Wrócił do tego baru, ponieważ był geniuszem. John stanowił dla niego zagadkę, którą chciał rozwiązać. Facet nie pasował do żadnego diagramu, który kreślił w swojej głowie. Wyglądał na miejscowego z tymi swoim zarostem i niechlujstwem, a jednocześnie tak bardzo tutaj nie pasował jak tylko mógł.
Nie wieszał firanek i tego dnia, co było bardzo logiczne, skoro nie zmieniano ich znowuż aż tak często. Rodney starał się nie zauważać, że czarnoskóra kobieta stojąca za ladą nie wydawała się nastawiona do niego radośnie. A przecież zostawił taki napiwek przedostatnio, że powinna go docenić. Nie rozmawiali również, więc nie miał szans jej obrazić. Tyle wiedział na pewno.
Kelnerka poruszała się sprawnie pomiędzy stolikami. John wydawał się dzisiejszego dnia wyjątkowo klientem. Siedział przy ladzie pożerając swoją jajecznicę pod czujnym okiem tej strasznej kobiety. Chyba nie widział, że Rodney wszedł, a on z całej siły chciał zwrócić na siebie jego uwagę. Dał facetowi nawet nie promil tego, co John oszczędził rządowi amerykańskiemu, wychwytując ten podstawowy błąd. A jednak facet nie przyjął od niego pieniędzy, co nie było normalne w tym świecie. Rodney znał to doskonale. Wszystko obracało się wokół kasy. Musiał zdobywać fundusze na badania, wypisywać śmieszne kwity, kiedy dostarczano mu sprzęt. Mógł udawać, że ten problem go nie dotyczył. W końcu mieszkał w bazie wojskowej i tam się również stołował. Rząd płacił za wszystko, a jego konto rosło, ponieważ nie miał życia poza pracą, co wiele ułatwiało.
John jednak wyglądał na kogoś, kto potrzebował pieniędzy. Nie mieszkał tak jak Rodney na koszt podatników. Po prostu nie rozumiał dlaczego facet za niego zapłacił.
- A jeśli wystawię ci czek na dziesięć tysięcy to też zapłacisz nim za moje śniadanie? – spytał wprost, stając koło Johna.
Facet spojrzał na niego, jakby nie do końca nadążał. Brwi kobiety uniosły się tak wysoko, że prawie zniknęły w linii włosów. Może powinien był zacząć od powitania, ale nie przepadał za traceniem czasu.
- Nie znajdziesz tutaj niczego tak drogiego – odparł John.
Rodney zignorował jego głupkowatą uwagę, ponieważ był miłosierny. I miał wrażenie, że facet stosuje jedną z tych taktyk słownych, które miały za zadanie odwrócić jego uwagę od problemu.
- To równanie… - zaczął.
- Cieszę się, że mogłem pomóc – odparł John spokojnie, wycierając usta chusteczką.
- Pomóc – prychnął, nie wiedząc co powinien o tym sądzić.
- Możesz po prostu powiedzieć 'dziękuję' i jesteśmy kwita – zaproponował John.
-To kuriozalne – stwierdził.
John uśmiechnął się lekko.
- Nie lubisz dziękować, prawda? – odgadł facet, co dziwne w jego głosie nie było niczego, co wskazywałoby na złośliwość.
Wypowiedział tę uwagę prawie neutralnym tonem, jedynie z nutkami rozbawienia, które bardziej wskazywały na sympatię. Rodney nie był przyzwyczajony do podobnych emocji kierowanych w jego stronę.
- Nikt do tej pory nie chciał ode mnie podziękowań - odparł, ponieważ to była cholerna prawda.
John uśmiechnął się do niego lekko i Rodney nie do końca pamiętał na czym stanęli. Oczy mężczyzny wydawały się zielono-niebieskie. Facet był w jego wieku, ale jednocześnie wydawał się młodszy. Może przez to, że ten uśmiech był dziwnie młodzieńczy i nieśmiały zarazem. Musiał często nosić tę minę, bo w kącikach jego oczu pojawiły się niewielkie zmarszczki, które tylko dodawały mu uroku. Gdyby facet nie był tak cholernie seksowny, Rodney pomyślałby, że ten uśmiech znaczy odrobinę więcej. Żaden gej jednak nie nosiłby takiej koszuli.
- Dziękuję, John – powiedział całkiem poważnie, chyba po raz pierwszy bez cienia sarkazmu w głosie.
- Nie ma za co – odparł mężczyzna spoglądając na niego tak po prostu.
Nie do końca wiedział dlaczego zapadło między nimi milczenie. Miał wrażenie, że powinien coś dodać, ale miał w głowie nieprzyjemną pustkę. Pewnie wyglądał jak idiota, stojąc naprzeciwko Johna ze swoim neseserem w dłoni. Laptop nieprzyjemnie mu ciążył. Mężczyzna wydawał się chcieć coś powiedzieć, ale szybko się opanował i potrząsnął nawet głową, jakby chciał się uwolnić od jakiejś myśli.
- Co? – spytał.
- Stoisz przed ladą – poinformował go John całkiem sensownie.
To nie była sugestia, żeby sobie poszedł. Nie do końca znaczyło to, że utrudnia innym przejście. Nie miał pojęcia jak powinien to odebrać, a John nie dawał mu żadnych wskazówek.
- Tak, faktycznie – rzucił i nie ruszył się nawet o centymetr.
Kobieta spoglądała na niego, jakby nie mogła go rozgryźć. Jakby to on się zachowywał jak kosmita tutaj, a nie John. A przecież to facet zaczął z tą swoją wiedzą wybiegającą ponad przeciętną, fryzurą, której nie powstydziłby się model i niesamowitymi oczami, które nadal wpatrywały się w Rodneya. Jak miał odejść, kiedy to wszystko nie miało po prostu sensu. Gdyby dał pięćdziesiąt dolarów Kavanagh, ten pewnie pomruczałby coś na ten temat, a potem zabrałby pieniądze bez słowa podziękowania.
- Chcesz się przysiąść? – spytał John w końcu, kompletnie źle odczytując jego milczenie.
Normalnie też nie bywał subtelny, ale nie zachowałby się jak idiota teraz, gdyby wiedział jaki powinien być algorytm jego postępowania. Trudno było go rozgryźć, bo nie znał schematu według którego działał John. I może to było to coś o czym mówił mu raz Zelenka. Powinien poznawać ludzi, żeby wiedzieć coś o nich, a nie zakładać z góry, że wie o nich wszystko. Nigdy dotąd się jednak nie pomylił. John był po prostu wyjątkiem potwierdzającym regułę.
- Nie – odparł i kątem oka dostrzegł jak kobieta patrzy się na niego jak na idiotę. – Mam sporo pracy – wyjaśnił.
I może się pomylił, ale John wydawał się już nie tak radosny jak początkowo. Może chciał, żeby Rodney się przysiadł? To nie miało sensu. Jednak z drugiej strony nic, co związane z Johnem nie było ani za grosz logiczne.
Nie mógł się przysiąść, ale nie potrafił odejść. Był trochę jak asteroida, która raz weszła w orbitę Saturna. Nie mógł się uwolnić, to było ponad jego siły. Czekał jedynie na nieuchronną katastrofę. Faceci tacy jak John zapewne szybko wychwytywali pewne szczegóły. Nigdy nie narzucał się nikomu. Nie miał tej aury geja, ale jakoś wszyscy zawsze wiedzieli. Może za mocno narzucał się Carter, kiedy ścięła włosy.
Nie chciał zostać źle zrozumiany.
- Przyszedłem tutaj zapłacić ci – przyznał szczerze, żeby nie było nieporozumień.
- Wiem. Możesz już odejść – odparł John z tą dziwną łagodnością, jakby wypuszczał go na wolność.
- Nie. Nie rozumiem cię – westchnął.
John zmarszczył brwi, jakby ta część akurat mu nie odpowiadała.
- Nie chcesz ze mną rozmawiać. Jak chcesz mnie zrozumieć? – spytał mężczyzna.
I to było takie proste. Rodney powinien roześmiać się i powiedzieć, że nie rozmawia z nikim, ponieważ to nudne. Ludzie marnowali jego czas, wyrzucając z siebie wszelkie bóle i żale, które go nie obchodziły. John nie wydawał się nawet urażony tym, że Rodney nie chciał z nim rozmawiać. Wiedział to i nie obarczał go na siłę poczuciem winy, przez co pewnie odnosił odwrotny skutek, bo Rodney chyba po raz pierwszy czuł coś tak idiotycznego jak wstyd.
- Przepraszam – powiedział.
I nie pamiętał kiedy ostatnio użył tego słowa bez cienia kpiny.
- Hej, nic się nie stało. Twoje badania muszą zabierać sporo czasu – stwierdził John, odgadując go w ciągu kilku sekund. – Przyjechałeś na konferencję? – spytał.
- Nie – odparł krótko. – Badam pewne urządzenie na tutejszym uniwersytecie. Sądzą, że są ważniejsi od Harvardu i nie chcą nam tego wypożyczyć – przyznał nie kryjąc irytacji. – Więc jestem uwięziony… tutaj – dokończył ostrożnie.
Normalnie nazwałby to miejsce dziurą, ale ta wielka kobieta wgapiała się w niego, jakby tylko czekała na jego pierwszy błąd. Pewnie byłby ostatnim.
- Jestem geniuszem. Powinienem siedzieć w moim laboratorium – poskarżył się.
Carter zawsze zwracała mu uwagę na to, że za wiele jęczał, ale John nie mrugnął nawet okiem. Wpatrywał się w niego dalej z sympatią, na którą Rodney nie zasłużył.
- Skąd znasz równania długofalowości? – spytał wprost.
John wzruszył ramionami.
- Studiowałem – odparł mężczyzna, zaskakując go o wiele mniej.
- Tutaj? – spytał, nie kryjąc nawet swojej odrazy.
Ściął się już z dwoma miejscowymi profesorami. Jeden był większym idiotą od drugiego. Jeśli przekazywali swoją wiedzę potomnym, Orii nagle stawali się w jego oczach o wiele mniejszym zagrożeniem dla potomnych. Zatruwano umysły młodych, a tego nie potrafił wybaczyć.
- Nie – odparł John. – MIT – dodał. – Inżynieria – przyznał, ale Rodney miał wrażenie, że wyduszał z siebie każde słowo niemal przemocą.
Nie mógł być bardziej zaskoczony.
- Poważnie? Ja też – powiedział, czując się dziwnie, że w zasadzie dzieliło ich tak niewiele.
John uśmiechnął się do niego znowu, tym razem z o wiele większym zainteresowaniem.
- W którym skończyłeś? – spytał wprost mężczyzna. – Chyba jesteśmy w podobnym wieku – dodał.
I Rodney wiedział, że John pewnie próbuje jakoś nawiązać do wspólnych znajomych, sądząc, że mijali się na korytarzach lub nawet na wspólnych wykładach.
- Jesteśmy – odparł Rodney. – Ale jeśli nie kończyłeś pierwszego doktoratu jako czternastolatek, raczej się nie mieliśmy szansy zobaczyć – przyznał, nie wiedząc nawet dlaczego po raz pierwszy nie odczuwa satysfakcji na widok szoku na twarzy swojego rozmówcy.
Był pieprzonym geniuszem. Musiał ukończyć wcześniej szkołę, żeby dokonać tego wszystkiego, co miał w planach. Wojsko utajniało jego badania, ale w końcu miały wyjść na światło dzienne. Kiedy już uratują Ziemię i Nagroda Nobla będzie nadal istniała.
- Nie mam doktoratu – powiedział jedynie John.
- Ale skończyłeś MIT i wieszasz firanki? – spytał Rodney, nie wiedząc jak to rozumieć. – Żona zmusiła cię do przeprowadzki na ten skraj świata?
John zaśmiał się lekko, ewidentnie rozbawiony. Rodney miał przed oczami kolejny prawdopodobny scenariusz. Młody John, przystojny jak sto diabłów i jakaś piękna blondynka zostają parą, a potem płodzą swoje potomstwo o wiele za wcześnie jak Jeannie z tym swoim humanistą. Kolejna zaprzepaszczona wielka kariera. John nie był geniuszem jak on, ale miał oko do wyłapywania szczegółów, a tego nie dało się zastąpić niczym. Wystarczyło popatrzeć na dobrze wykształconego Kavanagh, który nie miał jednak potrzebnej do pracy inteligencji.
- Nie mam żony – poinformował go John.
Rodney nie chciał jakoś w to uwierzyć.
- Jesteś przystojny – stwierdził.
I chyba posunął się za daleko, bo John wgapiał się w niego, jakby nie wierzył w to co usłyszał.
- Nie chciałem… - zaczął pospiesznie. – To tylko uwaga. Jesteś relatywnie przystojny. Przystojni mężczyźni w naszym wieku mają żony – wyjaśnił.
- Więc masz żonę? – zdziwił się John.
- Nie – odparł. – Ale to niczego nie dowodzi – dodał lekko oburzony tym, że John używał tego jako argumentu.
Mężczyzna nie zgodził się z nim, ale też nie zaprzeczył. Rodney znowu nie wiedział gdzie się znajdują w rozmowie. Może powinien był sobie pójść dobre kilka minut temu, ale kobieta przestała na niego patrzeć tak wrogo. Nie wiedział co to oznacza, ale John również go nie przeganiał. A nie był grzeczny i kulturalny, więc wiedział, że z zasady ludzie uważali, że mogli go traktować dokładnie tak jak on ich. I nie miał przeważnie nic przeciwko. Przynajmniej nie tracili czasu na kurtuazje.
Nie wiedział jak wiele minut spędził na rozmowie z Johnem, ale nie wydawały się stracone. Carter pewnie nie uwierzyłaby mu, gdyby powiedział jej, że spędził trochę czasu na rozmowie z kimś całkiem nieznajomym. Nie widział celu w rozmowie z Johnem, a jednak sprawiała mu dziwną przyjemność. Czuł się tak jak wtedy, gdy po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że adres znaleziony przez Jacksona jest o wiele dalszy niż ich galaktyka. Była badaczem i potrzebował danych. Musiał za czymś podążać. John nie udzielał informacji chętnie, ale co nieco zdążyło się już prześlizgnąć, sprawiając mu tylko większą satysfakcję.
- Wcześniej chciałeś coś powiedzieć, ale się rozmyśliłeś – przypomniał sobie.
Nagle musiał wiedzieć, czego mu brakowało. Niekoniecznie musiało to zmienić jego życie, ale to była kolejna brakująca cegiełka. John był zagadką na dzisiaj. Chciał wiedzieć dlaczego inżynier wieszał firanki w jakiejś zapadłej dziurze, zamiast zmieniać świat. A miał wrażenie, że John miałby w zasięgu ręki wszystko, gdyby tylko chciał sięgnąć. Coś go jednak wyraźnie powstrzymywało. Rodney nie chciał tym razem budować kolejnych błędnych scenariuszy w swojej głowie.
John spojrzał na niego trochę zaskoczony nagłą zmianą toku rozmowy, ale nie wydawał się pogubiony. Wydawało się jednak, że rozważał swoje przyszłe słowa, co dziwiło Rodneya, ponieważ byli obcymi, więc mogli powiedzieć sobie wszystko bez żadnego problemu. I tak w każdej chwili mieli prawo do zdecydowania, że nie chcą się zobaczyć już nigdy. Rodney nie miał powodu, żeby szukać tego faceta, gdy już dowie się wszystkiego, co tak zaprzątało mu umysł.
Wątpił, aby John szukał kontaktu z nim. Rodney zapomniał o drugim gatunku ludzi, którzy nie przyjmowali pieniędzy i nie lubili o nich rozmawiać. O tych, którzy sporo przegrali w swoim życiu i traktowali wspomnienia o finansach jako przytyk do ich obecnej sytuacji. John mógł być kiedyś prezesem jakiejś wielkiej korporacji. Rodney widział go jako młodego playboya, który zdobywał cokolwiek chciał. Może nawróciła go jakaś chora sekta.
Ten scenariusz kompletnie nie miał sensu nawet w jego głowie.
John w końcu odchrząknął i na jego usta znowu powrócił ten lekki uśmiech.
- Chciałem spytać jak masz na imię – przyznał mężczyzna, kompletnie go szokując.
