Sheppard musiał przyznać, że był pod wrażeniem. McKay może i robił sporo hałasu, ale miasto zostało uruchomione w pełni w ciągu doby od przybycia naukowca. Korytarze świeciły jasno i wokół słyszał pomruk Atlantydy, która zapewne po raz pierwszy od tysięcy lat oddychała pełną piersią. Pozostali członkowie kontyngentu naukowego biegali jak w ukropie pracując nad konsolami, ale McKay zdawał się trzymać oko na wszystkim, co tylko mocniej go zaskakiwało. Jeszcze kilka chwil wcześniej zdał sobie sprawę, że japońskiego pochodzenia fizyczna zaczęła prowadzić pełnowymiarowe wykłady uczennicom Rodneya, podczas gdy on sam pochylał się nad jednym ze Skoczków.
Pożyczony mundur leżał zaskakująco dobrze na krępym mężczyźnie, chociaż John wiedział, że McKay poprosił o ubrania o rozmiar zbyt wielkie – jak każdy kto wraca do baza po dłuższym pobycie na wygnaniu. Nieświadom jeszcze tego jak fizycznie odcisnęło się na nim obce środowisko i nerwy. Jak na jajogłowego McKay trzymał się całkiem dobrze, chociaż John przypuszczał, że obaj z Carsonem mieli do wyboru przystosować się lub umrzeć. Ilu z nich się nie udało po opuszczeniu Syberii – przemilczeli, zapewne nie chcąc powracać do nieprzyjemnych wspomnień.
Psycholog wyprawy zjawiła się w jego gabinecie jeszcze tego samego ranka wymuszając na nim obietnicę rychłych odwiedzin. Pozostali, którzy wybrali się na misję i zostali porwani przez Widma mieli się u niej stawić jeszcze w tym tygodniu.
- Jaki idiota wylatuje i nie sprawdza nawet sprzęty – warknął McKay i Sheppard zdał sobie sprawę, że obsługuje przy pracy całkiem nieświadomego mężczyznę.
Przez moment kusiło go, aby poczekać aż Kanadyjczyk wejdzie od konsolę i dopiero odchrząknąć, ale wstrząśnienie mózgu nie było czymś, co McKay wybaczyłby mu zbyt szybko.
- Ja, kiedy mam uratować dowódcę – odparł zatem i Rodney upuścił śrubokręt, wpatrując się w niego z czystym szokiem, który szybko przerodził się w złość.
- Tego samego, który nie żyje? – spytał McKay, ale wiedział już do czego pije mężczyzna.
Zachowanie dziewcząt wokół Rodneya powiedziało mu więcej o Kanadyjczyku niż niejedne akta. Nie mieli dostępu do ziemskich baz danych, ale Elizabeth powiedziała mu tak wiele jak mogła. Tak wiele jak pamiętała. Nie był zaskoczony, że Zelenka nagle oddał bez słowa zarządzanie personelem naukowym. McKay był geniuszem, chociaż John nie przyznałby tego na głos przenigdy. Ego mężczyzny nie potrzebowało dokarmiania, a przynajmniej tak twierdziła Weir, która miała okazję współpracować z Rodneyem kilkukrotnie.
Nie dziwiło go więc, że McKay najpierw udoskonalał system komputerowy na Atlantydzie korzystając z technologii, którą dopiero co poznał, a potem rozsiadł się na podłodze Skoczka i z wprawą wytrawnego inżyniera regulował urządzenia, które błyszczały i świeciły.
- Co robisz z moim pojazdem? – spytał John spokojnie, ignorując cierpką uwagę, która pewnie miała trafić na podatny grunt.
- Teraz to twój pojazd? – prychnął Rodney. – Weź się zatem za polerowanie. W silniku utkwiły gałęzie. Gałęzie! Majorze! – warknął. – Przepaliłeś napęd, ale wymieniłem kryształy i sprawdzam czy jestem w stanie unowocześnić instalację. Wygląda jakby miała z pięć tysięcy lat…
- Dziesięć tysięcy lat – poprawił go John. – Starożytni zatopili miasto dziesięć tysięcy lat temu – dodał.
Rodney spoglądał na niego lekko zaskoczony.
- Dziesięć tysięcy lat – powtórzył McKay powoli, a potem potrząsnął głową. – Wiesz, że przegrali wojnę z Widmami? To oznaczałoby, że ta galaktyka jest plądrowana przez dziesięć tysięcy lat. Biorąc pod uwagę fakt, że Widma budzą się raz na trzy pokolenia to dawałoby…
- Czterdzieści wybudzeń – zakończył za niego pustym tonem.
Od chwili, gdy poznał Teylę i zobaczył w jakich warunkach byli przetrzymywani, nie mógł wyrzucić z głowy tego, co przeżywali ludzie w tej galaktyce. Krzyki Sumnera wciąż słyszał w uszach, ale minęła zaledwie doba od poznania McKaya i ucieczki. Dwa dni od chwili, gdy przybyli do miasta. Nie mógł uwierzyć, że ten czas tak szybko płynął.
- Opowiedz mi o tej galaktyce – poprosił cicho, rozsiadając się na fotelu pilota.
Zatoczka Skoczków była prawie pusta, co wcale go nie dziwiło. Zelenka miał inne priorytety jak uruchomienie urządzeń diagnostycznych miasta czy sprawdzenie czy aby na pewno nie przeciekają. Nie chcieli utonąć w oceanie, który mógł mieć tysiące kilometrów głębokości. Nie wiedzieli nawet jak wielka jest ta planeta.
- Nie wiem co chcesz wiedzieć – odparł Rodney, skupiając się ponownie na swoich kryształach, ale Sheppard widział jak spięły się jego ramiona.
Cienka koszulka była wszystkim, co go okrywało, a chroniąca przed chłodem bluza leżała odłożona na jednym z oparć. Przypomniał sobie ubranie, które McKay miał na sobie, gdy się spotkali. Przypominało szmaty chłopa z jakiegoś filmu o Średniowieczu i nie mógł nie zastanawiać się jak wielkim szokiem dla człowieka tak kochającego naukę musiało być życie w tak prymitywnym środowisku. Nie wyobrażał sobie McKaya noszącego wodę czy uganiającego się za żywnością.
- Ilu was porwano z Syberii? – spytał Sheppard.
Rodney zamarł, a potem gwałtownie odwrócił się w jego kierunku, wpatrując się w niego podejrzliwie.
- To jakaś terapia, majorze? – spytał McKay.
John uśmiechnął się krzywo.
- Heightmeyer była u mnie dzisiaj i pewnie będziesz musiał do niej wpaść z Beckettem – powiedział, starając się brzmieć lekko, ale Rodney tylko bardziej zmarszczył brwi.
- Nie chcę z nią rozmawiać. Nie mamy o czym rozmawiać – odparł McKay i John spodziewał się jakiegoś wyzwania w jego głosie, ale niczego takiego nie znalazł.
Skinął więc tylko głową.
- Ja nie jestem od terapii, jak mówiłem. Więc ilu was porwano? Elizabeth pewnie chciałaby wiedzieć – dodał, aby zabrzmiało to wiarygodnie i Rodney przytaknął niemrawo.
Przez chwilę w Skoczku panowała nieprzyjemna cisza aż McKay nie wznowił prac. Kolejny kryształ został przestawiony, a świecący kabel odpięty od konsoli.
- Pięcioro. Anubis porwał nas pięcioro – powiedział mężczyzna w chwili, gdy John sądził, że nie uzyska odpowiedzi.
Jego głos był dziwnie zduszony, ale dobrze słyszalny z tej odległości. I chociaż John nie widział jego twarzy, był pewien, że mięśnie McKaya są mocno spięte. Dłonie mężczyzny nie drżały, ale to o niczym nie świadczyło. Od wydarzeń ze statku Anubisa minęło pięć lat.
- Jestem pewien, że chodziło mu o mnie – ciągnął dalej McKay. – Carson miał zajmować się rannymi po torturach, aby przedłużyć im życie. Podobnie jak Jennifer. Pierwszego Anubis wykończył Coopera. Christian wyglądał na krzykacza i to miało nas zapewne utrzymać w ryzach. Minęło zaledwie cztery miesiące i Carson zamykał mu oczy – powiedział McKay. – Adam Sorokin trzymał się ponad rok. Ruscy są zatwardziali, zawsze to wiedziałem. Był drugim fizykiem. Zajmował się dylatacją czasu w wolnych chwilach. Jego praca spłonęła, ale kopie powinny być nadal w Rosyjskim Instytucie Naukowym. Muszę spytać Zelenki czy wydali je pośmiertnie – przyznał mężczyzna.
- Czego chciał Anubis? – spytał John, nie chcąc nawet pytać czy torturowano tych ludzi na oczach Rodneya.
Wydawało mu się to aż nazbyt oczywiste. Znał metody jakie stosowano, aby skłaniać ludzi do współpracy.
- Pytasz czego chciał? Czy pytasz czy mu to dałem, gdy zostałem mu tylko ja? – spytał ciekawie Rodney i spojrzał na niego nagle.
Jego inteligentne oczy wpatrywały się w Shepparda dłuższą chwilę, zanim McKay nie wrócił do szperania przy napędzie Skoczka. I John nie zdążył nawet sprecyzować o co chodzi.
- Chciał się dowiedzieć czy mamy nowy napęd naquadachowy. Czy mógłbym dla niego taki zbudować – odparł Rodney i wzruszył ramionami. – Zamiast tego wywiodłem go poza naszą galaktykę – dodał McKay. – Anubis okazał się Oświeconym, który nie przeszedł ostatniej próby czy jak oni to tam nazywają. Składał się z siły życiowej, którą wyssało Widmo, ale jednocześnie tak naprawdę nie żył, więc sam rozumiesz… Jeśli chcesz szczegółów… Carson zna się na tym lepiej niż ja. Nie badam bytów – przyznał mężczyzna lekko i spojrzał wymownie na trzymanie w dłoniach kable. – Elizabeth kazała ci mnie przepytać? – spytał całkiem szczerze i John zdał sobie sprawę, że to kolejna próba McKaya gry w otwarte karty.
Wątpił zresztą, żeby Rodney potrafił prowadzić inne rozmowy. Jego twarz była jak otwarta księga. Nawet teraz widział dziwny smutek, który Kanadyjczyk próbował ukryć – bezskutecznie. Jeśli ktokolwiek wiedział czego szukać – znajdował to bez trudu. A jednocześnie była w nim szorstkość i twardość, której John nie spodziewał się, gdy w oświetlonej sali konferencyjnej podczas odprawy. I to ciągłe zdziwienie, gdy ludzie dotykali McKaya, jakby nie spodziewał się tego, że ktokolwiek za nim tęsknił.
- Elizabeth jest zajęta Batesem – przyznał szczerze John. – Nie lubisz Batesa – stwierdził.
McKay uniósł brwi.
- Wnikliwa obserwacja, majorze – zakpił Rodney.
John uśmiechnął się wrednie.
- Chciałem być miły – powiedział tylko, ale Rodney potrząsnął głową.
- Chciałeś sprawdzić czy nie jestem świrem. Nie wiem tylko po co – odparł McKay, krzywiąc się nieznacznie. – Niezależnie od tego jak bardzo popaprani z Carsonem nie jesteśmy, potrzebujecie nas.
- Nikt tego nie kwestionuje. Nie musisz też na każdym kroku przypominać o tym jak konieczny nam jesteś – powiedział John, zwilżając językiem wargi. – Wiemy o tym.
Dostrzegał jak bardzo zdenerwowany na każdym kroku jest McKay. Jak bardzo chciał wszystko unowocześnić i dopiąć na ostatni guzik. Mężczyzna nie przebrał się dnia poprzedniego kierując się najpierw do pracy, jakby chciał udowodnić im, że jest im konieczny do przeżycia. Że ma jakąś wartość. John widział to wcześniej, gdy odbijali ludzi z Bagdadu. McKay i Beckett byli zakładnikami najpierw Anubisa, a teraz tej galaktyki i przypomniał sobie wyraźnie jak przerażony był Kanadyjczyk, gdy zdał sobie sprawę, że go nie szukano. Jakby część jego wiary we własne umiejętności i to jak był konieczny Ziemi, zostało obrócone w pył. I może McKay częściowo obawiał się, że kiedy przestaną czerpać z niego profity zostanie znowu sam w galaktyce, w której na niego polowano.
Rodney zacisnął usta w wąską kreskę i wrócił do naprawiania napędu. Panele w Skoczku zaświeciły się błękitnym światłem, które Sheppard doskonale znał. Tak uruchomił po raz pierwszy pojazd, ale on zrobił to intuicyjnie i miał gen .
- Potrafisz je włączyć? – wyrwało mu się i nie krył zdziwienia.
McKay uniósł brew i spojrzał na niego dziwnie zirytowany.
- Jestem geniuszem i potrzebujecie mnie. Powtarzam to, bo to fakt, a nie dlatego, że boję się, że znowu zostanę bez ochrony naszych dzielnych marines. Zapomina pan, majorze, że przeżyliśmy tutaj z Carsonem wiele lat zanim się pojawiliście. I wiem, że jeśli będę musiał, przeżyję na własną rękę – odparł Rodney i mierzyli się wzrokiem dłuższą chwilę.
John skinął po prostu głową, przyjmując to do wiadomości.

ooo

Elizabeth spoglądała na niego zamyślona, jakby zastanawiała się nad ty, co właściwie teraz powinna zrobić. Bates nie mrugnął nawet okiem, kiedy wystąpił z propozycją utworzenia zespołów wzorem SG1. Nie miał okazji zapoznać się z całym programem, ale z tego co opowiedział mu Ford, główna misja na Ziemi polegała na eksploracji kosmosu. Ich własne zadanie miałoby nie dotyczyć bezpośrednio zapoznawania się z tutejszymi ludami, odkąd Teyla wydawała się pozostawać w kontaktach ze wszystkimi, ale udzielaniem im doraźnej pomocy. Gdyby naukowcom udało się zabezpieczyć wrota, Atlantyda mogłaby się stać przystankiem przerzutowym podczas ataków Widm.
To była ryzykowna propozycja, ale nie mieli wyjścia. Ich zadaniem było znalezienie technologii zdolnej do przechylenia szali w walce z Ori, ale znaleźli wroga, z którym również musieli się zmierzyć, jeśli misja miała przetrwać. John nie chciał nawet wiedzieć co czekało ich galaktykę, gdyby Widma poznały adres Ziemi.
Zresztą w tej chwili nie mieli nawet kontaktu z macierzystą planetą i Elizabeth stanowiła kogoś w postaci gubernatora. Chyba zaczynało dochodzić do niej w jakiej sytuacji się znaleźli, bo na jej czole pojawiła się głęboka zmarszczka, którą zaczynał kojarzyć z podejmowanym i przez nią decyzjami, które miały zaważyć na życiu ich wszystkich.
- McKay rozszyfrowuje tutejszą bazę adresową – ciągnął dalej Sheppard. – Do tej pory nie natknął się na koordynaty, których Teyla nie znała. Wydawać by się mogło, że nawet Genii kiedyś mieli kontakty z Atlantydą, ale historia mieszkańców Galaktyki Pegaza nie została nigdy spisana. Jedyne co pozostawiały po sobie Widma to zgliszcza. Teyla wspominała o malowidłach na skałach, ale jedyne co przypomniała sobie to legendy i mieście ukrytym pod wodą. Oczywiście wpisywali to między bajki.
Elizabeth pokiwała głową i zaczęła palcami bębnić w blat swojego biurka. Zelenka uruchomił panele w pomieszczeniu, które zaadaptowała do swoich potrzeb, ale dopiero McKay nauczył ich wszystkich jak przerobić wtyczki Starożytnych, aby zasilanie miasta nie uszkadzało komputerów, które zostały tutaj przeniesione z Ziemi. Już jutro Carson zamierzał wybrać się do Atozjan, aby dostarczyć im potrzebne leki po atakach, których stali się celem. Mieli z ich planety przenieść kolejny MPZ, który mógłby zasilić kolejne partie miasta.
John czuł już teraz jak Atlantyda śpiewa. Wydawała się niemal żywa. Nie czuł się inny, gdy byli na Ziemi, ale teraz wiedział dlaczego gen czynił go wyjątkowym. Po przekroczeniu wrót poczuł się jak w domu – jak nigdy wcześniej. Zastanawiał się czy Carsona wypełnia podobna emocja, ale nie zauważył nic podobnego w doktorze. Może przebywał w galaktyce po prostu dłużej i zdążył się do tego przyzwyczaić.
- Dobrze majorze. Zbierze pan zespół. Proszę poinformować mnie rano o składzie… - zaczęła Elizabeth.
- W zasadzie… - wtrącił się z lekkim uśmiechem. – Teyla i McKay, ponieważ znają teren i ludzie im ufają. Oraz Ford. I ja oczywiście.
- I pan, oczywiście – powtórzyła po nim Elizabeth z krzywym uśmieszkiem, jakby nie spodziewała się niczego innego.