku. To cholernie niesprawiedliwe, jak szybko życie potrafi zmienić bieg.