Rodney nie przepadał za działaniem w pośpiechu. To nigdy nie przynosiło niczego dobrego, ale najwyraźniej Sheppard rozumiał tylko takie metody postępowania. Wracali z jaskiń pospiesznie, ubezpieczani przez ludzi Teyli, co wzbudziło w nim pewne podejrzenia. Kolya mógł zostawić swoich ludzi w okolicy wrót. Genii starali się odbudować swój wizerunek w oczach Rady, ale wiedział, że zależało im tylko na nim i Carsonie. Teraz, kiedy odkryto miasto i jego lokalizacja była jednak znana niewielkiej grupce osób, pokusa mogła okazać się zbyt silna. A Rodney nie chciał spędzić w ich gościnie ani jednego dnia więcej.
Sheppard oglądał się za siebie z charakterystyczną zmarszczką między brwiami. Nie wydawał się zdenerwowany, ale jego czujność wyprowadzała Rodneya z równowagi.
- Musisz to robić? – spytał zirytowany.
Sheppard spojrzał na niego przelotnie, zanim znowu jego głowa odwróciła się w stronę krzaków, jakby coś miało się tam faktycznie czaić.
- Jesteśmy w całkiem nowym świecie – odparł major. – W innej galaktyce.
- Ciekaw krajobrazów? –sarknął.
- Nie chcę, żeby pożarł nas pterodaktyl – przyznał Sheppard.
Normalnie wyśmiałby majora, ale widział dostatecznie wiele na własne oczy, aby nie brać tego za szczeniacki żart. Sheppard miał rację ze środkami zabezpieczeń, ale Rodney nie mógł nic poradzić na to, że każde spotkanie z Kolyą kończyło się dla niego kilkoma dniami nerwówki. Carson zapewne sprowadził zioła ze swoich zbiorów już do miasta, więc wieczorem dostałby swoją herbatę. O niczym bardziej nie marzył.
- Tutaj nie ma pterodaktyli. Planeta jest całkowicie bezpieczna – poinformował majora. – Nie wybrałbym jej, gdyby tutaj znajdowało się cokolwiek, co mogłoby nam zagrażać.
- Pomijając Genii – stwierdził Sheppard.
Nie pofatygował się nawet, żeby to skomentować.
- Keras, co to za jeden? – spytał Sheppard nagle, nie dając nawet przebrzmieć wcześniejszej uwadze.
- To przywódca wiosek jednej z planet, którą odwiedziliśmy z Carsonem, gdy szukaliśmy sprzymierzeńców – odparł Rodney. – Starożytni zainstalowali na niektórych planetach systemy obronne. Bez odpowiedniego sprzętu nie miałem jak odtworzyć tego rodzaju barier, ale teraz moglibyśmy spróbować – ciągnął dalej.
Sheppard jednak spojrzał na niego wymownie, jakby nie takiej odpowiedzi oczekiwał. Trudno było jednak mówić o tym co zastali.
- Bariera utrzymywała się na jednym MPZcie –podjął, czując jak coś zaciska się wokół jego krtani. – Bąbel ochronny miał zatem ograniczoną powierzchnię i wszystko poza było narażone na ataki Widm. Keras jest najstarszym, ponieważ popełniali rytualne samobójstwa w dzień swoich dwudziestych piątych urodzin, żeby populacja nie przekraczała konkretnej liczby. Gdyby się rozwijali, musieliby opuścić obszar bezpieczny. Widma powróciłyby, a to oznaczałoby zagładę dla wszystkich – wyjaśnił, starając się nie wkładać w to za wiele emocji.
Sheppard jednak patrzył na niego kompletnie przerażony. Usta majora rozchyliły się lekko, kiedy mężczyzna brał kolejne krótkie wdechy. Elizabeth spoglądała na nich zaniepokojona, ale i ta historia miała znaleźć się w ich raporcie. Carson spisywał wszystko co pamiętał z tych pięciu lat na wygnaniu. To mogło zająć tygodnie, tymczasem musieli nadal podtrzymywać kontakt z innymi planetami. Halling wspomniał o chorobach, które zaczęły nękać okolice i Carson już niedługo miał opuścić Atlantydę na kilka dni. Może dzięki lekarstwom przywiezionym przez ekspedycję uda się uratować kilka istnień. Carson opracował kilka własnych antybiotyków na bazie roślin wyhodowanych w tej galaktyce, zakładając, że tutejsza flora i fauna musiała się jakoś bronić przed miejscowymi zarazkami.
- Chryste – powiedział w końcu Sheppard.
- Ich MPZ był na wyczerpaniu. Robiliśmy to co się dało, ale planowaliśmy przeniesienie dzieci. Człowiek z Satedy pojawił się pewnego dnia w wiosce Teyili z całkiem nowym modułem w dłoniach. Udało się nam je podmienić, chociaż typy MPZtów były całkiem różne – przyznał i westchnął. – Jeśli chcemy ich MPZtu to musimy przyjąć ich do miasta, ale to jest grupa dzieciaków. Najstarsi nie przekroczyli dwudziestki. Keras jest wyjątkiem – przyznał.
Sheppard skinął głową, jakby pojmował w lot o co chodzi. Nie mogli tworzyć armii złożonej dzieciaków, chociaż Keras pewnie bez mrugnięcia okiem oddałby im moduł, gdyby widział koniec Widm w zasięgu wzroku. Rada początkowo bardzo ostrożnie podchodziła do młodego przywódcy, ale dzieciak miał w sobie coś. Teyla nazywała to genem wodza. On bardziej stawiał na wpisaną tutaj chęć przetrwania za wszelką cenę. Gatunek nie mógł wymrzeć.
ooo
McKay był wyjątkowo cichy, kiedy wracali. Iria powitała ich tuż przy wrotach z lekkim uśmiechem, który niósł jakieś dziwne ukojenie. Nie do końca rozumiał ten wewnętrzny spokój tutejszych. Teyla również miała to coś, co sprawiało, że jego świat na krótką chwilę zwalniał. Wydawała się uduchowiona, chociaż pewnie ich filozofia była jej obca.
Kobiety złączyły się czołami, więc zapewne był to rodzaj tutejszego powitania. Rodney minął je bez zbędnego sentymenty, chociaż John zaczynał dostrzegać, że McKay nosił dostatecznie wiele masek, aby nie uwierzył w żadną. W innym wypadku cholerny Kanadyjczyk nie podarowałby tym dzieciakom całego swojego zapasu czekolady, kiedy spotkali się z Kerasem. Elizabeth przedstawiła McKaya jako egoistę i narcyza. Mógł zgodzić się z tym, że facet za często powtarzał jak genialny był, ale nie mylił się znowuż aż tak bardzo. Znał się na obcej technologii i rozgryzł Atlantydę w ciągu minut. I to nie dlatego, że spędził w tej galaktyce pięć lat. Tak jak McKay wspomniał – nie mieli z Beckettem sprzętu, więc musieli sobie radzić tak jak mogli, a to oznaczało zbudowanie wszystkiego od podstaw.
Lekarz już pouczał botaników o miejscowych roślinach, które miały posłużyć do przygotowywania wywarów leczniczych. Pielęgniarki chwaliły pomoc dziewcząt, które obaj z McKayem wyszkolili. Nie wyobrażał sobie jak wiele pracy musiało ich kosztować wypracowanie tego wszystkiego.
- McKay! – krzyknął, bo facet najwyraźniej pędził już do laboratorium.
Doktor zatrzymał się i odwrócił, marszcząc brwi.
- Sala ćwiczeń dzisiaj po lunchu – rzucił tylko krótko.
Oczy McKaya rozszerzyły się lekko w szoku.
- Nie mam czasu… - zaczął mężczyzna.
- Muszę wiedzieć w jakiej jesteście kondycji z Teylą. Muszę znać twoje możliwości. Jesteśmy drużyną pierwszego kontaktu – przypomniał mu.
McKay wydął usta, ewidentnie niezadowolony.
- Uznajmy, że umiem tyle co Teyla – odparł w końcu mężczyzna. – Nie mam czasu na wasze zabawy. Mam skany do przeprowadzenia – oznajmił mu.
- Jasne doktorku – prychnął Ford.
- Możemy potrenować jeden na jeden – zaproponował od razu, bo McKay zapewne nie przepadał za dziedzinami, w których nie był dobry.
John nie miał nigdy dobrego zdania o naukowcach. Umysł McKaya otworzył im drogę ucieczki z Roju, ale to ich pistolety przetorowały drogą na wolność. Teyla była doskonałą wojowniczką, ale McKay dyszał, kiedy dotarli wtedy do wrót. Droga do jaskini nie była długa i Rodney nie miał problemu z utrzymaniem tempa ten jeden raz. To mógł być jednak wyjątek. Poza tym szli, obserwując okolicę, żeby nie dać się wciągnąć w pułapkę. Z całym szacunkiem dla McKaya – John nie znał tych ludzi i wolał być ostrożny.
Facet spojrzał na niego zirytowany, kiedy Ford miał czelność zaśmiać się, w lot chwytając w czym problem. Jajogłowi w końcu mieli niezbyt dobrą opinię wśród wojskowych. Sumner kazał ich traktować jak idiotów i niedorajdy. John nie zmieniał rozkazu, ponieważ Zelenka wyglądał na mól książkowy i zapewne nie wiedział jak obsługiwać karabin. Z Rodneyem jednak sprawa była całkiem inna. Przeżył w tej galaktyce pięć lat, więc musiał sobie jakoś radzić. I John chciał poznać jego możliwości, żeby wiedzieć na ile mógł polegać na McKayu w terenie.
Teyla przechyliła głowę, jakby nie do końca nadążała. Zapewne Rodney jawił się w jej oczach jako miejscowy bohater. Dał im w końcu cholerną nadzieję, a John nie chciał, żeby umarła wraz z McKayem.
- Sugerujesz, że doktor jest niezdolny do obrony siebie? – zdziwiła się kobieta.
- Czy sugeruję? – zaśmiał się Ford.
- W naszej galaktyce panuje kult mięśni, a nie umysłu. Porucznik jest tego czystym dowodem – odgryzł się McKay.
- Hej, hej! Chcę całą czwórkę dzisiaj po południu. Musimy się nauczyć współdziałać – poinformował ich, mając nadzieję, że zakończy tę dziecinadę.
McKay wydawał się nieporuszony.
- Poza tym chcę, żeby Teyla nauczyła nas tej sztuczki z patykami – dodał i kobieta skinęła lekko głową w jego stronę, wyraźnie zadowolona z tego wyróżnienia.
Ford nie widział jej w akcji. Nowa sztuka walki mogła być genialnym uzupełnieniem ich wojskowego szkolenia.
- Dobra, Sheppard – westchnął McKay w końcu. – Musisz w takim razie podotykać dla Zelenki kilka rzeczy i znajdę dla ciebie dwadzieścia minut – zdecydował.
- Nie mogę się doczekać, kiedy Beckett skończy swoją kurację DNA – jęknął, wiedząc, że raczej nie umknie przed McKayem tym razem.
ooo
- Co myślisz o Radzie? – spytał Elizabeth, gdy tylko drzwi jej gabinetu zamknęły się za nim.
Kupił sobie zaledwie kilka sekund, zajmując krzesło naprzeciwko niej. Nie rozmawiali o spotkaniu z Radą zaraz po powrocie, ale najwyraźniej chciała omówić to z nim na osobności. Nie był za bardzo zaskoczony. Ocena McKaya mogła być zaburzona przez to, że znali się od dobrych kilku lat. Oni musieli jednak bronić miasta i Ziemi. Atlantyda musiała pozostać w ich rękach.
- Z Kolyą będzie problem – przyznał.
Elizabeth skrzywiła się.
- Rozmawiałam z nim – poinformowała go. – Chcą się spotkać. Twierdzą, że jako najbardziej zaawansowane technicznie nacje, mamy sobie wiele do zaoferowania.
- Na przykład McKaya – prychnął, bo nietrudno było odgadnąć kogo chce Kolya, skoro wzrokiem śledził doktora przez całe spotkanie.
- Chcą porozmawiać o pierwiastkach radioaktywnych – rzuciła Elizabeth.
- Mają plany bomby atomowej, nie podoba mi się to. Bariery Atlantydy chronią przed skażeniem, ale problem polega na tym, że wrota prowadzą do środka miasta. Wydaje mi się, że Kolya prędzej zniszczy Atlantydę niż pozwoli, żebyśmy mieli ją w swoich rękach – odparł.
- Takie odniosłam wrażenie. Rozmowy to tylko przykrywka, żeby zorientować się jak wiele technologii przynieśliśmy z własnej galaktyki – westchnęła Elizabeth.
- Technologia nie jest problemem – stwierdził. – McKay pracował nad prototypem bariery, która opierałaby się na MPZtach, ale teraz powinno pójść mu to szybciej. Ma zespół, ma sprzęt – przypomniał jej. – Problemem może być żywność.
- Lud Teyli to rolnicy – podrzuciła Elizabeth.
Skinął głową w milczeniu, bo to faktycznie był najlepszy wybór. Atozjanie wydawali się niegroźni. W stosunku do nich byli prymitywni, ale uczyli się szybko. Teyla opanowała strzelanie z karabinu w ciągu sekund. Nauczenie ich wszystkiego nie zajęłoby wiele czasu. Jednocześnie Rodney wydawał się związany najmocniej właśnie z nimi. Halling zapewnił im nawet dodatkową ochronę, gdy wracali do wrót, jakby podejrzewał, że Kolya miał niecne zamiary. Faktycznie ktoś szedł za nimi. Nie chciał alarmować McKaya, ale ludzie Hallinga mieli oczy szeroko otwarte przez cały czas. Teyla przesunęła się instynktownie bliżej Rodneya, a Ford niemal przylepił się do Elizabeth. Nikt jednak w nich nie uderzył. Może chcieli zdobyć wyłącznie adres Atlantydy, ale McKay przeniósł ich przez trzy inne planety, skutecznie zacierając ślady.
- Rada chce miasta w naszych rękach – stwierdziła Elizabeth.
- Tak, ale tylko dlatego, że sądzą, że jesteśmy ich ratunkiem. Co stanie się, jeśli jednak nie wygramy z Widmami? – spytał wprost.
ooo
McKay spoglądał na tablet, kiedy John w końcu wszedł na salę do ćwiczeń. Teyla pokazywała Fordowi jak powinien rozkładać ciężar ciała podczas ataku, ale Aiden miał problemy z utrzymaniem równowagi, kiedy kobieta samymi palcami tylko popychała go za ramiona do tyłu.
John ściągnął bluzę, ciesząc się, że ich ubrania były dostosowane zarówno do walki jak i codziennego noszenia. Koszulka Rodneya była o rozmiar za duża, podobnie jak spodnie, ale McKay nie wydawał się czuć niewygodnie i to była podstawa.
- Okej, pokaż co na co cię stać – rzucił do faceta.
McKay oderwał się od tabletu i westchnął, odkładając go w bezpieczne miejsce. Ewidentnie uważał to za stratę czasu.
- Jeśli sądzisz, że nie jestem zdolny do tego, żeby być w grupie pierwszego kontaktu, po jaką cholerę mnie wybrałeś? – spytał McKay wprost.
- Żartujesz? Widziałeś Zelenkę? – prychnął John. – Potrzebujemy naukowca. Podaj mi kogoś lepszego od ciebie.
- Macie tylko jednego geniusza, oczywiście, że umysłowo nie macie… - zaczął McKay i urwał, kiedy John wycelował w jego stronę pierwszy cios.
Ta taktyka się nie sprawdziła. McKay co prawda nie zablokował ciosu, ale przynajmniej przed nim umknął i spojrzał na niego ogłupiały, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę, że zabawa się już rozpoczęła. Jego twarz pociemniała lekko.
- Grasz nieczysto, Sheppard – oskarżył go McKay. – Mogłeś powiedzieć, że już zaczynamy.
- A Widma wysyłają ci listy z ostrzeżeniem? – zakpił.
Oczy McKaya zwęziły się niebezpiecznie. Gdyby był marines a nie naukowcem, John zapewne spiąłby się, czekając na cios, ale Rodney tylko rozluźnił swoje ciało jak cholerny amator, którym był. Ewidentnie nie przeszedł nawet podstawowego przeszkolenia. Stał źle i lekkie pchnięcie wystarczyłoby, aby wywrócić go na matę, więc zdecydował się na to, zamiast uderzać bezbronnego naukowca. Zasymulował, że jego pięć leciała w żołądek McKaya, a tymczasem podstawił mu nogę i drugą ręką po prostu pchnął jego klatkę piersiową. Rodney nie miał szans. Nawet nie walczył, kiedy upadał i dlatego John zdziwił się trochę, kiedy poczuł szarpnięcie. McKay ściągnął go w dół całą swoją wagą i przygniótł do maty.
Ford śmiał się jak opętany.
- Widzisz, Sheppard – wydyszał w jego twarz McKay. – Wygrałem – powiedział z czystym triumfem w głosie, leżąc na nim płasko.
Jakoś tak umieścił swój ciężar na nim, że John nie miał jak go zepchnąć. Był unieruchomiony i pewnie byłby pod wrażeniem, gdyby go to tak nie wkurzało.
- Nie wygrałeś – prychnął, trochę zaskoczony tym, że Rodney ma tak błękitne oczy. Chyba nie zauważył tego wcześniej i szkoda. Tęczówki McKaya były dziełem sztuki. – Tak pokonałbyś Widmo? – spytał wprost.
Rodney zsunął się z niego i przewrócił oczami.
- Z Widmami nie walczy się wręcz. Do Widm się strzela. Pierwsza lekcja samoobrony w tej galaktyce – sarknął McKay.
