- No tak, chyba mogłem się tego spodziewać - westchnął Malikov po otworzeniu drzwi do swojego gabinetu. - Draco jednak znalazł prezent ode mnie.

Widok był iście malowniczy - dwaj chłopcy spali na podłodze, przysypani stertą na wpół zdjętych ubrań niczym świeżo spadłym śnieżnym puchem. Spod tej osobliwej zaspy, w różnych miejscach wystawała to ręka, to noga, to kawałek głowy. W dodatku było duszno, gorąco i pachniało gorzelnią tak intensywnie, że nowo upieczony nauczyciel OPCM na pewno nie przeszedłby już pozytywnie kontrolnego dmuchania w balonik.

- Ah, młodość - mruknął do siebie z nostalgią Dymitriusz i dodał nieco głośniej: - Wstawać, gołąbeczki!

Dla lepszego efektu szturchnął lekko nogą ten anatomiczno-odzieżowy Mount Everest. Samotna skarpetka stoczyła się leniwie ze szczytu i wylądowała obok nogi Malikova. Zaraz potem góra poruszyła się mocniej i wyłonił się z niej goły do pasa i mocno wczorajszy Draco.

- Szo… ekhem.. Co jest...? - wychrypiał i potoczył błędnym wzrokiem po gabinecie.

Ogniskowa skupiła się w końcu w odpowiednim punkcie i do otępiałego umysłu młodego Malfoya dotarło, kto wyrwał go z błogiej drzemki. Momentalnie się wyprostował i starał się sprawiać wrażenie osobnika kontrolującego sytuację. Nieco przeszkodził mu w tym pociąg, który właśnie zderzył się z całej siły z jego potylicą. A przynajmniej takie miał wrażenie.

- Oż k… - zaklął, zginając się wpół.

- Bez gwałtownych ruchów, jeśli łaska - ostrzegł Dymitriusz. - Nie chcę spędzić całego rana na czyszczeniu podłogi. Chociaż i tak pewnie będę wietrzył ze trzy stulecia, zanim pozbędę się aromatu waszej wczorajszej libacji.

- Nie mów… tak… głośno… - ponownie prostując się z wysiłkiem wydukał Draco, podczas gdy zbiorowisko kończyn jego nocnego towarzysza nieco się poruszyło, wydając dźwięk jęknięco-steknięcia i zamilkło ponownie.

Patrząc na to nowo upieczony nauczyciel tylko zmarszczył z niesmakiem brwi.

- Jak nie uprzątniesz tego bajzlu zanim skończę liczyć do trzech, to transmutuję krzesło w syrenę alarmową i odpalę ją tuż nad twoją głową - powiedział Malikov wyciągając różdżkę.

Malfoy zrobił przerażoną minę i nerwowym ruchem sięgnął po leżącą nieopodal koszulę. Pociąg znów podstępnie zaatakował, tym razem wybierając się na czołówkę.

- Żartowałem, Draco! - Dymitriusz kucnął obokskulonego z bólu chłopaka. - Finis crapula! - wymamrotał, machając różdżką w jego kierunku.

- Dzięki - odetchnął z ulgą całkowicie już trzeźwy Malfoy, w pośpiechu kompletując części garderoby.

- Tak na marginesie, kogo sobie przygruchałeś do towarzystwa? - zagadnął ze złośliwą miną Malikov, zaglądając pod koszulę przykrywającą głowę wciąż śpiącego Rona. - Hmm… Myślałem, że masz trochę lepszy gust... - dodał z widocznym rozczarowaniem, patrząc na gotową do kolejnego chrapnięcia, szeroko otwartą buzię rudzielca.

- Przestań, albo zaraz naprawdę się porzygam - skrzywił się Draco, dopinając ostatnie guziki koszuli. - Tylko piliśmy.

- Czyżby? - Dymitriusz popatrzył wymownie na porozrzucane dookoła ubrania.

- Było cholernie gorąco - uciął temat Draco. - Dobra, to co z nim robimy?

Obaj spojrzeli w kierunku pochrapującego Rona. Wszystkie kończyny miał powykręcane bardziej niż stawy stuletniego dziadka z artretyzmem. Jakim cudem był w stanie spać w takiej pozycji, tego nie wiedział nikt.

- Nie wygląda jakby miał się zbyt szybko obudzić... - stwierdził w zamyśleniu Malikov. - Ubierz go, resztą zajmę się już sam.

Ślizgon wykrzywił się z niezadowoleniem, ale nie śmiał protestować. Westchnął i zaczął wpychać rękę chłopaka w rękaw koszuli, wcale nie siląc się przy tym na delikatność.

- W ogóle co to było za świństwo? - zagadnął rozbawionego Dymitriusza. - Chyba nigdy się jeszcze tak nie schlałem. A ten tutaj urżnął się po jakiś trzech sekundach - dodał, wskazując głową na rudzielca. - Żaden normalny alkohol tak nie działa.

- Czemu to mnie o to pytasz?

- Nie wygłupiaj się, przecież wiesz, że znalazłem go u ciebie.

- Ale nikt nie kazał ci go pić - zripostował Malikov. - To nie był alkohol.

- A co?

- Eliksir Natychmiastowego Pijaństwa. Mocna rzecz. Moja własna receptura - Dymitriusz wypiął z dumą pierś.

- Kto normalny robi takie rzeczy i zostawia je na biurku w butelce po winie?! I to moim ulubionym! - oburzył się Draco, z trudem podnosząc ubranego już Rona i usiłując posadzić go na fotelu. - Pogrzało cię?

- Draco Malfoyu, powściągnij język albo będę zmuszony ukarać Slytherin karnymi punktami - Malikov zmarszczył brwi w udawanej złości. - Rok szkolny się już rozpoczął.

- Że co...?!

- Nie wiem, czy jesteś tego świadomy, ale właśnie rozmawiasz z nowym nauczycielem od obrony przed czarną magią - oznajmił Dymitriusz z miną, jakby właśnie otrzymał w prezencie swoje ulubione ciacho czekoladowe z bitą śmietanką i wiórkami kokosowymi.

Draco zastygł w kompletnym szoku, a upuszczony przez niego Ron z głuchym łupnięciem zwalił się na podłogę. Nawet to nie było w stanie wyrwać go z objęć Morfeusza. A raczej Dionizosa.

- Żartujesz, prawda?

- Bynajmniej, drogi kuzynie! - Malikov poklepał Ślizgona radośnie po plecach. - Cieszysz się?

- Ja… - Malfoy zamilknął, usiłując wyczytać cokolwiek z twarzy mężczyzny. - Jeżeli to prawda, to… To naprawdę świetna wiadomość - uśmiechnął się. - Czemu nie powiedziałeś mi wcześniej?

- Chciałem ci zrobić małą niespodziankę - odpowiedział Dymitriusz. - Snape dopiero dwa dni temu dowiedział się, że facet, który miał uczyć w tym roku obrony, miał jakiś dziwny wypadek z udziałem wybuchającego rapotopa, czy innego mugolskiego badziewia. Tak właśnie kończą miłośnicy tej swołoczy - pokręcił z dezaprobatą głową. - Potem przyszedł do mnie i zaproponował robotę. Moim skromnym zdaniem wyjdzie wam to na zdrowie. W końcu jestem mistrzem zaklęć obronnych.

- Dym błagam, powiedz, że ten wypadek to nie twoja sprawka - jęknął Draco.

- Wyjątkowo nie - zaśmiał się mężczyzna. - Tylko fortunny zbieg okoliczności. Fortunny, bo po wojnie niestety mocno zmalało zapotrzebowanie na moje usługi, więc nowa fucha jest jak znalazł. No nic, zbierajmy się, bo muszę odeskortować tego delikwenta do dormitorium zanim skończy się uczta. Snape był trochę wkurzony, że was nie ma. Ale spokojnie, powiem, że wykonywałeś dla mnie jakąś robotę. Reszta niech się martwi sama - puścił oko do Draco. - I ogarnij się trochę, wyglądasz jak siedem nieszczęść. Chociaż nadal lepiej niż większość tych małolatów na kolacji... No, zmykaj już.

Malfoy posłuchał się kuzyna i wyszedł w pośpiechu z gabinetu w poszukiwaniu najbliższej łazienki z lustrem (i prysznicem!). Ktokolwiek natknąłby się teraz na niego na korytarzu, miałby gwarantowane Obliviate na trzy dni wstecz. Ale na szczęście wszystkie potencjalne ofiary pałaszowały właśnie serdelki w Wielkiej Sali i Draco udało się powrócić do swojej olśniewającej normalności bez użycia bardziej drastycznych środków.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

- Mówię ci, szukałem już wszędzie i… - powiedział Harry, wchodząc przez dziurę do pokoju wspólnego Griffindoru. - ...Ron!

Źródło całego zamieszania spało właśnie w najlepsze na kanapie przed kominkiem, przykryte wełnianym kocykiem. Rudzielec zamamrotał coś przez sen, po czym przekręcił się leniwie na drugi bok. Harry z niepokojem zauważył, że przyjaciel wciąż jest we wczorajszym ubraniu.

- Ron! - Hermiona rzuciła się z ulgą w stronę chłopaka. - On co, spał tutaj? I nie zauważyłeś go?

- Eee… Chyba musiałem być jeszcze śpiący, gdy wychodziłem… - osłupiały Harry zrobił dobrą minę do złej gry. - Ależ on potwornie śmierdzi!

- Racja, jakby całą noc spędził w sali od eliksirów - dziewczyna zatkała sobie nos. - Ron, obudź się wreszcie!

Zaspany rudzielec otworzył powoli zalepione powieki.

- ...arry? Miona? - zapytał zachrypniętym głosem i usiadł na kanapie. - Mmm… Gdzie ja...

- Ron, szukaliśmy cię cały ranek! - weszła mu w słowo Hermiona.

- Eee… sorki? - nie do końca wybudzony podrapał się po porannym zaroście.

- I Ron, skąd ten dziwny zapach? - zapytała podejrzliwie dziewczyna.

- Zapach? - nie zrozumiał rudzielec i wciągnął głębiej powietrze. - O fuj! To chyba ten koc, bleee! - Weasley próbował obrócić kota ogonem, z obrzydzeniem zrzucając z siebie pled. - Cały nim przesiąknąłem!

- Faktycznie, strasznie cuchnie - Hermiona wzięła derkę do ręki. - Skąd go w ogóle wytrzasnąłeś? A zresztą - nieważne. Zostawię to skrzatom do prania, a wy idźcie do dormitorium się przebrać. I na litość boską, Ron, wykąp się!

- Racja, pospieszmy się, to zdążymy jeszcze na koniec kolacji - dodał dziwnym głosem Harry.

Hermiona wyszła, a chłopcy wspięli się po schodach do dormitorium. Weszli do sypialni, a Ron od razu zrzucił z siebie śmierdzące ubrania i cisnął je na podłogę.

- Ron, gdzie byłeś w nocy? - zapytał prosto z mostu Potter.

- Yyy… Nie pamiętam za dobrze - powiedział szybko Weasley. - Chyba po prostu byłem tak zmęczony wyciskiem Hooch, że nie dotarłem do łóżka i zasnąłem na kanapie.

Nieprzyjemna cisza zaległa między przyjaciółmi. Harry spoglądał na Rona z niedowierzaniem.

- Czemu kłamiesz? A raczej czemu kłamiesz mnie? Musiałeś dopiero wrócić do dormitorium, bo wiem, że nie było cię tu w nocy. Wiem, bo się martwiłem i szukałam wszędzie. No i może się nigdy nie upiłem wcześniej, ale wiem, jak śmierdzi ktoś na kacu - zamilkł na chwilę, by zaczerpnąć tchu i zdecydowanym głosem zadał pytanie, które już od pewnego czasu krążyło mu po głowie. - Czy ty może się upiłeś i zrobiłeś coś z jakąś dziewczyną, co Herm mogłaby uznać za zdradę?

- Co? Na gacie Merlina, Harry, nie! Oczywiście, że nie! - zapowietrzył się rudowłosy, lecz po chwili musiał się uspokoić, bo bębny w uszach nie dawały mu spokoju. - Jak ci to do głowy przyszło?! Nie zdradziłbym Hermiony!

- Czyli jest jakaś inna przyczyna twojej nieobecności i związanego z nią kłamstwa?

- Już Harry, nie zapędzaj się. Nie chciałem kłamać, tylko…

- Tylko? - ponaglił Harry.

- Ugrr, możesz nie zachowywać się jak cerber przy skarbcu? Zaraz mi łeb eksploduje - Ron usiadł na łóżku z głową w dłoniach.

Harry już nie skomentował tego, tylko przysiadł obok przyjaciela. Cierpliwie czekał, aż ten się nieco uspokoi, a i sam starał się nieco wyluzować. Chyba rzeczywiście za bardzo na niego naskoczył. W dodatku Ron to Ron, najpierw mówi, a potem myśli. Albo po prostu mówi - bez tego drugiego. Westchnął.

- Prawdę powiedziawszy, to nie wiem, jak się znalazłem w pokoju wspólnym - wydusił z siebie Weasley. - Ja, ekhm, niespodziewanie i jakoś tak przez przypadek, tak zupełnie nieoczekiwanie i nikt, by nawet sobie wyobrazić tego nie mógł...

"Tak, zdecydowanie mówi, a nie myśli" - potwierdził swoje przypuszczenia Złoty chłopiec.

- Stary, już zrozumiałem, że to się stało zupełnie niespodziewanie i mniej by się kto zdziwił, gdyby Malfoy się zaczął teraz zachowywać jak człowiek. Jednak mógłbyś sprostować co jest to "to"?

- Co? - wydukał mało inteligentnie, podczas gdy Harry dalej wyczekująco na niego patrzył. - Ach, tak. Upiłem się. Wczoraj. Znaczy w nocy. Tej nocy.

- Serio? - zapytał Potter.

- Nom - potwierdził nie wyczuwając sarkazmu. - Tylko tak jakby, nie z mojej winy. Pamiętasz, jak moi bracia nigdy nas nie włączali w ich alkoholowe maratony, a tu nadarzyła się okazja i wiem, że jest dupkiem, no ale po alkoholu wszyscy jesteśmy przyjaciółmi - tak się mówi - no i nie oczekiwałem, że tam z nim zaśniemy, no i… chciałbym o tym zapomnieć - dokończył niemrawo.

Nie słysząc kontynuacji opowieści. Harry zaczął się śmiać. Szczerze. Widząc zdruzgotaną i cierpiącą bólem typowego alkoholika twarz przyjaciela, nie mógł się powstrzymać.

- Czyli ktoś, raczej niezbyt przez nas lubiany - wnioskując z twoich słów - namówił cię wczoraj na alkohol. Schlialiście się i nie pamiętasz, jak się znalazłeś w pokoju wspólnym. No cóż, pozdrawiam, stary. Spędziłeś noc poza domem. Jesteś teraz prawdziwym mężczyzną, jestem z ciebie dumny - skończył swoją wypowiedź dalej chichocząc, niezrażony naburmuszoną miną Rona.

- Bardzo zabawne. Dzięki, Harry.

- Do usług. A i nie powiesz, kim był ten szczęśliwiec, co cię rozdziewiczył?

Dobry humor raczej Ronowi się nie udzielił, bo tylko zwiesił lekko głowę, coś mamrocząc, o współczujących przyjaciołach i o tym, że woli o całym zajściu zapomnieć. Wziął ręcznik, mydło i pomaszerował w kierunku łazienki.

Gdy za rudzielcem zamknęły się drzwi, Potter podniósł leżące na ziemi ubranie, chcąc je wrzucić do kosza do prania. Nagle zamarł. Na mankiecie koszuli, od wewnętrznej strony, wyhaftowany był jakiś wymyślny herb - srebrna litera M na czarno-zielonym polu, z dwoma czarnymi smokami po bokach.

"M?" - zdziwił się Harry. - "Zaraz, przecież jedyna osoba, która mogłaby nosić coś takiego, to… MALFOY?! Więc to z nim Ron się upił? Ale chwila, to nie wyjaśnia, czemu ta koszula była na Ronie". Nie myśląc o tym dłużej, cisnął w bok cuchnące ciuchy i poszedł na dół, gdzie czekała już na nich Hermiona.