Otaczała go zupełna ciemność. Nie widział nic. A tak chciał. Chciał ujrzeć, zobaczyć, dotknąć... Lecz nie mógł. Coś go krępowało, utrzymywało w miejscu. A on chciał. Tak bardzo chciał. Chciał też dotykać, też czuć pod opuszkami palców, też… zrobić coś. Nie wiedział dokładnie co to było, ale musiał, pragnął, potrzebował…
Och… Jego plecy wygięły się w delikatny łuk, palce u nóg kurczowo uczepiły się prześcieradła, a z gardła wydobył się zduszony jęk. Miał zakneblowane usta. Czemu? Czemu nawet nie mógł poprosić o uwolnienie?
Szarpnął się, lecz to nic nie dało. Ręce dalej miał usztywnione nad głową. Zapewne ktoś je przywiązał do poręczy łóżka. Ktoś. Tak, ktoś, kogo ręce teraz delikatnie, ale stanowczo błądziły po jego ciele. Delikatne palce wytaczały ścieżkę na bladym ciele, zostawiając po sobie przyjemne mrowienie. O tak, to było takie przyjemne, jednak nie wystarczające. Więcej! Mocniej! Bardziej! - krzyczało jego ciało.
Aaa...! Poczuł, jak tuż pod uchem jego szyję owiało gorące powietrze. A potem mógł skupić się już tylko na doznaniach żaru i chłodu, jakie pozostawiał po sobie mokry ślad biegnący od szyi, przez obojczyk i niżej, coraz to niżej. Zataczał kółka wędrując od jednego sutka do drugiego. Ssąc i lekko kąsając. Merlinie! Niech to się nie skończy. Lub nie! Niech już się skończy, bo on nie wytrzyma. Szarpie się. Chce się wyrwać, dotknąć, poczuć całym sobą, a nie tylko skrawkiem ciała. Chce... chce… Och! Ten cudowny język dotarł już do pępka, zataczając kółka.
Uczucie nagle znikło. Jednak nie na długo. Ktoś delikatnie dmuchnął na wciąż mokry od śliny pępek, a potem ustami powędrował jeszcze niżej. Tymczasem ręce chwyciły go stanowczo za uda i jeszcze bardziej je rozszerzyły. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że miał podkulone i lekko rozłożone na boki kolana, a nieznany mu osobnik znajdywał się pomiędzy nimi.
- ...arry... Harry... HARRY! No wstawaj już!
- Co...? - podczas gdy zamglone oczy starały się przyzwyczaić do natrętnego światła, mózg próbował zorientować się w sytuacji, w której znajduje się ciało. A było to dość trudnym zadaniem, bo jakimś dziwnym trafem większość substancji potrzebnej człowiekowi do przeżycia odpłynęła do nieco niższych partii ciała i nie wyglądało, by zamierzała powrócić w najbliższym czasie do właściwego organu myślącego.
- No, nareszcie się obudziłeś - wyszczerzył się Ron, pokazując przy tym rządek zębów, nieco bardziej pochyłych niż krzywa wieża w Pizie. - Myślałem, że już cię nie zobaczę! - zaszlochał teatralnie.
Harry czuł się skrępowany, dosłownie i w przenośni - był zawstydzony, a i jego ciało niezbyt pozwalało na gwałtowne ruchy. A raczej chciało bardziej konkretnych ruchów. "Co to do cholery był za sen? Merlinie drogi, czy ja to na prawdę śniłem? I czym dokładnie jest to TO?" - bił się z myślami nasz pogromca uosobień gadzich przeciwieństw wielkonosych klaunów.
- Ron, co ty tutaj robisz? I chwila, czemu miałbyś mnie więcej nie zobaczyć? - zapytał zdezorientowany, taktycznie starając się przykryć dumnie sterczące wybrzuszenie. "Gdzie do cholery są moje bokserki?"
- Stary - wyszczerzył się najmłodszy syn miłośników stosowania mikrofalówek jako klatek na myszy. Szkoda tylko, że po kilku okrążeniach myszy raczej nie wracały żywe ze swego nowego "domku". - Żebyś ty widział jak wyglądasz. Powiedziałby kto, że przejechało cię stado twoich fanek w glanach z kolcami. No i w dodatku nie mogłem cię obudzić, co bardziej upewniało mnie w przekonaniu, że skonałeś śmiercią fatalną i nieodwracalną. Jedyne, co świadczyło przeciwko tej teorii, to twoje lekkie wiercenie się i postękiwanie. E... Harry, może musisz do toalety, a ja cię zatrzymuję? Wiesz, nie krępuj się. Ja też mam czasem problemy żołądkowe…
- Nie, Ron - przerwał mu Potter. - Nic mi nie jest - jednak po chwili namysłu uzmysłowił sobie, że każda dodatkowa sekunda w jego stanie może doprowadzić do czegoś gorszego niż problemy trawienne... - Ok, nie chciałem mówić, ale masz rację, muszę się udać do łazienki. Możesz poczekać na mnie w pokoju wspólnym?
- Nie ma sprawy, stary. To się załatwiaj - rudzielec wyszedł z dormitorium chłopców.
Harry odczekał chwilę, by się upewnić, że jego najlepszy przyjaciel na pewno zaraz nie wróci i położył się z powrotem na łóżko, lekko uginając nogi, żeby nic sobie przypadkiem nie uszkodzić. Nie mógł już dłużej wytrzymać. Jego mózg parował od pytań, na które nie znał odpowiedzi, i których nawet nie umiał do końca sformułować. Ale tym zajmie się później. Teraz miał ważniejsze sprawy na gł... "ta, ważniejsze sprawy" - pomyślał Harry wzdychając i udał się do łazienki, "załatwić się" jak określił to Ron.
Schodząc ze schodów prowadzących do pokoju wspólnego, zobaczył Rona śpiącego w najlepsze na kanapie przy kominku. "Jak miło. Mi dłużej spać nie pozwolił, a teraz sam w najlepsze chrapie! Chociaż…" - zaczerwienił się Harry, na wspomnienie z jakiego snu obudził go przyjaciel. Szczęka trochę go bolała i pomimo zaklęć leczących pani Pomfrey, wciąż wyglądał na lekko poturbowanego. Dodając do tego buraczany rumieniec, jak u krasej dziewicy... . "Cóż Harry, może i dobrze, że Ron cię teraz nie widzi, bo by jeszcze zaczął naśladować Colina. A po zrobieniu kilku zdjęć twej zacnej osoby mógłby pofatygować się do Bliźniaków, żeby rozesłali dane zdjęcia pocztą z dopiskiem "Okaleczona dziewica szuka męża na stałe. Zgłaszać się o każdej porze dnia i nocy (lepiej nocy!) pod adresem: Hogwart, Szkoła przytułku nieletnich pedofili i Skrzatów-podglądaczy" Ciekawe, kto by się skusił" - Harry wzdrygnął się na myśl, że to Filch jako pierwszy mógłby zgłosić się na objęcie tak zacnej "posady" jego małżonka. Co prawda miał potężną konkurencję w postaci Irytka, który jakoś dziwnie się do niego łasił od momentu kiedy Harry pokonał tego drania, co nawet zimą chodził boso. - "Serio, czy Voldi nie wiedział o istnieniu skarpetek, czy chociażby kapci? Jest tyle do wyboru, w różne wzorki i zawijasy, jakieś by mu na pewno przypadły do gustu" - obrońca honoru dziewic i bohater powieści dla dzieci zmarszczył nos, wyobrażając sobie ostatniego potomka Slytherina w kapciach pani Fig.
"A wracając do Irytka, to serio ostatnio stał się strasznie upierdliwy. Lepiej nie będę o tym myślał, bo jak staropolskie powiedzenie głosi o jadle pomyślisz, do toalety pociśniesz" - tak oto rozmyślając, idol bandy dzieciaków lubujących się w wylewaniu łez przy oglądaniu "Króla Lwa" nie zauważył, że jego kumpel się obudził i teraz bacznie go obserwuje.
Na twarzy Rona zakwit szeroki jak obwód wujka Dursleya uśmiech i już się przymierzał do zrobienia Harry'emu zdjęcia, kiedy nagle ów niedoszły poszkodowany to zauważył i dał susa na przyjaciela, powstrzymując go od zhańbienia jego cnotliwego honoru. "Brawo Harry. Musisz sobie pogratulować. W ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin już drugi raz rzucasz się na ludzi. Albo masz fetysz zająca w okresie godowym, albo odkryłeś w sobie nowe zdolności animaga bez animagii: wywąchujesz ofiarę i siup! W dodatku znajdujesz przy tym czas na dialogi wewnętrzne...
- No ale Harry! Gdybyś widział swoją minę - uśmiechnął się rudzielec.
- Ta... wystarczy mi, ze widzę twoją - odburknął Potter.
- Auć. Kumplu, sprawiasz mi przykrość - fałszywie smutna mina Rona nie zmyliłaby chyba nawet najgłupszego trolla, ale Harry wolał już tego nie komentować.
- To wyjaśnisz mi, co ty tutaj robisz?
- No jak to co? Przecież sam wczoraj wieczorem do nas zafiukałeś i poprosiłeś o swoje rzeczy. Ja, jako wierny przyjaciel, postanowiłem ci dostarczyć nie tylko czystą bieliznę na zmianę, na wypadek nieoczekiwanych figli - Ron sugestywnie uniósł brwi. - Ale także uraczyć cię swoim towarzystwem. Chłopie, przecież byś się zanudził na śmierć w tym zamczysku!
- No... jak by ci to powiedzieć… Dziękuję Ron, to naprawdę miło z twojej strony - uśmiechnął się Harry i już chciał powiedzieć przyjacielowi o swoim encounter with Malfoy, ale... chyba lepiej o tym nie wspominać, gdy właśnie zapycha się kurczakiem i ziemniokami w Wielkiej Sali. Jeszcze by się udławił, a on - Harry - musiałby kolejny raz wysłuchiwać tyrady skierowanej w stronę "tego parszywego Ślizgona". Uhhh, lepiej nie…
- … no i wtedy Herm się na prawdę popisała! Byś ją widział! Nawet moja matka była pod wrażeniem - Ron z dumą uniósł pierś, a Harry uświadomił sobie, że kompletnie nie słuchał przyjaciela i nie wie o czym on mówi. Idąc na łatwiznę zaczął energicznie kiwać głową.
Jego waleczne poczynania musiały zostać jednak przerwane przez wracających z pracy czarodziejów. Przez ostanie dwa miesiące Hogwart naprawiali najbardziej utalentowani w fachu magiczno-budowlanym specjaliści oraz najpotężniejsi magowie, którzy w pocie czoła nakładali najbardziej skomplikowane czary ochronne, jakie tylko znał świat. Teraz zapewne mieli porę obiadową. Wszyscy zaczęli zajmować miejsca nie bacząc przy którym uczniowskim stole siadają. Rok szkolny się jeszcze nie rozpoczął, toteż nie było także proporców z godłami Domów wiszących nad stołami. Z tego całego zgiełku wyłoniła się Harry'emu znana postać. Profesor Hooch w towarzystwie jakiegoś młodego czarodzieja zaczęła kierować się w jego i Rona stronę.
- Panie Potter, panie Weasley - kiwnęła lekko głową. - Miło was tu widzieć - zerknęła niechętnie na swego kompana i na jednym wydechu powiedziała. - Pozwólcie, że przedstawię wam nadzorcę teraźniejszego chaosu budowlanego, Dymitriusz Malikov.
- Zastępuję poprzedniego zarządcę. Bodajże Shacklebolt, ale teraz ma jakieś ważne sprawy w ministerstwie. W każdym razie miło mi poznać zasłużonych bohaterów ostatniej wojny czarodziejów - przywitał się młody, przystojny i na oko dwudziestokilkuletni mężczyzna. Wyciągnął dłoń w najpierw do najmłodszej męskiej części klanu Weasleyów, a potem w kierunku Chłopca, Który Szybciej By Się Zadławił Frytkami Bez Ketchupu, Niźli Zginął Od Klątwy Uśmiercającej. Tylko... czy Harry'emu się zdawało, czy ten elegancko ubrany mężczyzna dziwnie mu kogoś przypominał? Jego lekko dłuższe jasne włosy, niebieskie uśmiechające się dobrodusznie oczy… Na brodę Merlina! Nie, nie Merlina mu przypominał, tylko brodę. Nie, nie brodę, tylko Dumbledore'a bez brody. Jakieś sto lat młodszego. I w o wiele bardziej atrakcyjnym wydaniu. "Mam nadzieję, że nie zaproponuje mi za chwilę cytrynowego dropsa , bo chyba padnę" - przestraszył się Harry i nawet nie zauważył dziwnych spojrzeń profesor Hooch i przedłużającego się uścisku dłoni przybysza. Jego długie i smukłe palce ściskały rękę Pottera zdecydowanie za długo jak na zwykłą uprzejmość. I choć dotyk ten nie był nieprzyjemny, a delikatny i jakby zachęcający, to przyprawiał go o dreszcze.
Tymczasem Hooch zaczęła wymownie chrząkać i, wnioskując z trajektorii jej lewej nogi, chyba właśnie zbierała się do solidnego tupnięcia, ale Dymitriusz puścił dłoń Harry'ego i na odchodne powiedział, że będzie czekał na Ronaldę z talerzykiem jej ulubionych ciasteczek i lampką (zapewne) jakiegoś wina - nazwa była zbyt skomplikowana dla zwykłego ludu, by cokolwiek z niej wywnioskować. Profesor usłyszawszy to nieco się uspokoiła i ponownie skierowała wzrok w stronę swoich uczniów.
- Panie Weasley, profesor Snape powiedział, że wczoraj pan tu przybył i planuje zostać. Nie mylę się? - zagaiła.
- Ach... no ten teges, pomyślałem, że Harry'emu przyda się towarzystwo - wyszczerzył się rudzielec.
- Tak, oczywiście. Jednak mam nadzieję, że znajdzie pan czas by mi pomóc. Wierzę, że pan Potter też ma tu do załatwienia kilka swoich spraw i nie będzie się nudził.
- E... - Ron rzucił kilka ukradkowych spojrzeń na Harry'ego. - Ależ oczywiście pani profesor, tylko w czym mógłbym pani pomóc?
- Przyda mi się pańska dogłębna wiedza... - tu zrobiła taktyczną pauzę i uśmiechnęła się przebiegle. Chłopcy tymczasem zastanawiali się, jakąż to tajemną wiedzę posiadał Ron i gdzie się ona przez ten czas ukrywała. - W quidditchu - dokończyła. - Zamierzam zmienić nieco taktyczne rozstawienie pola i bramek i myślę, że pańskie strategiczne myślenie oraz znajomość nawet najmniejszych szczegółów w tej dziedzinie mogą być bardzo przydatne.
- Ależ oczywiście! - rozpromienił się rudowłosy.
- W takim razie oczekuję pana na boisku po obiedzie. Do zobaczenia później.
Chłopcy spojrzeli na siebie. - Wow, Ron! Gratuluję! - uśmiechnął się Harry.
- Dzięks, też się cieszę stary. Miło, jak ktoś cię docenia. Co prawda chciałem jeszcze trochę sobie poleniuchować przed rozpoczęciem zajęć, no ale bycie ciągle na boisku quidditcha to jak marzenie! A co dopiero pomoc przy projektowaniu! - Ron, nie tracąc więcej czasu na gadanie, zaczął ochoczo zmiatać wszystko ze stołu jak zawodowy odkurzacz marki Philips. Harry tymczasem zastanawiał się, czy aby na pewno to właśnie Dumbledore'a przypominał mu dopiero co poznany mężczyzna.
