Rodney wytarł swoje spocone dłonie o spodnie, starając się nie spuszczać z oka Carsona. Beckett był o wiele zbyt ufny w stosunku do obcych, a chociaż Sheppard ewidentnie był Ziemianinem, nie znali go. Teyla wydawała się ufać majorowi od pierwszych chwil, ale nie miała pojęcia o tym jak wojskowi traktowali naukowców. A Rodney nie chciał, aby przekonała się o tym w nieprzyjemny sposób już w chwili, gdy tunel przeniesie ich tam, gdziekolwiek znajdowała się ta wspomniana przez Shepparda Atlantyda.
Niemal potknął się wypadając na zaskakująco sporą przestrzeń. Bywał w SGC, gdy początkowo pracował z Sam Carter i gdy ci idioci miewali problemy, które przekraczały możliwości ich małych móżdżków. Oczywiście nie dopuścili go do głównego programu, ponieważ ich amerykańskie poczucie wyższości nie pozwalało im zrozumieć, że Kanadyjczyk może faktycznie przodować z temacie tuneli czasoprzestrzennych.
Rozejrzał się wokół, trochę zaskoczony faktem, że nikt do nich nie celuje. Ochrona w SGC była o wiele lepsza.
- Och – wyrwało się Carsonowi, który spoglądał na wszystko nie ukrywając swojego szoku nawet odrobinę.
- A więc to jest Atlantyda – stwierdził Rodney, starając się brzmieć obojętnie.
Słyszał legendy, które opowiadały ludy różnych planet o Starożytnych, ale nie spodziewał się podobnego cudu techniki. Raz czy dwa natykali się na wspaniałe urządzenia, które sugerowały, że ta rasa była niezwykle rozwinięta, ale zawsze sądził, że były to tylko rzadkie przypadki funkcjonującego w tej galaktyce intelektu.
Sheppard uśmiechnął się do niego chłopięco, jakby jeszcze kilka minut temu nie zabił swojego dowódcy i nie wysadził w powietrze statku pełnego kosmicznych wysysaczy życia. Mężczyzna musiał być wariatem. Albo stres zredukował go do szczerzącego się głupka. Albo podobnie jak Ford cieszył się po prostu, że żyją.
- Rodney? – spytał ktoś tuż za nim.
Odwrócił się i zaplótł dłonie na piersi. Cienka koszula nagle zaczęła krępować jego ruchy. Nie mieli kontaktu z Ziemią od ponad pięciu lat. Kiedy Sheppard okazał się pochodzić z ich planety niemal spodziewał się, że ekspedycją kieruje Sam Carter. Jednak postać Elizabeth Weir nie była dla niego niespodzianką.
Pracowali kiedyś razem i nie zapamiętał tego jako kompletnej straty czasu.
- Elizabeth – odparł krótko.
Weir stała przed nim jak sparaliżowana. Spodziewał się podobnej reakcji. Zapewne kiedy uznano ich za zmarłych, zapomniano kompletnie o małej ekspedycji na Syberii.
- Ty… - zaczęła Elizabeth, ale nie pozwolił jej dokończyć.
- Żyję i dobrze się miewam, biorąc pod uwagę okoliczności. Oczywiście możemy marnować czas, stojąc tutaj, ale nie mamy ani chwili do stracenia – podjął wchodząc jej w słowo. – Rozumiem, że jeszcze się nie rozpakowaliście i nie uruchomiliście wszystkich urządzeń. Do tego konieczny jest wam specjalny gen…
- Gen Starożytnych – wtrąciła Elizabeth, wpatrując się w niego w dalszym ciągu, jakby nie wiedziała co powinna zrobić.
Rodney westchnął, gdy Carson rzucił mu jedno z tych swoich psich spojrzeń, które naprawdę na niego nie działały. Teyla nadal w szoku spoglądała na wszystko szeroko otwartymi oczami. Cały ten sprzęt, ta wiedza dawały im ogromną przewagę nad Widmami. Rozumiał jak wielki krok poczynili tego dnia.
- Nie jesteśmy replikatorami. Anubis porwał nas zanim zniszczył bazę na Syberii. Skierowałem go tutaj, nie wiedząc, że galaktyka jest zamieszkana – wyjaśnił. – Żyjemy, Elizabeth i nie jestem duchem, i nie zamierzam nawet dodawać, że żaden szanujący się naukowiec nie powinien nawet wierzyć w takie, więc nie zaczynaj również wspominać o Bogu… - ciągnął dalej, ale słowa utknęły mu w gardle, gdy kobieta rzuciła mu się na szyję i ku jego zdumieniu naprawdę mocno go przytuliła.
- Rodney, to naprawdę ty… - wyszeptała Weir.
- A któż inny miałby to być? – prychnął, odpychając ją lekko od siebie. – Do uruchomienia urządzeń potrzebny jest wam konkretny gen. Tak się składa, że Carson go posiada…
Elizabeth uśmiechnęła się tak szeroko, że w kącikach jej oczy pojawiły się niewielkie zmarszczki.
- Wiemy, Rodney. Major Sheppard również go ma – poinformowała go.
Mężczyzna, jakby na potwierdzenie jej słów, dotknął jednego z paneli, który rozświetlił się tak mocno, że Rodney prawie nie wierzył własnym oczom. Carson przeważnie spędzał długie minuty zanim rozgryzł jak coś działało, gdzie powinien przyłożyć dłoń. Sheppard był intuicyjny, a gen w nim tak silny, że nie potrzebował zbyt wiele, aby pobudzić do życia od tysięcy zapewne lat niedziałające artefakty dawnej nauki. Jego palce aż mrowiły. Od pięciu lat nie dotykał konsoli i komputerów. Tęsknił za tym, ale jak bardzo był uzależniony od wysokiej technologii – uderzyło go dopiero teraz.
- Moment – mruknął, uświadamiając sobie coś bardzo ważnego. – Pozwoliłaś komuś z tak silnym genem na prowadzenie misji pozaplanetarnej?! Zwariowałaś, kobieto?! – warknął tak głośno, że Teyla podskoczyła tuż obok.
Prawie czuł wyrzuty sumienia, ale Elizabeth uśmiechnęła się ponownie bardzo szeroko, jakby nic nie robiła sobie z jego krzyków.
- Majorze, odprawa za dwie minuty – rzuciła Weir. – Chcę wiedzieć dokładnie co się stało, gdy byliście poza Atlantydą. Rodney, to obejmuje również to jak znalazłeś się w galaktyce Pegaza.
- Pegaza? – prychnął. – Nazwaliście ją Galaktyką Pegaza?
ooo
Nie czuł się zbyt komfortowo, gdy dwóch marines odprowadziło ich do zaskakująco przestronnego pomieszczenia, które musiało być salą odpraw. Teyla spoglądała na Ziemską broń niepewnie. Opowiadał jej o pistoletach i karabinach, ale najwyraźniej nie do końca mu wierzyła. Albo jej wyobraźnia nie ogarnęła złożoności problemu. Próbowali wytworzyć podobną broń na jednej z planet, ale brak podobnych do ziemskich materiałów, uniemożliwił nawet wstępne odlewy. Nie mieli jak przeprowadzić koniecznych badań i sprawdzić jak wytrzymałe są kolejne stopy. Ludy tej Galaktyki znajdowali się całe stulecia za techniką dostępną na Ziemi i nie mieli szans nadrobić tego w ciągu kilku dziesięcioleci.
Sheppard rozsiadł się wygodnie na jednym z krzeseł. Ford odprowadził tego drugiego marines do ambulatorium. Jego nerwy musiały zostać o wiele poważniej sparaliżowane niż z Carsonem zakładali. Mężczyzna nie ruszał się zbyt żwawo podczas ich ucieczki, ale w zasadzie oni też nie potrafili utrzymać tempa Forda. Nie byli szkoleni. Nigdy nie powinni byli znaleźć się w takim niebezpieczeństwie.
- Majorze, gdzie jest pułkownik? – spytała wprost Elizabeth.
Rodneya nagle uderzyło, że mężczyzna, którego zabił Sheppard, aby chronić ich lokalizację, był nie tylko zwierzchnikiem majora, ale najwyraźniej dowódcą wojskowego kontyngentu. Najstarszy stopniem marines nie żył. To musiało wprowadzić niemałe zamieszanie. I nic dziwnego, że Elizabeth nie chciała tego omawiać przy świadkach.
- Pułkownik Sumner nie żyje – odparł krótko Sheppard.
Elizabeth zbiła usta w wąską kreskę. Rodney czuł, że powinien coś dodać, ale nie był świadkiem tej szczególnej śmierci. Tymczasem Teyla wierciła się coraz bardziej na swoim krześle.
- Musi pani zrozumieć, że ta galaktyka… - zaczął Carson, swoim łagodnym tonem.
- Nie znamy się jeszcze. Elizabeth Weir – przedstawiła się.
- Carson Beckett, doktor medycyny. Byłem na Syberii lekarzem ekspedycji – wyjaśnił mężczyzna.
- Teyla jest Atozjanką – dodał Rodney, spoglądając na nerwowo kręcącą się na swoim miejscu wojowniczkę. – To lud, który udzielił nam schronienia. Mieszkamy na ich planecie i wraz z Teylą przemieszczaliśmy się za pomocą wrót, aby nawiązywać kontakty z innymi. To Teyla była z majorem, gdy… - Rodney urwał i spojrzał na Shepparda nie do końca pewien jak wiele mężczyzna wyjawi.
- Doktor McKay nie chce powiedzieć, że zastrzeliłem pułkownika – przyznał sucho Sheppard. – Widmo nie tylko się na nim żywiło, ale również chciało informacji, gdzie znajduje się Ziemia.
- Pułkownik prosił o śmierć, gdy nas dostrzegł – dodała Teyla. – Major zrobił wszystko, co w jego mocy, ale przybyliśmy za późno.
Elizabeth milczała przez dłuższą chwilę, nerwowo uderzając palcem o blat stołu.
- Widmo? – spytała Weir.
I no tak. Czasami zapominał, że dopiero tutaj przybyli. Carson poruszył się nerwowo na krześle.
- Widma są drapieżnikami tej galaktyki. Wysysają życie z ludzi. Tutejsze ludy walczą z nimi od tysięcy lat bez skutku – wyjaśnił Rodney. – Zacznę jednak od początku. Kiedy przybyliśmy tutaj z Anubisem… - zaczął i przerwał, gdy drzwi otworzyły się.
Do środka wszedł kolejny wojskowy, co wcale go nie uspokoiło.
- Sierżant Bates – przedstawiła go Elizabeth. – Powinien cię wysłuchać, jest jednym ze starszych stopniem, odkąd pułkownik… - urwała sugestywnie.
- Czy nie powinni przejść kwarantanny? – spytał mężczyzna ostro i Rodney znienawidził go z miejsca.
- To raczej my powinniśmy przebadać was – prychnął, nie mogąc się powstrzymać. – Masz pojęcie o zagrożeniach tej galaktyki? Nie? Więc siadaj i nie przeszkadzaj – mruknął, zirytowany tym, że mu przerwano. – I nie myśl o tym, aby mnie gdzieś zamknąć. To najwyraźniej międzynarodowa ekspedycja, a ja jestem Kanadyjczykiem. Wasze amerykańskie prawo…
- Rodney – westchnął Sheppard. – Do rzeczy. Zanim Widma zapukają nam do bram, pytać o adres domu – dodał i oczywiście miał rację.
- Widma – powtórzył Rodney, odchrząkując. – Kiedy przybyliśmy tutaj porwani przez Anubisa, jego statek został zaatakowany przez Rój. Wylądowaliśmy na jakiejś planecie, aby naprawić zniszczenia. Pojawiło się jednak więcej statków Widm, a dodatkowo zablokowano wrota, więc nie mogliśmy nawet uciec, nie żeby Anubisowi zależało jakoś wyjątkowo na naszym bezpieczeństwie – prychnął Rodney. – Walka trwała, a my staraliśmy się trzymać od tego z dala co okazało się świetną taktyką. Jedno z Widm pożywiło się na Anubisie i zmarło, więc najwyraźniej Goa'uldzi nie są tak do końca jadalni. Aczkolwiek to wykończyło Anubisa, podobnie jak jego sługi. Udało nam się przedostać do lasów nieopodal. Statek spłonął, ale Widma odleciały z planety. Wróciliśmy do wrót, ale okazało się, że chociaż są odblokowane, nie znamy żadnych adresów – wziął głębszy wdech. – Wtedy poznaliśmy Teylę – dodał, spoglądając na uśmiechająca się do niego lekko kobietę. – Nieopodal znajdowała się wioska jej ludu, który skrył się w jaskiniach podczas ataku. Byli zaskoczeni pojawieniem się Widm, ponieważ pora żerowania miała zacząć się później – przyznał i spojrzał na Batesa, który ewidentnie chciał coś wtrącić. – Widma są niczym innym jak wampirami, które wysysają dusze. Nie spodziewaliśmy się, że ekspedycja z Ziemi przybędzie tutaj w tym stuleciu. Podejrzewałem, że bez mojej pomocy zajmie wam to nawet pół tysiąca lat…
Bates przewrócił oczami, ale do tego Rodney był już przyzwyczajony.
- Anubis wyjawił, że nie pochodzi z tej galaktyki. Widmo musiało dowiedzieć się, że gdzieś tam znajduje się nietknięte żerowisko. Miliony gotowych do spożycia istnień ludzkich. Od tamtej pory na nas polują. Chcą poznać nasze położenie, żeby wysłać tam całe roje – ciągnął dalej. – Wcale nie pomogło to, że rozsierdziliśmy ich – dodał.
- Nie było innego wyjścia, Doktorze – powiedziała Teyla.
- Dwie planety – wyrwało mu się.
- Plan działa – dodała Atozjanka, wpatrując się w niego z nadzieją, której skrycie nienawidził.
Elizabeth spojrzała na nich, przekrzywiając swoją głowę jak zawsze, gdy coś zwróciło jej uwagę. Rodney nie wiedział nawet jak bardzo za tym tęsknił.
- Rozsierdziliście Widma – powtórzyła powoli Weir.
Westchnął i podniósł się ze swojego miejsca. Nie mógł się wyzbyć nawyku drepcenia w miejscu. Teyla uważała, że to niebezpieczne, ale jemu pozwalało myśleć. Nie był skąpym w ruchach Atozjaninem, który był urodzony do walki. Nie musiał oszczędzać na energii do przeżycia.
- Musicie zrozumieć, że oni nie mają podstaw niczego. Nie znają chemii i fizyki. Ich społeczeństwa zatrzymały się na etapie bardzo wczesnego Średniowiecza. Widma zadbały o to, aby wybijać te ludy co parę dziesiątek lat, więc technologia nie mogła się rozwinąć. Wiesz ile liczą Atozjanie, których przywódczynią jest Teyla? – spytał retorycznie. – To niecały tysiąc osób. Dokładnie tyle, aby mogli się rozmnożyć, ale niedostatecznie, aby specjalizować jednostki. Aby przekazywać wiedzę – ciągnął dalej.
- Medycyna jest tak pierwotna, że trudno nam było opracować metody na leczenie najprostszych chorób – wtrącił Carson. – Ale pula genetyczna nie ucierpiała aż tak bardzo. Paradoksalnie najsilniejsze jednostki pozostały przy życiu, więc jest naprawdę niewielu chorych. Są tak bardzo odporni…
- Carson – warknął Rodney. – Pogadasz z jakimś tutejszym konowałem, gdy tylko prawdziwi naukowcy skończą – prychnął, a Beckett rozłożył ręce, jakby chciał zaprotestować, ale słowa uwięzły mu w gardle. – Hodowali ich na żer. Nie trudno było to odkryć. Bez wiedzy i historycznego zaplecza, tutejsze ludy nie mogły się przeciwstawić najeźdźcy, który pojawiał się tylko co kilka pokoleń – ciągnął dalej. – Widma wszystko doskonale zorganizowały. Przede wszystkim doprowadziły do sytuacji, gdzie poszczególne części galaktyki są podzielone pomiędzy kolejne Roje, co ułatwia dysponowanie pożywieniem – wyjaśnił i miał ochotę potrząsnąć Elizabeth, gdy ta wyraźnie zadrżała.
Może wydawał się teraz pragmatykiem, ale musieli postawić się w sytuacji wygłodniałych po przebudzeniu Widm. Ludzie nie byli dla nich godnymi przeciwnikami. Nie te pozbawione technologii i myśli twórczej ludy, wyniszczone trwającymi tysiąclecia atakami. Rodney widział ruiny po tym, co zostało z cywilizacji, które próbowały się rozwinąć. Ataki, które objęły całe planety. Wybijanie całych ras. Widma miały to świetnie zaplanowane, a dawne zniszczenia nawet teraz – setki lat później, sprawiały, że miał dreszcze.
- Co zrobiliście, Rodney? – spytała Elizabeth, więc wziął głębszy wdech.
- Przede wszystkim obudziliśmy Roje o wiele wcześniej niż planowali. Jedno pokolenie dopiero dorosło od ostatnich ataków – zaczął powoli, starając się ważyć słowa. – Potem napuściliśmy ich na siebie. Spodziewaliśmy się, że przy takiej trudności przy zdobywaniu pożywienia, zaczną szukać innych rozwiązań, ale Widma zaczęły walczyć między sobą o kolejne planety, o terytorium. W tej galaktyce od lat trwa permanentna wojna, a wy trafiliście w jej środek – zakończył.
