Danny przeglądał menu o wiele dłużej niż zwykle i Steve zaczął podejrzewać, że ich rachunek będzie monstrualny. Mężczyzna jak zawsze był w koszuli, ale nie przypominała tych, które przeważnie nosił do pracy. Jeśli sądził, że tamte doskonale pasowały do sylwetki Danny'ego, ta po prostu leżała, jakby została specjalnie dla niego uszyta. I może tak było w rzeczywistości. Danny nigdy nie ukrywał, że koszule i krawaty stanowiły jego małe grzeszki. Na nieszczęście ,jakoś w czasie ich znajomości ,stały się słabymi punktami Steve'a.
Nie mógł oderwać wzroku, ale też niespecjalnie się z tym ukrywał.
Danny spojrzał na niego i uśmiechnął się lekko. Widok faktycznie był doskonały, chociaż Williams kpił z oceanu dobrych kilka minut, Steve wiedział, że wybrał idealnie.
- Nie powinieneś mnie zabawiać rozmową? – zainteresował się Danny.
- Dostatecznie bardzo lubisz dźwięk własnego głosu – odgryzł się. – Zastanawiam się czy już wiesz co jest tutaj najdroższego w karcie – dodał.
- Zaprosiłeś mnie na randkę i zaczynasz od pokazania swojej skąpości? Wow, McGarrett, a zawsze się zastanawiałem dlaczego nie znalazłeś sobie nikogo z takim wyglądem – zaśmiał się Danny.
- To jest komplement? – upewnił się, bo z Williamsem nigdy nie było nic wiadomo.
W oczach mężczyzny pojawił się jednak ten dobrze znany mu błysk. To był komplement i może jeszcze nie tak dawno przeoczyłby go.
- Naprawdę zamierzasz przejść w stan spoczynku? – spytał Danny, biorąc go z zaskoczenia.
- Tak – przyznał ostrożnie, nie wiedząc za bardzo czy mężczyzna nie doszuka się w tym czegoś podejrzanego.
Nie chciał się przenieść dla Danny'ego. Po prostu poczuł, że nadszedł już czas. Five Oh stało się dla niego nową jednostką, braćmi broni. W języku Danny'ego – wysadzali dostatecznie wiele budynków w ciągu miesiąca, żeby jego pirotechniczne ciągotki były zaspokajane. Nie mógł narzekać na nudę, a paradoksalnie ta praca była o wiele bezpieczniejsza. Nawet kiedy któryś z nich zostawał porwany.
- Gubernator nie będzie miał nic do powiedzenia na temat fraternizacji? – spytał Danny.
- Mam carte blanche na zarządzanie tą jednostką według własnych upodobań – przyznał, chociaż Danny musiał o tym wiedzieć, bo narzekał na ten temat średnio raz w tygodniu, twierdząc, że Steve nie ma nikogo nad sobą, kto mógłby nad nim zapanować.
Jakby Williams nie był dostatecznym hamulcem we wszystkich zwariowanych planach, które prześlizgiwały mu się przez głowę.
- Nie sądzę, żeby gubernator miał akurat to na myśli – podrzucił Danny i spoglądał na niego wymownie, oczekując konkretnej odpowiedzi.
- Nie martwiło cię to wcześniej, kiedy zaczęliśmy ze sobą sypiać – stwierdził.
- Jesteśmy dorośli Steven i przynajmniej jeden z nas nie jest zwierzęciem – odparł Danny.
- Czy to cię czyni zoofilem? – zastanowił się, nie ukrywając nawet jak zaczyna go to bawić.
Danny posłał mu spojrzenie, które mówiło, że nawet nie zamierza kłopotać się komentować tego idiotyzmu.
- Wcześniej nie mówiliśmy o związku. Związek oznacza, że jakoś w ciągu roku będziemy musieli powiedzieć Chinowi i Kono. Poznasz Grace w zupełnie odmiennej roli i nie będę nawet zaczynał o batalii, którą stoczę z Rachel – wyjaśnił Danny.
- Stoczymy – poprawił go. – Znam gubernatora – przypomniał mu. – A Kono i Chin wiedzą - dodał, ponieważ Kalakaua dała im spokój po incydencie w dżungli pewnie tylko dlatego, że stwierdziła, że to za wcześnie, aby się wtrącać w ich życie.
Nie miał złudzeń, że pewnie nadrobi z nawiązką, kiedy nadejdzie odpowiedni czas. Nazywano Danny'ego jego żoną od dłuższego czasu. Teraz tylko doleją oliwy do ognia.
Danny nie odpowiedział, jedynie patrzył na niego długo z wyrazem twarzy, który trudno było rozszyfrować. Steve nie radził sobie zbyt dobrze z ciszą, co pewnie było paradoksalne, skoro tak nie lubił mówić. Danny jednak wypełniał wszystko swoimi słowami. Milczący Danny Williams to nie było nic dobrego. Irytowało go choćby to, że nie miał pojęcia, co chodziło mu po głowie. Danny przeważnie był otwarty na temat uczuć i nie bał się wyrażania ich nawet w najdziwniejszych sytuacjach. Nie skomentował jednak pomysłu randki, zgodził się jedynie przyjść i Steve nie miał pojęcia czy to nie jest jakiś test. Jeśli tak – oblewał, ponieważ nie bywał na takich spotkaniach. Nie potrafił nikogo zabawiać specjalnie. Był też gównianym gospodarzem, bo to Danny zawsze przynosił piwo.
- Jeśli tego nie czujesz… - zaczął ostrożnie, nie chcąc za wiele ujawniać.
Nie rozgryzł jeszcze niczego, co działo się w jego własnej głowie, ale nie chciał tego robić sam. Nie wiedziałby nawet od czego zacząć.
Danny spojrzał na niego ostro.
- Gdybym nie czuł tej więzi między nami, tej iskry, nie zacząłbym z tobą sypiać – oznajmił mu całkiem poważnie Williams, co trochę go uspokoiło. – Problemem nie jest to czy to czuje czy nie. Problemem jest to, że my jesteśmy w związku od długiego czasu – przyznał Danny. – Wiesz dlaczego rozeszliśmy się z Gabby? – spytał nagle. – Nie dlatego, że wyjechała, ale dlatego, że jej nie zatrzymałem. Nie miałem powodu. Nie czuję się specjalnie samotny, bo jeśli nie jestem z córką to pracuję, a kiedy pracuję to jestem z tobą. Kiedy nie jestem z Grace i przypadkowo skończyliśmy o przyzwoitej porze, jestem u ciebie na lanai, pijąc piwo, które wkładam do twojej lodówki, jakby znajdowała się w mojej kuchni. Byłem twoją osobą towarzyszącą na niemal każdej imprezie gubernatora, nie wspomnę o ślubach w rodzinie China i Kono. Nie znam tych ludzi, ale zawsze pytałeś czy nie chciałbym wyjść z tobą, kryjąc się za jedzeniem i alkoholem – przypomniał mu.
Faktycznie może te żarty o żonie nie do końca nie miały fundamentu. Mogli przyłożyć do tego dłoń. A nawet wszystkie kończyny, ale wydawało się nieodpowiednie pojawiać się na imprezach rodzinnych tylko we trójkę, kiedy ich jednostka to były cztery osoby. Mama Kono teraz doskonale znała Danny'ego, ale nigdy nie wysyłano zaproszeń do Williamsa, bo wiadome było z góry, że przyjdą razem. Raz nawet kuzyn China był tak bezczelny, że zamieścił na kartce z potwierdzeniem przybycia na ślub oba ich nazwiska. I może to nie był żart, tylko posiadająca całkiem mocne podstawy dedukcja.
- Nie widzę problemu – przyznał.
Danny przewrócił oczami.
- Dobra, to może nie jest problem. Nie wiem tylko jak mielibyśmy kooperować. Nie zmieni się praktycznie nic – zauważył Danny. – Totalnie wszystko będzie po staremu. A mam wrażenie, że wiesz, powinno być wielkie wow, czekanie i niepewność.
Steve nie mógł się nie uśmiechnąć.
- Niepewność i czekanie mam teraz. Wielkie wow jak to określiłeś nadeszło w zeszły weekend – przyznał. – Twoje wielkie wow chyba było kiedy cię zaprosiłem i nie wiedziałeś co jest grane – stwierdził.
- A na co będę czekał w niepewności? – spytał go Danny, ale w kącikach jego ust błąkał się lekki uśmieszek.
- Na to kiedy zaproponuję, żebyś ze mną zamieszkał – odparł, ponieważ to było cholernie logiczne.
- A dlatego sądzisz, że ty to zaproponujesz? – prychnął Danny.
- Bo to mój dom, a przecież nie oznajmiłbyś mi, że się wprowadzasz… - urwał i zmarszczył brwi. – Nie, faktycznie byłbyś w stanie – stwierdził i nie mógł się nie roześmiać.
Danny starał się zrobić obrażoną minę, ale nie wychodziło mu to za dobrze. Co gorsza to nie była najdziwniejsza rozmowa, jaką przeprowadzali. Przypominał sobie niejasno kiedy Danny pierwszy raz powiedział mu, że go kocha. I to był trochę efekt adrenaliny, przerażenia i zapachu prochu w powietrzu. Zrobił to jednak z taką łatwością, że Steve bardziej wystraszył się tego wyznania niż faceta, który ostrzeliwał ich z broni ciężkiej. To 'kocham cię' znaczyło bardzo wiele skomplikowanych rzeczy, których nie rozgryzali wtedy, ponieważ to nie był czas i miejsce. Poza tym Danny kochał również Kono i China. Ich przyjaźń była trochę silniejsza, pewnie przez to jak wielkiego strachu napędzali sobie wzajemnie. Więc nie – nie obawiał się braku uczuć, bo 'kocham cię' Danny'ego oznaczało tyle, co 'dbam o ciebie' i 'chciałbym cię żywego z powrotem'. To czuł sam. A jednak miał wrażenie, że to pomiędzy nimi było zawsze bardziej skomplikowane i popieprzone. Nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek ktoś wkurzył go tak jak Danny.
- Nie mogę doczekać się pierwszych kłótni o zasadę trzyminutowych pryszniców – rzucił.
- Steven, coś takiego jak trzyminutowe prysznice są wymysłem szaleńca albo bardzo nieszczęśliwego człowieka – odparł Danny. – Poza tym chyba udowodniłem ci już mój punkt widzenia, jeśli chodzi o tę kwestię – dodał.
I Steve miał ochotę zapytać kiedy niby o tym rozmawiali, ale słowa zamarły mu w ustach, kiedy zobaczył bardzo wymowny uśmieszek Danny'ego. Tak, w zasadzie trzyminutowe prysznice były częścią jego dawnego życia, a przecież nie wracał do Marynarki.
- Musimy wymienić bojler na ciepłą wodę – rzucił tylko, starając się za wszelką cenę udawać, że nie dostrzegał wyrazu triumfu na twarzy Danny'ego.
ooo
Williams odwiózł ich do jego domu, bo chodzenie nadal nie było czynnością, która udawała mu się najlepiej. Wątpił, aby mógł również prowadzić. I to było trochę dziwne, że to Danny prowadził, chociaż to on zaprosił go na kolację i owszem zapłacił za nią, chociaż jego matka robiła o wiele lepsze poi*.
Danny spojrzał na niego nie ściągając dłoni z kierownicy. Gdzieś w czasie kolacji poluzował krawat, który powędrował zresztą na tylne siedzenie, kiedy tylko wsiedli do samochodu. Kilka guzików jego koszuli było odpiętych i Steve zdał sobie sprawę, że nago widział Danny'ego tylko raz. I to nie było niemiłe wspomnienie.
-To nie było całkiem okropne – powiedział w końcu Danny. – Chociaż dalej nie wiem dlaczego zabrałeś mnie w miejsce, które utrzymuje się z wyzyskiwania turystów.
- Mają ładny widok – odparł. – Poza tym jesteś prawie turystą. Mieszkasz tutaj tak długo, że powinieneś był spróbować do tej pory tradycyjnych dań – westchnął.
- Żyłem w przekonaniu, że pizza z ananasem to wasze tradycyjne danie – prychnął Danny.
Nie mógł nie westchnąć cierpiętniczo. Danny obserwował swoje laulau**, jakby mięso miało zaraz odwinąć się z liści i zaatakować go. Może bawiłoby go to bardziej, gdyby nie fakt, że zdał sobie sprawę, że jego własny partner nie miał zielonego pojęcia o Hawajach. I jeśli faktycznie kojarzył wyspy tylko z pizzą i turystami, to nie była najlepsza wizytówka.
Należało to również przede wszystkim zmienić.
- Pizza jest włoska – poinformował go cierpliwie.
- Deser był świetny, chociaż bardziej obstawiałem, że uaktywni się twoja miłość do ananasa. Nie wierzę, że zjedliśmy cały posiłek i nie było ani kawałka – odparł Danny.
- Kamekona wkłada je do krewetek specjalnie, bo bawi go twoje psioczenie – zdradził mu. – Poza tym kokos jest nazywany lekarstwem na wszelkie choroby. Wydawało mi się na miejscu – stwierdził, wzruszając ramionami.
Haupia*** nie była czymś, co często jadał, ale i tak pamiętał doskonale jej smak. Kucharz ewidentnie przesadził z naciąganiem przepisu. Danny miał rację – trafili na jedną z pułapek na portfele turystów, ale nie mógł jakoś żałować, bo widok był wspaniały. W odróżnieniu od Williamsa lubił ocean.
Danny spojrzał na niego, a potem przewrócił oczami.
- Mniej subtelny nie mogę być – westchnął Williams i pochylił się w jego kierunku.
Steve nawet nie drgnął, trochę zaskoczony, kiedy usta Danny'ego okazały się nadal słodkie po zjedzonym niedawno deserze. Pocałunek nie trwał długo, ale Williams nie wrócił na swoje miejsce natychmiast. Zamiast tego spoglądał długo na niego, jakby czekał na jego ruch i Steve nie mógł się nie uśmiechnąć.
- Och, czekasz na zaproszenie – stwierdził, udając, że się zastanawia czy takie wystosować.
- Miałem obiecany seks, dupku – prychnął Danny.
- Ale na pierwszej randce? – spytał.
- Obiecuję, że będę dżentelmenem i zrobię ci rano śniadanie – odparł Danny.
- Obaj wiemy, że nie wstaniesz przede mną. Poza tym jesteś nie do zniesienia przed pierwszą kawą – zakpił, ponieważ takie były fakty.
Danny zaplótł dłonie na piersi, mocno się nad czymś zastanawiając i Steve prawie się złamał, zapraszając go jednak do środka. Nie był pewien co będą robić po randce, ale wolał niczego nie planować. Był mimo wszystko ranny i jeśli Danny chciał, aby zrealizowali zamysł sprzed kilku dni, obawiał się, że było to raczej niemożliwe. Nie utrzymałby się na kolanach nawet minuty.
- Jeśli przyniesiesz mi rano kawę to dojdziesz w moich ustach, a potem zrobię ci śniadanie – obiecał mu Danny bez mrugnięcia okiem.
I to była propozycja godna rozważenia.
ooo
Danny radził sobie z guzikami jego koszuli o wiele za dobrze, pewnie posiadając wprawę z własnymi. Steve starał się jakoś nadążyć, ale mężczyzna przyssał się do jego karku, skutecznie unieruchamiając go swoim ciężarem. Był wciśnięty w łóżko dokładnie tak jak poprzednio, z tym że teraz byłby w stanie przewrócić Danny'ego na plecy. Mgiełka podniecenia dopiero zaczynała przyćmiewać mu umysł. Problem leżał w tym, że nie obyłoby się bez szkód. Jego szwy puściłyby tym razem, a chociaż był mocno zdeterminowany, żeby uprawiać dzisiaj seks, Danny zapewne wykazałby się rozsądkiem i zawiózłby go do szpitala.
- Rozbierzesz się tym razem? – spytał.
Danny znieruchomiał i podniósł się, układając się pośladkami na jego wzwodzie. I to było mocno nieczyste zagranie, bo ruszał tyłkiem przy każdym swoim ruchu. Ta pozycja pewnie miała odciążyć jego nogę, ale jeśli mieli uprawiać seks w ten sposób za każdym razem, kiedy zostawał ranny, mógł niespecjalnie bronić się przed podejrzanymi.
Danny odpinał guziki swojej koszuli, ale to bardziej przypominało striptiz niż metodyczne pozbywanie się ubrania. Ciało mężczyzny wykonywało te lekkie prawie niezauważalne ruchy w lewo i prawo. I Danny nie był zbyt giętki, więc wszystko było trochę kanciaste, ale jednocześnie cholernie seksowne. Chyba czynnikiem X, który sprawiał, że tracił głowę była pewność siebie Williamsa. Danny wyglądał jak seks na dwóch nogach i jakby tego było mało ten wąski tyłek wiercił się na jego biodrach doprowadzając go do szału.
- Miałeś mnie wypieprzyć – przypomniał mu Williams.
Te usta powinny być zakazane. Steve miał cholerną nadzieję, że następnym razem nie da Danny'emu dojść do słowa. Nie potrafił się skupić, kiedy Williams używał przeciwko niemu swej najdoskonalszej broni. A Steve wiedział doskonale, że Danny mógł gadać w nieskończoność i dalej miałby mu coś do powiedzenia.
- Następnym razem – obiecał mu.
Danny uśmiechnął się do niego o wiele za szeroko, żeby to było niewinne i poruszył biodrami.
- Przecież chciałeś być zdominowany – odparł mężczyzna, udając zaskoczenie. – Umówmy się, że będziesz mógł ze mną zrobić wszystko w granicy rozsądku, gdy tylko wrócisz do pełnej sprawności. Chciałbym wykorzystać całą siłę, którą masz, marynarzu – poinformował go Danny.
I oczywiście musiał zacząć prawidłowo umiejscawiać go pomiędzy innymi siłami zbrojnymi ich kraju w połowie czegoś, co zapowiadało się naprawdę obiecująco. Jego mózg nie chciał działać. Lata zajęło mu poprawianie Williamsa i nic z tego nie wyszło, a teraz dostawał to, czego cholernie chciał bez proszenia.
- Co ty na to? – spytał Danny.
Pokiwał jedynie głową, skupiając się bardziej na spojrzeniu mężczyzny. Jeśli ono nie obiecywało wiele to nie wiedział jak miał inaczej wszystko odczytywać.
Danny zsunął się z niego, więc wydał z siebie słaby protest, bo przecież chyba cały sens ich pozycji polegał na tym, żeby Danny na nim siedział. Palce Williamsa jednak pociągnęły za jego pasek, a potem suwak rozporka, więc uniósł biodra do góry, pomagając chociaż tyle w kwestii rozbierania go. Danny zresztą nie bawił się w półśrodki i jego bokserki wraz ze spodniami wylądowały na podłodze. Skarpetki skopał sam, kiedy mężczyzna pozbywał się resztek własnego ubrania. Dopiero wtedy Danny wspiął się na niego ponownie, siadając okrakiem na jego biodrach. Williams poruszył się lekko jak poprzednio testując wody. Steve pchnął w górę, tylko trochę, bo cholera, ale kiedy byli skóra przy skórze to było prawie niemożliwe, żeby leżeć nieruchomo. Danny nie wydawał się mieć mu cokolwiek za złe, kiedy sięgał w końcu do szuflady, macając zapewne za butelką z nawilżaczem, która zresztą pojawiła się na łóżku razem z prezerwatywą.
Położył dłonie na udach Danny'ego, gdy ten mokrą ręką sięgnął za siebie, wyginając się biodrami w jego stronę. Na centymetry od twarzy miał całkiem twardy członek i z fascynacją wpatrywał się w jego ruch w górę i w dół, kiedy mięśnie Danny'ego napinały się. Miał wrażenie, że minęły zaledwie sekundy, ale mężczyzna już naciągał na niego prezerwatywę nawilżając go sowicie.
- Postaraj się nie ruszać i cieszyć się chwilą, Steve – poradził mu Danny. – Jeśli noga zacznie…
- Pieprzę moją nogę – wszedł mu w słowo, wpatrując się we własnego fiuta w dłoniach Danny'ego.
Pojęcia nie miał czy Williams przedłuża specjalnie tę chwilę. Był dostatecznie twardy, żeby używać go zamiast policyjnej pałki. Może dlatego Danny miał taki sentyment do jego penisa.
- Jestem pewny, że to jest fizycznie niemożliwe – odparł mężczyzna i ustawił się tuż nad nim.
Był cholernie ciasny i Steve w zasadzie tylko o tym potrafił myśleć. Może też próbowałby się ruszyć, bo wszystko krzyczało w nim, żeby po prostu uniósł biodra, ale Danny przytrzymywał go dłonią przy materacu, używając do tego chyba całego swojego ciężaru. I kiedy w końcu usiadł na nim całkowicie, biorąc go tak głęboko, że Steve nie wiedział nawet, że to możliwe, odniósł wrażenie, że to niebo. Musiało tak wyglądać, a on musiał być martwy, bo nie oddychał i nie mógł się ruszyć. Danny przeniósł swoje dłonie na jego klatkę piersiową, używając jej jako punktu, od którego mógł się odbić, więc wiedział dokładnie jak wiele wymagało od mężczyzny, aby ponownie się podnieść, och tak cholernie powoli. Nie zamierzał nigdy więcej zachęcać Danny'ego do ćwiczeń, ponieważ jego mięśnie ud już musiały być ze stali. Wydawał się kontrolować każdy centymetr pokonywanej drogi po penisie Steve'a, chociaż ta pozycja musiała być dla niego niewygodna. I nagle Steve zdał sobie sprawę, że Danny zamierzał się na nim pieprzyć właśnie w ten sposób, leniwie, niespiesznie. A jedyna nadzieja była w tym, że jego uda się w końcu zmęczą, w co cholernie wątpił, bo znał na tyle dobrze Danny'ego, aby wiedzieć, że rzadko mierzył zamiary ponad siły.
Steve nie był do końca pewien czy to przeżyje.
Danny zaczął zsuwać się w dół po jego długości i mógł poczuć wszystko. Przygniatające niemal ciepło i ciasnotę, do której nie zdążył się przyzwyczaić. Danny nie dał sobie szansy na oswojenie się z jego wielkością, ale w tym tempie zapewne nie miało to wielkiego znaczenia. Może zresztą Williams czuł go równie mocno co Steve jego i o to w tym wszystkim chodziło.
- Danny – zaczął spanikowany, bo drżał, powstrzymując się przed złapaniem mężczyzny za biodra i wymuszeniem czegoś, co nie mieszałoby w jego głowie tak mocno.
Obawiał się, że jeśli do jego penisa spłynie więcej krwi, skończy się to poważnym niedokrwieniem ważnych dla życia narządów.
Usta Danny'ego rozciągnęły się w szerokim uśmiechu, jego lekko przymglone oczy odnalazły jego własne i Williams wyprostował się, zabierając dłonie z jego klatki piersiowej. Widział z jakim trudem oddychał jego partner, starając się przywołać do porządku, ale to nie było takie łatwe. Musiał się ocierać o prostatę Danny'ego, bo jego mięśnie brzucha napinały się charakterystycznie, podobnie jak pośladki, które Steve czuł. Jego dłonie zwisały luźno wzdłuż jego ciała, kiedy unosił się i opadał powoli na biodra Steve'a, a potem unosił się ponownie i ta tortura trwała. Steve tylko nie wiedział który z nich cierpiał bardziej.
- Na pewno nie jesteś sadystą? – wychrypiał.
- Tylko dla ciebie – odparł Danny i brzmiało to bardziej jak westchnienie. – To kara za to, że dałeś się postrzelić. Mogłeś mnie teraz pieprzyć, Steve – jęknął Danny, odrzucając głowę w tył.
Solennie obiecał sobie, że to był ostatni raz, gdy został ranny podczas akcji.
