Harry i Dymitriusz pracowali dzielnie przez kilka następnych dni nad zwiększaniem bezpieczeństwa w zamku. Przez ten czas dość dobrze się poznali. Co prawda podczas wspólnych obiadów Harry co jakiś czas dostawał nerwowej czkawki na widok świdrującego ich wzrokiem Malfoya, ale Dymitriusz zwykle odwracał jego wagę swoimi śmiesznymi opowiastkami z czasów szkolnych. "Czemu ten drań tak ciągle się na nas lampi?" - dziwił się Potter "Na NAS! Przyzwyczaiłem się do jego wrogich spojrzeń przez te lata, ale teraz ewidentnie nie tylko na mnie rzuca złowrogie spojrzenia. Malikov… On i Malfoy… ?"

Malikov tymczasem nie zwracał zbytniej uwagi na podchody Draco. Zajęty był raczej "poznawaniem bliżej" upatrzonego Gryfoniątka. Korzystał z każdej okazji, żeby wykazać się zdolnościami magicznymi i pokazać się z tej bardziej korzystnej (pociągającej?) strony. Nie omieszkał także dobrze się zabawić dając prawdziwy popis twórczej fantazji, wynajdując biednemu Draco coraz nowsze zadania do wykonania. Musiał przecież jakoś stwarzać okazje pobycia sam na sam z Harrym. Malfoy niestety to nieco utrudniał. Jego naburmuszona mina ciągle gdzieś śmigała mu przed oczami i chyba nie był zadowolony z obecności Pottera tak blisko jego kuzyna. "Czyżby go nie lubił?" - zadało retoryczne pytanie jego sarkastyczne wewnętrzne Ja.

Oprócz naszej wyżej wspomnianej trójki, Hogwart okupowało jeszcze kilka dziesiątek wiedźm i czarodziejów próbujących naprawić i umocnić mury zamku. Już jutro mieli wrócić uczniowie na swoją pierwszą w tym roku ucztę w Wielkiej Sali, więc ferworostatnich prac i nanoszonych poprawek w zaklęciach nie ustawał aż do północy. W gronie tych ludzi był także i Ron. Pani Hooch dała mu nie lada wyzwanie i przez ten czas prawie całkiem nie widywał swego przyjaciela. Kilka minut po północy w noc przed Ucztą powitalną wracał z boiska quidditcha, gdy usłyszał dziwny śpiew.

- ...hulala hulala, niech Pottera trzaśnie kula, niech go tłuczek gdzieś rozerwie a najlepiej po łbie strzelnie… Pieprzony Potter! Ciągle się błąka z ludźmi od których powinien się trzymać z daleka. Głupi lizus!

Ron z otwartą buzią się gapił jak Malfoy, ten sam Malfoy, który ciągle zachowywał się jak dorosły arystokrata i wyniosły dupek, chodzi w miękkich kapciach i zachowuje się jak małe dziecko. To śpiewa, to klnie, to wygląda jakby się zaraz ze śmiechu miał popłakać, to z goryczy poryczeć. "To chyba mu tłuczek w głowę trafił" - pomyślał Ron. - "Ale nawet w tak debilnym stanie nie zapomina zwymyślać Harry'ego. Co za kretyn. No ale obiecałem Harry'emu, że postaram się - po-sta-ram-się - nie rzucać na Malfoya przy pierwszej sposobności."

- A ty co tu robisz Wesley? - mina Draco teraz wyrażała dziwne zdziwienie, inaczej Ron tego określić nie potrafił. Najwyraźniej jednak Ślizgon oczekiwał odpowiedzi, bo skrzyżował ręce na piersi i wyczekująco spoglądał na swojego nowego towarzysza z korytarza.

- E... wracam do wieży? - niby zapytał Ron.

- A… no to bardzo nawet logiczne. Ja też gdzieś wracałem, tylko nie pamiętam gdzie… - tu Draco przyłożył palec wskazujący do brody i zaczął w zamyśleniu drapać się nim po nieistniejącym zaroście.

- Może do lochów?

- Lochów? Niby czemu?

- Bo niby tam mieszkasz?

- Mieszkam w lochach? Wesley. Ron, ja jestem z rodziny Malfoyów. My nie mieszkamy w lochach, chociaż niewątpliwie... Hik!... takowe w naszej rezydencji się znajdują. Wypraszam więc sobie takie insynuacje! - bulwers Draco bił na odległość kilometra i chyba nie tylko bulwers.

- Malfoy, ty jesteś Ślizgonem, a Ślizgoni mają swój pokój wspólny w lochach. Poza tym czy ty przypadkiem nie jesteś pijany? - Ron chyba nareszcie znalazł przyczynę tej niefrasobliwej sytuacji.

- Ach, no tak! Pokój wspólny! - odkryciem Ameryki to może i nie było, ale dla Draco ta "nowina" niewątpliwie była jeszcze ważniejsza. - No i Wesley. Wiewiórko ty ruda! Ja nie jestem w żadnym wypadku przypadkiem pijany. Po pierwsze, pijany nie jestem. Po drugie, alkohol piłem, a i owszem. Jednak pod żadnym pozorem to nie był przypadek! - wypięta dumnie pierś świadczyła o zadowoleniu z tego faktu.

- A...ha… - Ron nie był w stanie nic powiedzieć, tylko dalej się patrzył w oczy, którym daleko było do trzeźwości.

- W sumie, jak byłeś taki miły, to poczęstuję cię ostatkami! Co ty na to? - uśmiechnął się Draco.

- Co? Ale ja nie pij… Auć! - na ramieniu Rona wylądowała ręka Draco, który szybko przygarnął go do siebie.

- Chodź i nie marudź. Musisz korzystać z okazji, gdy dosięga cię zaszczyt dzielenia trunku ze mną! Chodź - powtórzył i pociągnął Rona w stronę schodów prowadzących na dół.

Rudzielec tymczasem czuł się rozdarty i zmieszany. Nie wiedział, czy uciekać, bo to może być kolejny podstęp Malfoya. "Przecież to Malfoy!". Z drugiej jednak strony jeszcze nigdy nie pił alkoholu - matka czatowała na każdej mniejszej czy większej zbiórce jego braci - a tu się nadarzyła okazja. Zanim zdążył podjąć ostateczną decyzję, Draco chwiejnym aczkolwiek bezlitośnie celnym ruchem wpakował mu do ust wyciągniętą zza pazuchy flaszkę. Gardło zapiekło niemiłosiernie, oczy poszły momentalnie w słup, a po ciele rozprzestrzeniło się błogie poczucie beztroski. Spojrzał na Ślizgona nieco przychylniejszym wzrokiem.

- Dooobre! - wychrypiał resztką tchu - Masz jeszcze?

Draco potrząsnął flaszką i nie usłyszawszy bulgotania przewrócił ją do góry nogami.

- Hmm… chyba się skończyło… - smutek przedarł się przez przepalone struny głosowe Ślizgona.

- No to szkooodaa… - zawtórował mu Ron.

Raptem oczy Malfoya się zaświeciły.

- Ej, mam świetny pomysł! - zakrzyczał wyraźnie dumny z siebie. - Chodźmy po więcej!

- Czad! Genialne! Muszę przyznać, że ślizgoński spryt czasem się na coś przydaje! - Ron z uznaniem pokiwał głową. - Ale niby gdzie? - dodał zmartwiony.

- A, mam takie jedno sekretne miejsce - odpowiedział Ślizgon z bananem na twarzy - Kompania, za mną marsz!

- Tajest! - Ron stanął na baczność i zasalutował do pleców odchodzącego Malfoya. Po chwili zorientował się, że powinien ruszyć za nim. Jego nogi podążyły niezgrabnie za odchodzącym chłopakiem.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

- Eeee… Malfoy, a to nie jest przypadkiem gabinet jakiegoś nauczyciela? - odezwał się nieśmiało siedzący na ziemi Ron, podziwiając nieopodal stojący regał z kolekcją dziwnych artefaktów i fiolek z eliksirami.

- No i? - niewzruszony Malfoy nadal grzebał zawzięcie w szafce pod biurkiem. - Przecież było otwarte, nie? Przynajmniej dla tych, którzy znają hasło, hehe.

- A, no to w porządku - odpowiedział Ron, mając niejasne wrażenie, że jednak to nie powinno wydawać mu się do końca w porządku.

- Mam! - Draco w geście zwycięstwa uniósł nad głową wydobytą ze środkowej szuflady zakorkowaną butelkę z ciemnozielonego szkła.

- Super! No to z gwinta! - Ron już wyciągał po to cudo rękę, kiedy Malfoy oderwał się z klęczek i się odsunął od niego.

- Nie, nie, nie. Z piersiówki pić to jedno, ale nie z butelki. Potrzebne są kieliszki!

- No to wyciooongaj je… he - ponaglił Ron.

- Nie ma ich tu... hik!... Ale bez… no bez… bez tego! ...o! bez panijki! Wyczaruję! - Malfoy wyciągnął swoją różdżkę, a raczej próbował, bo magiczny kawał drewna jakimś sposobem się zaplątał w połach szlafroka.

Ron przyglądał się tym zmaganiom z niemałym zaciekawieniem. Draco prezentował sobą dość ciekawy widok: zielony szlafrok z srebrnymi wykończeniami niedbale zarzucony na ramiona, z którego próbował właśnie wydobyć różdżkę, lekko przekręcona szara koszula, podwinięta lewa nogawka spodni, no i oczywiście… miękkie ciemnozielone kapcie. Dodajmy do tego zmierzwione blond włosy oraz nielekko zamglony wzrok i otrzymamy dość zachęcający obrazek dla każdej dziewczyny.

- Jesteś cholernym dupkiem, Malfoy! Czemu nawet w… w... takim stanie musisz wyglądać tak! - żal był wyczuwalny w głosie rudzielca.

- Co? - Draco zaprzestał swoje poczynania, ale tylko na sekundę, by spojrzeć nieco nie rozumiejącym wzrokiem na rudzielca. Zmagania z różdźka się wznowiły. - Wiewióro, nie bredź, zaraz wyczaru… Jest! Mam cię! - wyswobodził magiczny przedmiot ze szponów swych szat nocnych.

- Nic - odburknął Ron. - Czaruj już!

Draco ustawił przed sobą znalezione na biurku dwa pióra i nakierował różdżkę wypowiadając zaklęcie transmutacji. Delikatne włoski piór zaczęły zmieniać kształt.

- Wyglądają nieco dziwnie - powiedział Ron przyglądając się dwóm małym i puchatym kieliszkom.

- Hm… Masz rację. No to z gwinta! - krzyknął Malfoy i upił porządny łyk przekazując Ronowi butelkę.

- Zdrowie! - zawtórował tamten.

Przez kolejne kilkanaście minut wymieniali się coraz to bardziej dziwnymi toastami, aż wreszcie podczas swojej kolejki Ron palnął: "Za przywstojnich duffków, chtórzy zabierają wszyszkie dziewczyny!"

- Hahaha - zaśmiał się Draco. - Kto ci juszz dziewczynę zabrał?

- Mówię o hik! ...tobie - pijacki wzrok Weasleya powędrował w stronę Draco. - Czy wiesz, że nawet po tym całym bałaganie z wojną dziewczyny i tak trajkoczą o "przystojnym bad-boy'u-Draco-Malfoyu"? Czemu dziewczyny lecą na tych złych? No i co, przecież ja nie wyglądam jakoś o wiele gorzej!

Draco zamrugał kilka razy i znów się zaśmiał. - Oczywiście, że wyglądam lepiej od ciebie! Przecież ja jestem wcieleniem seksapilu! Chodzącym bogiem seksu!

Ron się tylko spojrzał spod byka na swojego towarzysza. - Taaa... hik! dobrze to mieć wszystko!

- Wszystko? Wiewióro, wyjące na mój widok dziewczyny to na pewno nie to, czego potrzebuję i chcę. Wybacz, że cię rozczaruję, ale nie każdy ma tak przyziemne życzenia jak cholerny Potter, co tylko się cieszy na widok kwiczących lasek - żachnął się Draco.

- Ej! Nie oblażaj mego kumla! Tfu! Kumpla!

- Mówię tylko prawdę! Ciągle jak go widzę, to się kręci wokół niego stadko wielbicielek. Nawet Dym spędza z nim więcej czasu niż ze mną! - wyżalił się.

- Dym? Jaki znowu dym? A co do wielbicieli, to Harry jest wporzo! I żebyś wiedział, woli spędzać czas ze mną i Herm i nie lubi tych całych Fanów-Złotego-Chłopca! - odpowiedział Ron, a Draco tylko z powątpiewaniem na niego spoglądał.

Draco nie miał ochoty, a raczej nie był w stanie utrzymać swoich myśli w pełnym składzie, by kontynuować kłótnie, to też zszedł na tematy dostępne jego wzrokowi.

- Te kapcie są bardzo wygodne.

Usłyszawszy ten jakże nieoczekiwany wniosek Ron uniósł nieco wzrok - z podłogi na swoje stare buty - i po chwili namysłu odpowiedział:

- Wiesz, teraz to zbytnio nie czuję e... w sumie nic prawie nie czuję, ale nie wydaje mi się, by te stare buty były wygodne.

Ta... też uważam, że musiały być drogie - odpowiedział na to Draco.

Trunek powoli się kończył, a ta jakże składna rozmowa i dialog, wnoszący głęboki sens w życie każdego czarodzieja, zbliżały się ku końcowi. Oparci o biurko siedzący obok siebie biesiadnicy w pewnym momencie zamilkli. No prawie. Zamiast pijackiego bełkotu, w biurze unosiła się w przestworza i przez szpary zamkniętych drzwi para chrapów, strasząc przy tym pobliskie portrety. Pewna dama tak się przestraszyła, że wskoczyła do sąsiedniego portretu młodego Hrabiego i przylgnęła do niego całym ciałem. Udajmy, na chwilę, że nie robiła tego co noc, tylko w nieco bardziej wyrafinowany sposób.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Uczta powitalna. Jak co roku głośno, wszędzie zamieszanie. Znajomi, przyjaciele, którzy nie spotkali się w pociągu, teraz się witają, rozdzielone na lato pary macają się pod stołem, a wrogowie tryskają chęcią obmacania nawzajem twarzy. Które macanko było delikatniejsze? Trudne pytanie.

Wśród tego tłumu przy wejściu do wielkiej sali burza brązowych włosów spotkała się z wichrem kruczoczarnych.

- Och Harry! Jak dobrze cię widzieć! - Hermiona rzuciła się mu na szyję. - Hej, nawet urosłeś!

- Herm… widziałaś mnie przecież w zeszłym tygodniu - nieco speszony oddał uścisk.

- Dobra już, dobra. A gdzie Ron?

- Właśnie go szukam. Myślałem, że już tu jest, bo jak wstałem, to… - zamilkł na chwilę - ...to nie było go już w dormitorium. - "Przecież nie powiem jej, że jej chłopak nie wrócił na noc. A jeżeli coś mu się stało?" - Wiesz, Herm, chyba idę go poszukać.

- Ale Harry, zaraz się rozpocznie uczta powitalna. Chociaż… masz rację. Idę z tobą - zdecydowała Granger.

- Ale… - zawahał się Harry.

- No co?

- Nic, nic - "Ron, cholero ty jedna, mam nadzieję, że zajadałeś się jakimiś ziemniakami przez całą noc i że nic ci nie jest. I najważniejsze, żebyś zajadał się SAM, bo jak nie, to chyba lepiej byś się teraz gdzieś ukrył!" - panikował wewnętrznie Harry, podczas gdy Hermiona już pobiegła przodem.

Tymczasem Wielka Sala już się zapełniła uczniami. Profesor McGonagall stała przed stołem nauczycielskim, a za nią kłębiła się grupka pierwszoroczniaków - niektórzy podekscytowani, inni zaciekawieni, jeszcze inni przerażeni. Ci ostatni zerkali co chwila to na ruszający się stary kapelusz umiejscowiony na krześle na przedzie, to na dyrektora, który był zdecydowanie z czegoś niezadowolony i mroził wzrokiem puste miejsca przy stole Gryffindoru i Slytherinu.

Po przydzieleniu pierwszoroczniaków (o dziwno najwięcej było małych Puchonów - "Zapewne duch braterstwa i miłości się szerzy" - skwitował niezidentyfikowany agent Slytherlandii).

Jak już wszyscy pierwszoroczni zajęli swoje miejsca, teraz kilka słów powitalnych powie dyrektor Severus Snape - po uroczystym przedstawieniu głowy zamku przez profesor McGonagall, Snape z miną mało "powitalną" podszedł do mównicy.

- Witam wszystkich uczniów Hogwartu. Jak widzę, niektórzy już od pierwszego dnia postanowili urządzić sobie wagary i złamać regulamin nie pojawiając się na uczcie powitalnej. Prosiłbym kolegów tych delikwentów o przekazanie im, iż kara ich nie ominie. Co do ogólnych zasad, to pierwszoroczni otrzymają jeszcze dzisiaj od opiekunów domu regulamin i mam nadzieję, że niezwłocznie się z nim zapoznają. Chciałbym także przedstawić wam naszego nowego profesora od obrony przed czarną magią. - na te słowa przystojny młody mężczyzna wstał od stołu nauczycielskiego i z delikatnym uśmiechem lekko się skłonił.

- Witam wszystkich serdecznie. Mam na imię Dymitriusz Malikov. Bliżej na pewno się poznamy na zajęciach, niestety teraz muszę załatwić kilka spraw przed naszymi jutrzejszymi zajęciami. Dlatego dzisiaj już żegnam i życzę smacznego.

- Jak powiedział nasz nowy profesor, smacznego. Zapraszam do kolacji - powiedział Snape i zamaszystym krokiem z łopotem peleryny wrócił na swoje miejsce przy stole, podczas gdy Malikov znikał za drzwiami do Wielkiej Sali.