Plan, który zakładał aktywne przeciwstawienie się Widmom, działał. Nie obyło się bez ofiar, ale tych na wojnach jest pełno. A w obecnej sytuacji mieszkańcy tej galaktyki mieli jednak jakiekolwiek szanse na przeżycie i Elizabeth musiała to zrozumieć.
- Nie mieliście prawa, Rodney – powiedziała Weir i nie był zaskoczony.
- O tym decydujemy my – wtrąciła Teyla. – Doktor McKay przedstawił nam alternatywę i wybraliśmy. Wybraliśmy wolność – oznajmiła jej z dumą Atozjanka.
- Wybraliście śmierć – odparła Elizabeth. – Bez broni, bez technologii…
- Widma w obecnej chwili walczą same z sobą. Wiedzą, że nie wykarmią się ludźmi, a tych przenosimy z planety na planetę – wyjaśnił zatem. – Musisz zrozumieć, że oni naprawdę nie mieli wyboru. Mieliśmy z Carsonem czekać aż obudzą się ponownie i te ludy będą dalej nieprzygotowane do odparcia ataku? – spytał i sądził, że wszyscy potraktują to jako pytanie retoryczne.
- Zgadzam się z McKayem – wtrącił niespodziewanie Sheppard. – Nie wiedziałaś tych stworzeń. Nie są ludźmi. Nie myślą jak my. Chcą się tylko pożywić. Nie grało roli kiedy się wybudzą, ale w obecnej sytuacji przynajmniej wiedzą, że wymrą, bo pożywienia jest zbyt mało. To do nich dociera – wyjaśnił major. – Wybudzanie Widm nie było może całkiem dobrym wyjściem, ale to mniejsze zło – dodał.
I tak, ktoś nareszcie podążył jego tokiem rozumowania.
- Zamiast zatem dać im czas, żeby się rozmnożyli… - wtrącił Bates.
- Niech zatem hodują nas dalej na ubój – weszła mu w słowo Teyla. – Rada wybrała i nie zostaliśmy wprowadzeni w to ślepo. Doktor McKay wyjaśnił nam jak wielkie jest ryzyko. Opowiedział nam o ludziach z waszego świata, którzy nie bali się przeciwstawić najeźdźcom. Nikt nigdy Atozjan nie nazwał tchórzem i nie nazwie. Przyznaję, że moi rodacy są zmęczeni, ale pierwszy raz od tysiąca lat ktoś dał nam nadzieję na zmianę losu. Doktor Carson opatrywał rannych i nauczył nas tak wiele, że prawie nie umieramy od pomniejszych skaleczeń. Jeszcze dziesięć albo dwadzieścia lat i będzie nas cztery razy tyle. Może i pięć. Zbudujemy miasta, a nie wsie, które będziemy zostawiać za każdym razem, gdy zagrożenie pojawi się nad naszymi głowami – ciągnęła dale Teyla.
- Nie liczyłbym na dwadzieścia lat – przystopował ją Rodney. – Jednak Teyla ma rację w jednym. Nie macie prawa wpływać na jej decyzje i oceniać jej wyborów nie poznawszy wszystkich faktów.
Elizabeth wpatrywała się w niego, jakby nie wierzyła w to co widzi. I może to dlatego, że nie nazywał Teyli dzikuską miało coś z tym wspólnego. Rodney jednak wiedział lepiej, iż zaczepianie Atozjan nie miało sensu – byli wojowniczy. Teyla natomiast nie musiała kończyć ziemskich uniwersytetów, aby być jedną z mądrzejszych kobiet, które poznał. Połączył ich wspólny szacunek i chociaż nie łatwo było im sobie wzajemnie zaufać – i to im się udało w końcu zbudować.
- Nie chciałam pani urazić – powiedziała w końcu Weir. – Nie mamy całego obrazu sytuacji, przyznaję. Ale wasz wybór wydaje mi się desperacki.
- Desperacja jest słowem, którego w naszym języku już nie ma. Jest jak powietrze, oddychamy nic wszyscy, ale nikt nie mówi o tym na głos – odparła Teyla i jej metafora jak zawsze była trafna.
Gdyby nie fakt, że kobieta musiała dowodzić i walczyć, Rodney najchętniej zrobiłby ją jedną ze swoich uczennic.

ooo

Bates przyglądał im się z nieprzyjemnym wyrazem twarzy i John wiedział, że gdy tylko drzwi zamknął się za niewielką grupką, zostanie zaatakowany. Zabicie Sumnera nie przyniosło mu satysfakcji- wbrew temu co zapewne sądził sierżant. Mogli się z dowódcą nie dogadywać, ale Sumner pozostawał najstarszym stażem na Atlantydzie. I Sheppard słyszał o nim wiele dobrego. O tym, że mężczyzna był również bohaterem – dowiedział się dopiero pozbawiając Sumnera życia na jego własne życzenie. Ziemia jednak pozostawała na razie bezpieczna i to było najważniejsze.
- Doktor Weir – zaczął Bates i John zacisnął mocno zęby.
- Nie teraz – powiedziała Elizabeth i machnęła w stronę mężczyzny ręką, jakby odganiała natrętną muchę.
Wpatrywała się przez szybę na trójkę niecodziennych przybyszów, jakby próbowała zebrać myśli.
- Co o tym myślisz, majorze? – spytała w końcu. – Co tam widziałeś? Znam Rodneya na tyle długo, aby wiedzieć, że ma skłonności do dramatyzmu, ale… - urwała.
On nie miał żadnych wątpliwości.
- Ewakuowali ludność, gdy pojawiły się Widma i dlatego ich pojmano, więc faktycznie przemieszczają się z planety na planetę. Pewnie robią to w małych oddziałach, aby zmniejszyć straty w razie schwytania, ale coś mówi mi, że McKay ma jeszcze schowanego asa w rękawie. Nie wierzę, że dwóch Ziemian wybrałoby się z atozjańskim przywódcą, aby ewakuować jakiś cywilów – odparł wzruszając ramionami. – Mijaliśmy palącą się wioskę, więc Widma nie zostawiają po sobie za wiele. Mogę sobie tylko wyobrazić ile trudu zajmowało im odbudowywanie swojego życia za każdym razem. Widziałem coś podobnego w Afganistanie – przyznał głucho.
Elizabeth wydawała się rozważać jego słowa. Nie pracował z nią do tej pory, ale wyglądała na rozsądną. Sam dostał się tutaj z przypadku i sądził, że jego głównym zadaniem będzie uruchamianie wszystkiego dla Zelenki i jego zespołu naukowców. Jednak już pierwszego dnia został zmuszony do wzięcia udziału w misji. McKay miał rację – to była głupota. Czuł to od samego początku, ale nie powiedział ani słowa, bo Sumner już uważał go za buntownika z wyboru. Kogoś, kto nigdy nie podąża za rozkazami. Kiedy on nie cierpiał tylko tych głupich. W bazie przynajmniej z dowodzących pozostał Bates, który nominalnie był zastępcą pułkownika.
John obrócił się akurat w chwili, w której Radek podszedł do McKaya z tak szerokim uśmiechem na twarzy, jakby to był najpiękniejszy dzień w życiu Czecha. Nie słyszał o czym rozmawiali, ale Zelenka wdawał się w dłuższe wyjaśnienia po każdym krótszym zdaniu, które McKay wypowiadał. Jeśli doktor zapoznawał się z miastem, nie marnował czasu.
Teyla rozglądała się wokół ostrożnie, ale z pewną dozą ciekawości. Sama podróż przez wrota jej nie zaskoczyła tak mocno jak ściany, w których wylądowała. Widział niepewność w jej oczach na widok obcej broni, jednak coś mu również mówiło, że obu marines w obstawie nie powstrzymałoby tej kobiety.
- Musimy zabezpieczyć Atlantydę – powiedział w końcu Bates, gdy cisza w sali konferencyjnej przedłużała się. – Jako dowodzący…
- Nie – weszła mu w słowo Elizabeth. – Nie jest pan dowodzącym, sierżancie. Najwyższy stopniem jest major Sheppard i on też zajmie się ochroną ekspedycji – powiedziała spokojnie kobieta, spoglądając na niego wyczekująco.
- Został tutaj przydzielony ze względu na gen i jest częścią naukowego kontyngentu – przypomniał jej Bates.
Elizabeth nie mrugnęła nawet okiem.
- Nie widzę na nim fartucha, ale żołnierski mundur. I to ja dowodzę misją, sierżancie. Czy ma pan z tym problem? – spytała wprost Weir.
Coś dziwnego było w jej głosie, jakby kobieta próbowała powiedzieć Batesowi przez swoją decyzję coś więcej. 'Ja tutaj rządzę i musisz się z tym pogodzić lub odejść'. Sierżant spiął się wyraźnie, ale skinął głową i spojrzał na niego z wyraźną niechęcią.
- Majorze – powiedział Bates.
- Proszę zebrać oficerów w kantynie. Chcę porozmawiać z nimi po odprawie. Na razie zawieszamy wszystkie poza planetarne podróże. Wrota pozostaną nieużywane dopóki doktor McKay nie wyjaśni nam dokładnie jaka jest sytuacja – oznajmił mu.
- Myślałem, że sytuacja jest dostatecznie klarowna. Widma są potworami, a ta galaktyka wydała im wojnę – prychnął Bates, jakby nie wierzył, że grupka uzbrojonych być może tylko w dzidy wojowników jest w stanie stawić czynny opór.
John miał przewagę. Widział Teylę w akcji. Kobieta walcząc wręcz potrafiła więcej niż ci wyszkoleni marines.
- Pytanie jak wielu jest uchodźców – wtrąciła Elizabeth i Sheppard pokiwał głową.
Dokładnie to go zastanawiało. Jeśli Atlantyda była w stanie dostatecznie dobrą ochronę zapewnić im, dlaczego nie mogli uratować wielu istnień więcej. Ekspedycja liczyła niecałą setkę ludzi. Niedostatecznie wielu, aby stawić czynny opór siłom Widm, ale to był dobry początek. Z technologią Starożytnych mieli o wiele większe szansę na wyrównaną walkę. A Galaktyka Pegaza mogła im dostarczyć dostatecznych sił, aby utrzymać się na planecie tak długo, aż uda im się nawiązać kontakt z Ziemią. Należało SGC powiadomić o czyhającym niebezpieczeństwie.
- Chyba nie chcecie przyjmować tutaj każdego, kto zapuka do drzwi? – oburzył się Bates.
- Każdego nie, ale musimy handlować. Mamy zapasów na parę miesięcy, ale co dalej. Jeśli nie uda się otworzyć tunelu na tyle długo, aby wysłać wiadomość na Ziemię, jak uzupełnimy zapasy? Musimy zatem handlować albo znaleźć ląd, gdzie obsadzimy pola. To jest bez sensu, jeśli istnieją w tej galaktyce ludy chętne do tego, aby wymienić się za broń czy leki – wyjaśniła Elizabeth. – Potrzebujemy sojuszników w walce z Widmami, a jak inaczej ich zdobędziemy, jeśli nie pomagając im w tym trudzie, który już podjęli.
- Plan McKaya jest szalony. Jaką mamy w ogóle pewność, że jest tym, za kogo się podaje? – spytał Bates.
Elizabeth uśmiechnęła się lekko.
- Pracowałam z Rodneyem na Ziemi. Może pan być pewien, że jest nie do podrobienia – odparła Weir.
- A jego historia jest zbyt szalona, żeby była zmyślona. Kłamstwa przeważnie są proste i wiarygodne – dodał Sheppard nie mogąc się powstrzymać.

ooo

Zelenka nie był skończonym idiotą. Oczywiście miał wiele wad i jego wiedza posiadała luki, które nie powinny mieć miejsca, ale poza tym – wydawał się nauczalny. A przynajmniej nie kwestionował tego, że Rodney wiedział lepiej. Carson wydawał się nieludzko zmęczony, ale Beckett prawie nie sypiał od tygodnia, odkąd pojawiła się na jednej z planet ta nieprzyjemna epidemia grypy. Coś, co wyśmialiby na Ziemi, stało się poważnym problemem. Chorych należało wyizolować i przez to stanowili łatwy cel. Nie mogli ich też zostać bez opieki, więc podróżowali tam i z powrotem przez wrota. A Rodney naprawdę nie miał czasu bawić się w pielęgniarkę.
- Miasto jest zasilane… - ciągnął dalej Zelenka, ale Rodney go już nie słuchał.
Widział jak ściągnęły się brwi Elizabeth, gdy Bates otworzył usta. Sheppard siedział niewzruszony na swoim krześle i gdyby nie fakt, że jego ramiona się napięły, nie zauważyłby w ogóle zmiany zachowania majora. Wydawał się odprężony. Przeważnie ludzie tego pokroju irytowali go. Śmierci należało się bać, a niepotrzebny heroizm naprawdę na dłuższą metę nie miewał sensu. Jednak w pewności siebie Shepparda było coś kojącego. Mężczyzna zabrał ich z sobą kierując się w zasadzie tylko własnym instynktem. Nie miał prawa podejmować takiej decyzji i może narażać całej ekspedycji. Nie znał ich. Nie znał jego w odróżnieniu od Elizabeth, która teraz spoglądała na niego zza szyby.
- Nie możemy zasilić niższych poziomów, ponieważ MPZ wyczerpał się podczas wynoszenia miasta na powierzchnię – ciągnął dalej Zelenka.
- Pewnie przez tysiące lat nie były ładowane – odparł spokojnie, bo stwierdzanie oczywistości było tylko marnowaniem jego czasu.
- Wiesz czym jest moduł punktu zerowego? – spytał z niedowierzaniem Czech.
- Przypuszczam, że baterią, która korzysta z energii próżni – odparł Rodney. – Nie wspomniałem, że jestem geniuszem? Nie powinno cię dziwić, że jestem świadom istnienia podobnych zasobów energii.
- Ale pracowałeś przy generatorach naquadachowych, a MPZ odkryliśmy dopiero tutaj – powiedział Zelenka z niedowierzaniem i Rodney miał ochotę westchnąć.
- Zastanów się – warknął, czując zbliżającą się migrenę. – Jeśli coś się nazywa dosłownie moduł punktu zerowego, musi wykorzystywać punkt zerowy – powiedział z naciskiem i zdał sobie sprawę, że rumieniec na twarzy Czecha się pogłębia.
Nie pierwszy raz zastanawiał się co mówiono o nim na Ziemi. Zelenka najwyraźniej próbował mu zaimponować, ale Rodney nawet pozbawiony komputerów o technologii Starożytnych wiedział więcej. Nawet słaby gen Carsona potrafił uaktywnić na tyle dużo urządzeń, aby przeprowadzał pomniejsze eksperymenty. Nie miał nadal możliwości obliczać bardziej skomplikowanych rzeczy, ale te pomniejsze udawało się sprawdzać empirycznie. Nie raz i nie dwa wysadzili coś przez przypadek, ale to dawało im kolejne odpowiedzi. I kolejne pytania. Tymczasem Zelenka otoczony przez raj dla naukowców stanął w martwym punkcie i nie dostrzegał nawet tego, że miasto było w ruinie.
Te niższe piętra musiały zajmować laboratoria. Napotkali kilka podczas podróży. Zawsze znajdowały się tam urządzenia, za które na Ziemi zabiłby. Tutaj musiał je pozostawiać za sobą i jedynie zaznaczali te adresy w specjalnej księdze, którą Carson zawsze miał przy sobie z nadzieją, że kiedyś tam wrócą, gdy uda im się znaleźć planetę na tyle daleko, aby była poza zasięgiem Widm. Teraz mógłby zebrać całą tą wiedzę i przenieść tutaj, aby badać i odkrywać.
- Znowu to robisz – westchnął Carson.
- Co? – spytał Rodney.
- Masz taką minę, jakby ci ktoś podarował batonik z czekolady – odparł Beckett.
Nie mógł się nie roześmiać, ale zamilkł natychmiast, gdy Zelenka wyciągnął z kieszeni znajomo wyglądające opakowanie. Rodney wpatrywał się w tabliczkę czekolady wyciągniętą w jego kierunku.
- Poważnie? – spytał, zastanawiając się czy nie ma przewidzeń. – Radek, czuję, że zostaniemy świetnymi kolegami – powiedział zabierając słodycze bez wahania.
Połamał czekoladę na nierówne części i odwrócił się w stronę Teyli z lekkim uśmiechem na ustach.
- Pamiętasz co mówiłem o słodyczach? – spytał.
- Że kobiety nie mogą się im oprzeć? – zaryzykowała Atozjanka i zabrała kawałek, ostrożnie wkładając go do ust.
Wyraz jej zaskoczenia wart był wszystkiego.