Grace była najbardziej głośnym dzieckiem, jakie poznał. W zasadzie nie miała zbyt wielkiej konkurencji do pokonania, ale i tak dawała im w kość, a Steve kilkukrotnie wstawał do niej w nocy, podając jej butelkę ze specjalnie przygotowanym mlekiem. To dziwne chomąto , które zakładał, żeby mała jadła, w zasadzie nie wyglądało nawet w połowie tak upokarzająco, jak spodziewał się Danny. Chociaż alfa za pierwszy razem przyglądał się podejrzliwie szelkom i spojrzał na swoją klatkę piersiową z pewnym wahaniem, jakby nie wierzył, że ta konstrukcja miała zastąpić pierś, której żaden z nich nie posiadał.

Danny nie odmówił karmienia Grace per se. Jednak protestował przed traktowaniem go jak laski, więc już pierwszego dnia zabrano mu leki przeciwbólowe. Narzekanie okazało się jego błędem taktycznym. Rana zaczynała się goić i Carol, kiedy dostrzegł równo założone szwy – a przyjechał do szpitala, gdy tylko wylądował na Oahu – wydawał się usatysfakcjonowany. Danny zresztą odetchnął z ulgą na jego widok.

- I co tam, doktorku? – spytał wesoło, ponieważ kiedy się nie ruszał, życie stawało się lepsze.

- Widzę, że jest pan w świetnym humorze, panie Williams – odparł Carol, więc uniósł brew lekko do góry.

- Byliśmy przecież po imieniu. Pamiętam dokładnie, jak nazwałeś mnie Dannym – przypomniał mu z wyrzutem.

- Tak, ponieważ byłeś w ciąży i panikowałeś – odparł Carol, spoglądając na Steve'a, który z ich córką na rękach starał się nie podsłuchiwać, ale kiepsko mu to wychodziło. – Czy to…?

- Dumny ojciec numer dwa – odparł Danny. – Steve McGarrett oraz Grace Williams-McGarrett – przedstawił oboje, a Carol przysunął się w stronę dziecka.

Steve spiął się i spojrzał z niechęcią na lekarza, ale pozwolił mu obejrzeć ich córkę. W zasadzie ekspertyza niezależnego lekarza spoza wyspy mogła być przydatna. W odróżnieniu od Lokelaniego, Carolowi ufał i znał go od lat. Jego lekarz miał też większe doświadczenie z mutantami, a Grace nie pozostawiła im żadnych złudzeń. Była jedną z nich.

Przypominała trochę Steve'a, z tymi brązowymi włoskami i trochę ciemniejszą skórą. Może i był trochę zazdrosny, ale nie można było mieć wszystkiego. Poza tym McGarrett miał dość imponujący wzrost, więc istniała szansa, że ich córka nie będzie najniższa w klasie.

- Piękne dziecko, Danny – powiedział Carol, uśmiechając się do niego lekko.

- W którym hotelu pan zostaje, doktorku? – spytał ciekawie.

- Podałem adres twojej matce i doktorowi Lokelaniemu. To Hilton – odparł Carol spokojnie.

- Ej, dobrze wam płacą – stwierdził Danny, trochę zaskoczony.

Carol przewrócił oczami.

- Szpitalowi zależy na mojej książce – przyznał ostrożnie lekarz. – Zwlekałem, jak długo mogłem – dodał i Danny mógł tylko skinąć głową.

Nie spodziewał się po rządowej placówce niczego innego. Carol zachowywał jego sekrety, był tego pewien. Inaczej prasa już dawno pukałaby do jego drzwi. Jego ścieżka kariery nie była do końca normalna. Rozwiódł się i udało mu się jakoś to przeżyć. A na koniec okazało się, że jest w ciąży. Carol był równie zszokowany co on, zapewne nigdy nie spodziewając się takiego rozwoju sytuacji.

- Żadnych danych osobowych – warknął Steve.

- Oczywiście – odparł Carol.

- Jakby i tak ktokolwiek na tej cholernej wyspie nie wiedział, że począłem dziecko – wtrącił Danny, przewracając oczami.

Co prawda przewieziono go na oddział w jako takiej tajemnicy, ale miejscowe klany rodzinne podesłały do domu McGarrettów swoich przedstawicieli. Pieprzeni Hawajczycy przynieśli im dary i jego matka nie miała pojęcia, co zrobić z tymi ludźmi. Steve nie był bogiem tej wyspy, a on na pewno nie był jego laską. Kono, postawiona na straży spokoju jego rodziny, nie dawała sobie rady i podobno zakumplowała się z Lucy, co mogło doprowadzić tylko do kłopotów.

Jedyną równie zdezorientowaną osobą co oni – ludzie z New Jersey – wydawała się Lori. I naprawdę Bogu dziękował za tę dziewczynę. Upewniła się, aby patrole policji kręciły się nieopodal szpitala. Nie chciał, aby ktokolwiek widział go w tym stanie. A na pewno nie ciekawscy gliniarze, którzy uparcie nazywali go haole i jeśli sądzili, że przestanie nosić koszule, grubo się mylili.

Nie miał świra na punkcie dodatkowych kilogramów, ale skóra na jego brzuchu była nieprzyjemnie ponaciągana. Nie było szans, żeby ściągnął koszulkę przy McGarretcie na plaży pełnej ludzi, gdy Steve wyglądał jak żywcem wyciągnięty z magazynu. I to nie takiego do przetrzymywania dowodów tylko modowego.

Lucy przynajmniej przybiła mu piątkę za wyrwanie kogoś tak przystojnego. Jakby wiedziała, ile siwych włosów kosztował go związek z McGarrettem, zmieniłaby zdanie. Facet był nie do ogarnięcia – tak jak teraz, kiedy po raz siedemdziesiąty drugi upewniał się, że są bezpieczni w ich szpitalnym pokoju. Sprawdzał korytarze za każdym razem, gdy ktoś wchodził do środka. A jego rodzina przyszła w odwiedziny dzisiejszego poranka.

Ciche pukanie do drzwi trochę go zaskoczyło, ale kiedy zaczęły się uchylać, poczuł dobrze znane mrowienie. John McGarrett nie przyniósł mu kwiatów, ale wpatrywał się w niego dłuższą chwilę, jakby nie wiedział, co zrobić. Danny nie zamierzał mu podpowiadać. Nie układało się między nimi, ale w zasadzie nie musiało. Steve wybrał jego. Albo on wybrał Steve'a, bo to okazało się na koniec najważniejsze.

Steve należał do niego, jeśli tylko Danny chciał, a to w zasadzie nie był problem. Może zakochiwać się zaczął już wtedy w New Jersey. McGarrett miał sposoby, żeby zapisać się w ludzkiej pamięci. I nie chodziło tylko o nieziemski seks. Steve był zabawny i lubił z nim walczyć. A on kochał wręcz, kiedy rzucano mu wyzwania, więc mogli napędzać się każdego dnia. Było w tym coś motywującego. Rachel zawsze bardziej starał się go przystopować, może bojąc się, że nie nadąży za kimś, kto mimo wszystko fizycznie był od niej o wiele bardziej zaawansowany. Natura wyposażyła ich w środki, których nadal nie wykorzystywali, ale to czasem był powód tego, dlaczego ich związki nie miały racji bytu. Rachel nie znała jego możliwości tak, jak znał je Steve.

Nie mogła wiedzieć, jak się czuł, kiedy ktoś, kto był dla niego zagrożeniem, przez cały czas przysuwał się do jego córki. Starał się oddychać spokojnie, ale nie było to łatwe i może było to dość widoczne, bo Carol przyłożył palce do jego nadgarstka sprawdzając mu puls.

- To pan też zamieści w książce, doktorku? – spytał zirytowany, zdając sobie nagle sprawę, że żaden z alf nie zamierzał się odezwać. – John McGarrett, zdaje się, że dziadek – odparł z przekąsem. – Alfa – dodał, ponieważ Carol zapewne pojęcia nie miał. – Grace jest alfą w czwartym pokoleniu – rzucił jeszcze i oczy Carola zrobiły się wielkie jak spodki. – Tego pan nie zamieści. Jeśli zobaczę jakąkolwiek igłę w pobliżu mojego dziecka, trzecia wojna światowa będzie waszym najmniejszym problemem – ostrzegł lojalnie i Carol spojrzał na niego całkiem poważnie.

- Musicie ukryć akta ojca – odparł jego lekarz i zaczynał go uwielbiać coraz bardziej.

- Moje akta nie są dostępne – wtrącił Steve. – Nie obnosimy się z tym – dodał.

- Dziwne, bo połowa pieprzonej wyspy świętuje niepokalane poczęcie – odburknął, starając się przełknąć gulę w gardle, ponieważ John nadal mu się przyglądał i nie miał pojęcia, co chodziło facetowi po głowie.

Hesse nie żył – dla niego liczyło się wyłącznie to.

- Jest piękna. Podobna do Mary Ann – rzucił w końcu McGarrett senior i Danny westchnął.

- Jest podoba do Steve'a – przyznał i wyciągnął dłonie po dziecko, ponieważ jego alfa trzymał ją o wiele za długo. – Mamy w tym udziały pięćdziesiąt na pięćdziesiąt – przypomniał mu zgryźliwie.

Steve uniósł brew.

- Raczej nie przypominam sobie, żebyś partycypował aż tak aktywnie – odbił piłeczkę McGarrett.

- Czy ty użyłeś właśnie słowa partycypował? Znowu grzebałeś w moim słowniku? – spytał z niedowierzaniem. – Oddaj moją córkę, a potem może pozwolę ci się z nią pobawić. Jeśli nie dostanę jej zaraz, wstanę, skopię ci tyłek i odbiorę ją siłą – ostrzegł lojalnie.

Nie do końca też żartował i Steve musiał to wyczuć, bo Grace wylądowała w jego ramionach niemal natychmiast. Odprężył się niemal od razu. John przestał być już takim problemem, ale nadal nie podobała mu się obecność tego mężczyzny tak blisko. Jego zmysły krzyczały i może to po prostu było za wcześnie.

- Wyjdę – odparł mężczyzna, zaskakując go trochę, bo w jego głosie było słychać rezygnację.

John poklepał Steve'a po ramieniu i jego alfa wydawał się tym gestem naprawdę zaskoczony, jakby ojciec do tej pory nie okazał mu nigdy aprobaty. I znał trochę McGarretta seniora, wiec to było całkiem prawdopodobne.

Mężczyzna wycofał się, a Carol podniósł z ziemi swoją torbę.

- Proszę się wyspać – powiedział, wyprzedzając przeprosiny lekarza.

Carol wyglądał na zmęczonego i nic dziwnego. Ten lot pewnie był długi i nieprzyjemny.

- Zobaczymy się, gdy będę już w domu – dodał i zdał sobie sprawę, że po raz kolejny w ciągu ostatnich miesięcy nie mówił o New Jersey.

ooo

Steve obserwował go ze swojego krzesła, więc Danny uniósł brew. McGarrett nie wyszedł ze szpitala od ponad doby, chociaż Lucy przywiozła mu rzeczy, więc przynajmniej się przebrał i wziął krótki prysznic. Danny najchętniej sam skorzystałby z łazienki, ale dopóki jego rana się nie zagoi, był skazany na sikanie do kaczki. I to była jedna z rzeczy, o których nie pomyślał, gdy wyobrażał sobie, co będzie po porodzie. Steve co prawda nie mrugnął nawet okiem, ale to jednak było upokarzające.

I zbiegłby do łazienki, gdyby McGarrett spuścił go chociaż na minutę z oczu. Albo gdyby się nie bał, że rozerwie zrastającą się z trudem ranę. Grace przynajmniej jednak zasnęła, więc ostrożnie ułożył się wokół niej, spoglądając na Steve'a, który z kolei wpatrywał się w niego.

Nie wiedział, jak długo tak na siebie patrzyli, ale coś wisiało w powietrzu i nie wiedział do końca, czy nie powinien się obawiać. McGarrett w końcu był szalony i nie do końca stabilny emocjonalnie. Wiedzieli to wszyscy. Nawet jego matka zauważyła pewne oznaki paranoi, gdy zdała sobie sprawę, że Steve trzymał pistolet w zamrażalniku lodówki. To oczywiście miało się zmienić, gdy Grace zacznie chodzić, ale w obecnej sytuacji – kiedy jego hormony buzowały – był mu nawet wdzięczny.

Szaleństwo mogło być zaraźliwe.

- Nie mogłem mu powiedzieć, że nie może na razie widzieć Grace, ale poprosiłem go, żeby ograniczył wizyty – przyznał nagle Steve.

Danny otworzył usta, ale w zasadzie nie bardzo wiedział, jak powinien na to zareagować.

- Steve – zaczął, ponieważ to wydawało mu się mocnym przekroczeniem pewnych granic. – Myślę, że on próbuje…

- Próbuje – wszedł mu w słowo Steve. – Ale to nie oznacza, że musimy go od razu wpuszczać do swojego życia.

- Wiem, że jesteś na niego wściekły, ale… - urwał, ponieważ nie bardzo wiedział, jak to do końca wyrazić.

Rozumiał punkt widzenia starszego McGarretta. Nie popierał tego, ale potrafił od biedy okazać facetowi empatię. Stracił żonę i chciał za wszelką cenę uchronić dzieci. Cena okazała się jednak za wysoka. Steve traktował go bardziej jak dowódcę niż członka rodziny. Może myślał o nim jak o chodzącym zagrożeniu.

- Nie jestem wściekły – odparł Steve, zaskakując go trochę. – Zranił cię. Mógł to zniszczyć. Co będzie, kiedy Grace dorośnie i dowie się, że mogłem jej nawet nie wychowywać? – spytał nagle. – On nie może się tak zachowywać. On nie może… - urwał, gdy emocje zabrały mu głos.

Danny pojęcia nie miał, jak odpowiedzieć na te pytania. Przede wszystkim nie zamierzał ich córce opowiadać prawdziwej historii ich spotkania oraz jej poczęcia. Nie chciał też dodawać, że go porwano, a Steve był dupkiem. Takich rzeczy nie mówiło się dziecku.

- Nie dowie się – powiedział z pewnością w głosie. – A wiesz dlaczego? Ponieważ nie będzie miała powodu, żeby pytać. Będziemy mieszkać razem i będziemy szczęśliwi – odparł, chociaż to założenie było naprawdę szalone. – A twój ojciec będzie wspaniałym dziadkiem, bo ma wyrzuty sumienia jak stąd na kontynent. W razie gdyby mu odbiło, mój ojciec wkroczy do akcji i spali kilka budynków w jego osiedlu dla weteranów. New Jersey kontra Hawaje – ciągnął dalej, wzruszając ramionami. – Powiedziałbym, że już jedną potyczkę wygraliśmy – dodał.

Steve spoglądał na niego z niedowierzaniem i może chciał się nawet z nim sprzeczać, ale zamknął ten jeden raz usta, nie wdając się z nim w potyczkę słowną. Spojrzał na Grace z jakąś dziwną łagodnością, która pewnie zaskoczyłaby każdego, do kogo w swoim życiu strzelił lub rzucił granatem. I Danny wiedział po prostu, że sobie poradzą.

- Kiedy niby wygraliście? – spytał w końcu McGarrett, jakby to była jedyna część jego wypowiedzi, która przykuła uwagę alfy.

- Mam ciebie, no nie? – odparł spokojnie Danny. – Znaczy, że wygrałem.

Steve zmarszczył brwi.

- A ja mam ciebie. Powiedziałbym, że to remis – stwierdził alfa i pokiwał głową, jakby nie nadążał za jego tonem rozumowania.

- Ale Grace śpi dzisiaj ze mną – zauważył Danny, patrząc wymownie na ich córkę w jasnym beciku, leżącą zaledwie kilka centymetrów od jego ciała.

Kąciki ust Steve'a drgnęły, gdy alfa podniósł się z fotela. Danny wiedział, że McGarrett zamierzał właśnie postawić na swoim, więc zasłonił małą swoją dłonią.

- Spróbuj, a odgryzę ci rękę – zagroził całkiem poważnie.

Może jednak jego własne szaleństwo nie do końca jeszcze przeszło.

ooo

Ma upiekła ciasto i nie zawahał się nawet, gdy sięgnął po kieliszek wina do obiadu. Steve zabrał mu jednak szkło, więc spojrzał na niego mocno zszokowany.

- Nie karmię, pacanie – poinformował go sucho.

- Ale twoja rana będzie się wolniej goić – odparł Steve i zmierzył go wzrokiem.

Odpowiedział równie zapalczywym spojrzeniem, ponieważ czekał dziewięć miesięcy na jeden łyk i należało mu się. Porwano go, strzelano do niego i nigdy nie przekroczył granicy. Grace była cała i zdrowa, jego rodzina otaczała go w tym ananasowym piekle. A Ma spoglądała na niego karcąco, jakby w pełni popierała McGarretta, co się po prostu nie mogło dziać w normalnym świecie.

Steve spojrzał na niego wyraźnie zadowolony, gdy zabrał rękę. Zamierzał policzyć się z nim później.

- Dennis chciał zdjęcia Grace – wtrąciła Lucy, zabierając się za sałatkę. – Zrobimy kilka, kiedy się obudzi. Nie chciałam jej budzić, dopóki śpi, wygląda jak aniołek – odparła. – Ale nie liczcie, że wstanę, żeby ją niańczyć w środku nocy. Zgłaszam się tylko do zabawy za dnia, żebyśmy mieli jasność – dodała.

Nie spodziewał się niczego innego, chociaż zaczynał się powoli martwić, że jego córki nie starczy dla wszystkich. Steve nie wypuszczał jej z rąk, chyba że odbierano mu ją siłą lub podstępem. Ma chciała ją nakarmić, a jego ojciec nawet zaproponował przewinięcie dziecka. Lucy i Matt po prostu wyciągnęli ręce i czekali tak długo, aż Steve się w końcu przełamał.

Danny otwarcie mu groził, chociaż to było nawet dość zabawne, że Steve nie potrafił jej nie dotykać. A kiedy nie miał w dłoniach jej, jego ręce wędrowały po ramieniu lub kolanie Danny'ego, jakby potrzebował fizycznej świadomości jego obecności.

- Jesteś w świetnej formie – odparła jego matka, trochę go zaskakując, bo czuł się tak, jakby ktoś go przeżuł i wypluł.

Jakby się ścigali ze Stevem po Schodach do Nieba. A wiedział, że McGarrett uwielbiał tę trasę, tylko że w odróżnieniu od turystów nie wchodził pod górę, ale pod nią wbiegał. Danny nie chciał być tam zaniesiony nawet na rękach, chociaż alfa bezczelnie mu to zaproponował.

- Czasami zapominam, że jesteś omegą – przyznała i uśmiechnęła się do niego lekko, ściskając jego dłoń.

Miał ochotę powiedzieć, że Lucy się nie spieszyło do macierzyństwa, ale słowa utknęły mu w gardle, gdy znowu poczuł znajome mrowienie w karku. Obrócił się akurat wtedy, aby dostrzec wchodzącego do domu Johna McGarretta. Mężczyzna raz jeden nie miał na sobie pstrokatej koszuli, a zastąpił ją zwykłą polo, która nawet kołnierzyk miała w stonowanych kolorach. W jego dłoniach był spory bukiet kwiatów.

- Chryste, jeszcze jeden – jęknął jego ojciec.

Ich dom był zastawiony podejrzanie wyglądającym podarkami. Sporo z nich stanowiły kosze z owocami, z ananasami w tle. Nie miał pojęcia, czy ci gliniarze zdawali sobie sprawę, jak nienawidził tych owoców, ale Steve śmiał się bardzo długo, gdy dotarło do niego, że mają roczny zapas tego świństwa. Osobiście zamierzał je zutylizować, wręczając je rodzinie oraz Kono, która wydawała się zakochana w tych owocach.

- To tata Steve'a – odparł, wstając od stołu. – Krzesło – szepnął do swojego alfy, który z pewną podejrzliwością przyglądał się własnemu ojcu.

Na szczęście Steve ten jeden raz nie kłócił się z nim. A John, zachęcony chyba jego reakcją, wszedł głębiej i podał kwiaty jego matce, kupując ją na wstępie. Danny uśmiechnął się do niego tym grymasem, który zarezerwował dla ofiar przemocy domowej, które nigdy nie zeznawały przeciwko swoim katom. John odpowiedział czymś podobnym, więc w zasadzie wydawali się nareszcie osiągać pełne porozumienie.

Nie do końca zamierzał wygrać Steve'a w poprzednim starciu. Alfa nie był czymś, o co się grało. Był żywym człowiekiem, który zasługiwał na szczęście. Danny zresztą nie uważał się za prowadzącego w jakiejkolwiek rozgrywce. Nie wiedział nawet, że jest w stanie jakąkolwiek prowadzić. I może dlatego John wydawał się mimo wszystko jednak go nie nienawidzić. A jeśli jego rodzina poczuła jakiekolwiek napięcie, nie powiedzieli ani słowa. A jego Ma pewnie nie zdawała sobie nawet sprawy z tego, że jednak mieszkają w domu Johna.

- Więc też jest pan na emeryturze? – spytał jego ojciec. – Myśleliśmy o przeniesieniu się tutaj, odkąd pozostałe dzieci jednak nie starają się o wnuki – rzucił, wymownie patrząc na Lucy, która starała się udawać, że pojęcie nie ma, o co chodzi.

- Jest tutaj kilka miłych mieszkań – przyznał John. – Mógłbym podzwonić w kilka miejsc – dodał i Danny miał wrażenie, że mężczyzna planował uruchomić swoje legendarne kontakty.

- I będziecie się przenosić dla każdego wnuka? – spytał Matty z niedowierzaniem.

- Jeżeli wypchniesz cokolwiek ze swoich lędźwi, sam się przeniosę – odgryzł się i jego brat zrobił się nagle zielony, jakby faktycznie uwierzył w to, co powiedział Danny przed chwilą. – Chryste. Miałem cesarkę, gamoniu. Jestem twoim bratem od dobrych trzydziestu lat. Jak możesz nie wiedzieć nic o omegach, ignorancie? Czy tak wychowała cię matka? – spytał, a potem zdał sobie sprawę, że kąciki jego Ma drgają lekko.

- Kazałam mu dać ci spokój, o ile sobie przypominam, bo chciał ci zadać wiele naprawdę dziwnych pytań, na które nie chcesz odpowiadać – odparła jego matka.

I może tak naprawdę było lepiej.