Harry rzeczywiście nie potrzebował towarzystwa zajętego całymi godzinami Rona, bowiem, jak słusznie stwierdziła wcześniej profesor Hooch, miał wiele spraw do załatwienia w Hogwarcie. Na przykład sprawdzał, czy Sir Cadogan pobije życiowy rekord i spadnie ze swego bułanego konika więcej niż 120 razy w ciągu godziny. Albo analizował ewolucję artyzmu fresków przedstawiających męskie narządy rozrodcze na pulpitach w sali od historii magii. Albo chował się w zbrojach i straszył przepływające korytarzami duchy. Albo próbował zakraść się do gabinetu dyrektora, żeby zweryfikować krążącą od lat plotkę o jego autorskim przepisie na szampon. Dopiero gdy zaczął się zastanawiać skąd wytrzasnąć wystarczająco długi centymetr krawiecki, żeby zmierzyć szerokość brzucha Grubej Damy, przypomniał sobie, że przecież pominął najważniejsze z zajęć, które nieustannie zajmowało go podczas tych wszystkich lat spędzonych w murach zamku - zapomniał o śledzeniu Draco Malfoya. Uradowany popędził do wieży Griffindoru po Mapę Huncwotów, pelerynę-niewidkę i mały zapas przekąsek - zestaw obowiązkowy dla każdego szanującego się podgląda… ekhm, znaczy się dla każdego profesjonalnego szpiega-amatora.
Malfoy znajdował się w korytarzu na trzecim piętrze, razem z Dymitriuszem i resztą ekipy budowlanej. "Na pewno ten niedoszły śmierciożerca próbuje upić robotników, żeby zbadać grunt i zdobyć jakieś cenne informacje o zaklęciach zabezpieczających zamek." - pomyślał przebiegle Harry. Zgarnął z Wieży swoją pelerynę-niewidkę i pognał na poszukiwania upojonych - w domniemaniu - procentami Malfoya robotników.
Po drodze na trzecie piętro zaczęło mu lekko burczeć w brzuchu, więc otworzył przygotowaną zawczasu paczkę cukierków i wpakował sobie kilka do ust. Już z oddali usłyszał ożywione głosy czarodziejów. Ku jego wielkiemu rozczarowaniu, wcale nie wyśpiewywali pijackich piosenek o cycatych młodocianych czarownicach. "Może znajdzie się chociaż jedno nielegalne kremowe piwko? Przecież muszę znaleźć dowody nikczemności tego… tego... I oczywiście uratować z opresji robotników." - wzdychał w myślach nasz dzielny (tymczasowy) propagator cnoty trzeźwości. Niestety, nie dane mu było zatriumfować w tej bitwie. Wszyscy specjaliści urabiali się jak małe mróweczki, ani myśląc o braniu udziału w epickich libacjach. Harry posmutniał odrobinę, bo przecież wiedział, że Malfoy coś knuje - ON zawsze coś knuje - a Harry nie mógł znaleźć dowodów. "Może ten palant robi jak zwykle coś palantowatego i niezwykle głupiego, to chociaż go poobserwuję i będę miał na niego haka." - pomyślał z nadzieją i na wspomnienie ostatnich wyczynów Ślizgona aż zatarł ręce jak mucha na stercie wyjątkowo aromatycznych produktów przemiany materii.
Ale i tu spotkało go nieliche rozczarowanie. Malfoy grzecznie stał i rozmawiał z Dymitriuszem. Właściwie to wcale nie stał tak grzecznie, jak zauważył po bliższym przyjrzeniu się zaniepokojony Harry. Opierał się o ścianę w pozie krzyczącej całą sobą "wyrwę co tylko będę chciał, a następnie przelecę to na biurkach wszystkich nauczycieli, a na biurku dyrektora to nawet dwa razy", swobodnie rozmawiając przy tym z Dymitriuszem. Złotemu Chłopcu zrobiło się odrobinę duszno. "Mogliby popracować nad usprawnieniem przepływu powietrza w korytarzach zamiast się tak śmichać-chichać. Strasznie tu gorąco" - pomyślał naburmuszony Harry i przysunął się nieco bliżej, żeby usłyszeć o czym rozmawiała obserwowana przez niego dwójka.
- I wtedy, wyobrażasz sobie, wparowałem tam w stroju Dementora, a oni w panice zaczęli wbiegać na siebie nawzajem i wizgać patronusami na prawo i lewo. W dodatku okazało się, że jeden z nich wyczarował zupełnie nagą syrenę! Chyba pochodził z wioski rybackiej, czy coś. Chłopaki tak się zaślinili, że z miejsca wybaczyli mi ten żarcik - opowiadał śmiejąc się dźwięcznym basem Dymitriusz. - Uwierzyłbyś, Draco? Ale była jazda!
"Draco?" - zdziwił się ich podglądacz.
Malfoy parsknął krótkim śmiechem i rozbawiony spojrzał się na swojego rozmówcę. Harry jeszcze nigdy nie widział, żeby ten dupek uśmiechał się tak szczerze i uroczo. Jego oczy błyszczały dziwnym blaskiem i Potter miał wrażenie, że powietrze wokół niego delikatnie migocze. Stał jak zaczarowany, wpatrując się w to niecodzienne zjawisko. W roztargnieniu pogrzebał w kieszeni w poszukiwaniu kolejnych landrynek i, jak można było się domyślić ze względu na jego wyjątkowo udaną koordynację przestrzenno-ruchową, rozsypał je wszystkie na podłodze. Jakim cudem jego niezdarność podczas meczów quidditcha zamieniała się w nadludzką zwinność Fleur uciekającej przed zakusami Rona, nie wiedziały nawet okienne babcie robiące za ogólnoświatową sieć monitoringu 24/7.
Stukot skondensowanego cukru o posadzkę zwrócił uwagę Draco i Dymitriusza. Harry w ułamku sekundy czmychnął za najbliższy posąg, w pośpiechu zdejmując z siebie pelerynę i upychając ją pod szatę. Po wzięciu głębokiego wdechu na uspokojenie, wyszedł zza cokołu z głupią miną.
- Yyy, cześć? - odezwał się do oniemiałych czarodziejów. - Jak leci?
- Lecą to ci twoje klejnoty, jak widzę - odpysknął z wrednym uśmiechem Malfoy. - Rozrzucasz cukierki dla małych dzieci w ataku pedofilii, czy może znaczysz drogę powrotną dla Wiewióra?
- Draco, nie ładnie tak dokuczać kolegom - ofukał go Dymitriusz i dał mu lekkiego prztyczka w nos. Ku wielkiemu zdziwieniu Pottera, zamek nie został natychmiastowo rozniesiony na kawałki w napadzie malfoyowskiej furii, a sam Draco tylko nieznacznie się skrzywił. - Lubisz dropsy? - Dymitriusz zapytał z przyjacielskim uśmiechem Harry'ego, który zrobił absolutnie przerażoną minę.
- Lubię, zwłaszcza cytrynowe - odpowiedział ostrożnie po chwili wahania, łypiąc okiem na rozmówcę nie gorzej niż Alastor Moody na plaży nudystów.
"Jak teraz zaproponuje mi cytrynowe dropsy to serio jest jakimś wcieleniem Dumbledore'a!". Jednak rybka, zamiast połknąć przynętę, dalej promiennie się uśmiechała.
- Co robicie? - zapytał, prostując się, by dodać sobie choć odrobinę utraconej powagi. - Pewnie usuwacie te okropne bazgroły, które wczoraj… AUUUUUU! Oszalałeś, Malfoy?!
Draco, który przed chwilą zmiażdżył stopę Harry'ego w wielce czułym i wymownym uścisku swojego obcasa, teraz z zainteresowaniem godnym lepszej sprawy wnikliwie studiował obdrapania na ramie pobliskiego obrazu.
- Coś nie tak, Potter? - odwrócił się z miną niewiniątka.
- Właściwie to nakładamy już ostatnie zaklęcia ochronne - odpowiedział na wcześniej zadane pytanie Dymitriusz. - Musimy zdążyć przed rozpoczęciem uczty powitalnej. Znasz się na tym, Harry? Może chciałbyś nam pomóc?
- Z chęcią, ale…
- Ale co? Masz coś lepszego do roboty w tym pustym zamczysku? No, nie daj się prosić! Na pewno nie będziesz w te klocki gorszy niż Draco - zaśmiał się mężczyzna, poklepując Ślizgona przyjacielsko po plecach. Malfoy wywrócił oczami.
- Mówiłem ci, że to nie moja działka, Dym - odpowiedział niezrażony. - Gdyby nie odgórny nakaz, już dawno by mnie tu nie było. Dobrze, że zmienili tego dupka-jak-mu-tam na ciebie, bo już mnie szlak trafiał z tym niekompetentnym gburem od siedmiu boleści. W dodatku ciągle trajkotał o czymś dziwnym, niczym stary Binns na zajęciach z Historii Magii. Mało brakowało a w końcu z nudów zacząłbym chować się w zbrojach i straszyć ludzi na korytarzach - Draco uśmiechnął się tajemniczo.
Zaniepokojony Harry przestąpił z nogi na nogę. "Czyżby Malfoy przez wakacje podszkolił się w legilimencji? A może widział jak ja się dzisiaj chowałem w zbrojach? Hmm… Głupek! Lizus! Tchórz! Wyliniała fretka!" - skandował w myślach, pilnie obserwując reakcję Ślizgona.
- Coś się stało, Harry? Jakoś tak dziwnie wyglądasz - zaniepokoił się Dymitriusz.
- Co? Nie, jest okej.
- Nic mu nie jest, jeżeli nie brać pod uwagę stanu jego umysłu, bezguścia, no i ogólnej prezencji - Draco uśmiechnął się jak kot z Cheshire do Alicji. - Hm... w sumie, Potter, to z tobą wszystko jest nie tak. Aż ci współczuję - teatralnym gestem otarł wyimaginowaną łezkę z oka.
Dymitriusz zganił Ślizgona wzrokiem. Harry pienił się ze złości i już przymierzał się do wyrównania powierzchni twarzy Malfoya, gdy…
- To jak będzie z moją propozycją? - wrócił do poprzedniego tematu Dymitriusz.
- Przyjmuję! - Potter uśmiechnął się od ucha do ucha i z niemałą satysfakcją kątem oka dostrzegł rzednącą minę Draco. - Co mam robić?
- Wspaniale - Dymitriusz odwzajemnił uśmiech. - Pomyślmy… Może mógłbyś pomóc mi w nakładaniu zaklęć monitorujących na obszary, do których uczniowie, szczególnie ci pierwszoroczni, nie powinni się zapuszczać.
- Ej, to miała być moja robota! - brwi Malfoya w oburzeniu podjechały aż pod staranie wypielęgnowane końcówki grzywki.
- Chyba znalazłem ci lepsze zajęcie - uśmiechnął się chytrze Dymitriusz. - W korytarzu na pierwszym piętrze widziałem pozostałości działalności jakichś wandali. Coś w rodzaju dziecięcych obelg powypisywanych zielonym kolorem na ścianach. Wierzę, że twój niebywały zmysł artystyczny i wysublimowane poczucie elegancji uporają się z tym problemem raz-dwa.
Policzki Draco spłonęły subtelnym dziewiczym pąsem. Harry po raz setny tego dnia wybałuszył oczy w stanie kompletnego szoku. "Malfoy i promienne uśmiechy? Malfoy i wstydliwe rumieńce?" - dziwił się w myślach. "Czyżby dziś był dzień pierwszych razów z Draco Malf…WRÓĆ! Tfu, tfu!" - tym razem to twarz Pottera pokryła się intensywną czerwienią. "Jakiego rodzaju bliskie relacje ich łączą?"
Tymczasem obiekt snutych w pocie czoła teorii spiskowych Harry'ego zaprzestał już swoich niecodziennych dziewiczych zachowań. Westchnął rozdzierająco, wywrócił parę razy oczami dla pozoru i zrezygnowany powlókł się do lochów.
To co, Harry, widzimy się jutro, by ustawić zabezpieczenia? - zagaił Dymitriusz, wyglądając na podejrzanie zadowolonego z siebie.
Eee… Co? - Potter oderwał wzrok od załomu korytarza, za którym właśnie zniknął Draco. - A, tak. Jasne.
W takim razie bądź o dziewiątej w moim gabinecie. A teraz wybacz, muszę ustalić jeszcze kilka ostatnich szczegółów z ekipą. Do zobaczenia jutro!
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Następnego dnia rano Harry pełen werwy zjawił się w umówionym miejscu. Dymitriusz ślęczał nad planami Hogwartu, w zamyśleniu kreśląc na nich dziwne magiczne kręgi i fantazyjne runy. Niewtajemniczonemu Potterowi przypominały losowo porozrzucane kreski o układzie bardziej skomplikowanym niż niejedna pozycja w Kamasutrze. Nie żeby kiedykolwiek miał okazję ją przeglądać.
- Cześć, Harry - powiedział nie odrywając się od mapy. - Zacząłem już bez ciebie. Ustawimy dziś bariery alarmujące w nieużywanych klasach w południowej części zamku. Nie wiadomo, czy śmierciożercy nie zostawili tam jakichś niespodzianek podczas bitwy, na wszelki wypadek lepiej mieć te miejsca na oku.
- Do tej części korytarza można też dojść tajemnym przejściem spod Wielkiej Sali - Harry zerknął na mapę przez ramię Malikova.
- Widzę, że możesz przydać się o wiele bardziej niż podejrzewałem - mężczyzna pokiwał głową z uznaniem. - Chyba muszę cię kiedyś zaprosić na szklaneczkę Ognistej, pewnie masz wiele ciekawych historii do opowiedzenia. Mam nadzieję, że znajdzie się też kilka pikantniejszych. W końcu nie każdy amator nocnych wędrówek ma w swoim arsenale magiczną pelerynę - rozbawiony Dymitriusz puścił oko do zdziwionego Harry'ego.
- Ale skąd wiesz o pelerynie-niewidce mojego ojca? - zapytał Harry.
Nagle w drzwiach pojawił się zapowietrzony i wkurzony Malfoy.
Harry aż podskoczył w miejscu z gracją słonia szykującego się do sceny kulminacyjnej "Jeziora łabędziego". "Chyba nabawiłem się zdolności przyzywania myślami kretynów z przerośniętym ego" - westchnął mentalnie.
- Dym, mogę cię prosić na małą rozmowę? - wycedził przez zaciśnięte zęby Draco.
- Harry, wrócę za momencik. W międzyczasie proszę zerknij na plany - powiedział Malikov, wychodząc z gabinetu za Ślizgonem.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
- Co ty odwalasz?! - wykrzyknął Draco, gdy tylko weszli do pustej sali, do której zapewne dawno nie zaglądał żaden skrzat domowy. Tyle było tu kurzu na starych biurkach.
- Coś się nie spodobało mojemu uroczemu kuzynowi? - Dymitriusz nie wyglądał, jakby przejął się wybuchem chłopaka.
Malfoy spojrzał na niego badawczo. Znali się od dziecka i Malikov zawsze był dla niego wzorem do naśladowania. To właśnie on nauczył go latać na miotle (tego, że za pierwszym razem złamał sobie nos i trzy żebra, nie pamiętał - Dymitriusz był mistrzem zaklęcia Obliviate już od małego). Znał też więcej zastosowań żelu do włosów niż sam Draco, chociaż kilku z nich nie chciał mu zdradzić nawet po ukończeniu przez niego 17 roku życia. Malfoy podziwiał go każdym zakamarkiem swojej pseudomrocznej i egoistycznej duszy, ale momentami Dymitriusz był zbyt ślizgoński nawet jak na jego standardy.
- Uroczy przestałem być w momencie kiedy twoja była trafiła na specjalny oddział świętego Munga po tym, jak nieomal wykrwawiła się z ekscytacji, gdy przypadkowo spadł mi ręcznik po kąpieli - Draco mrużąc oczy przeciągał samogłoski jeszcze bardziej niż zwykle. - Teraz jestem już tylko oszałamiająco seksowny, zniewalająco pociągający i naprawdę mocno wkurzony.
- Rzadko aż tak się na mnie złościsz - Malikov dalej bawił się lepiej niż jeż w fabryce prezerwatyw. - Tym razem przegiąłem?
- Wiesz, rozumiem że zasłużyłem sobie na małą karę - Draco nie dawał za wygraną. - Ale naprawdę nie musiałeś domalowywać PIĘĆDZIESIĘCIU nowych rysunków zajmujących całe piętro! Przecież będę to zmywał godzinami!
- Jakoś nie mogłem wczoraj usnąć i postanowiłem dać upust swojej twórczej pasji - Dymitriusz nie został zbity z tropu. - I przy okazji pokazać ci jak powinny wyglądać prawdziwe dzieła sztuki. Niezły mi wyszedł ten bazyliszek, co? W dodatku urozmaiciłem je też kolorystycznie. Draco, zielony to nie jedyny kolor na świecie - mrugnął do niego. - No nie gniewaj się, to tylko takie psikusy z braterskiej miłości.
- Czasem w ogóle cię nie rozumiem - odparł zrezygnowany Malfoy. - Poza tym, kocham zielony i się odczep - żachnął się. - Dobra, będę tak wspaniałomyślny i posprzątam ten bałagan. Ale uznajmy, że jesteśmy kwita i nie wspominajmy już o tym, ok?
- Jasne - Malikov z czułością zmierzwił mu fryzurę. - To co, wracamy do pracy?
" I do uroczo rozczochranego pana Pottera" - pomyślał z satysfakcją.
