- Rozumiem, że już zdecydowaliście – powiedział McKay wchodząc z powrotem do sali konferencyjnej.
Sheppardowi nie umknęło, że mężczyzna spojrzał z niechęcią na stojącego Batesa. Sierżant wywoływał nieprzyjemne emocje nie tylko u niego zatem. Elizabeth uśmiechnęła się lekko i John nie mógł nie zastanawiać się jak to było odkryć, że jeden z twoich kolegów został uprowadzony do obcej galaktyki. Jeśli McKay był aż tak dobry jak mówiła, potrzebowali go. Zelenka potrafił działać cuda, ale miasto nadal nie zostało przeszukane i nie wiedzieli nic na temat tej technologii. McKay natomiast należał chyba do ludzi, którzy nie dawali za wygraną – to przynajmniej udowodnił uwalniając ich ze statku Widm.
- Byłbym wdzięczny, gdyby mnie nie pilnowało dwóch marines. Wiesz, że nie lubię wojskowych – dodał McKay.
Bates skrzywił się wyraźnie.
- Środki bezpieczeństwa, zapewne rozumiesz – odparła Elizabeth.
- Te same środki bezpieczeństwa pozwoliły Anubisowi na uprowadzenie mnie – prychnął McKay. – Do rzeczy jednak. Nie zamierzam spędzić całego dnia na pustych rozmowach, z których nic nie wynika.
Facet był dupkiem, ale John musiał przyznać, że ta odprawa trwała zbyt długo.
- Mamy laboratoria do obejrzenia… Urządzenia do uruchomienia – rozmarzył się McKay.
- Skąd pomysł, że w ogóle pozwolimy wam zostać w mieście? – warknął Bates i tak, John oficjalnie nie cierpiał faceta.
- Sierżancie! – powiedziała Elizabeth podniesionym tonem, ale została zignorowana.
John też osobiście ważał, że ich moralnym obowiązkiem jest przyjąć każdego Ziemianina do siebie. Zostawienie swoich na tyłach nie grało roli. I nawet nie chodziło o to, że Rodney mógł wpaść w ręce Widm i zdradzić adres Ziemi. Mężczyzna pomimo całego swojego niepozornego wyglądu, na pewno nie skazałby miliardów na zagładę. Sheppard był dziwnie o tym przeświadczony.
Rodney uśmiechnął się lekko.
- On żartuje, prawda? – spytał rozbawiony McKay. – Zresztą nie odpowiadaj – rzucił, gdy Elizabeth otwierała już usta, zapewne po to, aby go uspokoić, że Bates nie jest tutaj osobą decyzyjną. – Wasze moduły punktu zerowego są wyczerpane – poinformował sierżanta mężczyzna.
Bates skrzywił się, zapewne nie mając pojęcia o czym mówił doktor.
- Baterie, które utrzymują przy życiu całe miasto, są na wyczerpaniu. Bez nich Atlantyda przestanie utrzymywać się na powierzchni. Radek wspominał o tym, że wynurzyliście miasto i bardzo dobrze, bo przynajmniej kupiliście sobie tygodnie życia – ciągnął dalej McKay.
John słyszał jak Zelenka szeptał z Elizabeth, że sytuacja nie była całkiem dobra. Odcięli kilka poziomów, a on sam został poproszony o przeprowadzenie analiz. Radek był dobrej myśli – sądził, że znajdą MPZty na jednej z planet, ale dopiero zaczęli misje, a to mogło potrwać miesiące.
- I ty potrafisz je naprawić? – spytał Bates z niedowierzaniem.
Kontyngent naukowy był wypełniony najgenialniejszymi z najgenialniejszych, dlatego misja była międzynarodowa. I John też nie bardzo chciał wierzyć, że ten arogancki Kanadyjczyk wie więcej niż ich inżynierowie.
- Naprawić? Zwariowałeś? Wyczerpany MPZ może służyć co najwyżej za lampę – prychnął Rodney. – Tak się składa, że wiem, gdzie znajdują się MPZty, więc tak, jesteśmy wam z Carsonem konieczni – ciągnął dalej, spoglądając Elizabeth wymownie. – Nie chcemy niczego innego prócz współpracy. Jesteście jedyną szansą tej galaktyki. Bez technologii oni wyginą. A jeśli nie pokonamy Widm tutaj, może dotrą na Ziemię za tysiące lat, a może w ciągu tygodnia. Na pewno jednak tam rozpęta się piekło – poinformował Weir.
- Rodney – powiedziała delikatnie. – Jeszcze dzisiaj zostaną wam przygotowane kwatery. Jesteście częścią naszej ekspedycji i nie gra roli czy dostaliście się tutaj na statku czy przez wrota – dodała.
McKay uniósł podbródek i polizał swoje usta. Na jego czole pojawiła się zmarszczka, gdy spojrzał na Teylę. I John pojął w lot, że kobieta musiała być ważna.
- Teyla oczywiście zostanie z nami, jeśli będzie chciała. Kiedy tylko doprowadzimy miasto do porządku i odblokujemy wszystkie poziomy, każdy kto będzie potrzebował pomocy, znajdzie ją – ciągnęła dalej Elizabeth. – Chcemy wiedzieć jak będziemy mogli wam pomóc – zakończyła.
Carson wydawał się nareszcie rozluźniony i chociaż Rodney zapewne sądził, że poprowadził tę grę wyśmienicie – Sheppard nie mógł się doczekać ich pierwszych pokerowych potyczek. Uwielbiał wygrywać, a twarz doktora była dla niego jak otwarta księga. Widział na niej strach i niepewność, którą mężczyzna próbował maskować brawurą. Przeżyli do tej pory, ale swoi to zawsze jednak swoi.
- Och, nasze dziewczyny – powiedział nagle Beckett i pobladł lekko.
McKay nagle ponownie był zaaferowany.
- Będziemy potrzebowali dodatkowych pokoi – rzucił mężczyzna i Sheppard miał ochotę zażartować, że oczywiście musieli sobie przygruchać kogoś w międzyczasie.
Nawet Elizabeth miała na twarzy lekki uśmiech pełen zrozumienia.
- Myślisz, że zmieszczą się w czterech? – spytał McKay Carsona.
- Nie lubią spać same. Gdyby były dwa większe pomieszczenia, nawet jeśli poupychamy łóżka, czułyby się lepiej – dodał Beckett i John poczuł, że jego usta lekko się rozchylają.
- O czym wymówicie? Rodney, nie mogę zgodzić się na to, abyś przyprowadził tutaj cały harem – wyszeptała Elizabeth ewidentnie przerażona wizją, która pojawiła się w jej umyśle.
John nie spodziewał się, że McKay ma to w sobie, ale najwyraźniej się jednak pomylił. Tyle, że doktor spojrzał na Weir z wyraźnym obrzydzeniem.
- Czy ty się nawąchałaś kwiatów goi-goi? – spytał głosem pełnym grozy. – Harem?!
- Mówiłem ci, że to wcale nie jest zabawne, że nazywasz je naszymi dziewczynami – wtrącił Carson. – Rozumie to pani źle, doktor Weir. Rodney doszedł do wniosku, że potrzebujemy rozsiać wiedzę po kolejnych planetach, więc zrobił testy na inteligencje, a wybrane dziewczęta są naszymi wychowankami. Uczymy je podstaw matematyki, fizyki, biologii i medycyny – wyjaśnił Beckett. – Rada wie jak ważne jest to, aby wiedza zostawała przekazana dalej, więc są specjalnie chronione i wraz z nimi byliśmy do tej pory przenoszeni z planety na planetę. Ułatwiłoby nam niezwykle życie, gdyby tutaj zamieszkały – dodał Carson.
Sheppard miał ochotę się roześmiać, gdy Elizabeth westchnęła z ulgą.
- Nasze dziewczęta to nasze wychowanki – sarknął Rodney. – Seks to jest ostatnia rzecz, która przyszłaby mi do głowy w tej cholernej galaktyce. I one mają po ile? Czternaście lat?! – spytał podniesionym tonem.
- Patrzysz na nie jak na swoje dzieci, kolego. Iria ma w tym roku osiemnaście. To już pięć lat. Kiedyś uciekną spod twoich skrzydeł – powiedział Carson i poklepał Rodneya po ramieniu.
McKay popatrzył na niego zniesmaczony.
- Po moim trupie. Po cholerę miałaby rodzić dzieci jakiemuś tłukowi, skoro jej umysł jest w stanie osiągnąć tak wiele? – spytał urażony doktor.
I Sheppard uznał, że kwestia seksualnych związków między McKayem, a którąkolwiek z jego wychowanek została rozwiązania.
- Będą też musiały opuścić planetę, aby nauczać – dodała delikatnie Teyla.
- Nie w tych trudnych czasach – westchnął Rodney.
- Wioski chroniłyby je za cenę własnego życia – powiedziała delikatnie Teyla i to nie mogła być pierwsza taka rozmowa, którą przechodzili.
- Ile jest tych dziewcząt, Rodney? – przerwała im Elizabeth.
McKay westchnął.
- Czternaście – przyznał w końcu mężczyzna ciężko. – Mamy czternaście uczennic i nie mogę się doczekać aż pokażę im komputer. Do tej pory liczyły wszystko ręcznie – dodał, uśmiechając się nawet lekko.

ooo

Rodney czuł się nieswojo, gdy Teyla znikła w towarzystwie kilku marines. Niewielki oddział miał pomóc dziewczętom spakować się i zabrać swoje rzeczy z wioski, w której mieszkali do niedawna. Teyla miała całkiem dobre argumenty, gdy przekonywała go, iż nie powinien na razie opuszczać miasta. Zelenka na wieść o modułach punktu zerowego nie odstępował go o krok i dobrze, bo Carson poszedł zaznajomić się z miejscowym konowałem, zapewne spodziewając się, że znajdą wspólny język.
Sheppard kręcił się wciąż nieopodal, przyglądając mu się z zaciekawieniem i Rodney starał się go ignorować. Nowy wojskowy dowódca – tak o nim mówili. Jedyne co Rodney o nim wiedział, to to, że mężczyzna zrobi to, co będzie do niego należało. Zauważył to już na statku Widm, gdy wraz z Teylą wrócili po Sumnera. Rodney go osobiście nie znał, ale mu współczuł. Wiedział, że ból, który odczuwa się, gdy Widmo cię pożera – jest nie do opisania.
Wrota otwarły się ponownie i zamarł, gdy otoczyła go grupka znajomych twarzy. Dziewczęta próbowały się do niego dostać jedna przez drugą, więc wyciągnął dłonie do tych, które stały najdalej.
- Spokojnie, spokojnie – powiedział gderliwie, wiedząc, że nie odbiorą tego negatywnie.
Pracowali razem na tyle długo, aby wiedziały, że nie przepadał za okazywaniem uczuć i jeśli to robiły, musiały się liczyć z taką reakcją.
- Odrobiłyście zadania? Iria sprawdziła obliczenia? – spytał pospiesznie, chcąc czymś je zająć, bo grupa marines spoglądała na niego z uśmieszkami na twarzy. – W ogóle gdzie jest Iria? – zainteresował się, nie dostrzegając swojej ulubionej uczennicy pośród nie tak małego tłumu.
- Pakuje pana rzeczy, doktorze – odparła najmniejsza z nich, która dopiero niedawno dołączyła do grupy.
- Ach, bardzo dobrze – ucieszył się.
Kolejni żołnierze pojawiali się z pakunkami, które zapewne były pełne wyposażenia ich naprędce przygotowanych laboratoriów. Radek z zaskoczeniem przyglądał się cyrklom oraz ekierkom. Rodneyowi zaledwie dobę wśród Atozjan zajęło zrozumienie dlaczego nigdy nie zbudowali niczego trwalszego niż zwykła chata. Kątomierze w liczbie przerażającej zaczęli produkować z Carsonem z nudów. Nauczyli lud Teyli jak się posługiwać tymi przyrządami i jakie plusy dawało zrozumienie, że ściany domów muszą być proste. Wszystko na nic – Widma plądrowały i niszczyły, więc nic się nie zachowało, ale jednak mieli cenną lekcję.
W zasadzie tak zaczęli ich małą szkołę od małej dziewczynki, którą zaatakowało Widmo, pozostawiając na niej kilka nieprzyjemnych blizn. Iria pojawiła się wraz z Teylą, tuląc do piersi jeden z ich największych skarbów.
- Doktorze! – krzyknęła szczęśliwa, a jej niebieskie oczy rozjaśniły się odrobinę.
Moduł punktu zerowego zapakowany w belę materiału został mu przekazany niezwłocznie.
- Iria, ufam, że prowadziłaś zajęcia pod moją nieobecność – odparł.
Wyprostowała się lekko z dumą.
- Kimi czyta coraz lepiej – pochwaliła się dziewczyna, a potem ciekawie rozejrzała po pomieszczeniu. – Czy to jedno z laboratoriów? – spytała ciekawie, więc objął ją ramieniem delikatnie.
- Nie, to całe miasto – wyjaśnił jej, wiedząc, że tylko ona zrozumie jego fascynację.

ooo

Sheppard nie był przygotowany na dziewczęta w różnym wieku biegające po korytarzach miasta. Musiał przyznać, że kolejna rozmowa jaka czeka go z marines, będzie dotyczyła ich zachowania w towarzystwie nastolatek. Zbyt wielu obracało się ciekawie przyglądając dość skąpo ubranym dziewczętom, które McKay nazywał swoimi uczennicami. I jeśli Sheppard rozumiał poprawnie – były poza zasięgiem każdego, kto miał penisa i był w stanie je zapłodnić.
Ta galaktyka nie miała bardzo różnych praw od ich własnych. Gdyby miał córkę i jakiś dupek się do niej zalecał, zapewne próbowałby mu skopać tyłek. McKay był w trochę gorszej sytuacji, bo miał ich zdaje się czternaście, a dupkami byli dobrze wyszkoleni marines, ale coś mówiło mu, że doktor potrafiłby się zemścić, gdyby chciał. Szybko zresztą opanował laboratorium i to Radek przed nim zdawał raporty, jakby to było całkiem logiczne.
John spędził w fotelu kolejnych kilka godzin, ale czuł po prostu, że miasto jest szczęśliwe. Może obecność dzieci podniosła je tak na duchu albo nowy MPZ podłączony jeszcze tego samego dnia przez McKaya. Nowe poziomy zaczęli odblokowywać ostrożnie. Rodney chciał wejść wszędzie jako pierwszy i tłumaczył to faktem, że jako jedyny cholerny geniusz w tej galaktyce ma największe do tego prawa. Reszta i tak zmarnuje czas, gdy będą próbowali rozgryźć do czego służą kolejne urządzenia. I tak John słyszał przez cały dzień jedno i to samo.
- Dotknij tego – mówił Rodney, a potem przechodził do rozświetlonego panelu.
Dziewczyna o bladej twarzy, którą przecinała nieprzyjemna blizna, towarzyszyła mu wszędzie. Iria – ta najbardziej ukochana. Widział jak inteligentna jest nastolatka. Może nawet inteligentniejsza od Rodneya, ale pozbawiona odpowiedniej edukacji stała się zaledwie pomocnicą geniusza. McKay nie musiał jej niczego tłumaczyć dwa razy. Czasem nie musiał jej nic mówić. Wiedziała jak działał komputer na zasadzie logicznego następstwa rzeczy i John zaczynał ją lubić. Podobnie on podchodził do urządzeń Starożytnych. Skoro miało uchwyt należało za niego trzymać – filozofia nie była naprawdę wielka.
- Nie sądzisz, że powinniśmy na dzisiaj skończyć? – spytał w końcu, bo Iria, chociaż nie powiedziała ani słowa, wyglądała na zmęczoną.
- Przejrzyjmy do końca to laboratorium i jesteś wolny – powiedział Rodney, nie patrząc nawet w jego stronę.
Zelenka radośnie przeprowadzał właśnie pierwsze pełne symulacje poboru mocy. Centrum Dowodzenia znajdowało się kilka poziomów nad nimi, ale to pomieszczenie miało według naukowców podobne znaczenie. Stanowiło bazę awaryjną na wypadek zajęcia miasta przez wroga.
- Raczej wolałbym wiedzieć, że wszyscy będziecie za dwadzieścia minut w łóżkach. Jutro też jest dzień – spróbował John i McKay w końcu oderwał się od swojego panelu, patrząc na niego jak na idiotę.
- Wiesz, że przeszukanie i sprawdzenie całego miasta zajmie nam dobre sto lat? Jesteś jedyną osobą z genem i musisz być obecny – poinformował go Rodney.
- Jestem też dowódcą. Nie mogę całych dni spędzać w laboratorium. Mam oddziały marines do oddelegowania, raporty do wypełnienia i nie wspomnę o remanencie – odparł Sheppard, nie mogąc się powstrzymać.
McKay przez dwanaście godzin nie zdążył się nawet przebrać w ich normalne ubrania. Mieli kilka zapasowych mundurów, które leżały na mężczyźnie nie najgorzej. Jeden z Kanadyjskich botaników nawet pożyczył mu swoją bluzę z flagą państwa, aby Rodney czuł się oficjalnie jak w domu. McKay jednak nie dotarł nawet do swoich prywatnych kwater.
- Major Sheppard ma rację – powiedziała ostrożnie Iria.
- Oczywiście, że bierzesz jego stronę – sarknął Rodney, ale dziewczyna się tylko uśmiechnęła, odsuwając się od panelu komputera. – Dobra. Spotkamy się jutro – westchnął w końcu McKay. – Ktoś będzie musiał wstać za kilka godzin i sprawdzić symulacje.
- Powiem Grodinowi – rzucił Radek.
- Sil'a z chęcią mu potowarzyszy – dodała Iria.