Dziewczęta okazały się niezwykle pomocne, nawet jeśli tylko temperowały Rodneya. McKay miał tendencje do krzyczenia na naukowców, którzy w naturalny sposób zaczęli mu podlegać. Sheppard nie był nawet pewien czy porywczy Kanadyjczyk nie miał racji. Nawet najmłodsze z dziewcząt potrafiły przeprowadzić obliczenia bez użycia komputerów. Drogi sprzęt, który przywieźli z Ziemi, wcale natomiast nie zwiększał możliwości ich tak zwanych geniuszów.
Zelenka jako jedyny wydawał się na tyle kompetentny, ale przecież nie bez powodu stał się szefem całej grupy mózgowców. Z tym, że przed Rodneyem musiał ustąpić i teraz obaj starali się jakoś zarządzać. A raczej 'nadrabiać czas, który straciła ta banda nieudaczników' jak nazywał to McKay. Sheppard pojęcia nie miał jak z nim wytrzymywali, ale w zasadzie, skoro przez kilka dni nie udało im się zrozumieć, że MPZty były konieczne miastu do przeżycia, znaczy że coś było nie tak.
Nawet on wiedział, że nic nie działało bez zasilania.
Iria poruszała się jak duch, bez słowa i zbędnych dźwięków. Jej dłonie drżały z ekscytacji, ilekroć mogła dotknąć panelów, które rozświetlały się pod jej palcami. Przyjmowała informacje z taką prędkością, że nikt nie kwestionował jej miejsca wśród naukowej części ekspedycji, chociaż nie przybyła z Ziemi.
W zasadzie nie spodziewał się, że już po dobie Rodney wpasuje się tak w wojskowy dryl, że stawi się na śniadaniu wraz ze swoimi uczennicami, tylko po to, aby porozdzielać im zadania. Sheppardowi nie umknęło, że część dziewcząt została oddelegowana do Carsona, aby pomóc mu przy porządkowaniu zielnika. Widział jak jego ludzie obserwują to z pewną wątpliwością. Nie mieli kobiecych ubrań, więc chociaż McKay i Beckett nosili mundury, dziewczęta zostały w swoich stronach narodowych. Co prawda pewnie z woli Rodneya przypominały one bardziej tuniki niż opięta i wiele odsłaniająca szata Teyli, ale to nadal się wyróżniało na tle nowoczesnego miasta. Naturalne materiały nie pasowały tutaj jak tylko mogły.
Sheppard spojrzał na Elizabeth, która siedziała jak zawsze u szczytu stołu. Bates nie był zadowolony, że znowu spotykają się w tym samym towarzystwie co prawie dobę wcześniej. Jednak John nie uważał, aby to się miało szybko zmienić.
- Rada chciałaby się spotkać – zaczęła Teyla.
- Z przyjemnością ugościmy ich tutaj – odparła Elizabeth, ale Atozjanka zacisnęła usta w wąską kreskę.
- Wiedziałem, że coś nie gra, gdy wczoraj nie przyszłaś porozmawiać – prychnął Rodney.
Teyla wydawała się naprawdę przestraszona.
- To Kolya, prawda? – spytał McKay.
- Kto to jest? – spytała niepewnie Elizabeth.
Rodney skrzywił się lekko.
- Jedyny lud, któremu udało się rozwinąć technologię, ukrywał ją pod powierzchnią planety. Widma nie widziały więc, że się rozwijali. Genii – powiedział krótko Rodney. – Przyjęliśmy ich w poczet Rady i planowaliśmy współpracę.
- Dałeś im bombę atomową – wtrącił Carson.
- Co zrobiłeś? – spytała z niedowierzaniem Elizabeth.
Sheppard nie wiedział co o tym myśleć.
- Byli na etapie prób i skazili całą planetę – odparł Rodney. – Poza tym wtedy sądziliśmy, że są rozsądni. Kolya jednak chciał, aby Widma skupiły się na tych bardziej prymitywnych planetach, aby oni mogli się rozwijać. Chciał sobie kupić czas, ale Rada zadecydowała inaczej i wcale im się nie dziwię, bo to ich Kolya chciał wysłać na rzeź – wyjaśnił McKay.
- Komandor Kolya nie jest zbyt przyjemnym człowiekiem, ale jak każdy z nas walczy o przeżycie – odparła Teyla.
- Nie musisz wszystkich tłumaczyć – wtrącił szybko Rodney.
- Nie, ale wiem w jakiej sytuacji został postawiony. Ja również jestem odpowiedzialna za mój lud. Jeśli istniałaby szansa na uratowanie ich, nie zawahałabym się – przyznała Teyla spokojnie.
- Nie skazałabyś nikogo na śmierć świadomie. I to was różni – powiedział Rodney z naciskiem. – Nigdy nie porównuj się do Kolyi – dodał ostrzej McKay.
- Rodney, co się stało? – spytała Elizabeth wprost.
McKay wziął głębszy wdech.
- Gdy Genii zorientowali się, że mam cała wiedzę, która im potrzebna, próbowali mnie porwać – przyznał cierpko Rodney. – Cała galaktyka chce albo mnie zabić, albo porwać. Cudowne miejsce – prychnął mężczyzna. – Co zabawniejsze, odbili mnie ci sami ludzie, których Kolya uważał za prymitywów. Potem chciał Carsona, gdy zorientował się, że Beckett jest w stanie uruchomić urządzenia Starożytnych. Facet jest wariatem. Nie można mu wytłumaczyć na czym polega wspólne dobro. I sądzę, że wiadomość o tym, że miasto zostało przejęte i uruchomione, dotarła i do nich.
Elizabeth otworzyła usta, ale Rodney uniósł dłoń do góry, powstrzymują ją.
- Mieli prawo wiedzieć gdzie zabieramy ich dzieci. Gdzie jest Teyla – podjął McKay. – Rada zapewne poinformowała wszystkich o wielkim szczęściu, ponieważ oznaczacie dla nich ratunek, którego wyczekiwali przez tysiące lat. Problem w tym, że Kolya zapewne chce technologii – dodał McKay i spojrzał na Teylę.
- Twierdzi, że miasto nie należy się tym, którzy dopiero tutaj przybyli – wyjaśniła Atozjanka. – Że obronią się sami, jeśli oddasz im technologię, którą tak chronisz. Powiedział, że nigdy nie chciałeś nam pomóc. Jedynie trzymasz Widma z dala od własnej galaktyki – dodała.
Rodney westchnął.
- Ależ to absurd – oburzyła się Elizabeth. – Podzielimy się z wami wszystkim co mamy i wiemy.
- Miasto jednak pozostaje pod dowództwem Ziemi, ponieważ w odróżnieniu od Genii to my pochodzimy od Starożytnych – powiedział Rodney.
- Nie ma na to dowodów – odparła Elizabeth, ale McKay spojrzał na nią, jakby czekał aż kobieta załapie.
- To proste – wtrącił Sheppard. – Te ludy wierzą i to jest fundamentem ich istnienia. Jeśli powiemy, że pochodzimy od twórców wrót, nie będą mieli podstaw nam nie wierzyć. Szczególnie, gdy potrafię uruchomić wszystko co stworzyli Starożytni.
- Ale to manipulacja – oburzyła się Elizabeth.
McKay przewrócił oczami, jakby nie spodziewał się innej reakcji z jej strony.
- Pani doktor, pozwolę przypomnieć, że to mój lud jest tym wierzącym – wtrąciła ostrożnie Teyla. – Rada wie, że nie jesteście potomkami bogów. Wiemy, że jesteście ludźmi, ale potrzebujemy wymówki – przyznała Atozjanka. – I przyznam, że ta jest najmniej problematyczna. Kiedyś stanie się jedynie opowieścią, o której zapomną ci, którzy będą żyli w wolnym świecie. Świecie bez Widm.
Elizabeth wydawała się nadal nieprzekonana. Sheppard nie wyobrażał sobie jej jako polityka na Ziemi i zaczął zastanawiać się jak poradzą sobie, jeśli Weir dalej pokaże równie sztywny kręgosłup moralny. Oczywiście nie przepadał za okłamywaniem ludzi, ale to naprawdę wyglądało niegroźnie. I Teyla się zgadzała, a jej zdanie tutaj było najbardziej wiążące. Odniósł wrażenie, że Atozjanka była swoistym łącznikiem z na razie bezimienną Radą.
- To albo wysadzamy ich planetę – powiedział Sheppard w końcu.
- Majorze! – krzyknęła Weir.
- Mają atomówkę – przypomniał jej, spoglądając na McKaya, który starał się skupić całą swoją uwagę na wyjątkowo równo opiłowanych paznokciach. – Nie mogę pozwolić, aby dysponujący taką technologią, stanowili zagrożenie dla miasta. Mają adres tutaj lub go zdobędą. Będziemy przyjmować ludzi i musimy mieć pewność, że nie będą stanowili szpiegów – ciągnął dalej. – Istnieje też opcja kompletnego odseparowania miasta – dodał.
Elizabeth skrzywiła się i spojrzała po kolei na wszystkie twarze.
- Zgadzam się z majorem – powiedział w końcu Bates, jakby kosztowało go to cały roczny żołd.
- Dobrze. Porozmawiam z Radą i wyjaśnię im, że pojawiliśmy się w tej galaktyce, ponieważ chcieliśmy zobaczyć kolebkę naszego życia – powiedziała Elizabeth, decydując się na mniejsze zło.
- Major Sheppard i ja naprawdę pochodzimy od Starożytnych – wtrącił Beckett. – Mamy ich gen. Wiesz jak są przekazywane – dodał i Weir ewidentnie ulżyło. – Pracuję nad tym, aby zsyntetyzować DNA. Jeśli kuracja się powiedzie, więcej osób będzie zdolna do obsługi urządzeń – poinformował ich.
- Jak wiele czasu ci potrzeba? – spytała Elizabeth wprost.
Carson wziął głębszy wdech.
- Nie wiem. To zależy od bardzo wielu czynników, jednak z DNA majora na pewno pójdzie mi szybciej niż z moim własnym – dodał Beckett i Sheppard zaczął mieć mocne przeczucie, że to oznacza dla niego zetknięcie z kolejnymi wielkimi strzykawkami.
*ooo**
Zelenka zdał mu raport i udało im się nareszcie utworzyć osłonę na wrotach w mieście. Rodneya początkowo zdziwiło, że ktokolwiek pozwolił na pozaplanetarną misję, gdy nie potrafili jeszcze obsługiwać tarcz. To tylko potwierdziło, że Sumner nie był aż tak dobrym przywódcą jak wszyscy próbowali mu wmówić. Sheppard natomiast miał coś takiego w sobie, co sprawiało, że Rodney czuł się bezpieczny. Przede wszystkim jak na wojskowego, major wydawał się zaskakująco sensownym człowiekiem. Wiedział kiedy działać i nie trzymał się aż tak regulaminu jak powinien. Rodney zastanawiał się kiedy będzie zmuszony do szantażu, aby otworzyć miasto dla Atozjan, ale okazało się to niekonieczne i bardzo dobrze. Nic tak nie zabijało zaufania jak ultimatum.
Carson zabrał co młodsze dziewczęta i zostawił je z pielęgniarkami, które pokazywały im jak używa się poszczególnych przyrządów. Mieli co prawda strzykawki oraz bandaże, ale kształtem nie przypominały tych ziemskich, a dziewczęta od tej pory miały pracować na właśnie takim sprzęcie. Rodney nie potrafił policzyć osób, które ratowali w każdym miesiącu. Planety, na których się ukrywali, traktowano jako oazy bezpieczeństwa i przenoszono tam rannych. Udzielał wykładów na temat teorii Pitagorasa, gdy Iria zszywała wraz z Carsonem cudzą nogę.
Nienawidził tych momentów.
Mundur gryzł go. Materiał był wygodny, ale w odróżnieniu od naturalnego, przylegał do całego ciała. Kurtka z flagą Kanady była w jego rozmiarze – czyli o jeden za duża – jak zauważył. Wiedział, że stracił na wadze po porwaniu przez Anubisa – więźniów w końcu nie karmiono zbyt dobrze – jednak nie spodziewał się, że to aż tak dużo.
Dziewczęta układały w laboratorium przedmioty, które znaleźli podczas badania niższych pięter. Marines Shepparda zajmowali się co większymi skrzyniami, ale Sil'a i tak przesuwała je, aby nie zajmowały zbyt wiele miejsca. Nie mieli zbyt wielkiej przestrzeni dostępnej dla siebie. Sprawdził ogromną salę, którą przeznaczono dla dziewcząt i naprawdę chciał podziękować Elizabeth. Sam dawno nie spał w wygodnym łóżku i chociaż Starożytni byli dość niscy – pierwszy raz nie zamierzał narzekać.
Iria zresztą wydawała się przeszczęśliwa, gdy pokazał jej, że każda z nich ma własną szafę i po raz pierwszy od pięciu lat naprawdę mogły się urządzić. Niemal od razu wywiesiła nad swoim łóżkiem pergaminy pokryte grubo jej drobnym pismem. Wszystko, co przekazał jej, gdy jeszcze nie było pozostałych. To stanowiło jej podręcznik i kiedy prowadziła sama zajęcia dla nowo przyjętych – zawsze pokazywała im ten kawałek pergaminu. To on zmienił oblicze tej galaktyki.
Co młodsze dziewczęta postanowiły spać razem. Rodney był zaskoczony, że kilku marines pomogło im zsunąć łózka w jedno. Niektórzy przynieśli im nawet jakieś kolorowe przedmioty, które zabrali z ziemi. Zwykle pamiątki z Nowego Jorku – jak kule śnieżne, ale jego podopieczne przyglądały się temu z oczarowaniem. W tej galaktyce trochę inaczej rozumiano rozrywkę.
Carson zajrzał do nich przed snem, ale Beckett zawsze radził sobie z nimi lepiej. Rodney nigdy nie był do końca pewien czy to on je wytresował czy było na odwrót.
Iria otworzyła panel i sugestywnie spojrzała na godzinę, która wyświetliła się na samym środku ekranu. Dziewczęta zapewne zebrały się na obiad, ale on miał jeszcze do przejrzenia dwie bazy danych oraz co ważniejsze chyba nawet – sprawdzenie jak wiele mocy zostało w prawie wyczerpanym MPZcie. Zamieniał podobne cacka na spore bomby. Liczba Rojów zmniejszała się w końcu nie tylko przez wojnę domową Widm.
- Wiem, wiem – pomarudził, wiedząc, że dziewczyna nie da za wygraną.
A jeśli nie zejdzie na obiad, ona przyniesie mu coś, co wygląda jej na najsmaczniejsze. To nie tak, że nie przechodzili tego wcześniej. Carson przez początkowe tygodnie w galaktyce martwił się o jego cukier, ale udało im się opanować kryzys. Nie zatruł się też niczym, co graniczyło wręcz z cudem. Paradoksalnie wszystkie alergeny zostały na Ziemi, a te nowe związki nie szkodziły mu najwyraźniej.
Za kilka godzin powinien poprowadzić wykład, ale jakoś nie potrafił oderwać się od pracy. Nie żartował, gdy mówił Sheppardowi, że zwiedzanie miasta mogło potrwać całe sto lat. Pomieszczenia musiały zostać uprzątnięte, a wszystko przejrzane. Poklasyfikowane. Gdzieś tutaj mogło ukrywać się kolejne alternatywne źródło mocy lub broń zdolna do pokonania Widm. I jeśli ktoś rozumiał powagę sytuacji to właśnie major.
- Miko, co wiesz na temat praw termodynamicznych? – spytał wprost Azjatki, która chyba właśnie zamierzała go porzucić w celu poszukiwania jedzenia.
Kobieta spojrzała na niego tak, jakby sądziła, iż żartuje. Lub ją obraża.
- To wiedza podstawowa, tak. Ale diablo rzadko używamy faktycznych brzmień – poinformował ją Rodney. – Potrafiłabyś to wyjaśnić dziewczętom, które nigdy nie widziały maszyny parowej? – spytał wprost.
- Pan doktor chce, abym je uczyła? – spytała z niedowierzaniem kobieta.
- Zastąpiła mnie ten jeden raz – uściślił.
Nie miał ochoty oddawać edukacji dziewcząt w niepowołane ręce. Zelenka jednak wydawał się mieć sporą wiedzę z zakresu astrofizyki. Grodin był inżynierem, więc jeśli ktoś miał więcej do powiedzenia na temat prądu niż Peter, musiałby być elektronem. Nie chciał rozdzielać swojej pracy, swojego projektu pomiędzy innych, ale Carson wtrącił, że wśród botaników była jakaś Katie, która zajęła się jego sadzonkami. Razem chcieli tworzyć leki, a Kimi zaprzyjaźniła się z nią od razu.
Miko z entuzjazmem podeszła do tego zastępstwa, odrobinę go zaskakując.
Iria spojrzała na niego z czymś, co wyglądało jak duma.
- To ja ciebie wychowuję, nie odwrotnie – sarknął i jeśli dziewczyna wychwyciła o co mu chodziło, pozostawiła to bez komentarza.
