Rodney poprawiał paski swojego plecaka, niezdarnie starając się je zacieśnić. Nie był do końca pewien czy na spotkanie Rady powinien udać się ubrany po wojskowemu, ale musiał przyznać, że tęsknił za ziemskimi ubraniami. Źle zszyte spodnie, luźne koszule, brak bielizny – to nie było jego życie, chociaż rozumiał dlaczego Carson za tym tęsknił. Ubrania tubylców dawały większą swobodę ruchów. Nie czuł się również tak spętany.
Sheppard podszedł do niego bez słowa i złapał go za nadgarstek, odsuwając jego dłoń od zapinek. Oczy majora ani razu nie opuściły pasków plecaka, gdy mężczyzna pomagał mu dostosować długość do jego ramion, Rodney jednak i tak czuł się dziwnie wyeksponowany, gdy druga osoba przebywała tak blisko niego. Ciepły oddech majora połaskotał nawet jego policzek.
Iria miała w zwyczaju przytulanie go, ale oboje nie przepadali za kontaktem fizycznym. Najwyraźniej Sheppard nie miał pojęcia o przestrzeni prywatnej albo po prostu nie obchodziło go, że ją narusza.
Elizabeth spojrzała jeszcze raz na swoje notatki i Rodney nie mógł nie przewrócić oczami.
- Nie przynoś żadnych ważnych informacji na dokumentach – pouczył ją sucho.
Weir spojrzała na niego zaskoczona.
- Nie mamy nic do ukrycia – odparła, spoglądając ukradkiem w stronę Teyli, która uniosła brew, jakby zastanawiała się czy Elizabeth wypowiedziała te słowa specjalnie.
- Właściwie mamy – przyznał Rodney. – Nie dzielimy się informacjami z Radą. Nie chcemy, aby omawiano pewne sprawy na kworum. Zaprzyjaźnione planety skontaktują się z nami w najbliższej przyszłości, ale podawanie informacji do wiadomości ogólnej oznacza przecieki – dodał, chociaż przecież nie powinien im tego tłumaczyć.
Carson kiwał tylko głową, potwierdzając jego słowa. Po raz pierwszy miał nie spotkać się ze wszystkimi, co wydawało się Rodneyowi dziwne. Byli nierozłączni przez ostatnie lata. Jego kwatera była pusta bez oddechu drugiego człowieka. Prawie nie rozmawiali przez ostatnie dni, bo obaj starali się wdrożyć wszystkich w obecną sytuację w galaktyce, którą tak poetycko nazwali.
- Członkiem rady jest również komandor Kolya – poinformowała ich Teyla. – Jest przywódcą Genii, ludu, który ukrywał swoją technologię pod powierzchnią planety.
- Tylko im udało się rozwinąć na tyle, aby przeciwstawić się Widmom – dodał Rodney. – Nie chcą się jednak dzielić technologią. Nigdy nie chcieli – przyznał gorzko.
- I to jest powód, aby ich odcinać? – zdziwiła się Elizabeth.
- To są ludzie, którzy próbowali uprowadzić Rodneya – poinformował ich Carson. – Którym się udało – dodał.
I Rodney starał się pozbyć nieprzyjemnych wspomnień, ale dreszcz i tak przeszedł przez jego ciało. Sheppard obserwował go uważnie, zapewne zastanawiając się jak bardzo uszkodzony był. Ale on przeżył Syberię i Annubisa. Widma wystraszyły ich niemal na śmierć. Kolya był tylko wisienką na torcie, każdy widział ja z daleka, ale wszystkich i tak interesował krem.
Był jednym z wielu smaków tej galaktyki.
- To oni mają bombę atomową – przypomniał sobie Sheppard.
- Byli na dobrej drodze do jej budowy – odparł Rodney. – Dzieliły ich może dziesięciolecia. Zamierzaliśmy doprowadzić do rozejmu w ramach współpracy, ale Kolya nas okłamał.
- Dlaczego nie został wyrzucony z Rady? – spytała Elizabeth.
Teyla uśmiechnęła się pod nosem.
- To wbrew naszej filozofii. Są również częścią galaktyki. Inni bali się, że jeśli się przeciwstawią doktorowi, spotka ich ten sam los co Genii – wyjaśniła Atozjanka.
I chociaż Rodney nienawidził ich za tę decyzję, nie mógł wpływać na ich wybory. Wszyscy zdecydowali o wybudzeniu Widm i równo ponosili za to odpowiedzialność. Współpraca z Genii się nie udała, ale nie bez chęci i mieli czyste sumienia. Jeśli więc pewnego dnia ich planeta wybuchnie, Rodney nie będzie po nich płakał.
Sheppard nadal przyglądał mu się badawczo, jakby czekał na jego kolejne słowa. I Rodney nie wiedział co miałby jeszcze dodać.
- Idziemy przedstawić się jako nowa siła – odparł więc, odchrząkując. – Chcę ich zapewnić również, że ich córki są bezpieczne – dodał, a Elizabeth skinęła, pojmując chyba w końcu w czym rzecz.
- Będziesz musiał pokazać wobec kogo jesteś lojalny – rzucił Sheppard.
I Rodney również zdawał sobie sprawę, że ci ludzie udzielali mu schronienia od wielu lat. Ginęli za niego i Carsona, ponieważ dał im nadzieję. I mogli obawiać się, że odejdzie wraz ze swoimi. Lub będzie odpowiadał tylko przed Weir. Na szczęście znał Elizabeth na tyle dobrze, aby wiedzieć, że nie pozostawiłaby niewinnych na pastwę potworów. Na nieszczęście dla nowoprzybyłych i tak nie mieli wyjścia. Atlantyda potrzebowała zapasów żywności, ludzi, którzy zamieszkiwaliby ją i stanowili ochronę poziomów w razie ataku Widm. Starożytni zrezygnowali z ochrony miasta podczas oblężenia, ale mieli gdzie odejść. Jeden Moduł Punktu Zerowego nie stanowił o obronności Atlantydy, a do zdobycia kolejnych potrzebowali aprobaty starszyzny. Upewnił się, aby znali wartość tych niezwykłych artefaktów. Niekiedy zresztą czczono je w formie bożków.
- To nie będzie problemem – odparł Rodney. – I tak wszyscy walczymy o życie. Jeśli przekonamy ich, że najlepiej chroniony będę tutaj, wręcz będą ubóstwiać Elizabeth za jej gościnność. Oczywiście, jeśli zrównamy was ze Starożytnymi – dodał, uśmiechając się sztucznie w stronę Shepparda.
- Cudowne geny, zawsze wiedziałem, że coś we mnie – odparł major i to był naprawdę słaby żart.
ooo
Halling powitał ich tradycyjnym zetknięciem głów, które Rodney cierpliwie zniósł. Jego ramię, którego przedtem dotknął Sheppard, nadal mrowiło, co było dziwne. I zamierzał porozmawiać na ten temat z Carsonem. Mógł być uczulony na detergent, którego używał major. Albo pralnia na Atlantydzie. Do tej pory nic go nie uczulało, ale większość produktów w mieści pochodziła z Ziemi, a to oznaczało kłopoty.
Sporej wielkości jaskinia nie była chyba czymś, czego spodziewała się Elizabeth. Planeta nie była zamieszkana, więc Rodney postarał się o nitroglicerynę i poszerzyli już i tak wielką wnękę. Musieli się jednak pomieścić wszyscy, a i wyjścia ewakuacyjne w razie ataku Widm były koniecznością. Atozjanie ze zdumiewającą sprawności ociosali ściany, nadając im obecną gładkość.
Elizabeth rozglądała się wokół jak urzeczona.
- To wygląda na wytwór człowieka. Niesamowite – powiedziała Weir.
- Dziękuję – odparł Rodney, nie kryjąc jak dumny jest ze swojego dzieła.
- Przekażę również wyrazy uznania mojemu ludowi – dorzuciła Teyla, patrząc na niego krzywo. – Zebranie odbędzie się w dalszej części – dodała kobieta i Rodney ruszył do przodu, ale Sheppard złapał go za ramię i pociągnął za siebie.
Spojrzał zszokowany na majora, a Halling trzymał już rękę na rękojeści swojego noża.
- Już raz cię porwano – przypomniał mu sucho major. – Idziesz krok za mną. Ja ubezpieczam. Weir za tobą, a Teyla zamyka – poinformował ich.
Halling spoglądał z uznaniem na Sheppard i Rodney miał ochotę zakląć. Major miał zaskakujący sposób na zjednywanie ku sobie ludzi. Oczywiście dwóch wojowników rozpoznało się bez trudności i mógł przeklinać obu, ale potulnie stanął na wyznaczonej dla siebie pozycji. Nigdy nie przybył na zebranie uzbrojony po zęby, ale Kolya mógł to odebrać na dostateczny sygnał do wycofania się. A Rodney nie marzył o niczym innym.
Te trzy dni, które spędził w gościnie Genii, powiedziały mu więcej o mentalności tych ludzi niż Teyla dowiedziała się przez ponad dekadę współpracy. Mogli udawać rolników, ale nie liczyły się dla nich zasady, ani ludzkie życie. Nawet własne.
Wsunęli się do kolejnej groty w ciszy, szczęk ich butów roznosił się niczym echo, odbijając się od wielkiego sufitu. Był wyjątkowo zadowolony z tego, że znajdowali się w środku góry. Widma nie mogły namierzyć ich na takiej głębokości, a jednocześnie ucieczka była dziecinnie prosta. Wrota ukryte były w lesie i Rodney sprawdzał kto i jak często z nich korzystał. Widma nie odwiedzały tej planety od dziesięcioleci, a oni upewniali się, aby zebrania były rzadkie i możliwie najkrótsze.
Keras wstał na ich widok i Rodney uśmiechnął się lekko, widząc go nareszcie. Roje penetrowały obszar wokół wiosek przez kilka tygodni i nie mieli pewności czy ochronna powłoka uchroniła ich przed odkryciem. Nie mogli skontaktować się z najmłodszymi pośród mieszkańców planet, ale było już za późno, aby przenieść dzieci gdziekolwiek indziej.
Technologia Starożytnych jednak sprawiła się doskonale.
Kolya spojrzał na niego ponuro i Rodney nagle był wdzięczny Sheppardowi, że zasłaniał go swoim ciałem.
Ich pojawienie się wywołało pewne poruszenie. Dagonianie spoglądali na niego jak zawsze z pewną dozą podejrzliwości, ale bez Carsona u boku, nie miał szans na ich przychylność. To w końcu Beckett wyleczył ich z zarazy, która opanowała ich świat kilka lat wcześniej.
- Doktorze – zaczęła Teyla i nagle zdał sobie sprawę, że wszyscy wpatrywali się w niego, czekając na jego słowa.
Nigdy nie był mówcą, ale świetnie udawał Churchilla, cytował Kennedy'ego. Teraz gdy Weir stała za jego plecami, nie mógł posiłkować się słowami ludzi, którzy już kiedyś wygrali wojny. Może nawet brzmiałby śmiesznie w ich uszach. Major na pewno nie wybaczyłby mu plagiatu.
- Tak, tak – powiedział, odchrząkując. – Chciałem przedstawić wam ludzi, którzy przybyli tutaj do miasta Starożytnych, budząc je na nowo do życia – zaczął, spoglądając na Kolyę, który wydął usta z obrzydzeniem. – Atlantyda wynurzyła się. Wiem, że wielu z was zastanawia się jakie prawo mają przybysze z obcej galaktyki do miasta Przodków, ale odpowiedź jest prosta; ono ożyło dla nich. Dla nas. To są ludzie, którzy pochodzą z mojego świata, z którego zostałem uprowadzony. Przenieśliśmy się do miasta i jesteśmy tam chronieni. Wasze córki nareszcie mogą się rozwijać tak jak na to zasługują – dodał. – Przedstawiam doktor Weir, która jest… - urwał i spojrzał niepewnie na kobietę. – Gubernatorem? Szefem wioski?
- Dowódcą – podpowiedziała mu usłużnie, uśmiechając się do zebranych.
- Major Sheppard odpowiada za kwestie militarne – ciągnął dalej, ale facet zamachał w co Rodney nie mógł przez chwilę uwierzyć. – Teyla i ja zgodziliśmy się, że przeniesienie dzieci do miasta w tej chwili będzie najlepszym pomysłem. Oczywiście Carson będzie odwiedzał wasze planety. Nadal będę uczył, a dziewczęta zostaną wam zwrócone po ukończeniu kursu – dodał i spojrzał na Teylę, zastanawiając się czy czegoś nie pominął.
Kobieta rozpięła mundur, chyba po to, aby pokazać, że pod grubą bluzą nadal ma swój zwyczajowy strój. Różnicę stanowił pistolet doczepiony do jej uda, którego obsługi nauczyła się z przerażającą szybkością.
- Mamy nadzieję, że zgodzicie się, aby miasto chroniło uczniów doktora – podjęła tam, gdzie on skończył. – Wasze zdanie jest dla nas niezwykle ważne. Działania Rady nadal pozostają bardzo okrojone i dlatego nie będziemy rozmawiać na temat następców Przodków na tym spotkaniu – ciągnęła dalej, ale Rodneyowi nie umknęło jak podkreśliła kwestię ich dziedzictwa.
- Nie zgadzam się – powiedział Kolya, co wcale go nie zaskoczyło.
- Informujemy was o nowej sile w galaktyce – wtrącił się Rodney pospiesznie. – Pozostawanie tutaj zbyt długo, aby przedyskutować oczywiste, byłoby niepotrzebnym ryzykiem. Spotkamy się za tydzień.
- Nie są członkami Rady – warknął Kolya. – Miasto nie należy do nich! – dodał. – Zabieracie jedyne dobro…
- Miasto może być tylko pod naszymi rządami, ponieważ tylko my możemy obsługiwać urządzenia, którymi jest sterowane – powiedziała Elizabeth, wchodząc mężczyźnie w słowo. – Nie jesteśmy członkami Rady, ale jesteśmy od tej pory częścią tej galaktyki. Tym, którzy będą potrzebowali, udzielimy pomocy - ciągnęła dalej spokojnie. – Doktor McKay uważa, że powinniśmy wypełnić korytarze mieszkańcami, ludźmi, których miasto chroniłoby, którzy byliby potrzebni do ochrony i eksploracji tak wielkiej przestrzeni.
- Czyli jesteście tacy jak doktor Beckett? – spytał jeden z Dagonian i Elizabeth skinęła głową. – Jesteście Przodkami – dodał, jakby to było nagle objawienie.
Carson miał spory posłuch wśród tego prymitywnego ludu, ale pomimo prób edukacji nadal czcili MPZ. I jeśli Rodney miał się do tego posunąć, zamierzał poprosić ich o ofiarę ze swojego bożka, jeśli kolejne moduły okażą się jednak puste.
- Teraz jest dobra pora do pytań. Niedługo będziemy musieli odejść – poinformowała ich Teyla.
Kolya nie ruszył nawet ze swojego miejsca, ale Keras ruszył w jego stronę, więc Rodney sięgnął do kieszeni swojej sportowej kurtki, wyjmując z niej czekoladę. Halling pilnował dyskretnie Elizabeth, która rozmawiała z jedną z Amazonek – jak nazywali kobiety z Satedy. Planeta od dawna nie istniała, ale część populacji przetrwała, stając się uciekinierami. Zahartowani w bojach – kobiety i mężczyźni – poprzysięgli zemstę na Widmach. I chociaż nie mieli własnej krainy, byli mile widziani w ich szeregach.
Rodney nie miał pojęcia jak porozumiewali się ze sobą, ale zawsze informacje zostawały przekazywane dość szybko, a na spotkaniu pojawiał się ktoś nowy, przemawiając w imieniu wszystkich.
- To dla dzieci – poinformował Kerasa, wciskając mu kilka opakowań w dłonie.
Zamierzał poprosić kuchnię o wyrób słodyczy. Mogli zamienić je na zboże i inne produkty. Poza tym sam tęsknił za czekoladą dostatecznie mocno, aby przymilać się do Zelenki.
- Sam wygląda jak dziecko – prychnął Sheppard. – Ile masz lat, chłopcze? – spytał major bezpardonowo.
Keras wyprostował się lekko z dumą.
- Dwadzieścia sześć – odparł chłopak. – Jestem najstarszy na mojej planecie – dodał i szok na twarzy Shepparda, musiał zdradzić wszystko. – Nie, proszę nie przepraszać. Dopiero tutaj odkryłem jak starzy potraficie być. Doktor obiecał, że kiedyś ze starości wypadną mi zęby i teraz wszyscy na to czekamy – ciągnął dalej chłopak radośnie, całkiem nieświadom tego jak brzmią jego słowa.
Rodneyowi zawsze przewracało się w żołądku, gdy Keras cieszył się z bóli w kręgosłupie. Kiedy nie wierzył Carsonowi w opowieści o tym jak wyglądała starość. Musieli nauczyć dzieciaki takich rzeczy, ponieważ pozbawieni przykładu z wcześniejszych pokoleń, mogliby doznać szoku. Edukowali ich powoli. Lekcja o tym, że kiedyś przestanie stawać miała być kolejną. Carson opowiedział już dziewczętom o menopauzie oraz naturalnych metodach kontroli narodzin.
- Czy nasze moduły będą wam konieczne? – spytał Keras całkiem poważnie i Rodney przełknął.
- Nie, mam nadzieję, że nie. Jeśli sytuacja ulegnie zmianie, umieścimy całą wioskę w mieście. Nie pozostawimy was niechronionych – zapewnił go i Keras pokiwał głową, przyciskając do piersi czekoladę.
